Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 16 ). Niemcy atakują ….

zdjęcie własne, jakby symbol …

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Zdawało się jak gdyby  wszystko było na dobrej drodze do niezłego życia.

      Aż tu niespodziewanie  gruchnęła wiadomość , że Niemiec napadł na Związek Radziecki i szybkim marszem posuwa się w kierunku Mińska.

Już w pierwszych dniach tej wojny, tj. 22 czerwca 1941 roku wojska sowieckie, przeważnie zmotoryzowane mknęły co sił na wschód od Mińska, bo samoloty niemieckie już bombardowały wszystkie większe miasta, włącznie z Mińskiem.

Taka niespodziewana napaść stworzyła panikę.

Wszystkie oddziały piechoty wojsk radzieckich uciekały z dróg głównych prowadzących na wschód, bo samoloty niemieckie gęsto obstrzeliwały te szosy.

Samolotów bolszewickich nie było widać.

A jeśli których się pokazał, to niemieckie „ meserszmity „ skierowywały swój lot na wroga, dopędzały i zbijały bez wielkiego trudu na ziemię.

Na własne oczy widziałem kilka takich strąceń, z jednego zapalonego samoloty wyskoczył na spadochronie sowiecki żołnierz.

Panice uległy i władze miejscowe, bo dopiero na drugi dzień wojny z Niemcami zarządzili  mobilizację.

Mnie też  osobiście  przywiózł kartę mobilizacyjną mój inspektor szkolny.

Żegnając się po krótkiej rozmowie, powiedział „ „ no i dadzim ( damy ) giermańcom „. Odjechał mój dobry przyjaciel, który uratował mnie od wywozu na Sybir ….

      Ze łzami w oczach żony i synka zbierałem się do pójścia na wojnę za bolszewików.

W polskim wojsku nie służyłem, bo na komisji dali mi kategorię D- co oznaczało udział  jedynie w pospolitym  ruszeniu z bronią.

A teraz nikt nie pytał mnie czy mogę służyć w armii.

    Z teczką w ręku ruszyłem na punkt zbiorczy- na stację kolejową w Zalesiu, skąd mieli nas zawieźć  do Mołodeczna. W drodze spotkałem się ze znajomym z tutejszej wsi , też powołanym do wojska . Z nim to dobrnąłem do miejsca wyznaczonej zbiórki. Tu już było na placu około 50 osób czekających na przyjście pociągu z Wilna. Minęła 1 godzina, druga, a pociągu nie widać i nie słychać.

Zainteresowało mnie, co się dzieje na szosie idącej z Wilna na Mołodeczno.

 Idę przez krzaki, a nad głową gwiżdżą samoloty niemieckie. Po dziesięciu minutach wysuwam głowę z krzaków i widzę jak mkną po szosie sowieckie tankietki, tanki, motocykle i inne zmotoryzowane oddziały. W popłochu uciekają, a samoloty gonią za nimi i ostrzeliwują ich z karabinów maszynowych.

 Wracam do miejsca oczekiwania pociągu. 

A pociągu jak nie było, tak nie ma.

Ktoś z aktywistów dał rozkaz: Idziemy piechotą do Mołodeczna.

Sprzeciwu nie ma, więc ruszamy w drogę.

Na drodze, brzegiem idziemy jeden za drugim, bo centrum szosy jest zajęte przez uciekających na łeb na szyję.

Idąc dość wolno , spojrzałem w lewo i zobaczyłem swoje rodzinne lasy. One dały mi bodźca , żeby uciec z tej gromady do tych gęstwin ojczystych, by tam przesiedzieć ten gorący czas ucieczki wojsk radzieckich. Do tych moich myśli o ucieczce, dołączają się znaki, które nam daje jeden żołnierz siedzący z tyłu małego czołgu- twarzą do nas,  idących: „Wracajcie w tył i w las, w krzaki, bo tu Niemiec wszystkich wykosi”.

Podzieliłem się z tą myślą z towarzyszem, z którym wyszedłem z domu. Zgadzał się ze mną. Więc robimy jeszcze parę kroków naprzód i szybko skręcamy w prawo i w krzaki, które nas schowały- przyjęły w swoje objęcia.

Tego, że zniknęliśmy z luźnego łańcucha idących, chyba nikt nie zauważył. Bo któżby pilnował kogoś w takiej panice, każdy dbał o siebie , o własną skórę.

Już było prawie ciemno, gdy zabrnęliśmy do jakiegoś osiedla. Nie pytając o pozwolenie gospodarza, wleźliśmy do jego stodoły i tam nocowaliśmy.  Nikt nam snu nie naruszył.

 Obudziły nas promienie słoneczne, które przedarły się przez szczeliny w ścianach stodoły.

I oto jesteśmy na podwórku, nad którym przelatują samoloty pilnujące drogi oczyszczonej już z uciekających wojsk bolszewickich.

Gdy znajdujemy się na szosie, już na niej nie ma nikogo.

Tylko jeden jakiś uciekinier mknie na rowerze ze Smorgoń w naszym kierunku. Podjeżdża do nas.  Poznaję w nim znajomego komsomolca. Krzyczy, nie schodząc z roweru, żebyśmy prędzej uciekali, bo Niemcy tuż- tuż.

Opuszczamy punkt obserwacyjny i udajemy się w kierunku swojego domu.

Postanowiliśmy wracać do domu drogami polnymi.

Idziemy, a tu o 100 metrów od nas mkną niemieckie „meserszmity”  na stację kolejową, gdzie pełno ludzi czeka na pociąg. Sypią pociskami z karabinów maszynowych. Krzyk, pisk, jęk unoszą się w niebiosa.

My spokojnie idziemy do swych rodzin.

Po drodze spotykamy obywateli radzieckich mknących na motocyklach i ciężarówkach naładowanych bogactwem obywateli Białorusi.

     W ciągu dwóch godzin byliśmy w swej wsi Sukniewicze., gdzie zostawiłem swego towarzysza a sam poszedłem do swojej szkoły.

Z lękiem wstąpiłem do mieszkania, gdzie z radością spotkali mię żona z synkiem Mirkiem. Na pytanie moje, czy byli przedstawiciele władzy radzieckiej, odpowiedziała żona, że tak, z samego rana.

Po pokrzepieniu się obiadem poszedłem do krzaków, żeby schować się od tych aktywistów, którzy mogliby mię wydać swoim wiernym przyjaciołom( sowietom ). Noc więc spędziłem w kryjówce.

Rano czekałem na przyjazd Niemców. Obserwowałem ich zbliżanie się siedząc na dachu domu sąsiada.

I wreszcie pokazała się kolumna wojsk wrogich. Pierwsi mknęli na  motocyklach z przyczepą . Były to oddziały wywiadowcze. Za nimi jechały lekkie tankietki.

Wszyscy żołnierze wyglądali tak ubrani, jakby jechali na bal do Moskwy.

Jechali nie szosą, a drogą drugiego gatunku ze Smorgoń przez Zaskowicze na Mołodeczno.

    Pierwsza kolumna wojsk zmotoryzowanych zatrzymała się naprzeciwko naszej szkoły w odległości 300 metrów. Niektórzy przybiegli by oddać dług przyrodzie.

Kilku ciekawskich wstąpiło do naszego mieszkania.

