Na medycznej ścieżce. Pierwsze zajęcia kliniczne.

Na trzecim roku medycyny,  rozpoczęliśmy upragnione zajęcia kliniczne, nazywane na tym etapie edukacji propedeutyką medycyny.

Nasza grupa miała szczęście  odbywać zajęcia z propedeutyki interny w II klinice Chorób Wewnętrznych . Kierował nią Prof. Jan Roguski. Był znaną postacią w świecie medycznym,  cieszył się wielką estymą wśród personelu nie tylko  tej kliniki.

Pan Profesor był  niewysoki , szczupły , miał szlachetne rysy twarzy, zawsze był starannie i elegancko ubrany. Emanował spokojem, wewnętrzną równowagą, imponował opanowaniem. Był też niezwykłym nauczycielem. Uczył nas nie tylko medycyny, ale przede wszystkim zachowań przyszłych lekarzy.

Zapamiętałam pierwsze uwagi Profesora, by np.  nie  trzymać  rąk w kieszeni w czasie obchodu a także w czasie rozmowy z pacjentem. Taki luzacki styl bycia mógłby być  źle odebrany przez chorego, jako wyraz nonszalancji i lekceważenia. 

Pacjenci zawsze byli informowani o tym, że będą uczestniczyli w szkoleniu studentów.  Jednak zawsze pytano ich o zgodę , pozostawiając ostateczną decyzję woli tych chorych. Większość z nich się zgadzała bez oporów, byli nawet dumni z wyróżnienia i chętnie opowiadali o sobie i swoich dolegliwościach.

 

W czasie badania, należało zachować szacunek dla terytorium pacjenta, jakim było jego łóżko szpitalne.  Nie wolno było na nim siadać , a należało przysunąć stołek jak najbliżej chorego i z tej pozycji ,  z pewnego dystansu, rozpocząć rozmowę i badanie.

 

Potem  Pan Profesor, krok po kroku,    instruował nas , a raczej demonstrował  na konkretnych przykładach,  jak rozmawiać z pacjentem, wysłuchiwać skarg, ale równocześnie tak kierować rozmową poprzez umiejętne stawianie pytań by zbierać uporządkowaną wiedzę , którą nazwano już bardzo dawno wywiadami  lekarskimi .

Otrzymaliśmy też zalecenia, by od pierwszego kontaktu z chorym   przyjmować postawę przyjazną temu  człowiekowi , patrzeć mu w oczy, ale nie zapominać o równoczesnym  śledzeniu sposobu poruszania, wyglądu , szczegółów twarzy, kończyn.

Wszystkie spostrzeżenia należało  zapamiętywać i od razu wiązać dane z wywiadu z objawami widocznymi jeszcze przed podjęciem bezpośredniego badania.

 Potem przystępowaliśmy do badania lekarskiego. Wiedzę teoretyczną mieliśmy już opanowaną, teraz dotykaliśmy ciała chorego i to nie w zwykłych celach pielęgnacyjnych, jak bywało na praktyce studenckiej. Teraz mieliśmy  szczytne zadania, do których podchodziliśmy z wielkim przejęciem . Zdawaliśmy sobie sprawę , że uczestniczymy w niezwykłym misterium poznawania człowieka. Poznawania tego, co jest w nim podobne do innych ludzi i tego, co jest różne, jedyne , niepowtarzalne i często zaskakujące….

Na medycznej ścieżce. O Sebastianie Kneippie i Vincentym Priessnitzu słów parę.

 

Sebastian Kneipp.

 

Ilustracja do publikacji S. Kneippa z 1894 roku.

 

 

Ponieważ doświadczyłam na własnej skórze, a właściwie nosie,  niezwykłej skuteczności metody leczenia wodą opracowanej przez księdza Kneippa, znalazłam w Wikipedii garść informacji na temat tego ciekawego człowieka.

Żył w latach 1821-1897.

