Na medycznej ścieżce. Pierwszy dzień na uczelni. Poznań i Monika.

 

I oto nadszedł 1.pażdziernika 1965 roku , kiedy już jako studentka Akademii Medycznej , znalazłam się w Poznaniu.

To miasto odwiedzałam dość często z Ojcem, bo miałam zły zgryz i leczono mnie u ortodonty  w AM , dr Ostrowskiego. Był miłym rudawym blondynem , i nigdy nie krzyczał, gdy kolejny raz meldowałam, że zgubiłam mój aparat nazębny . Zapamiętałam dobrze jego uśmiech. Na Dzięki niemu przekonałam się , że  ważny jest uśmiech lekarza.

Ale teraz to było inne spojrzenie na to miasto.  Dojrzałe nieśmiałą radością a w dodatku samotne. Mój gorzowski dom był daleko i nie mogłam liczyć na wsparcie Rodziców. Zostawiłam opiekuńcze ramię Taty i mentorskie wykłady Mamy. Byłam sama. Ale i wyzwolona. Wszak lubiłam zmiany i nowe wyzwania.

Miasto było ogromne i piękne.

Pierwsze spotkanie studentów pierwszego roku odbyło się na dziedzińcu Akademii Medycznej. Zauważyłam wśród tłumu młodzieży, liczne grupki ludzi, którzy się znali. Wyróżniali się zachowaniem, pewnością siebie i eleganckim stylem ubrań. Potem się dowiedziałam , że to poznaniacy , a wielu z nich to potomkowie sławnych profesorów np. córka Horsta, Steffenówna .

Byłam przejęta, ale spokojnie obserwowałam to, co się działo dookoła. Po chwili podeszła do mnie smukła śniada dziewczyna . Miała brązowe oczy i powieki ze zmarszczką nakątną . Przypominała dziewczyny wschodu . Ale była bardzo wysoka , co nie przystawało do niewielkich Japonek czy Chinek. Ze swoją tajemniczą egzotyczną urodą od razu wzbudziła moje zainteresowanie.   Zapytała , czy już jestem z kimś tutaj zaprzyjaźniona. Odpowiedziałam, że nie. Dowiedziałam się , że nazywa się Monika Brzezicka i mieszka w Poznaniu, ale nikogo tutaj nie zna. Poprzedniego roku nie dostała się na studia, pracowała jako salowa zarabiając punkty. Wtedy w ten sposób można było sobie podnieść wymaganą do przyjęcia średnią.

Od tej pory razem spędzałyśmy bardzo wiele godzin i dni  . Podziwiałam jej błyskotliwą inteligencję , wiedzę o życiu i zorientowanie w problemach studenckich.

Okazało się , że jej siostra była studentką 3 roku AM i  zawsze uspokajała  nas przed kolokwiami. Mówiła , że asystenci są normalnymi ludźmi , nie należy się ich bać , trzeba się  uczyć  , ale można mieć potknięcia.

Bywałam w jej poznańskim domu, poznałam jej  Mamę . Mama nosiła niewielkie okrągłe okulary z grubymi szkłami . Monika mówiła – moja mama w rowerkach . Miała wykształcenie filologiczne i chyba pracowała w uniwersyteckiej bibliotece. Była samą łagodnością i zarażała nas spokojem .

 Gdy przychodziłyśmy na kolokwium, pytałam Monikę , czy jej mama pozwoliła nam oblać . Odpowiadała , że tak,  mama pozwoliła . Wobec tego  wchodziłyśmy do sali egzaminacyjnej zupełnie wyluzowane  i zdawałyśmy bez trudu :).

Po drugim roku studiów  nasze drogi się rozeszły. Monika spędzała każdą chwilę z Michałem, ja przyjaźniłam się z Jerzym M.

Po latach próbowałam ją odnaleźć , ale nikt ze znajomych nie wiedział , gdzie rzucił ją los.

Na medycznej ścieżce. Błękitne wakacje.

 

I tak oto dzięki cudownym właściwościom octu sabadylowego , udało się opanować wszawicę. Podziwiałam wygląd już zdrowych migdałków i pięknych paznokci, z wyleczoną grzybicą . Oceniałam te wielkie sukcesy medycyny…

Teraz miałam czas na własne rozrywki.