Wyjęli mapę i pokazali nam, jak będą posuwać się naprzód po terytorium Związku Radzieckiego i jaką drogą po rozbiciu tego państwa wrócą do swej ojczyzny- Niemiec. Mówili, że Stalinowi będzie „ kaput”- byli pewni swego zwycięstwa….

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 15 ). Życie ludzi i przygody w szkole białoruskiej .

Z albumu rodzinnego Heleny i Jana Konopielko. Jan elegancki nauczyciel okresu międzywojennego …..

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Chyba nie od rzeczy będzie, Moje Kochane Wnuczęta, że poświęcę parę słów tej szkole w Sukniewiczach.

Była ona nie tylko szkołą dla dzieci, ale także ośrodkiem kulturalnym i oświatowym.

Tu odbywały się przedstawienia i tańce młodzieży, narady z rodzicami itp., imprezy szkolne.

Przy władzy radzieckiej – też spełniała ona rolę miejsca zebrań mieszkańców tych wiosek rozsianych gęsto wokół niej.

W tym budynku odbywały się  też wybory kandydatów do komisji w Mińsku, która zajmowała się  sprawą  przyłączenia Zachodniej Białorusi do Białorusi Wschodniej- Republiki  Białoruskiej.

Tu też wybierano kandydatów do rad narodowych.

Mnie do tych wyborów nie zapraszano.

Na kandydatów wybierano tylko biedotę. Takie było polecenie przedstawiciela władz radzieckich.

Żeby ściągnąć na wybory jak największą ilość obywateli, zorganizowano z jednej z klas szkolnych sklepik, gdzie można było kupić: cukier, ciastka, czekoladę i inne słodkie rzeczy, których brakowało w sklepikach wiejskich zorganizowanych niedawno.

Charakterystyczną rzeczą było to, że przedstawiciel radziecki  zaproszenia do naszego domu  nie przyjął, mówiąc, że wolno jemu tylko bywać u biedaków na noclegu i posiłkach. Ślepo wypełniał rozkazy swych władz.

        Ciekawi Was, Kochane Wnuczęta,  na pewno, jaki nastrój panował wśród tutejszych mieszkańców?

Otóż- różny. 

Bogaci bali się władzy radzieckiej, biedni- cieszyli się , że ta władza przyniesie im lepsze życie. I że, oni biedacy, zagórują nad kułakami. Że będą mogli uczyć w szkołach wyższych swoje dzieci oraz , że będą mieli darmowe leczenie i będę mieli prawo do odpoczynku. Bogatsi bali się, że im odbiorą gospodarstwo – krowy, świnie i owce i włączą ich do wspólnych gospodarstw- kołchozów, o których słyszeli od swoich krewnych przebywających w Związku Radzieckim, a teraz ich odwiedzających. Perspektywa ich życia była niewesoła. Żeby nie oddać swojego dobytku w całości do kołchozu, zaczęli zarzynać krowy, owce, świnie i solić mięso na przyszłość.

Radziecka władza po włączeniu Zachodniej Białorusi do Związku Radzieckiego – zaczęła żądać podatku za ziemię- podatku w naturze: mięsa, zboża, kartofli oraz mleka do mleczarni. Kto nie miał tych produktów , kupował u sąsiadów i zdawał.

Nieraz chłopi organizowali całe karawany tych wozów i odprawiali na punkt zbiorczy z orkiestrą – harmoszką na czele.

A więc nastrój wśród ludzi był mieszany- jedni się cieszyli- drudzy smucili.

A dla nas, nauczycieli, ogólnie biorąc, przybycie bolszewików było zaskoczeniem, a nawet wstrząsem. Ani jeden z nas nie był pewny swojej pracy, swego życia.

Wiedzieliśmy, że nas zamienią ich nauczyciele, a nas wywiozą na Syberię, Kazachstan. Tak się też i stało.

                Z nadejściem wiosny 1940 roku zaczęły się wywozy.

Najpierw wywozili z całą rodziną pozostałych urzędników polskich, osadników po pierwszej wojnie światowej, gajowych i niektórych nauczycieli urodzonych na południu Polski.

Mnie pozostawili, chociaż moją osobę omawiali na zebraniu aktywistów.

Do mnie mieli pretensję, że „ obkułaczyłem się” , bo się ożeniłem z córką bogatych rodziców, którzy posiadali folwark, własny dom w Smorgoniach i zbudowali młyn na swoich połaciach.

Obronili mię od wywozu inspektor szkolny Brudzina i dyrektor średniej szkoły – Siedachow. Oni mi sami powiedzieli, że póki oni tu będą pracowali, nikt mię nie ruszy.

Obaj byli członkami partii komunistycznej i właśnie od nich to zależy, kogo należy wywieźć. Te protokoły na wywóz oni ustalali i zatwierdzali.

Dwóch aktywistów znających obywateli wyznaczonych na wywóz składali swoje podpisy, stwierdzając , że to są obywatele niebezpieczni dla władzy radzieckiej.

Takie zapewnienie wyżej wspomnianych „ towarzyszów” uspokoiło mnie.

Zbieranie „wrogów „ na wywóz ciągnęło się nieraz miesiąc i dłużej, aż nazbierali- napełnili wszystkie   wagony podstawione na stacji kolejowej w Smorgoniach . Wagony miały w środku piece żeliwne, które przy paleniu kopciły. Ludzie nazywali te piece „ kopciłowkami „ . W tych właśnie wagonach-   kopciłowkach wieźli niewinnych obywateli polskich do Kazachstanu i na Syberię.

Z naszej szkoły nikogo nie wywieziono, ale z sąsiedniej zabrano dwóch nauczycieli z rodzinami.

Po odejściu transportu ze stacji uspokoiło się życie nauczycieli i zamożniejszych chłopów.

W czasie wakacji władze szkolne zorganizowały  kurs dokształcający dla nauczycieli nie znających języka białoruskiego i rosyjskiego.

Inspektor szkolny , o którym już wspominałem, powiedział mi, że musi polskich nauczycieli przerobić na nauczycieli radzieckich, bo od niego na Zjeździe partii zażądano zwolnić tych pedagogów z pracy, którzy nie są zwolennikami władzy radzieckiej.

Po wywozach dużej ilości ludności nawet i wiejskiej, nastąpił jakby spokój.

Po  kursie dokształcającym , nauczyciele zaczęli pracować normalnie, ale często odwoływali się do dzieci, swoich uczniów o poprawienie ich nieprawidłowej mowy białoruskiej.

Parę słów o sobie.

   W pierwszych miesiącach władzy radzieckiej miałem kilka przykrych spraw. Oto pewnego dnia zachodzę do klasy i widzę, że kilku uczniów- chłopców klasy piątej stoi przed portretem Stalina i jeden z nich pokazuje palcem i czyta : „ ….”to było brzydkie słowo- nie chcę  tutaj cytować

Reaguję na to natychmiast, szybko podchodzę do portretu Stalina. I rzeczywiście, takie słowo jest napisane wyraźnie. Natychmiast sięgam do kieszeni po gumkę i delikatnie ścieram ten wyraz.

Będąc na zebraniu  dla rodziców następnego  dnia starałem się to wszystko zatuszować, bo wiedziałem, że gdyby o tym zajściu dowiedziała się władza radziecka , natychmiast i chłopcy ale przede wszystkim  ja byłbym pociągnięty do odpowiedzialności- mnie na pewno by aresztowali  i wywieźli jako wroga komunizmu.