W młodości był czeladnikiem tkackim, w 21 roku życia rozpoczął studia teologiczne i został księdzem katolickim .

Był spowiednikiem w klasztorze sióstr dominikanek.

W 1894 roku papież Leon XIII nadał mu tytuł prałata.

Ponieważ był człowiekiem chorowitym, a miał umysł badacza, obserwował  objawy swojej choroby, reakcje organizmu i wpływy przyrody na człowieka  .

Korzystał z wcześniejszych doświadczeń leczenia wodą, wprowadzonych przez Vincenta Priessnitza .

Ksiądz Kneipp początkowo praktykował w klasztornej pralni.

Ale wieść o jego sukcesach terapeutycznych  roznosiła się szybko po całej okolicy. Wkrótce zaczęli przybywać liczni  pacjenci, szukający pomocy. Przyjeżdżano nie tylko z rodzinnej Bawarii, ale z całych Niemiec i krajów ościennych . Liczba ludzi osiągała tysiące.

Miasteczko Worishofen, gdzie praktykował ksiądz pękało w szwach. Mieszkańcy z trudem nadążali z rozbudową miasteczka, by pomieścić tak liczną grupę przybywających kuracjuszy. W szybkim tempie rozrosła się też baza zabiegowa.  

Wkrótce na terenie Niemiec i w sąsiednich krajach powstały liczne zakłady leczące metodą księdza Kneippa.

Wymyślił też specjalną  przewiewną i zdrowotną bieliznę a także wprowadzał do codziennego życia najprostsze zabiegi higieniczne , jak codzienne mycie się , spacery .

Zadziwiające była jego aktywność na polu wymyślania i propagowania uniwersalnych metod prozdrowotnych. Do nich należało też propagowanie zasad zdrowego odżywiania.

Wynalazł kawę słodową, tzw. kawę Kneippa oraz był autorem receptury chleba ziarnistego, zwanego chlebem Kneippa. Te produkty są wytwarzane do tej pory.

Swoje idee rozpowszechniał  także za pomocą napisanych przez siebie książek.

Są to pozycje: 

 „ Moje leczenie wodą”, wyd 1886

„ Jak żyć potrzeba”

 „ Mój testament dla zdrowych i chorych”, : kodycyl do mojego testamentu dla zdrowych”

W ten sposób stał się jednym z najbardziej znanych na świecie zwolenników hydroterapii ( leczenia wodą), ziołolecznictwa oraz racjonalnego sposobu odżywiania się, dobieranego na podstawie osobowości chorego.

Wszystkie jego pomysły są nadal aktualne, nawet na chwilę zapomniane lub nie uznawane przez aktualną medycynę, wracają do łask i są podstawą sukcesów terapeutycznych , jak choćby płukanie zropiałego nosa słoną wodą.

Lekarzy, którzy leczą zgodnie z prawami natury, a nie tylko wierzą w preparaty farmakologiczne jest wielu.  Niektórzy z nich należą do aktywnie działającego  „Związku Lekarzy Kneippa”, który liczy ponad  1000 członków  oraz  tworzą „Konfederację Kneippa”  skupiającą około  250 tys. członków.

 Ale w blaskach sławy księdza  Kneippa  nie można zapomnieć o jego poprzedniku, na którym się wzorował słynny ksiądz. Korzystał on bowiem z wcześniejszych doświadczeń  Vincentego   Priessnitza.  Żył on w latach 1799-1951 . Urodził się  w Lazne Jesenick, na terenie obecnych Czech.

Był analfabetą.

Gdy spadł z konia i doznał urazów wielonarządowych, sam zaczął się leczyć z dobrym efektem, okładami nasączonymi zimną wodą .

Do tej pory funkcjonuje nazwa” okładów Priessnitza”.

W 1826 roku w swojej miejscowości założył dom kuracyjny leczenia wodą , który działa  do tej pory.