Odwiedzałam tajemne miejsce, gdzie stał dawny dworek wypędzonych z  naszego kraju Braci Polskich . Odczytywałam  napis nad wejściem. 

Kiedyś ujrzałam na terenie wielkiego  jednolicie uprawianego pola ciemną grudkę. Poszłam w tym kierunku. Stopniowo otwierał się widok na  kamienny mur z dużymi drzewami, które chciały się wydostać z tej kamiennej niewoli.  Mur był wysoki, ale cały zamknięty w nim teren, maleńki. Taka maleńka kamienna wyspa wśród pól. Gdy się odpowiednio zbliżyłam, znalazłam miejsce, gdzie można się było wspiąć i wejść do środka tajemnicy. Tak też zrobiłam i nagle znalazłam się w innym świecie. Dookoła były stare nagrobki i polskie napisy, polskie nazwiska. To był cmentarzyk Braci Polskich …..

 

Nieopodal  budynku kolonijnego wielkim błękitem zakwitało rozległe jezioro. Gdy małą  złotą plażę opuszczali koloniści udając się na obiad i drzemkę poobiednią, to cudne miejsce było tylko moje. Delektowałam się ciszą, karmiłam oczy lśniącą taflą wody. Pływałam do upadłego pieszczona ciepłą przyjazną wodą .

Potem wsiadałam do drewnianego  kajaka i  wyruszałam na samotną wyprawę . Płynęłam wzdłuż brzegu, pod pochylonymi koronami drzew. Te drzewa już umierały i zmierzały do zjednoczenia z jeziorem. Niezwykłe była  ich miłość.

Czasami wypływałam na jeziorne łąki, które nagle zakwitały drobnymi białymi kwiatkami. Wracałam po kilku godzinach unosząc w oczach dziewiczo czystą urodę tego miejsca , które nadal we mnie żyje.

I wtedy też zrodziło się marzenie , by wrócić do tego magicznego zakątka Polski . Marzenie to   tkliwie pielęgnowałam przez  45 lat, które minęły od tego czasu . Ale do tej pory nie zdążyłam go zrealizować , chyba raczej już nie zdążę….

Piękne, błękitne wakacje , niepowtarzalne, jedyne takie w moim życiu powoli dobiegały końca….


 

 

Na medycznej ścieżce. Wszy….

 Gdy byłam w pierwszej klasie szkoły podstawowowej miałam długie białe włosy. Mama codziennie mi zaplatała dwa ciasne warkocze, tak je upinając na głowie, że z trudem zamykałam oczy.

Któregoś dnia poczułam niesamowite swędzenie skóry głowy. Gdy zasiadłam do kolacji zaczęłam się  intensywnie drapać , odbierając apetyt  domownikom.

Po chwili Mama się zorientowała i zabrała mnie od stołu. Poszłyśmy do sąsiedniego pokoju, Mama ,  rozplotła  warkocze i zaczęła oglądać moją głowę, starannie rozdzielając włosy. Niebawem oznajmiła, że znalazła gnidę . Okazało się , że zostałam szczęśliwą posiadaczką  wielkiej wszawej rodziny. Wprawdzie Mama była mniej szczęśliwa, ale ja pękałam z dumy. W końcu nie wszyscy mieli wszy, więc czułam się wyróźniona.

Zabieg iskania trwał dość długo i był codziennie powtarzany. Mama wyjmowała gnidy i wszy, które następnie układała na białej kartce papieru. Widziałam te stworzonka. I chyba nawet było mi ich żal, gdy Mama je rozgniatała paznokciem . Ten suchy trzask dobrze zapamiętałam.

Aż któregoś dnia Mama stwierdziła, że już nie znalazła żadnego mieszkańca mojej głowy. Zabiegi były nudnawe, więc ucieszona pobiegałam na swoje ukochane podwórko.