    Drugim grzechem przeciw władzy socjalistycznej było to, że nie pozwoliłem urządzić zabawy tanecznej dla młodzieży w szkole po wyborach do rad gromadzkich.

Młodzież poskarżyła się inspektorowi szkolnemu.

I ten na drugi dzień wezwał mnie do swego gabinetu i pytał dlaczego tak postąpiłem ? Wyjaśniłem mu, że w szkole polskiej nie wolno było urządzać zabaw tanecznych, tak i w szkole radzieckiej.

W moich oczach inspektor porwał donos i powiedział : „ lepiej byłoby pozwolić”. Jeśliby ten donos nie trafił w moje ręce, mógłbym mieć wielką przykrość za tamowanie radości młodzieńczej po takich wyborach.

    Trzecim uchybieniem było to, że po wygłoszeniu w szkole mowy pierwszomajowej, na której byli obecni : inspektor szkoły i dyrektor średniej szkoły ( obaj partyjni) wzniosłem okrzyk na cześć pierwszego maja mówiąc: „ Niech żyje  trzeci – zaraz poprawiłem –  pierwszy maja”.

To zająknięcie” trzeci….” Komsomolcy interpretowali jako kpinę z władzy radzieckiej.

 I z tego też można było wysnuć dużo wniosków wrogiego nastawienia od obecnego reżimu.

  W drugim roku szkolnym 1940- 1941, pomimo okupacji,  praca w szkole poszła raźniej.

Przestali nękać wywozami, w sklepach pojawiło się trochę więcej towarów.

Mnie osobiście, było lżej pracować.

Ba, nawet kuratorium w Obłispołkomie ( w kuratorium szkolnym )  zatwierdzili mnie ponownie na dyrektora niepełnośredniej szkoły. 

Już szykowałem materiał na tynkowanie swojej szkoły, bo ona była zbudowana z opilonych bierwion- klocków.

Zdawało się jak gdyby  wszystko było na dobrej drodze do niezłego życia.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 14 ). O losach morderców , o śmierci polskiej szkoły i trudach nauczania w szkole białoruskiej pod okupacją sowiecką.


Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Po upływie kilku tygodni władza radziecka zaczęła ścigać bandytów, o których w różnych zakątkach zajętej Białorusi było słychać.

Złapano i tę trójkę uciekającą napełnionym wozem łupami za granicę na wschód.

Wóz i łupy zdobyli- zrabowali u starszego małżeństwa, które też zamordowali.

To było niedaleko miasteczka Krewa ( historyczne miasteczko- Król Jagiełło mieszkał tam w zamku i jeździł na polowania z Jadwigą).

Bandyci jak wiadomo byli w Wilejce pod śledztwem.    Przyznali się do zamordowania gospodarzy – męża i żony koło Krewa, ale nie przyznali się do morderstwa rodziny Wojciulów, chociaż panny Kulickie na konfrontacji- śledztwie poznały jednego z bandytów z plamą na twarzy. Tak czy inaczej bandyci nie uszli kary takiej, na jaką zasłużyli.

Zamordowano ich razem z innymi więźniami w więzieniu w Wilejce, kiedy władza radziecka uciekała przed Niemcami w czerwcu 1941 roku.

         Po pogrzebie rozjechali się krewni do domów, a ja z żoną i synkiem Mirkiem i bratem żony- Piotrem zamieszkaliśmy w Smorgoniach ( 5 km od szkoły w Sukniewiczach).

Po paru dniach pojechałem do szkoły, by ogłosić dzieciom, że zajęcia w szkole rozpoczną się w następnym dniu.

Jeżdżąc od wioski do wioski znajdującej się o 1- 2 km od szkoły, byłem pod wrażeniem strachu, że bandyci są wszędzie i mogą napaść i na mnie.

Wracając do domu- do Smorgoń, wstąpiłem do naczelnika milicji radzieckiej i poprosiłem o pożyczenie jakiejś broni, bym mógł bezpiecznie jeździć do szkoły w Sukniewiczach.

Prośbie mojej zadośćuczyniono i wręczono mi dubeltówkę z pięciu nabojami. Z bronią pod marynarką wróciłem do domu i poczucie śmiałości i odwagi wróciło mi

     Zapomniałem napisać, że przed wyjazdem do domu wstąpiłem i do stróża szkolnego, któremu poleciłem by sprzątnął szkołę, umył okna, podłogę i pozdejmował portrety polskich orłów w klasach i na korytarzu.

Z bólem serca poprosiłem go też o powieszenie portretów Stalina i pięcioramiennych gwiazd w kancelarii , pokoju nauczycielskim, w klasie u góry nad tablicą szkolną. Bo taki był odgórny nakaz i nie było dyskusji.

    Z kolei zwołałem krótką naradę z dwoma nauczycielami, którzy : jeden nauczyciel mieszkał u gospodarza o 100 m od budynku szkolnego, a nauczycielka- w budynku szkolnym. Powiadomiłem swoich nauczycieli, że jestem powołany na dyrektora przez inspektora szkolnego władz radzieckich, że nasza szkoła nazywa się „ niepołnośredniaja szkoła N.S.Sza w Sukniewiczach”.

Naukę w szkole będziemy prowadzili w języku białoruskim, języka polskiego nie będziemy uczyli. Natomiast od 3 klasy będzie wykładany język rosyjski. Do szkoły jeszcze mają przysłać 3 nauczycieli. W  tym roku szkolnym ma być sześć klas, a w następnym roku- 7 klas. Kończąc, powiedziałem żeby się wzięli uczyć alfabetu rosyjskiego- kto nie umie.

      Na rozpoczęcie nauki w szkole przyszły prawie wszystkie dzieci, które uczęszczały do szkoły polskiej.

Dużo już ich było na podwórku przed moim przyjazdem – przed godziną ósmą.

Przy spotkaniu witali się ze mną w języku polskim – tak jak przedtem.

Na polecenie moje wszystkie dzieci zgromadziły się w jednej z trzech klas.

Wchodzimy do klasy. Dzieci – uczniowie wstają.

Ja mówię po białorusku : że od dzisiejszego dnia będziemy w tej szkole uczyć się po białorusku, tj. mówić i pisać.

Zajęcia w szkole będą zaczynać się dla klas I, II, III o godz. 8.00 , a dla klas IV, V, VI o 11.30. Książek do języka polskiego nie należy przynosić do szkoły, będą inne książki- białoruskie. Na pytania zadawane przez dzieci, odpowiadałem także po białorusku. Objaśniłem dzieciom, że będą się one uczyć w tych samych klasach, w których uczyły się dotychczas.

Po krótkiej pogadance nastąpiła przerwa, podczas której starsze dzieci odeszły do domu, a młodsze poszły do swoich klas ze swoimi nauczycielami. Po godzinie lekcyjnej – 45 minutowej zwolniliśmy dzieci do domu.

Od 14.01.1983 do 2.01. 1984 była przerwa w moim pisaniu wspomnień, na skutek choroby- skrętu kiszek, od czego o mało nie umarłem. 34 dni leżałem w szpitalu, w którym dokonali szczęśliwej operacji, która trwała około dwie godziny. Tylko dzięki memu sercu jeszcze żyję. Ale życie w tym wieku ( 78 lat bez 19 dni) robi niespodzianki. Oto dziś stwierdzono u mnie żółtaczkę i piszę to już w szpitalu na oddziale zakaźnym, na którym przyjdzie mi poleżeć co najmniej 4-5 tygodni.