V. Priessnitz  został nazwany „ wodnym lekarzem”.

O tym człowieku nie powinniśmy zapominać, gdyż od jego nazwiska pochodzi  nadal używana  nazwa – prysznic.

A teraz, po przeczytaniu tych wszystkich informacji z wielkim entuzjazmem idę pod prysznic, może nawet zimny, nakładam zdrowotną odzież a po śniadanku składającym  się  z kawy słodowej Kneippa i ziarnistego chlebka  wybieram się na długi ożywczy i zdrowotny spacer…..z hasłem na ustach- żyjmy dłużej !!!

 

 

Vincent Priesnnitz

 

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Pierwszy medyczny sukces.:)

Ponieważ katar czuł się dobrze w moim nosie, postanowiłam walczyć z nim dalej.   Przypomniałam sobie metodę leczenia wodą opracowaną przez księdza Kneippa, o której kiedyś opowiadała Monika. Jej siostra w ten sposób , wyleczyła sobie zapalenie przydatków.

Chyba gdzieś poczytałam na ten temat, resztę opracowałam sama.

Po pierwsze, odrzuciłam krople na katar.

Następnie wsypywałam do szklanki ciepłej wody łyżeczkę soli  i starannie mieszałam zawartość, by sól uległa rozpuszczeniu.

Potem przystępowałam do płukania nosa.

Musiałam wypatrzyć moment, gdy wszystkie koleżanki z naszej kołchozowej ul. Sieradzkiej dokonały ablucji i zostawiały łazienkę do mojej dyspozycji.

Zamykałam się w tym pomieszczeniu i z powagą i przejęciem , wierząc święcie w skuteczność metody, zajmowałam się swoim zabiegiem.

Technicznie było to proste. A mianowicie napełniałam dłoń słoną wodą  a następnie wciągałam wodę jedną dziurką nosa .

Zatrzymywałam oddech, wykonywałam okrężne  ruchy głową, by woda docierała w różne zakamarki nosa i po chwili energicznie wydmuchiwałam zawartość z nosa.

Potem przychodziła kolej na drugą dziurkę.

Zabiegi wykonywałam systematycznie, dwa razy dziennie.

I jakież było moje zdziwienie, gdy po kilku dniach wydmuchiwana woda nie zawierała mojej nieomal odwiecznej ropnej treści.

Początkowo nie dowierzałam, ale ujrzałam na własne oczy to co ujrzałam i śmiało mogłam powiedzieć:

Mój katar ustąpił!!!

To było niezwykłe zawodowe doświadczenie.

 Jeszcze długo potem zalecałam  innym wykonywanie takich zabiegów  .

Zachwycałam się tą prostą i skuteczną metodą .

Jak dobrze, że kiedyś żyli ludzie , którzy potrafili obserwować przyrodę, człowieka , jego schorzenia i  odkrywali takie proste zależności- zalety zwykłej słonej wody.

Podziwiałam ich i w myślach składałam im hołd.

Dopiero po bardzo wielu latach , chyba około roku 1990 , uwierzyła w to zwykła medycyna.

I dzisiaj na szczęście  pierwszym zabiegiem w przypadku kataru jest nawilżanie i poprawianie ukrwienia śluzówki nosa poprzez miejscowe stosowanie słonej wody.

Przemysł farmaceutyczny poczuł bluesa  i  w aptekach możemy znaleźć wiele preparatów o tym składzie, pięknie opakowanych , o wymyślnych nazwach , i co jest niebagatelne – słonych cenach ….. 

Na medycznej ścieżce. Mój katar.

 

 W nieomal kołchozowych warunkach kwatery  przy ul. Siewierskiej w Poznaniu, naprawdę czułam się znakomicie.