I po wielu latach, gdu zostałam pomocą lekarską i znalazłam wszy w głowach kolonistów , myślałam, że nadszedł kres moich wakacji . I widocznie moim przeznaczeniem będzie wydobywanie tych żyjątek . Już się nawet  z tym pogodziłam, bo przecież chcę zostać lekarzem, a teraz jestem na drodze do zawodu. A ta droga nie musi być  lekka i prosta:) Tymczasem niespodziewanie przyszło wybawienie. Kazia wyjęła z szafy dyżurki lekarskiej cudowny lek na wszawicę. Znając realia, przygotowała się zawczasu. Podziwiałam jej przezorność. Miała także zapasy płótna , a może to były jakieś stare prześcieradła.

Podała mi  butelkę z jakimś płynem. Przeczytałam na naklejce, że jest to ocet sabadylowy. Brzmiało tajemniczo, ale nie spodziewałam się fetoru, który  niespodziewanie walnął mnie w nos, gdy otworzyłam butelkę.

Nie wiem, jak wytrzymywały ten zapach nosy zawszawionych kolonistów. Musiałam owym płynem polewać ich głowy, a następnie zakładać kawałki płótna , modelując coś na kształt turbanów. Dzieciaki zostały zamknięte w izolatce. Nic dziwnego, bo z powodu tego fetoru  innych  kolonistów musiałybyśmy leczyć z powodu uporczywych wymiotów. Pewnie też  zawszawione dzieciaki stałyby się atakiem niewybrednych żartów kolegów.

Przez trzy kolejne dni zmieniałam okłady, i potem okazało się, że niespodziewani mieszkańcy opuścili biedne głowy.

Po wielu latach, w szpitalu dziecięcym , w którym pracowałam, pielęgniarki zapisywały w historiach choroby niektórych dzieci tajemnicze zdanie –„ Założono czepiec „ Dzięki doświadczeniom kolonijnym dobrze znałam znaczenie tych słów…i rozpoznawałam  znajomy zapach cudownego leku….i wracały cudne wakacyjne czasy

Na medycznej ścieżce. Pierwsza praca.

Ale młodość ma swoje prawa.  Wiatr młodości rozpędza  refleksyjne myśli i smutki  zasypuje czystą żywą radością . I właśnie tak się stało.  Rozkwitała moja radość i entuzjazm. Zostałam studentką i dostałam się na wymarzone studia.

I kochałam swój pociąg, który mnie unosił do domu. I stację Krzyż , gdzie  miałam przesiadkę. I oglądałam zachwycające  podgorzowskie wzgórza morenowe . I  witałam się z Wartą , moją wielką rzeką , która od wieków przytulała moje miasto. Jak zwykle zatrzymałam się na gorzowskim peronie i podziwiałam widok ,  który pokazywał mój dom u podnóża cudnego, pokrytego kosodrzewiną wzgórza z górującymi na nim koszarami .

W domu rodzinnym czekali Rodzice. Nie wiem, czy się cieszyli ze mną. Nie zapamiętałam. Zapamiętałam tylko moją wszechogarniającą radość…

Wkrótce zadzwonił do nas mój zielonogórski kuzyn- Witek i zaproponował mi pracę na kolonii, którą prowadził.
Jego żona, Kazia , był tam lekarką i mogłam być jej przydatna. Oczywiście zgodziłam się, i ponownie wsiadłam do pociągu. Wylądowałam w Międzyrzeczu. Tam na mnie czekał Witek. Wsiadłam do półciężarówki , kierowcą był kuzyn. Zapamiętałam tę jazdę, szybką i niepewną. Hamował gwałtownie, wykonywał jakieś nieprzewidziane skręty. Dookoła był wielki las. Szczęśliwie dotarliśmy pod budynek kolonijny. Gdy wysiadaliśmy, Witek rozkosznie wytrzeszczył na mnie swoje bardzo błękitne oczy i zakomunikował, że się cieszy, bo właśnie po raz pierwszy kierował samochodem. Do tej pory jeździł motocyklem, który stał spokojnie na parkingu ….Cieszyłam się razem z nimJ

Kolonia  mieściła się w szkole, chyba zawodowej , w Bobowicku. Przydzielono mi miejsce do spania w dużej sali , pełnej dzieciarni. Z torby wyjęłam kilka zgrzebnych ciuchów. W tamtych czasach myślenie o ubraniach było kosmicznie odległe.

