Na medycznej ścieżce. Wreszcie neuroinfekcje.

Ten dość uciążliwy spokój na szczęście nie trwał długo. Rwałam się do prawdziwej pracy, a tutaj niewiele się działo. Ponadto już miałam rozpocząć dyżury i ważne było poznanie innych oddziałów.

Wreszcie po miesiącu dowiedziałam się, że następnego dnia mam się zgłosić  do Oddziału Neuroinfekcji.

Mieścił się na pierwszym piętrze i od razu mnie zafascynował.

Urocza pani dr Monika Czachorowska o matczynym cieple, prowadziła oddział mocną ręką. Zresztą nie dało się inaczej.

Tutaj wszystko musiało grać, gdyż dzieci były bardzo chore, ich stan zmieniał się szybko i należało działać skutecznie.

W odróżnieniu od dzieci z żółtaczką, gdzie właściwie choroba miała przebieg prawie niezależny od zaleceń lekarzy. Stosowano jedynie odpowiednią dietę i obserwowano. Zalecenia dotyczące spokojnego w tym czasie trybu życia właściwie były nierealne, bo zwykle chorowały kilkulatki i nic nie zdołało wyhamować ich naturalnej żywiołowości, a przeciwnie, nawet w zamknięciu jeszcze bardziej się ożywiały.

Tutaj odnosiłam wrażenie, że bardzo wiele zależy od sprawności zespołu. System pracy był ustalony i niezmienny.

Po porannym obchodzie i wydaniu zleceń, zbieraliśmy się w gabinecie dr Czachorowskiej, która przedstawiała nam nowe dzieci. Starannie czytała wszystkie informacje zebrane przez lekarza Izby Przyjęć, odpytywała i wspólnie ustalaliśmy plan działania.

Na medycznej ścieżce. Spotkanie z Anią.

W tym oddziale poznałam dr Annę Jung. Była wytworna, reprezentowała siłę spokoju, uroku i dyplomacji. Zręcznie mną kierowała, przydzielając sale gdzie leżały najbardziej nieznośne małe dzieci z domu dziecka z wieloma problemami zdrowotnymi. Oczywiście się nie buntowałam, gdyż otrzymywałam dobrą lekcję pediatrii. Chętnie służyła mi pomocą i jednym słowem czułam się jak pod skrzydłami Anioła Stróża.

Lubiłyśmy się, wkrótce zaprzyjaźniły się nasze rodziny. Bywaliśmy razem na przyjęciach, balach karnawałowych . Wówczas miała jednego syna, w wieku zbliżonym do naszych dzieci, co ułatwiało kontakty, gdyż miałyśmy podobne problemy.

W niedługim czasie dowiedziałam się, że ona ma propozycję pracy w Centrum Zdrowia Dziecka, w zespole nefrologii organizowanym przez Panią Profesor Teresę Wyszyńską. Ania już była po obronie doktoratu, który wydziergała pracując na Siennej i miała mieć ważną pozycję w CZD. Od razu zapytała mnie, czy zdecydowałabym się na pracę w Centrum, oczywiście gdyby była taka możliwość. Zastanawiałam się. Ale ziarenko zostało zasiane. Było mi miło, że ocenia mnie pozytywnie i chce protegować. ….

Chciała mnie umówić na rozmowę z Panią Profesor, ale chwilowo wekslowałam ten temat, wykręcając się jakimiś mniej lub bardziej istotnymi powodami….

Na medycznej ścieżce. Zachwyt nad doktorem Dębskim…

Oddział żółtaczkowy mieścił się na trzecim , najwyższym piętrze szpitala. Ordynatorem był przesympatyczny dr Ryszard Dębski. Był smukły , elegancki i ludziom życzliwy. Dowiedziałam się , że w przychodni rejonowej pracuje jego żona, mają trzech synów. Przedtem pracowali razem na Siennej i do historii przeszły ich wspólne dyżury. Z reguły dyżurowali razem. Na każdym  dyżurze było dwóch lekarzy. Jeden, zabezpieczający oddziały a drugi-  izbę przyjęć. Żona dr Dębskiego- Halina była lekarzem oddziałowym, o godzinie 21 udawała się na spoczynek w swojej dyżurce, a całość obsługiwał jej mąż. I Izbę przyjęć i oddziały. Musiał się zdrowo napracować, gdyż dyżury zwykle były trudne. Ale ponoć niezwykle rzadko budził swoją żonę, prosząc o pomoc. Teraz mogłam obserwować w jakim systemie pracuje dr Dębski. Otóż  przybywał on do szpitala o godzinie 7 ( my pracowaliśmy od 8) , oglądał wszystkie dzieci w swoim oddziale, zapoznawał się z wynikami badań i o godzinie 12 opuszczał szpital. Wracał o 14-14,30 , zjadał pyszny obiad w szpitalnej stołówce, wizytował oddział, sprawdzał jak pracujemy , ustalał z nami ostateczne już dyżurowe zalecenia i o 16 opuszczaliśmy szpital. Dowiedziałam się, że w czasie gdy wybywał, załatwiał poradniane wizyty domowe swojej żony.