Jednak nękała mnie przewlekła przypadłość zdrowotna. Od ponad roku miałam uporczywy ogromniasty ropny katar. Wprawdzie nie towarzyszyły mu żadne inne objawy, jak np. stany gorączkowe( wprawdzie nie mierzyłam temperatury) ani nawet bóle głowy, ale dolegliwość była przykra. Niejednokrotnie podczas zajęć musiałam opróżniać nos, przerywając monotonny ton wykładu hałaśliwym trąbieniem. Do tej pory się dziwię, że wykładowca wykazywał niezwykłą tolerancję i nigdy nie otrzymałam polecenia opuszczenia sali wykładowej .  

Kilkakrotnie odwiedzałam laryngologa w Gorzowie, otrzymywałam antybiotyki, najczęściej modne wówczas tetracykliny, wkrapiałam do nosa różne krople. Ale ta terapia nie odnosiła żadnego efektu.

Któregoś dnia uznałam, że jest to na pewno zapalenie zatok. Powędrowałam więc po raz kolejny do laryngologa, przedstawiłam swój punkt widzenia i grzecznie, ale zdecydowanie poprosiłam o wykonanie punkcji zatok.

Laryngolog wprawdzie się trochę opierał, twierdził, że wg niego zabieg nie jest potrzebny. Ale widząc moją zdeterminowaną minę  widocznie poczuł się zagrożony, że nie opuszczę gabinetu. Przygotował długie druty, strzykawki. Siedziałam na fotelu  dumna, że  ustaliłam ostateczne rozpoznanie i spokojnie czekałam na manewry laryngologiczne.  Wkrótce miałam te wielgaśne druty w nosie , nie zapamiętałam bólu i po chwili laryngolog pokazał mi nerkę, do której w moim mniemaniu zbierał treść opróżnianych zatok. Jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałam, że nerka była pusta.

Lekarz obwieścił , że jak sugerował wcześniej, nie stwierdził zapalenia zatok.

Wyszłam z gabinetu z mieszanymi uczuciami.

Wprawdzie nie potwierdziła się moja diagnoza, ale zabieg się odbył, więc jeden etap diagnostyczno- terapeutyczny miałam za sobą….

 

Na medycznej ścieżce. Niby w kołchozie.

 

Po drugim roku medycyny ciocia Bajki  uznała, że pokoik, który zajmowałyśmy, może wynająć robotnikom uzyskując znacznie większy czynsz. Bajka zdecydowała się na zamieszkanie w akademiku.

 A mnie zaprosiła koleżanka z grupy, Marylka Durkiewicz do swojego lokum przy ul. Siewierskiej. Oczywiście Marylka nie była właścicielem domu, ale mnie zachęcała i zaprotegowała.

Mieszkałyśmy na pięterku, w pokoju, gdzie znajdowały się 4 łóżka i niewielkie biurko. Dodatkowym” walorem „tego pokoju, był  fakt, że stanowił przejście do kolejnego dwuosobowego.

Tak więc mieszkało tam razem ze mnę 6 dziewczyn. Dla dopełnienia tych komfortowych warunków miałyśmy do dyspozycji łazienkę z wielką wanną. Na szczęście z kranów zwykle płynęła zimna woda, więc poranna kolejka przed drzwiami posuwała się szybko.

 Na Siewierskiej czułam się bardzo dobrze, bo uwielbiałam takie życie,  nieomal zbliżone do kołchozowego,  bo  przypominało mi słodkie czasy kolonijne.

Po zajęciach na uczelni, każda z nas zajmowała miejsce postoju , rozkładając się na łóżku , jak na tratwie unoszonej wielką wodą .  I w tej pozycji, otoczone książkami , zakuwałyśmy , zakuwałyśmy….

Ponieważ  ja dobiłam do owego „okrętu jako ostatni majtek”,  przydzielono mi miejsce najbardziej strategiczne. Moje  łoże znajdowało się na rozdrożu,  tuż obok   drzwi wejściowych oraz drzwi do drugiego pokoju, więc miałam świetne warunki dla  trzymania ręki na pulsie naszej ekipy podróżującej po meandrach wiedzy….