Zeszłam na dół, gdzie w pokoju lekarskim czekała lekarka, żona kuzyna, Kazia. Zapachniało medykamentami i środkami odkażającymi. Wchłaniałam całym ciałem z lubością.

Może przeczuwałam , że to było moje miejsce w życiu. Dyżurki pielęgniarskie, lekarskie, sale szpitalne…

Nie mogłam  się zbyt długo delektować zapachami , bo przyszła gorączkująca kolonistka. Obserwowałam , jak lekarka bada tę dziewczynę i starałam się zapamiętać kolejność czynności. Rozpoznała anginę. I wtedy po raz pierwszy w życiu zobaczyłam migdałki pokryte białawymi czopami i żółtymi nalotami.

Tak więc już miałam na koncie, na swojej białej zawodowej tablicy pierwsze rozpoznanie. To była angina. Potem było trochę gorzej, bo lekarka uznała, że trzeba dziewczynę leczyć penicyliną. Wtedy były tylko znane postaci tego leku do stosowania domięśniowego. Tak więc Kazia długo gotowała w metalowym pudełeczku igły i strzykawkę. Następnie pokazała , jak otworzyć ampułkę z płynem do rozpuszczania leku. Otworzyłam . Potem trzeba było odkazić gumowy korek fiolki ze sproszkowaną  penicyliną i wstrzyknąć tam płyn pobrany z .ampułki.  Po wymieszaniu, drugą igłą należało pobrać rozpuszczoną już  penicylinę. Pod kierunkiem Kazi, wykonałam zadanie. Byłam przejęta i dumna. Zastrzyk wykonała już lekarka…

Do moich obowiązków należało sprzątanie w gabinecie, sprawdzanie stanu higieny kolonistów. Krępujące było codzienne sprawdzanie, czy dzieciaki umyły  nogi przez położeniem do łóżka. Wówczas zobaczyłam, że kilkoro z nich  ma dziwne paznokcie matowe,  porysowane i pokryte jakby błonką . Pokazałam to lekarce. Rozpoznała grzybicę paznokci i zleciła smarowanie jakimś czerwonym płynem. Po kilku dniach zdumiałam się, bo paznokcie odzyskały swój normalny wygląd.

Musiałam też okresowo oglądać głowy dzieci i jakby przeczesywać włosy .  Bo wtedy bardzo popularna była wszawica. I oczywiście tutaj też ktoś przyjechał w takim „towarzystwie „. Pokazano mi jak wyglądają gnidy, malutkie przezroczystobiałe owalne kuleczki , przyczepione do włosa blisko skóry. I ze zdumieniem zauważyłam , że w białych włosach wszy są białe, ale w czarnych ciemne. Natura pokazywała swoje przewrotne ale i doskonale ukształtowane oblicze. Od tej pory zachwycałam się  matką naturą….

Przeżycia związane z pracą higienistki kolonijnej były dla mnie nowe i niezwykłe….

 

Na medycznej ścieżce. Wyniki.

piątek, 20 stycznia 2012 12:41

Pewnego dnia w naszym gorzowskim mieszkaniu rozległ się donośny dźwięk telefonu . Podniosłam słuchawkę , po drugiej stronie był Józek z Poznania , mąż kuzynki. Po radosnym tonie jego głosu wyczułam, że ma jakąś dobrą wiadomość. I tak właśnie było.  Z przejęciem informował, że właśnie wraca z rektoratu Akademii Medycznej i , że znalazł mnie na liście osób przyjętych.  Ucieszyłam się, ale jak niewierny Tomasz,  postanowiłam zobaczyć to na własne oczy .

I dlatego  następnego dnia , pierwszym porannym pociągiem wybrałam się  do Poznania .

Niepewnie przemierzałam ulice, serce biło coraz szybciej w miarę jak zbliżałam się do rektoratu AM. Aż stanęłam przed tablicą z różnymi listami. Gorączkowo szukałam listy przyjętych na Wydział Ogólnolekarski. Gdy wreszcie znalazłam , mgła mi przysłaniała oczy, ale przetarłam je energicznie i zaczęłam czytać. I znalazłam swoje nazwisko. Długo czytałam. Odeszłam, ale po chwili wróciłam i tak kilkakrotnie.