Kontynuuję opowieść o szkole białoruskiej pod okupacją sowiecką:

Dzieci przychodzą do szkoły i nauczyciele ( dwóch ich jest) też.

Ale cóż z tego, kiedy nie ma obiecanych przez władze  podręczników w języku białoruskim. A nauczyciele nie umieją ani czytać ani pisać, ani też mówić po białorusku.

Ja, jako dyrektor ( już nominowany) Niepołnośredniej szkoły, znam ten język , bo nas w seminarium nauczycielskim w Wilnie uczono tego języka. Ponadto sam się urodziłem w tych stronach i językiem moim w dzieciństwie , aż do 17  roku życia był białoruski.

 Nauczyciele natomiast stykali się z białoruską mową tylko obcując z dziećmi i ich rodzicami , nigdzie się tego języka nie uczyli, bo oni przeważnie pochodzili z południowej części Polski.

Wyjście z tej trudnej sytuacji było takie, że ja zacząłem uczyć języków białoruskiego i rosyjskiego, a im dwojgu oddałem inne przedmioty: matematykę, fizykę, rysunki, śpiew i gimnastykę.

Szły te ich lekcje jak z kamienia. Często było niemało i śmiechu.

Przez dwa miesiące było nas nauczycieli w tej szkole troje- jedna nauczycielka i nas dwóch, nauczycieli. Po wizytacji inspektora szkolnego przysłano nam jeszcze dwie siły nauczycielskie, wśród nich nauczyciela – Żyda i nauczycielkę języka białoruskiego ( moją żonę).

 Z nauczycielem Żydem miałem dużo kłopotu. On tak mówił śmiesznie, że wszystkie dzieci w klasie pokładały się ze śmiechu. Powtarzał słowo: Nuu….nuu…Brak było w klasie dyscypliny i posłuszeństwa. Nieraz przerywał lekcję i przychodził do mnie ze skargą do pokoju nauczycielskiego. Musiałem interweniować w tej sprawie.

Z nauczycielką, moją żoną, nie miałem podobnych tarapatów, chociaż ona nie miała przygotowania pedagogicznego, bo tylko ukończoną szkołę handlową. Na kilku lekcjach przykładowych przeprowadzonych przeze mnie, zorientowałem ją, jak ma uczyć języka białoruskiego. Z wymową białoruską  była obeznana, bo pochodziła z Wileńszczyzny.

Zadowolony byłem, że tak się dobrze złożyło, że żona przestała choć na kilka godzin myśleć o zamordowanych rodzicach.

Bo cały czas, gdy byłem na zajęciach w szkole, ona stała przed oknem i patrzyła na drogę, skąd często jej rodzice jeździli na targ do miasteczka Smorgonie, a stamtąd wracając, zajeżdżali do nas, do szkoły w Sukniewiczach. ….

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 13 ). O bandytach i okolicznościach mordu – relacje sąsiadów.


Zdjęcie z albumu moich Teściów – jest tam Helena, Jan i mały Mirek a obok niego zamordowana wespól z rodzicami i braćmi – siostra mojej teściowej – Bronia – ukochana mądra czuła córka ….

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

W dalszej części pamiętnika Jan pisze o swoim teściu- Janie Wojciulu – ojcu Heleny, zamordowanym z rodziną we wrześniu 1939 i okolicznościach w jakich bandyci dotarli do  rodzinnego domu Heleny by popełnić tę straszliwą zbrodnię……

(… )    Jan Wojciul urodzony w Konstampolu gm. Wojstom, pow. Wilejski woj. Wileńskie , mieszkał i wychowywał się do lat 16 przy rodzicach. Pomagał im w pracy na roli.

Mając 17 lat wyjechał do Ameryki Południowej za pożyczone pieniądze od przyjaciół, bo rodzice jego nie byli w stanie opłacić podróży za granicę. Po 7 latach ciężkiej harówki na obczyźnie, wrócił do kraju z małą „ gotówką”.

Ta suma pieniędzy nie wystarczała mu , by założyć dobrą gospodarkę, więc ożenił się i wyjechał po raz drugi sam jeden bez żony, za jej zgodą, do Ameryki Północnej.

W 1919 roku wraca do kraju, do żony i już siedmioletniej córki. Tym razem udało mu się zapracować sporo dolarów.

Trzeba pamiętać, że ten człowiek nie pił alkoholu i nie palił papierosów.

Był nadzwyczaj pracowitym i sprawiedliwym człowiekiem.

Po przyjeździe do kraju zabrał się do realizowania swoich młodzieńczych marzeń.

Zakupił 5 ha ziemi, pobudował na niej dom mieszkalny i zabudowania gospodarskie. Gospodarka zaczęła dawać dobre dochody.

A więc mając pieniądze, kupił plac w Smorgoniach pod kamienice. Po dwóch latach stała już kamienica w centrum miasteczka- Smorgonie.

Na tym nie zakończył swej działalności.

Po paru latach przystąpił do budowy młynu kamiennego w Cicinie. I ten obiekt zbudował. Z pieniędzy które zgromadził dzięki ciężkiej pracy a także pożyczek od  swoich bliskich sąsiadów.

 Młyn zaczął działać i dawać dochód, który pomagał właścicielowi spłacać zaciągnięte długi .

Bandyci, którzy dokonali morderstwa na rodzinie Wojciulów- moich teściów – nie wiedzieli, że jest w długach, bo sami siedzieli w więzieniu w Wilnie na Łukiszkach.

Wśród tych trzech bandytów był jeden znajomy Wojciulom. Nazywał się on Kunawicz. Mieszkał przed odbyciem kary więziennej w Smorgoniach u swoich rodziców.

U tychże rodziców mieszkała na kwaterze córka Wojciulów podczas uczęszczania do siedmioklasowej szkoły w Smorgoniach. Tenże Kunawicz ( młody) był hersztem tych zbójów. On sprowadził z więzienia ich do siebie- do Smorgoń i stąd ruszyli po zdobycz- dolarów, złota- pieniędzy.

      Pierwsza miała paść ofiara ich łupów wdowa mieszkające na końcu wsi Sukniewicze, niedaleko 50 metrów- od remizy strażackiej. O tym, że ma pieniądze wiedział bandyta- Kunawicz. Wiedział, że ona otrzymuje dolary z Ameryki od krewnych.

To ta grupa bandytów przechodziła koło mojej szkoły i pytała o drogę do remizy. Doszli do wspomnianej remizy. Stanęli pod jej ścianą i po chwili namysłu jeden z nich ruszył do oglądania obiektu napadu. Kiedy przechodził bliziutko obok okien, zauważył to jeden z sąsiadów siedzących przy samym oknie , słuchając wiadomości radiowych. Szybko wyszedł on z mieszkania i zobaczył, że jakiś człowiek prędko oddala się od tego domu w kierunku remizy, gdzie stali jego towarzysze- bandyci. Bandzie nie udał się napad na wdowę.

 Od remizy skierowali swe kroki do Cicina do  p. Kulickiego, sąsiada teścia mojego, mieszkającego o półtora kilometra drogi od niego. Jego piękny dom drewniany stał na wzgórku za młynem. Okien było dużo. Bandyci weszli na ganek i załomotali w drzwi. Na odgłos : kto? Odpowiedź- Milicja. Gospodarz po usłyszeniu tego głosu skoczył przez tylne okno w ścianie przeciwnej na ogród, gdzie rosły krzewy. Nie złapał go bandyta, a tylko córeczka sześcioletnia wpadła w jego ręce bo ona także widząc uciekającego ojca zsunęła się do zarośli.