Na medycznej ścieżce. Juwenalia.

 

 

Któregoś dnia postanowiłyśmy z Bajką wziąć udział w Juwenaliach. Kusiło nas, by obejrzeć rozbawione, pełne studentów miasto.

Niezawodna ciocia wydobyła z szafy jakieś ciuchy i pomogła w przebieraniu.

Zostało to utrwalone na załączonych zdjęciach.

 Jedyną wadą  stroju Bajki , czego nie przewidziałyśmy, była jego płeć. Wtedy, gdy  na rozbawionych ulicach chłopaki porywały nas do tańca , omijały Bajkę =niby mężczyznę , szerokim łukiem.

 Ale gdy to zauważyłam, szybko zlikwidowałyśmy jej przylepiony wąsik i męski kapelusz. I od tej pory Bajka ze swoją bardzo kobieca urodą   rozpromieniona i radosna  miała powodzenie  i  zabawa trwała ….oj miłe ulotne chwile …

 

Bajka po prawej i zainteresowany nami przesympatyczny bokser – Bary.

Na medycznej ścieżce. Mieszkam z Bajką

 

    Przed domem cioci Bajki na poznańskim Junikowie. Przyjaciółka po prawej …mamy 19 lat!!!

 

Jak dobrze, że pani, u której wynajmowałam niewykończony jeszcze pokoik na poddaszu, zechciała  tam ulokować swoją krewniaczkę, która przyjechała do Poznania  na studia.  Ciążyła mi samotność na tym Osiedlu Warszawskim, położonym bardzo daleko od centrum. Od ostatniej pętli tramwajowej musiałam dość długo wędrować niewielkimi uliczkami. Tam już prawie diabeł mówił dobranoc, chociaż  na szczęście go nigdy nie spotkałam. A w pokoiku na górze czekał na mnie tylko jedyny towarzysz niedoli i niemy świadek zakuwania- szczątkowy kościotrup.

    W tym czasie skontaktowałam się z dawną przyjaciółką z gorzowskiego podwórka, Bajką. Właśnie dostała się na wydział biologii Uniwersytetu Poznańskiego, miała ciocię w Poznaniu i zaoferowała mi wspólne zamieszkanie. Bardzo się ucieszyłam, bo byłam towarzyska i lubiłam Bajkę. I od tej pory jeździłam tramwajem na Junikowo , wysiadałam przy cmentarzu, nigdy nie czując lęku.

W domku cioci było miło, zawsze nas witał kręcąc zabawnie kuprem pies, bokser o imieniu  Bary.

Po zajęciach, Bajka przesiadywała w dużym fotelu z ulubionymi orzechami laskowymi w czekoladzie i rozłożoną książką. Zakuwała straszliwie, nasza anatomia wydawała się pestką przy systematyce roślin.

Ja wymykałam się na długie spacery z Jerzym , który mieszkał niedaleko i był moim kolegą z grupy. Gnaliśmy przez cudne lasy aż do Rokietnicy czy Kiekrza, w obie strony pieszo. Gdy wracałam późnym wieczorem, ciocia Bajki mnie oglądała podejrzliwie. Potem zrozumiałam, że posądzała nas o jakieś niecne zabawy. A my z Jerzym tylko urządzaliśmy sobie niewinne wielokilometrowe spacery.

     Gdy wchodziłam do naszego pokoju, Bajka w takiej samej pozycji, w jakiej ją zostawiałam, smacznie spała nad książką.

Ja , wypoczęta i zrelaksowana oraz napełniona świeżym leśnym powietrzem, zwalałam się  do łóżka, nie zapominając jednak o tym, by nastawić budzik na godz 3 i zasypiałam snem kamiennym. Budziłam się bez problemów , uczyłam się intensywnie do 5 , potem nastawiałam budzik na 6. I  zasypiałam ponownie. Gdy wstawałam o 6 , czułam, że się przespałam  z wiedzą , więc została ona  ugruntowana i dobrze zachowana.