Taki mąż, to cud nad cudy.

Tak uważaliśmy wszyscy.

Ja się tylko dziwowałam, bo takie postępowanie było mi nieznane.

Na medycznej ścieżce. Jestem na Siennej

Był grudzień 1975 roku.

Do szpitala miałam niedaleko, tylko 6 km z mojego Żoliborza i prostą trasę tramwajową.

Zgłosiłam się o poranku, podpisałam jeszcze jakieś papiery , przydzielono mi fartuch i zaproszono do biblioteki, gdzie zebrali się wszyscy lekarze.

Zostałam oficjalnie przedstawiona i przydzielona do oddziału żółtaczkowego, bo z tego miejsca odszedł kolega , Janusz Sobecki, który został zatrudniony w CZD.

Powiedziano mi, że gdy oswoję się z atmosferą szpitala, poznam zasady funkcjonowania, zostanę oddelegowana do innych oddziałów, by poznać specyfikę ich pracy.

Po miesiącu rozpocznę dyżury, oczywiście pod opieką doświadczonych pediatrów.

Dla mnie tutaj wszyscy byli doświadczeni, pracowali tutaj długo, wpatrywałam się w nich jak w święty obrazik i chłonęłam wszystkie ich uwagi.

Na medycznej ścieżce. Pożegnanie poradni.

Pocztą pantoflową  dowiedziały się o moim odejściu , moje pacjentki, dobrotliwe babcie. Przychodziły, składały jakieś podarki, m. in, dostałam kwiaty wyhodowane w doniczkach. Te bluszcze długo rosły pięknie w naszym mieszkaniu, ale przy jakimś remoncie  umarły śmiercią naturalną.

Żal mi było moich pacjentów. Zżyłam się z nimi.

Dlatego żegnałam się nieomal ze łzami  w oczach, chociaż w gruncie rzeczy miałam uczucia ambiwalentne, gdyż też byłam dumna, że wspinam się na wielką drabinę zawodową.

Część moich podopiecznych mi gratulowała, że idę w świat, część wyrażała żal, że mnie nie będzie.

Miałam wrażenie, że zamykam jakiś rozdział w moim życiu.

Tak zresztą było.

Jednocześnie zostawało poczucie, że był to kawał ciekawej ważnej roboty.

Tutaj nauczyłam się wielu rzeczy.

Nie bałam się kontaktów z ludźmi, jednoosobowej odpowiedzialności i otrzymałam od pacjentów niezłą lekcję życia.

Opuściłam mój ładny gabinet, kierownik niespodziewanie pożegnał mnie pękiem ładnych kwiatów i pomaszerowałam przed siebie……

Na medycznej ścieżce. Wiadomość z Siennej.

Kierownik  przychodni, w której pracowałam,  wiedział o moich planach, gdyż wcześniej prosiłam go o napisanie opinii , niezbędnej jako załącznik do złożonego podania w Szpitalu im. Dzieci Warszawy.

Wiadomość, że nie zostałam przyjęta przywitał z ulgą, gdyż miał i tak trudności kadrowe.

Jak wielkie było moje zdumienie, gdy po kilku miesiącach otrzymałam telefon, by się zgłosić do dyrektora tego szpitala.

Pognałam tam jak na skrzydłach.

Ożyły nadzieje , wizja nowej oczekiwanej pracy uskrzydlała.

Tym razem przyjęła mnie sama pani dyrektor dr Halina Oziemska- Łozińska.

Była to wysoka , szczupła , piękna kobieta , ciemnooka , śniada ale o surowym spojrzeniu. Uśmiech rzadko gościł na jej twarzy. Przypominała mi przeoryszę zakonną .