Córkę postawili przed drzwiami i powiedzieli, że jeśli nie otworzą drzwi to ją zabiją. Otworzyła matka drzwi. Weszli i zażądali oddania: złota, dolarów i pieniędzy.

Odpowiedź była: „Nie mamy”.

Jeden z bandytów wziął z wieszaka kurtkę i nałożył na siebie. Szybko przeszli przez pokoje i wrócili na ganek. Bali się, że na nich może właściciel zwołać sąsiadów. Po krótkiej naradzie dwóch bandytów wchodzi znowuż do mieszkania i zabierają dwie panny ze sobą, mówiąc im, że poprowadzą ich do komendy milicji w Smorgoniach ( 11 km od Cicina).

Szybko opuszczają ten teren, zatrzymując się przy szkole znajdującej się za mostem młyńskim. Pytają: „ Czy nauczyciel ma pieniądze ?” Pada odpowiedź : „ Pieniądze trzymają w PRO”.

 Idą dalej.

Na przedzie kroczy ten z blizną- Kunawicz, który dobrze zna te drogi i dróżki. Za nim w odstępie pięciu kroków idą te dwie porwane dziewczyny, a za nimi dwóch bandytów. Dochodzą do drogi krzyżowej. Jedna dziewczyna – panna, widząc przewodnika skręcającego w prawo, mówi „ Do Smorgoń „ w lewo. Odpowiedź herszta „ Za mną”. I idą dalej.

Dziewczyny zrozumiały, że idą do Wojciulów. Bandyta Kunawicz- herszt bandy, kroczy na przedzie, a za nim idą ci dwaj bandyci, już trzymając za ręce panny.

Gdy byli już o dziesięć metrów od domu, zatrzymali się wszyscy.

Znajomy bandyta Wojciulów powiedział, że one mają zastukać do okna i drzwi obok , znajdujących się od podwórka.

Gdy usłyszą głos , mają powiedzieć : „ To my Lodzia i Jadzia, proszę otworzyć”.

Z chwilą, gdy drzwi będą otwarte , mogą uciekać. Dwaj bandyci rozstawili się pod oknami od ogrodu, a herszt z pannami pod drzwiami i oknami od podwórka. Psom, które ujadały, rzucono widocznie jakieś jedzenie, bo się uspokoiły. Za niewykonanie poleceń pannom zagrożono śmiercią. A więc wykonały.

Bandyci zaczęli wchodzić do mieszkania, a panny umknęły do  domu( Do dziś dnia żyją).

   Pomimo kary śmierci, jaką grożono dziewczynom za rozgłaszanie o napadzie , jednak one opowiedziały rodzicom i przyjaciołom

.

Od nich to i ja dowiedziałem się o tym, co wyżej napisałem.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia- Jana Konopielko ( 12 ). „ Gdzież był wtedy ten Bóg Wszystkowidzący …. „


Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

21 września 1939 roku o godz. 6 rano, żona wstała i odchodząc, powiedziała mi, że idzie do rodziców w Cicinie, by ich powiadomić, że ja już otrzymałem nominację na dyrektora szkoły w Sukniewiczach.

Nie przeszło pół godziny, gdy słuchając już porannych wiadomości radiowych , zobaczyłem przez okno, że na oklep na koniach rodziców jadą szwagier Piotr i młynarz.

 W tejże minucie wpada do mieszkania zalana łzami żona, która mówi, że w Cicinie wszystkich wymordowali bandyci, tylko zostali : Piecia ( Piotr)- Jej brat  i młynarz, bo nocowali w stodole. Przynagla mię, żebyśmy tam natychmiast szli.

Ta wiadomość tak na mnie podziałała, że zdrętwiałem i tylko wyrzekłem, że nigdzie nie pójdę.

 Po kilkunastu sekundach zacząłem myśleć, że to pewnie ci wymordowali, których gnałem z pewną grupką ludzi dwa dni temu wstecz. To oni się zemścili.

Szok minął po paru minutach. Wziąłem żonę na ramę roweru i pojechaliśmy do wymordowanych rodziców. Młynarz i szwagier jechali za nami na koniach.

Po dwudziestu minutach byliśmy na podwórku zamęczonych. Tam spotkaliśmy grupkę smutnych sąsiadów. Zsiedliśmy z roweru i żonę prosiłem, żeby nie wchodziła do domu.

Sam natychmiast skoczyłem do okna od kuchni by zobaczyć okropność- mord.

Spojrzałem przez okno i zobaczyłem wewnątrz kuchni rozpłatane ciała, okrwawione z i podciętymi szyjami, leżące na podłodze cementowej. Wstrząśnięty tym widokiem krzyknąłem: „ Pomści się ta krew!”.

Do wnętrza mieszkania dotychczas jeszcze nikt nie wchodził, oprócz szwagra i młynarza. Idąc do drzwi sieni znowuż uprzedziłem małżonkę, by została na dziedzińcu, bo wewnątrz: „ Sodoma i Gomora”.

Otwieram drzwi do sieni: pełno krwi, przeskakuję kałuże, otwieram drugie drzwi do kuchni: tu także wszędzie na podłodze krew, krew i ciała z podwiązanymi rękami w tył i nogami oraz poderżniętymi gardłami. Tu znajduje się pięć osób: jedna leży na rozebranym łóżku- służąca, przy jej łóżku siostra żony Bronia- 16 letnia uczennica w pełni życia i urody, tuż- brat Janek, chłopak12 – letni, dalej brat- Zdzisiek- 8 lat i brat Pawełek – rówieśnik naszego synka- Mirka. ( Gdybym go nie zabrał z tej gościny trzy dni temu- spotkałby go taki sam los.)

O k r o p n e !

Rodzice byli zamordowani w piwnicy, znajdującej się w pokoju sypialnym pod podłogą. Ojca ze związanymi rękoma i nogami jeszcze skrępowali powrozami w kłębek i przebili mu serce nożem. Matka, która leżała tuż obok ojca miała także związane ręce, nogi i poderżnięte gardło. Usta jej zakneblowali szmatami, aby nie krzyczała.

Po obejrzeniu tych okropnych widoków udałem się do gościnnego pokoju. Spojrzałem na otwarte szuflady w stoliku i zobaczyłem tam porżnięte kłębki z nićmi. To dowód, że bandyci szukali złota i dolarów.

W stoliku znalazłem swój dyplom ukończenia Wyższego Kursu Nauczycielskiego.

Na podłodze zobaczyłem małe dziecięce stopki we krwi kierujące się za dużą donicę z oleandrem.

Po wyjściu z domu zorganizowałem grupkę ludzi, która mi pomogła uporządkować umęczonych. Wnieśliśmy ich do dużego mieszkania i ułożyliśmy na słomie przykrytej prześcieradłami, a ich ciała przykryliśmy białymi prześcieradłami z rąbkami  uchylonymi, by można było widzieć ich twarze.