     Taki system nauki zdawał egzamin, co się wyrażało w niezłych ocenach i przetrwał do lat, kiedy się uczyłam do egzaminów specjalizacyjnych….

 

 

Przed domem cioci Bajki. Na trzepaku. Zdjęcie wklejone do starego rodzinnego albumu. Rok 1966.

 

Na medycznej ścieżce. Drugi rok studiów.

Po bujnym, trochę szalonym i przeżytym jakby na granicy snu i jawy pierwszym roku studiów, przyszła normalność. Byliśmy już na drugim roku medycznej edukacji. Czuliśmy rytm studiowania, systematycznej nauki i powoli uzyskiwaliśmy pewność, że damy radę. Spotkaliśmy się w mniejszym gronie, bo jedna koleżanka nie zdała egzaminów i nie mogąc powtarzać roku, musiała odejść. Kilku kolegów zrezygnowało ze studiów na Akademii Medycznej , mimo zdanych egzaminów, bo nie wytrzymali psychicznie. I dobrze, że zorientowali się w miarę wcześnie i pewnie nie żałowali decyzji.

Tak jak na pierwszym roku, dwa razy w tygodniu o 6 rano wychodziłam na  pływalnię , co pozwalało na zachowanie równowagi fizycznej i wyrównanie emocji. Poza tym grałam w koszykówkę, którą uwielbiałam  od czasów licealnych. Nawet należałam do zespołu reprezentacyjnego  uczelni. Z Jerzym M. bywaliśmy w Zakładzie Medycyny Sądowej AM, bo jego ojciec był tam szefem i czasami dawał nam różne zadania. Np. uporczywie, przez wiele tygodni ocenialiśmy wygląd kropli krwi, która spadała z różnej wysokości i pod różnym kątem. Niewielką ilość krwi  otrzymywaliśmy z zaprzyjaźnionego laboratorium , w szybkim tempie przynosiliśmy do Zakładu, który znajdował się na parterze Anatomicum i natychmiast przystępowaliśmy do doświadczeń. Następnie wykonywaliśmy doświadczenie , dokonywaliśmy pomiarów , rejestrowaliśmy wszystkie parametry i wykonywaliśmy serie zdjęć. Mam nadzieję , że nasze obserwacje komuś się przydały.

Starsza od  Moniki siostra, Basia właśnie rozpoczęła zajęcia na psychiatrii. Któregoś dnia zaproponowała, że nas przemyci na salę wykładową.  Na każdym roku było ponad 100 osób, więc możliwa była anonimowość. Onieśmielone  wysłuchałyśmy wielu wykładów i od tej pory zakochałyśmy się w psychiatrii. U mnie ten zachwyt przetrwał przez wiele lat, właściwie do końca studiów.

Moja  znajomość z Jerzym była spokojna, pozbawiona seksualności , przynajmniej dla mnie. Zajęcia drugiego  roku studiów nie były  szczególnie emocjonujące,  niewiele zapamiętałam z edukacji w tym  okresie . Egzaminy zdałam poprawnie.

Potem odbyłam miesięczną praktykę w laboratorium poznańskim, zgodnie ze skierowaniem z uczelni. Do naszych obowiązków należało mycie  szkła laboratoryjnego,  tzw pipetowanie surowicy i  wykonywanie pod nadzorem różnych badań, najczęściej moczu. Pipetowanie oznaczało wtedy pobieranie surowicy znad skrzepłej krwi. Odbywało się to przy użyciu szklanej rurki, którą należało napełnić do określonego poziomu i przenieść w ten sposób materiał do probówek, gdzie odbywały się dalsze badania. Nie było pipet automatycznych, ani nawet zaopatrzonych w gumową pompkę. Więc tradycyjną metodą, wkładałyśmy końcówkę rurki do ust, wsysałyśmy płyn do zaznaczonego poziomu w rurce, zatykałyśmy palcem końcówkę, którą przedtem trzymałyśmy w ustach i nad probówką odsuwałyśmy  palec, a wtedy zawartość wypływała pod ciśnieniem powietrza. Przy niedokładnym lub zbyt energicznym wsysaniu, można było poczuć surowicę w ustach. Zdarzyło mi się to parokrotnie, ale , podobnie jaki większość kolegów ,zupełnie nie myślałam o możliwości zakażenia jakimiś wirusami obecnymi w tej surowicy. Wtedy nie wykonywano żadnych badań w tym kierunku, , a o wielu wirusach nikt nie miał pojęcia.