Mimo, że nigdy żadnych przeorysz nie znałam, ale wyobraźnia mi podsuwała takie porównanie.

Rozmawiałyśmy dość długo, wypytywała o moje pochodzenie, losy rodziców, zawód męża , oceny uzyskiwane na studiach i mnóstwo innych spraw.

 Potem oznajmiła, że bardzo spodobałam się jej zastępczyni i ona też nie widzi przeszkód, bym została młodszym asystentem w tym szpitalu.

Miałam wrażenie, że złapałam Pana Boga za nogi.

Uszczęśliwiona, podziękowałam , ustaliłam termin podjęcia pracy i pognałam do domu.

Nie pomnę, czy ktoś w moim domu się ucieszył z tej wieści. Dzieciaki dostarczały tylu emocji, że na spokojne rozmowy czasu nie stawało.

Mirek zaakceptował, Rodzice pewnie w duchu też się radowali, bo popierali moje zawodowe aspiracje.

Jedynie perspektywa wielu dyżurów trwających od  zakończenia dnia pracy, tj. od 15 do 8 rano następnego dnia i odbycia kolejnego dnia pracy  mogło budzić wątpliwości.

Ale cóż znaczy młodość. Nie bałam się niczego. I miałam wrażenie, że wszystkiemu podołam. Gdy na to patrzę z perspektywy czasu, mojego wieku i doświadczeń, odnoszę wrażenie, że to nie byłam ja. Była to młoda, pełna pary i nadziei i wiary w swoje siły kobieta. Właściwie dziewczyna. Miałam wtedy 28 lat.

Następnego dnia oznajmiłam kierownikowi swojej przychodni, że zmieniam pracę. Zaakceptował, wszak widział, że w tym miejscu nie mam szans na podjęcie specjalizacji .

Złożyłam podanie w Dyrekcji ZOZ-u z prośbą o rozwiązanie umowy na zasadzie porozumienia stron.

O dziwo uzyskałam akceptację na moim podaniu i poczułam się wolna.

Miałam odejść po upływie trzech miesięcy, tj w grudniu 1975 roku.

 

Na medycznej ścieżce. Zgłaszam się do Szpitala im. Dzieci Warszawy.

Nie znałam niezwykłej historii szpitala im. Dzieci Warszawy , do którego teraz podążałam .

W ogóle niczego o nim nie wiedziałam, poza informacją pediatrów, którzy pracowali ze mną w przychodni, że szpital jest dobry i co najważniejsze- pracują w nim świetni, sympatyczni lekarze.

Jadąc tramwajem z Żoliborza do Dworca Centralnego, a trwało to około 25 minut, rozmyślałam i  jeszcze raz sobie wszystko układałam w głowie.

Chciałam być pediatrą. Miałam już troje własnych dzieci , więc nie bałam się tej specjalności, uważanej za dość trudną.

A tak w ogóle to lubiłam dzieci.

Jak już pisałam, złożyłam nawet podanie do kierownictwa ZOZu bielańskiego, by umożliwili mi rozpoczęcie pracy w przychodni dziecięcej a ja w ramach własnego czasu na tzw wolontariacie będę odbywała staże kliniczne, by złożyć egzamin i zdobyć upragnioną specjalizację. Odpisano mi jednak, że wobec braku chętnych do pracy w przychodni , nie widzą możliwości zabierania mnie internistom.

Nie pogodziłam się z tym faktem.

 Postanowiłam rozpocząć poszukiwania na własną rękę.

Jak już kiedyś pisałam, byłam pierwszym lekarzem w naszej rodzinie.

Nie mogłam więc korzystać z pomocy czy porad bliskich.

Sama więc, przecierałam swoją ścieżkę zawodową .

Oczywiście nie mogę wykluczyć udziału przy owym modelowaniu osób trzecich, jak spotkanych na drodze starszych kolegów czy wreszcie zwykłemu zbiegowi przypadków.

Zaprenumerowałam więc tygodnik” Służba zdrowia”. Bo wiedziałam, że tam są ogłoszenia o konkursach na etaty lekarskie.

Wczytywałam się więc systematycznie i wreszcie któregoś dnia ujrzałam ogłoszenie, że jest konkurs na stanowisko młodszego asystenta ( tzn człowieka bez specjalizacji) w Szpitalu im. Dzieci Warszawy przy ul. Siennej.