Nie ulegało wątpliwości, zostałam studentką !!! Gdy  wreszcie to sobie  uświadomiłam, poczułam wielką ulgę a potem coraz większą wszechogarniającą radość. Tanecznym krokiem wracałam na dworzec. Boże, jak ja wtedy kochałam to miasto , chciałam przytulać przechodniów. Widziałam , jak  się do mnie uśmiechali. Miasto śpiewało a ja z nim 🙂

Gdy znalazłam się w pociągu, w czasie 4 godzinnej podróży , powoli opadała adrenalinowa fala i przychodziły refleksje. Miarowy rytm kół  przynosił różne myśli, coraz bardziej poważne. Oto wracam do domu, ale co potem? Skończyły się żarty i frywolna młodość. Będę w obcym mieście, wśród obcych ludzi . Czy podołam wymogom tej  wymarzonej uczelni . Postanawiałam się nie poddać, brać życie za bary, i nie tylko przetrwać, ale może nawet zwyciężać.

Jedno było pewne, wkroczyłam w nowy i  jeden z najważniejszych etapów życia.

Czy już wtedy  przeczuwałam , że nie wrócę  do Gorzowa .….i w niedalekiej przyszłości zacznę dźwigać z ludźmi cierpiącymi ich krzyż ….nie wiem

Na medycznej ścieżce. Czas oczekiwania.

środa, 18 stycznia 2012 7:32

Wróciłam do rodzinnego, wygodnego gniazda.

Spotykałam się z koleżankami z LO, odkrywając uroki miejscowych kawiarni. Nadganiałyśmy czas, gdy z powodów niejasnych, nie chodziłyśmy do knajp. Może to tylko ja, zapóźniona w rozwoju nie chodziłam, może nie było wolno, może nie było takiej mody…

Czasami wylegiwałam się na działkowej trawie pod starymi drzewami w których buszowały osy, pszczoły i jakieś muszki. Wszak był to czas letniego dojrzewania owoców. Zbierałam czarne i czerwone porzeczki,  które pięknie płonęły dojrzałym lipcem na swoich krzakach.

Dni spalone upałem przewalały się leniwie łapiąc w objęcia skrawki cienia.

A nad moim światem była tylko pokorna i spokojna cisza.

Nocami przychodziły sny inne niż dotychczas. Spadanie ze schodów ciasnej klatki gorzowskiej kamienicy zastąpił sen o skoku z samolotu. Gdy gwałtownie koziołkowałam w powietrzu nagle otwierał się mój spadochron. I potem już tylko kołysał mnie dobry wiatr, przytulały obłoki a ziemia z siatką błękitnych  wodnych szlaków i burzową zielenią czekała…

Mama nie zadawała pytań nt egzaminu. Ja nie opowiadałam. Wydawało się, że porzuciłam myśl o medycynie.

Wreszcie któregoś dnia Mama powiedziała, że się cieszy, bo pewnie zostanę z nimi w Gorzowie. Dowiadywała się  o miejsce w Studium Nauczycielskim.  I że zrealizuję Jej marzenie, by zostać, tak jak Ona nauczycielką.

Aż po 2 czy 3 tygodniach zadzwonił telefon…

Na medycznej ścieżce. Egzaminy .

poniedziałek, 16 stycznia 2012 5:53

 Było jeszcze bardzo wcześnie, gdy weszłam do  gmachu rektoratu AM w Poznaniu przy ul. Fredry. Budowla piękna z zewnątrz, miała niezwykłe wnętrze. Wielki, sięgający nieba hall, a na dookolnym obwodzie wspinały się na wysokość kilku pięter malownicze krużganki.

Staliśmy jak grupa spłoszonych zwierzątek. Wreszcie ktoś do nas wyszedł i zostaliśmy podzieleni na podgrupy iskierowani do  różnych sal. Tam każdy dostał osobne, oddalone od innych miejsce. Miejsca te unosiły się do góry, tworząc wizję sali  kinowej. Ale to nie było moje ukochane i przyjazne gorzowskie kino „Słońce”. Tutaj było surowo i poważnie. Czułam, że właśnie rozpoczyna  się prawdziwe życie. I w takiej to atmosferze zabarwionej grozą startowaliśmy.