Po praktyce spędziłam piękne  dwa tygodnie  w Jedlinie Zdroju, na zaproszenie ulubionej mojej przybranej Cioci, przyjaciółki Mamy z lat wileńskich, Heleny Konopielko , która przebywała tam na leczeniu sanatoryjnym ….

 

 

Na medycznej ścieżce. Zielone słuchawki …

 

 

Wrażenia z czasów tej praktyki  były tak silne, że zostawiły we mnie trwały, stale świeży ślad.

Do tej pory wspominam jedną pacjentkę, która była kobietę niezwykłą .

Opiekowałam się całą salą, ale jedna Osoba była szczególna.   Gdy codziennie wczesnym porankiem  wchodziłam do  sali mówiąc ogólnie dzień dobry, tylko Ona  witała mnie promiennym uśmiechem i dobrym słowem. Kiedy obcięłam włosy, od razu zauważyła i doradzała, żebym wróciła  do  poprzedniej fryzury , bo jest dla mnie  najlepsza. 

Jak dobrze zapamiętałam tę salę , miejsce po prawej stronie od wejścia, gdzie stało Jej łóżko.  Pani nie mogła wstawać, ba, nawet nie przewracała się na boki,  stale leżała nieruchomo na wznak .  Jej łóżko prześcielały pielęgniarki. Nie wiedziałam dlaczego.

Ale kiedyś poprosiła mnie, żebym jej  zmieniła opatrunek, bo bardzo cierpi. Pobiegłam do pielęgniarek z pytaniem, czy mogę . Otrzymałam wielki pakiet jałowej gazy i przystąpiłam do dzieła. Gdy podniosłam kołdrę, zobaczyłam na brzuchu chorej , luźno leżącą  przesiąkniętą ropą i krwią cuchnącą  gazę .   Wcześniej pielęgniarki mnie pouczyły, że  należy tylko ją  zdjąć  i położyć  nową.   Gdy uniosłam opatrunek  , z przerażeniem zobaczyłam  całkowicie otwarty brzuch  z widocznymi pętlami jelit, pomiędzy którymi znajdowała się ropa. Z ogromnym trudem zapanowałam nad mimiką , by nie pokazać przerażenia. Spokojnie położyłam na to miejsce świeżą gazę  i  przykryłam kołdrą.

Po  chwili  Pani pięknie podziękowała, jak zawsze spokojna, łagodna i uśmiechnięta. 

Potem zapytałam lekarza o jej stan i dowiedziałam się , że ma rozległą chorobę nowotworową , jest po bezskutecznej operacji, w dodatku powikłanej. I dodał, że lekarze nie widzą szans na przeżycie. Gdy po miesiącu praktyki żegnałam się z Nią, jeszcze żyła. Odeszłam z nadzieją, że może jednak zdarzy się cud. Przecież cuda się zdarzają.

Ona musiała  wierzyć w cuda, bo gdy przychodziłam do niej rano , by zapytać jak się czuje i zmierzyć ciśnienie , zawsze  się uśmiechała i mówiła :  o jak dobrze , że panią  widzę , pani ma zielone słuchawki, a zieleń to nadzieja.

