I oto nadszedł 1.pażdziernika 1965 roku , kiedy już jako studentka Akademii Medycznej , znalazłam się w Poznaniu.
To miasto odwiedzałam dość często z Ojcem, bo miałam zły zgryz i leczono mnie u ortodonty w AM , dr Ostrowskiego. Był miłym rudawym blondynem , i nigdy nie krzyczał, gdy kolejny raz meldowałam, że zgubiłam mój aparat nazębny . Zapamiętałam dobrze jego uśmiech. Na Dzięki niemu przekonałam się , że ważny jest uśmiech lekarza.
Ale teraz to było inne spojrzenie na to miasto. Dojrzałe nieśmiałą radością a w dodatku samotne. Mój gorzowski dom był daleko i nie mogłam liczyć na wsparcie Rodziców. Zostawiłam opiekuńcze ramię Taty i mentorskie wykłady Mamy. Byłam sama. Ale i wyzwolona. Wszak lubiłam zmiany i nowe wyzwania.
Miasto było ogromne i piękne.
Pierwsze spotkanie studentów pierwszego roku odbyło się na dziedzińcu Akademii Medycznej. Zauważyłam wśród tłumu młodzieży, liczne grupki ludzi, którzy się znali. Wyróżniali się zachowaniem, pewnością siebie i eleganckim stylem ubrań. Potem się dowiedziałam , że to poznaniacy , a wielu z nich to potomkowie sławnych profesorów np. córka Horsta, Steffenówna .
Byłam przejęta, ale spokojnie obserwowałam to, co się działo dookoła. Po chwili podeszła do mnie smukła śniada dziewczyna . Miała brązowe oczy i powieki ze zmarszczką nakątną . Przypominała dziewczyny wschodu . Ale była bardzo wysoka , co nie przystawało do niewielkich Japonek czy Chinek. Ze swoją tajemniczą egzotyczną urodą od razu wzbudziła moje zainteresowanie. Zapytała , czy już jestem z kimś tutaj zaprzyjaźniona. Odpowiedziałam, że nie. Dowiedziałam się , że nazywa się Monika Brzezicka i mieszka w Poznaniu, ale nikogo tutaj nie zna. Poprzedniego roku nie dostała się na studia, pracowała jako salowa zarabiając punkty. Wtedy w ten sposób można było sobie podnieść wymaganą do przyjęcia średnią.
Od tej pory razem spędzałyśmy bardzo wiele godzin i dni . Podziwiałam jej błyskotliwą inteligencję , wiedzę o życiu i zorientowanie w problemach studenckich.
Okazało się , że jej siostra była studentką 3 roku AM i zawsze uspokajała nas przed kolokwiami. Mówiła , że asystenci są normalnymi ludźmi , nie należy się ich bać , trzeba się uczyć , ale można mieć potknięcia.
Bywałam w jej poznańskim domu, poznałam jej Mamę . Mama nosiła niewielkie okrągłe okulary z grubymi szkłami . Monika mówiła – moja mama w rowerkach . Miała wykształcenie filologiczne i chyba pracowała w uniwersyteckiej bibliotece. Była samą łagodnością i zarażała nas spokojem .
Gdy przychodziłyśmy na kolokwium, pytałam Monikę , czy jej mama pozwoliła nam oblać . Odpowiadała , że tak, mama pozwoliła . Wobec tego wchodziłyśmy do sali egzaminacyjnej zupełnie wyluzowane i zdawałyśmy bez trudu :).
Po drugim roku studiów nasze drogi się rozeszły. Monika spędzała każdą chwilę z Michałem, ja przyjaźniłam się z Jerzym M.
Po latach próbowałam ją odnaleźć , ale nikt ze znajomych nie wiedział , gdzie rzucił ją los.