Rozdano nam płachty papieru z pytaniami, bo egzamin był pisemny.

W maksymalnej koncentracji umysłu czytałam kolejne pytania z fizyki, potem z chemii i udzielałam odpowiedzi oraz rozwiązywałam liczne zadania.

Następnego dnia pisaliśmy egzamin z biologii. Należało omówić jakiś problem, dokonując wyboru z kilku zaproponowanych tematów. Napisałam jakiś elaborat. Potem był egzamin z języka rosyjskiego i wydawał się niezbyt skomplikowany.

Jeszcze czekał nas egzamin ustny, a właściwie rozmowa z komisją.  Nazywany był testem na inteligencję. Wiadomo było, że mogą być zadawane pytania z różnych dziedzin życia. Weszłam trochę spięta. Padały różne pytania z zakresu wiedzy licealnej, na które odpowiadałam zwięźle. Ale ostatnie pytanie  mnie radośnie zaskoczyło. Jakaś pani zapytała o ulubioną lekturę. I wtedy poczułam, jak mi rosną skrzydła u ramion. I pofruuuunęłam. Bo jeszcze w LO w czasie lekcji, trzymałam pod ławką otwartą książkę, którą pochłaniałam nie pamiętając o bożym świecie. Była to pozycja „Ciała i dusze „ van der Meerscha. Przeniosłam się w świat tej książki i tak zapamiętale opowiadałam, aż wreszcie dotarła do mnie sucha uwaga komisji – dziękujemy pani.

Wyszłam, unosząc ze sobą świat mojej książki…

Potem wróciłam moim ukochanym pociągiem do Gorzowa. Tam miałam dom, czekali na mnie Rodzice. Nie czułam niepokoju. Wiedziałam, że co ma być to będzie. Zrobiłam wszystko, by zdać te egzaminy.

Na medycznej ścieżce. Rok 1965.

sobota, 14 stycznia 2012 8:14

 I przyszedł czas ostatecznych decyzji.

W LO otrzymaliśmy ankietę, którą mieli wypełnić rodzice i były tam pytania na temat przyszłych studiów swojej latorośli. Widziałam na własne oczy to, co napisali.  Matka sugerowała Studium Nauczycielskie w Gorzowie a Ojciec – Politechnikę.  Chcieli, żebym miała zawód taki jak oni. Chcieli kontynuacji. Bardzo lubili swoją pracę.

 

A ja złożyłam dokumenty do uczelni, która wówczas nazywała się Akademia Medyczna. Aktualnie jest to Wydział  Uniwersytetu. W tym czasie uważano, że łatwiej się dostać na Akademię  Szczecińską. Ale ja wybrałam Poznań. Między innymi dlatego, że był dobry dojazd pociągiem z mojego miasta rodzinnego. Poza tym studiował tam kolega, a nawet moje pierwsze zauroczenie Tomasz W.

Ponadto pomyślałam, że jak spadać to z wysokiego konia, czyli jeśli się nie dostać, to przynajmniej do bardziej wtedy uznanej uczelni.

I przyszła pora egzaminów wstępnych. Nocowałam u dużo starszej kuzynki – Jadzi, która miała świetnego, pełnego ciekawych  pomysłów technicznych i bardzo dowcipnego męża – Józia oraz dwóch kilkuletnich wtedy synów. W ich domu aż kipiało radością i energią, chłopcy siedzieli mi na głowie, bo uwielbiali gości.  I oni wszyscy zadbali, bym się nie nudziła, nie rozmyślała o czekających mnie wydarzeniach i nie wpadała w otchłań stresu.

 

Nie byłam przesadnie pobożna, ale w przeddzień egzaminu wstąpiłam do kościoła Uniwersyteckiego. I modliłam się tak: Boże, jeśli mam być złym lekarzem, to lepiej żebym się na te studia nie dostała.