Faktycznie miałam stary stetoskop który otrzymałam od wspomnianego już kiedyś dr Kaczmarka z Gorzowa. To były słuchawki z zielonymi gumowymi przewodami.  !!!

Po kilku dniach znajomości ta Pani powiedziała , że jest pracownikiem Uniwersytetu,  dantologiem . I zaraz spytała czy wiem, kim był Dante . Odpowiedziałam- tak Dante Alighieri, XIII wieczny poeta i filozof.  Ale w duchu pomyślałam- mój Boże, Dante, to przecież  autor  poematu zatytułowanego „ Boska Komedia” , który składa się z  trzech ksiąg o nazwach : Piekło, Czyściec i  Raj.  I nagle sobie uświadomiłam, że wędruję po prawdziwym piekle, bo dookoła rozgrywa się tak wiele  dantejskich scen.

A ta Kobieta znajduje się w epicentrum swojego życiowego piekła , ale pewnie już widzi drzwi, które niebawem przekroczy,  do kolejnej księgi zatytułowanej „raj „, i dlatego się  się uśmiecha ….

Od tej pory miałam już tyle innych słuchawek, ale stale widzę tamte, zielone .

I wyobrażam sobie  moją Pacjentkę, która wyzwolona z ziemskich cierpień spaceruje z Dantem po zielonych rajskich pastwiskach…

 

Na medycznej ścieżce. Nasze podstawowe obowiązki na praktyce.

Odurzeni wrażeniami z bloku operacyjnego, wracaliśmy do swoich podstawowych obowiązków. Należało jeszcze raz prześcielić łóżka pacjentów, bo po naszym porannym ścieleniu nie został nawet ślad. Prześcieradła zwykle były już  zmięte , brudne i zwykle zakrwawione oraz pokryte różnymi barwnymi wydzielinami i wydalinami.

 Już na początku praktyki nauczono nas , jak zmieniać leżącym pacjentom prześcieradła, by nie powodować bólu , ale także specjalnie je podwijać pod materac, by żadna fałdka nie uciskała jego pleców. Przejmowaliśmy się naszymi chorymi , współczuliśmy gdy długo przebywali w szpitalu i bardzo cierpieli. I dlatego wszystkie  zalecenia wykonywaliśmy z przejęciem i sumiennie. Większość pacjentów to doceniało i  niektórzy nawet nam dziękowali.

Trudno nie wspomnieć o jeszcze jednym obowiązku. Musieliśmy  umiejętnie , by nie uszkodzić jakiejś części pacjenta   , podkładać pod ich pupy baseny.  Łatwiej było obsługiwać tzw kaczki. Potem należało  wymyć odpowiednią część ciała chorego  a  następnie wynieść   naczynie  wypełnione znaną wszystkim treścią. To zajęcie nie należało do najprzyjemniejszych, zwłaszcza gdy wypróżnienia były efektem lewatywy. Nie zapomnę długiej drogi do łazienki , którą  należało przebyć ze zwykle bardzo ciężkim basenem , dobrze, że posiadał  przykrywkę.  Nawet nie muszę zamykać oczu, by przypomnieć rozkład sal pacjentów, korytarza oraz miejsce naszej dalszej męki- drzwi do  toalety. Bo za tymi drzwiami była miska klozetowa, do której wylewaliśmy cuchnącą zawartość. Koledzy opowiadali, że zwykle w czasie wykonywania tej czynności wymiotowali, ja należałam do nielicznej grupy, której się udało zahamować powracające fale mdłości.

 Miesiąc praktyki minął jak jedna chwila. Pożegnaliśmy naszych chorych , klinikę, dziękowaliśmy pielęgniarkom za nauki, których nam udzielały i z nadzieją, że chyba możemy być lekarzami i pracować w szpitalu pojechaliśmy do swoich domów. Tam czekała Mama , ze swoimi opowieściami rodzinnymi , a ja chętnie słuchałam, zapominając o przebytym kolejnym chrzcie medycznym…..