Nie zdawałam sobie sprawy, że takie ogłoszenie jest tylko wymogiem formalnym, a faktycznie to kandydaci są dobierani na zasadach znajomości lub z polecenia osób wyżej postawionych w hierarchii .

I w swojej naiwności , może szczęśliwej naiwności wybrałam się do tego szpitala. Przedtem oczywiście zadzwoniłam i umówiłam się na określoną godzinę.

Szpital znajdował się w pobliżu Dworca Centralnego, czyli w samym sercu Warszawy. Jednak był ukryty w koronach starych drzew i niewielkim ogrodzie.

Miejsce wydało mi się magiczne. Budynek był piękny i klimatyczny.

Był niewysoki, miał ciekawe zaokrąglenia ścian i niesamowitą klatkę schodową biegnącą wewnątrz  przeszkolonego wykuszu.

Tyle zapamiętałam z tej pierwszej wizyty w tym szpitalu.

Bo wówczas skupiałam się na czekającej mnie rozmowie.

Przejęta i chyba wewnętrznie spięta weszłam do sekretariatu i zameldowałam się miłej pani.

Usiadłam cichutko jak myszka i czekałam.

I nagle otworzyły się drzwi gabinetu dyrektora , z wielkim rozmachem i wyszła do mnie duża, miękka uśmiechnięta od ucha do ucha kobieta z barankiem na głowie. Tak określano w tamtych czasach włosy na których wykonano zabieg ondulacji. Potem się dowiedziałam, że włosy tej Pani są takie z natury. Pani przywitała się ze mną serdecznie, kordialnie i wszystkie lody, które pętały moje serce pękły.

Rozluźniłam się i z uśmiechem odpowiadałam na pytania.

 Była to zastępczyni dyrektora, dr Zofia Truchanowicz.

Atmosfera rozmowy była się miła.

Pani doktor Zofia Truchanowicz, wice dyrektor szpitala jak się dowiedziałam, wypytała mnie o moją dotychczasową pracę i motywację chęci pracy w pediatrii.

Użyłam argumentu , który był mi najbliższy.

Oznajmiłam, że mam już troje dzieci, raczej sama je leczę, umiem pielęgnować i w ogóle lubię dzieci.

Pomimo miłego nastroju tej rozmowy, jednak dr Truchanowicz  wyznała, że mają już kandydatkę na to wolne miejsce, znaną im już wcześniej.

Jest to Marysia Gajda. Przed studiami medycznymi ukończyła liceum techników laboratoryjnych i pracowała  pracowała w tym szpitalu . Dopiero  potem dostała się na studia medyczne , które właśnie ukończyła. Ponieważ wcześniej obiecano jej etat w tym szpitalu  miała prawo pierwszeństwa.

Niestety  ogłoszenie w prasie o konkursie okazało się  czystą formalnością.

Po prostu taki był wymóg, by o wolnym etacie podawać informację do czasopisma medycznego, czyli ogłosić konkurs. W ten sposób poznałam mechanizmy , które rządzą światem. Konkurs konkursem, a decyzja kogo zatrudnić i tak należy do odpowiednich władz. Przełknęłam tę informację i pomyślałam sobie- trudno, takie jest życie.

Ale po chwili dr Truchanowicz wspomniała , że niedawno powstało Centrum Zdrowia Dziecka i właśnie zatrudniają  lekarzy do nowoutworzonych klinik . Tajemnicą poliszynela było to,  że kilka osób z tego szpitala stara się tam o etat.

Widocznie przypadłam do gustu i serca tej dużej ciepłej lekarce, gdyż poradziła, bym złożyła podanie o przyjęcie do pracy i zostawiła je w sekretariacie.

W przypadku wolnych miejsc, będę uwzględniana przy kolejnym przyjęciu .

Tak zrobiłam i wróciłam bez nadziei do domu.

 

Opowiedziałam rodzicom i mężowi, że widocznie takie było przeznaczenie losu i spokojnie wróciłam do mojej przychodni na Wrzecionie.

Na medycznej ścieżce. Konkurs na Siennej.

I tak mijały dni tygodnie miesiące i lata mojej pracy w przychodni. Poznawałam różnych ludzi, ich zwyczaje, problemy, warunki w jakich mieszkali.

I właściwie pozostałabym w tym miejscu pracy gdyby nie stały, wewnętrzny imperatyw by zdobyć specjalizację.