Dopiero teraz, po uporządkowaniu pomordowanych, wprowadziłem żonę do pokoju. Widok, w bestialski sposób umęczonych : rodziców, siostry, trzech braci wstrząsnął ją tak mocno, że padła na kolana i zalała się gorzkimi łzami, łkała i trzęsła się cała. Ja, trzymając ją pod rękę, by nie zemdlała, także roniłem rzęsiste łzy.

 I myślałem, gdzież był Ten Bóg Wszystkowidzący męki niewinnych czworga dzieci, pracowitych i dobrych dwojga rodziców?. I mord  7 ofiary –  obcej pracowitej  dziewczyny – służącej-  którą umęczoną już zabrał jej brat do swego domu i tam ją pogrzebał.

 Gdy małżonka uspokoiła się, opuściłem ją, udając się na podwórko, gdzie zorganizowałem stolarzy do urządzenia 6 trumien, grabarzy do kopania grobu.

Z kolei wysłałem człowieka do księdza w Smorgoniach, by się umówił z nim, na którą godzinę mamy przybyć z pogrzebem na cmentarz.

Zarządziłem nakarmić trzodę chlewną, bydło, konie i inne zwierzęta domowe, które rykiem, beczeniem i szczekaniem nie dawały spokoju.

 Szukałem również gospodarza, któryby się podjął zamieszkać i gospodarzyć w tym folwarku Cicinie. Zgłosił się na to stanowisko mój sąsiad ze wsi Kołpiei. On tu pracował kilka lat w charakterze parobka.

 Nikt z krewnych przybyłych na pogrzeby nie ośmielił się tu żyć.

Ludność na  osiedlach w  czasie tego bezprawia bała się spać i we własnym domu. Schodzili się po kilka rodzin na noc do jednego sąsiada. Krewni, którzy przybyli na pogrzeb, nocowali przy ognisku, które paliło się przez całą noc na podwórku. Ja z małżonką nocowaliśmy także u sąsiadów we wsi.

W ciągu nocy trumny były zrobione.

W pięciu trumnach złożono sześć osób, najmłodszego – 2 letniego synka Pawełka złożono razem z matką.

Wszystkie trumny postawiliśmy na trzy wozy w konie zaprzęgnięte.

 Na innych trzech furmankach usiedli obecni krewni na pogrzebie.

Córka- moja żona, syn Piotr i brat mojego teścia usadowili się obok przy trumnach umęczonych rodziców.

Pogrzeb ruszył z jękiem i ze łzami na cmentarz w Smorgoniach ( 12 km od Cicina).

Żeby ksiądz mógł spotkać jadący pochód, ja pojechałem szybko na rowerze i powiadomiłem go o zbliżającym się pochodzie.

O godz. 12 .00 ksiądz spotkał jadących u wrót miasteczka.

 Po zorganizowaniu się- pochód pogrzebowy ruszył przez ulice miasteczka na cmentarz.

Tłumy mieszkańców odprowadzały tragicznie zmarłą- zamordowaną w bestialski sposób rodzinę spokojnego, pracowitego mojego teścia – Jana Wojciula.

Pochowani są w jednej mogile na wschodnim brzegu cmentarza w Smorgoniach….

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 11). Idą sowieci ….


Stare zdjęcie z albumu moich Teściów – młyn w Cicinie skąd pochodziła moja teściowa. Wśród innych dóbr był własnością jej rodziców. Ojciec kilkukrotnie wyjeżdżał do Ameryki Północnej i Południowej gdzie ciężko pracując pomnażał majątek. Na swoją i rodziny zgubę – o czym będzie dalej ….

Pamiętnik Jana Konopielko ur. 12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

      1 września 1939 rok

  1 września 1939 r. to data wybuchu drugiej wojny światowej.

W wojnie z Niemcami udziału nie brałem, ale ciężko przeżywałem, jak Ojczyzna – Polska była deptana przez niemieckiego żołnierza. Wojna trwała około dwóch tygodni i skończyła się klęską Polaków.

Niemcy, po rozbiciu polskiej armii nie doszli do nas, tj do województwa Wileńskiego, w którym my mieszkaliśmy.

Te tereny wkrótce zajmowała armia radziecka, która posuwała się wolnym krokiem koło mojej szkoły w kierunku Wilna.

Ta wiadomość, że idą” Sowieci” spowodowała w tych stronach anarchię, w której zostali wypuszczeniu z więzień w Wilnie różnego rodzaju bandyci.

Nawet biedniejsi  chłopi  dotychczas spokojni zaczęli  napadać na zaprzyjaźnionych sąsiadów, ale bogatszych –  grabili i zabijali ich.

Takie wypadki miały miejsce nawet w naszej okolicy, w Cicinie, gdzie mieszkali rodzice mojej żony, i w tym właśnie czasie przebywał w gościnie mój czteroletni synek – Mirek.

Któregoś dnia  dowiedziałem się  o  grabieży w Cicinie – u moich teściów, natychmiast wsiadłem na rower i już odjechałem od szkoły pięćdziesiąt metrów,  gdy nagle spostrzegłem kolumnę wojsk radzieckich, poruszających się w moim kierunku.

Zatrzymałem się i czekałem, aż wojska mnie miną.

One nie minęły mię , bo także stanęły naprzeciwko mojej szkoły.  Podszedłem do grupy żołnierzy i pozdrowiłem ich w języku rosyjskim.

Nieśmiało, wahając się  odpowiedzieli mi dzień dobry ( po rosyjsku).

Widząc wśród nich oficera w stopniu lejtnanta – porucznika, zwróciłem się do niego z prośbą- i zacząłem mówić, że niedaleko stąd – o 4 km – grabią i zabijają biedniejsi chłopi zamożniejszych. Czy nie mógłby pan porucznik wysłać tam kilku żołnierzy, żeby ich uspokoić. Odpowiedź: Nie mogę. Za nami idą żołnierze administracyjni i oni zaprowadzą porządek.

      Za dwadzieścia minut byłem przy szkole w Cicinie, gdzie stała gromadka mężczyzn i patrzyła jak jedna furmanka zjeżdżała ze wzgórka.

Ludzie krzyknęli, że to jadą grabieżcy od Wojciula, od mojego teścia mieszkającego od szkoły o kilometr za wzgórzem.

Natychmiast rzuciłem rower i prosiłem ludzi, żeby mi pomogli dopędzić tych bandziorów i odebrać im to, co wieźli. W pięciu rzuciliśmy się na spotkanie ich. Gdy jadący spostrzegli nas biegnących w ich kierunku, zawrócili konia i zaczęli uciekać od nas. Zanim my dognaliśmy na wzgórze, już oni byli za posiadłością moich teściów, których dom stał o trzydzieści metrów od tej drogi.

Widząc, że nie dopędzimy uciekających grabieżców, bo jechali coraz szybciej z górki,  zaszliśmy do teściów, którzy niezmiernie się ucieszyli z naszego przybycia. Opowiedzieli, że bandyci zabrali chomąto, lejce skórzane, trochę mięsa, słoniny i patefon. Bielizny naszej nie było pod ręką, więc nie mogli chwycić.

Moich wspólników w obronie rodziców, teściowie uczęstowali i oni poszli do domu.

Ja na parę minut zatrzymałem się. Omówiłem z rodzicami sprawę wymłócenia zboża na chleb.

Obiecałem im przysłać pomoc ze swojej rodzinnej wsi, znajdującej się o 10 km od nich. Wreszcie pożegnałem się, zabrałem tam przebywającego synka – Mirka i piechotą z nim poszedłem do szkoły, gdzie zostawiłem swój rower.