 

Tak więc decyzję zostawiając Bogu, bardzo spokojnie poszłam na egzaminy 🙂

 

Na medycznej ścieżce. Pierwszy kontakt ze szpitalem i salą operacyjną.

czwartek, 12 stycznia 2012 7:22

 Poza czasem, gdy urodziłam się w gorzowskim szpitalu, nigdy nie byłam w tym miejscu, nawet nikogo tam nie odwiedzałam.

Byłam już w klasie maturalnej a moja decyzja by zostać lekarzem była niezmienna. Ponieważ  Mama tego nie akceptowała, pewnego dnia wpadła na pomysł, który mógł mnie zniechęcić. Poprosiła dr Kaczmarka by umożliwił mi obejrzenie wnętrza szpitala z blokiem  operacyjnym włącznie.  Doktor zgodził się.

I tak znalazłam się po raz pierwszy w miejscu dla mnie niezwykłym. Byłam przejęta, bo miałam wrażenie, że dotykam jakiejś tajemnicy.

I w tym gorzowskim szpitalu po raz pierwszy otworzyła się przed mną Wielka Biel.  Poczułam charakterystyczny szpitalny zapach. Widziałam pacjentów niekiedy skulonych na swoich łożach boleści.

I wreszcie znalazłam się na bloku operacyjnym. Emocje narastały. Z drżeniem ubrałam się w specjalne fartuchy. Dr Kaczmarek ijego asystent już zaczynali operację. Wstrzymywałam oddech, gdy nacinano skórę, powięzi i zobaczyłam najprawdziwszą kość. Kość żywego człowieka. Gdy rozpoczęto nawiercanie kości, poczułam się nieswojo. Lekarze używali najprawdziwszego wiertła, prawie takiego, jakich używano  w budownictwie. Teraz zagłębiało się powoli i z kości leciały wióry. Ten widok jak i okropny dźwięk tego wiertła spowodował, że poczułam się tak jak kiedyś w kościele, tzn  nadszedł zamęt w głowie, gwiazdy nawet zobaczyłam. By nie zemdleć, wyszłam na własnych ale miękkich już nogach z sali operacyjnej….

 

Jednak decyzji  nie zmieniłam. W dalszym życiu, wracały do mnie klimaty gorzowskiego szpitala…

Na medycznej ścieżce. Lekcja.

wtorek, 10 stycznia 2012 5:48

Któregoś dnia byłam w swoim pokoju a Mama krzątała się w kuchni. Mieszkanie było bardzo duże, więc dzieliły nas znaczne odległości. Tato już wrócił z pracy  i poszedł do sypialni, gdzie mieliśmy telefon. Myślałam, że jak zwykle prowadzi jakieś służbowe rozmowy.

Nagle usłyszałam ostry dzwonek do drzwi. Otworzyłam i przez jeszcze uchylone drzwi, wpadł dr Kaczmarek. Chyba nigdy u nas nie był.  Zapytał gdzie jest Ojciec, popatrzyłam zdziwiona wskazując na sypialnię. Wbiegł tam szybko. Na wielkim łożu małżeńskim leżał mój Tata, na szafce nocnej stał telefon, ale słuchawka zwisała obok.

Doktor już był przy łóżku i zadawał pytanie czy może z nim rozmawiać, czy ma jakieś bóle i równocześnie zaczął Go badać. Po dłuższej chwili stwierdził, że na szczęście było to tylko chwilowe zasłabnięcie.

Odetchnęłam, bo mając Rodziców już starszych i schorowanych po przeżyciach wojennych , stale się bałam o Ich zdrowie.

Potem doktor opowiedział Mamie, że przed chwilą rozmawiał przez telefon z Ojcem i gdy niespodziewanie  rozmowa się urwała, doktor przybiegł do nas z sąsiedniej kamienicy, gdzie mieszkał, z pytaniem co się stało.

 

Nigdy przedtem nie widziałam takiej akcji ratunkowej .

Zapamiętałam to wydarzenie, jakby to było wczoraj.

I w swoim dość młodym rozumie trwale zakodowałam jak powinna wyglądać pomoc  – szybkie rozpoznanie sytuacji, natychmiastowe spieszenie na ratunek i w dodatku bez specjalnego zaproszenia…

To była dla mnie lekcja, jak powinien zachowywać się każdy człowiek a szczególnie lekarz.