Nie było to takie konieczne, gdyż pracowały ze mną lekarki, które nie miały żadnej specjalizacji, a całkiem dobrze sobie radziły.

Pewnie potem zmuszono je do zdobywania właściwych papierów.

Ale w warunkach pracy w przychodni nie było to proste. Oddelegowanie do szpitala na tzw staże specjalizacyjne nie odpowiadało kierownikowi przychodni, gdyż ubywało rąk do pracy. A robienie specjalizacji w ramach własnego czasu, bez dodatkowego wynagrodzenia wymagało wielu wyrzeczeń.

I jak już kiedyś pisałam na moją prośbę o takie warunki specjalizacji z pediatrii władze Zespołu Opieki Zdrowotnej nie wyraziły zgody.

Dlatego też kupowałam czasopismo pt.  Służba Zdrowia i czytałam zamieszczane tam oferty pracy.

 Któregoś dnia znalazłam notkę, że Szpital im. Dzieci Warszawy ogłasza konkurs na młodszego asystenta. Zabiło mi serce.

Już wcześniej gdy pracowałam przez chwilę w przychodni pediatrycznej, słyszałam od pediatrów , że jest to dobry szpital, sympatyczny zespół . Jednym słowem same superlatywy.

Dlatego, gdy znalazłam tę ofertę, poszłam tam jak w dym.

 

 

Na medycznej ścieżce. Dobra rodzina mimo wszystko…

W swoim rejonie miałam też bardzo sympatyczną i niezwykłą rodzinę .

Zwracała powszechną uwagę  wyraźna ułomność pani domu skontrastowana z anielską  urodą jej twarzy .

Czasami spotykałam bardzo przystojnego  ojciec  tej rodziny, gdy zdążał z siatą pełną zakupów do niewielkiego bloczku, gdzie mieszkali.

Pani G. jak napisałam,  miała twarz anioła i pomimo znacznej wrodzonej wady kręgosłupa, urodziła 4  dorodnych dzieci.

Tworzyli piękne duchowo stadło. Opiekowali się sobą nawzajem, byli pogodni i uczynni w stosunku do innych.

Ich dzieci były fajne, ładne , uczyły się dobrze i niektórych spotykałam po latach, gdy już założyli swoje rodziny.

Od nich się dowiedziałam, że pani G. już dawno nie żyje, namęczyła się biedaczka, bo miała zniekształconą klatkę piersiową i związaną z tym mniejszą objętość płuc ze skutkami w postaci zaburzeń budowy i pracy serca. Już w czasie naszej znajomości , gdy miała około 40 lat , uskarżała się na  uporczywy kaszel, nawracające infekcje oskrzelowo- płucne, męczyła się łatwo. Mimo tego była uśmiechnięta i aktywna zawodowo….

Byli to może zwykli a może niezwykli, dobrzy i mili ludzie, którzy pozostali w mojej pamięci . Nie  muszę  zamykać oczu, by ich dokładnie widzieć….

Na medycznej ścieżce. Dyżury w operze.

 

Do innych ciekawych znajomych z okresu mojej pracy w rejonie należał  pan Pączkowski.

Wtedy był w średnim wieku, wysoki, szczupły. Gdy wchodził do gabinetu zachowywał się jak lord.

Miał jakieś problemy z oskrzelami, więc wpadał na rutynowe badanie a raczej po recepty na  stale używane leki.

Po kilku wizytach wyznał, że pracuje w Pagarcie. Chyba nie piastował tam jakiegoś znacznego stanowiska, ale zaproponował protekcję. Gdy się dowiedziałam na czym ma ona polegać, ucieszyłam się i poczułam się nieomal wyróżniona.

Otóż ten pan załatwił nam, lekarzom z tej poradni tzw. dyżury lekarskie na spektaklach w Teatrze Wielkim. W zamian za czuwanie nad zdrowiem artystów i ludzi na widowni, otrzymywaliśmy dwa darmowe bilety na określony spektakl. Gdyby się coś działo, należało podążać do akcji i dlatego nasze miejsca  na widowni były korzystnie położone. Blisko sceny, bo  z brzegu 10 rzędu amfiteatru.

A czasie moich dyżurów na szczęście nie działo się nic złego, widać czuwał nade mną mój Anioł Stróż.

Jakieś skręcenie nogi baletnicy, chrypka śpiewaczki, czy skok ciśnienia tętniczego dyrygenta.

Lubiłam te dyżury….