Szedł on z pełnymi oczami łez. Tak mu było przyjemnie u babci i dziadka, mógł łapać w stawie ryby ze swoimi rówieśnikiem, synkiem rodziców – Pawełkiem. Od szkoły jechaliśmy do domu rowerem. Niezmiernie ucieszyła się matka – moja Helutka , gdy go zobaczyła  już w domu, na podwórku szkolnym.

My mieszkaliśmy w budynku szkolnym specjalnie pobudowanym dla kierownika szkoły.

Po krótkim odpoczynku , ja udałem się na rowerze do swojej rodzinnej wsi Kołpiei, znajdującej się o 6 km od mojej szkoły, za rzeką Wilią. Tam udało mi się namówić brata i krewniaka na wyjazd do Cicina do Wojciula na jeden dzień- sobotę – tj. na jutrzejszy dzień na młóckę.

Brat Michaś, założył własnego konia do wozu, na który ja postawiłem swój rower, bo już nim jechać było za ciemno, przyszedł też krewniak i pojechaliśmy.

U rodziców byliśmy za dwie godziny. Na podwórku spotkały nas ujadające psy. W mieszkaniu nikogo nie było. Wszyscy spali w stodole, bo bali się powrotu grabieżców . Na odgłos szczekania psów wyszedł gospodarz- mój teść  i zaprosił  gości do mieszkania na kolację.

Ja spożyłem tylko szklankę mleka, i odjechałem do domu, chociaż było już zupełnie ciemno. Jakoś dojechałem szczęśliwie.

Domownicy: żona i synek spotkali mię z wielką radością.

       Nazajutrz po śniadaniu pojechałem rowerem do Oszmiany, powiatowego miasta, gdzie znajdował się inspektorat szkolny – już sowiecki . Byłem wezwany do tego urzędu przez władzę radziecką –  inspektora szkolnego. Gdy byłem u drzwi, zapukałem i usłyszałem- proszę- otworzyłem drzwi i zobaczyłem stojącą przede mną kobietą. Domyśliłem się, kto to jest. Więc pozdrowiłem ją mówiąc- dzień dobry. Przedstawiłem się. A ona usłyszawszy moje nazwisko, powiedziała: Wy Ukrainiec?. Ja odpowiedziałem: Nie, ja jestem Polakiem. Powiedziała mi, że mam otworzyć szkołę i nauczać dzieci w języku białoruskim. Wyszedłem za drzwi i tu spotkałem  kolegów- nauczycieli. Powiadomili mnie, że w domu Związku Nauczycielskiego wypłacają nam pobory w imieniu Polski. Zgłosiłem się do Związku i otrzymałem 450 zł –pobory za dwa miesiące.

Jeszcze w tym czasie można było kupić w sklepie wszystko. Więc szybko pojechałem do sklepu. Nakupowałem dużo łakoci, spirytusu litr, materiał na ubranie. To wszystko dobrze spakowałem na bagażnik i pomknąłem do domu.

            Już ciemniało, gdy byłem u siebie.

Żona niespokojna opowiedziała mi, że przed paru minutami przechodzili tu, koło szkoły , trzej mężczyźni i pytali o drogę do remizy. Pomyślałem, że pewnie jakieś osoby wracały z wojska do domu.

Nazajutrz okazało się, że to byli bandyci, którzy wymordowali, wyrżnęli całą rodzinę moich Teściów….

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 10 ). Cały Mireczek :)

„ ( … ) O tych zajściach miłosnych, o pracy w nowej szkole w Rudni, o przeniesieniu na własną prośbę do nowej szkoły w Glinnie- gmina Krewska, o pobraniu z Helusią, o pracy w miasteczku Holszanach po ukończeniu wyższego kursu nauczycielskiego w Warszawie i o tym, że przeniesiono mię do sześcioklasowej szkoły w Sukniewiczach w Gm. Smorgońskiej, tegoż samego powiaty Oszmiańskiego, nie będę na razie pisał, ale postaram się przedstawić życie w szkole w Sukniewiczach . W szkole znajdującej się o 6 km od domu teściów, domu Helusi- Cicinie. ( … )

Tak napisał Jan  ( było to w poprzednim – 9-  rozdziale pamiętnika) i przeszedł do opisywania szkoły w Sukniewiczach oraz swoich z młodzieżą przypadków.   

              Z jakiegoś powodu ( a może poniosło Go późniejsze wspomnienie wojny i katorgi)  nie znaleźliśmy w pamiętniku szczegółów na temat mariażu z Piękną Helusią.

Tylko Ona  mi kiedyś mi wspomniała- właściwie mimochodem –  że tak naprawdę to  się trochę bała Jana-  że taki czarny  i gwałtowny . Faktycznie karnacja jego była śniada, pod czarną czupryną i krzaczastymi brwiami tej samej barwy jarzyły się duże oczy w kolorze ciemnego bursztynu z zielonymi ognikami.

Można było sobie wyobrazić, że kochał Helusię z taką namiętnością z jaką dużo później nakazywał nam , posiadającym prawo jazdy, ale lękliwym kierowanie jego Syrenką którą nabył będąc już chyba po 60 – ce.

Na pewno kochał Helusię z tak wielką siłą, że nie mogła mu się oprzeć. Może też jej się trochę podobał i imponował ale  młodziutka była. Wszak  to dziewczę miało zaledwie 14 lat gdy się spotkali po raz pierwszy, a on -7 lat starszy-  dobiegał 21 . Był już dojrzałym wykształconym  mężczyzną, pracującym w zawodzie cieszącym się w międzywojniu estymą i docenianym finansowo.

Miłość z drobnymi niezawinionymi przygodami , które Jan opisał ( rozdział 9) przetrwała . Mogło też  być tak ,  że Helusia miała  jakieś inne zauroczenia – wszak to typowe w wieku dorastającej panny –  tego nie wiemy. Zresztą zawsze miała wielkie powodzenie u mężczyzn, bo pogodna, zda się bezproblemowa, wyluzowana, rozsiewała swoją radość – ludzie ją kochali – lubiła się  bawić  i tańczyć- czego byłam świadkiem. W czasie 12 letniej nieobecności Jana , gdy ten przemierzał Syberię na swej drodze przez piekło jakim była katorga ( będzie o tym później ) Helena miała licznych wielbicieli – ale synowie twardo stali murem i mówili – tatko wróci….. I tak się stało…

Ostatecznie doszło do ich małżeństwa ( w ogóle o tym czasie nie opowiadali – zresztą nie było czasu, bo zasypałam rodzinkę i siebie 🙂 czwórką rodzących się kolejno w krótkim czasie dzieci  ). To , co wiadomo z dokumentów  –  w wieku 22 lat Helena powiła mojego męża .  Urodził się w miejscowości Glinno , (gdzie Jan był kierownikiem szkoły)  i tak ma zapisane w metryce urodzenia.

Jan wspomina w Pamiętniku ( rozdział 9 ) ,  że wyjeżdżał , do Warszawy na wyższe kursy nauczycielskie . Napisał tylko tyle, resztę opowiedziała moja Teściowa – a do tej opowieści lubiła wracać.

Któregoś czasu – a było to w roku 1936-  Jan zabrał do Warszawy  wielbioną  żonę  oraz 1,5 rocznego pierworodnego – Mirka ( od 51 lat mojego męża ) . W czołówce tego wpisu zamieściłam zdjęcie z ich wspólnego spaceru .

Kiedy tak sobie szli  we trójkę – Mama, Tata i malutki syn – Mireczek nagle wyrwał się w uwięzi dłoni rodziców i pognał   przed siebie. Nie zdążyli go złapać bo  ich chłopczyk  nagle zahamował  przed podobnym jak on drobiażdżkiem – wyciągnął łapki i wołając  głośno na cały Plac Zamkowy – z wielkim zachwytem oraz podniebną radością – ooo dziewczynka !!!  sukieneczkę ma !!! i włoski ma  !!! – zabierał się do obejmowania i głaskania….. Ot –  cały Mireczek –  taki pozostał – energetyczny , niezależny , spontaniczny i kochający wszelakie Piękno 🙂 .

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 9 ). Perypetie miłosne i metody wychowawcze.

Po krótkiej przerwie spowodowanej wpisem o dr Fischbachu, Jego Chórze i Koncercie w Żaganiu oraz awarią serwera, na którym zapisuje się ten blog (co spowodowało mój lęk, że wszystkie teksty odfrunęły w niebyt – ale dzielni panowie informatycy przywrócili mi wiarę  w umiejętności ludzi – za co im wielka chwała) wracam do zapisków Jana.

W poprzednich ( 8 ) odcinkach było o trudnej drodze z klepiska chałupy , pasania krów i ogólnej beznadziei do upragnionego dyplomu nauczyciela.  O przepuklinie zwanej przez miejscowych kiłą i strasznym metalowym pasie a nade wszystko dokumencie I Wojny Światowej przeżywanej przez dziecko . Było też o wielkim zakochaniu Jana w pięknej kuzyneczce Helusi  i Miłości do grobowej deski ….o cudnym dniu spędzonym wspólnie na festynie w Wojstomie , noclegu na sianie i cierpieniach duszy i ciała z powodu braku pełnego aktu miłości….w imieniu Jana zapraszam więc do ciągu dalszego jego opowieści… na pewno jest uradowany bo bardzo kochał ludzi , lubił opowiadać i przebywać z młodymi ….


Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część druga  spisywana od stycznia 1982 roku


( … ) Uspokoiłem się i poszliśmy na ulicę, by się nauczyć jazdy na rowerze. Przyłączył  się i młodszy braciszek, uczeń trzeciej klasy szkoły handlowej w Smorgoniach.

Po czterech dniach pobytu w domu dowiedziałem się od sąsiadów mieszkających vis a vis naszego domu, że ojciec mojej kochanej, mocno rozgniewał się na mnie z powodu wspólnego spania na sianie w stodole. Stryjek Heli, z którym razem kładłem się spać na sianie, objaśnił swojemu bratu, będącemu w Smorgoniach na targu, po swojemu to spanie. Widać mało skutecznie.

Pomawianie mnie, że uwiodłem niewinne dziewczę, ubodło mnie mocno. Pomyślałem, że ona biedna musiała i musi wysłuchiwać wyrzutów swojego ojca srogiego.

Nie czekając więc niedzieli, na którą umówiłem się z nią, natychmiast zjawiłem się u niej w Cicinie, gdzie ona mieszkała. Pierwszą na podwórku spotkałem jej matkę – dobrą i miłą Ciocię ( to stryjeczna siostra mojej rodzonej mamy).

Matkę Heli upewniłem, że na uwodzenie nie pozwoliłem sobie. Chociaż spałem w tej samej stodole.

Byłem zdania, że naprawdę kochanej osoby nie mógłbym skrzywdzić i upokorzyć, żeby później przeze mnie cierpiała. Z ojcem jej, tak się złożyło, że nie spotkałem się. Na pewno ciocia ojca uspokoiła.

     O tych zajściach miłosnych, o pracy w nowej szkole w Rudni, o przeniesieniu na własną prośbę do nowej szkoły w Glinnie- gmina Krewska, o pobraniu z Helusią, o pracy w miasteczku Holszanach po ukończeniu wyższego kursu nauczycielskiego w Warszawie i o tym, że przeniesiono mię do sześcioklasowej szkoły w Sukniewiczach w Gm. Smorgońskiej, tegoż samego powiaty Oszmiańskiego, nie będę na razie pisał, ale postaram się przedstawić życie w szkole w Sukniewiczach . W szkole znajdującej się o 6 km od domu teściów, domu Helusi- Cicinie.

Ta sześcioklasowa szkoła w Sukniewiczach stała o czterdzieści metrów od drogi prowadzącej ze Smorgoń do stacji Zaskowicze i powiatowego miasta Mołodeczna.

Szkoła ta nosiła nazwę szkoły im. J. Piłsudskiego. Chociaż była zbudowana z kloców drewnianych jeszcze nie otynkowanych, wyglądała wspaniale z zewnątrz. Wnętrze także było godne pochwały projektanta. Pośrodku znajdował się duży korytarz, z którego wchodziło się do klas o ogromnych oknach skierowanych na południe. Pięknie wyglądały ganeczki, prowadzące do wnętrza szkoły. Pokryta była czerwoną ciemną dachówką.

A wokół tej szkoły rosły piękne tuje, bzy i dużo różnych kwiatów.

W tej szkole pracowałem dwa lata jako kierownik tej placówki.

Współpracownikami byli : jedna nauczycielka i nauczyciel – były stary kierownik. Praca z nimi układała się pomyślnie.

Gorszą sprawą było z dyscypliną w szkole. Dziatwa była rozwydrzona. Przychodziło się z początku użyć metod niezawodnych.

Prowodyra – chociaż potężnego chłopca, chwyciłem za ręce i skrępowałem je po milicyjnemu, tak, że nie mógł się poruszyć z miejsca. A ja, uciskając coraz silniej – pytałem, czy będzie już zachowywał się poprawnie. Łzy mu się potoczyły i powiedział: Nie.

Wyszedł z kancelarii zapłakany. Widziało go dużo młodzieży , gdy wychodził ze łzami w oczach. Jednak on już więcej nie dokazywał tak, żeby go trzeba było wzywać do kancelarii. Po wyżej opisanym przejściu wzywałem jeszcze niektórych rozrabiaczy.

Ale już stosowałem inne metody.

A mianowicie: uczeń opowiadał mi, co zrobił złego, że go wezwałem na rozmowę. Nieraz po wyjaśnieniu , taki winowajca długo musiał stać w gabinecie dyrektorskim. Wreszcie nie wytrzymywał i z płaczem przyznawał się i obiecał, że więcej nie będzie tak robił.

Na skazanego wypuszczonego z kancelarii , czekali koledzy i zaraz pytali : „ no i co?” A on na to: „ Jak zarobisz to się dowiesz”.

Po paru tygodniach młodzież się uspokoiła, bo bała się kierownika. Przepracowałem w tej szkole dwa lata.

Oprócz pracy w szkole, prowadziłem koła młodzieży, które założyłem. Urządzałem z tutejszą młodzieżą przedstawienia, uczyłem ją śpiewu, prowadziłem chór młodzieżowy.

Poza swoim rejonem szkolnym brałem udział również w pracy społecznej w Dziewieniszkach, tutejszym ośrodku gminnym. Prowadziłem koło LOP-u, organizowałem zebrania, wygłaszałem przemówienia poświęcone rocznicom państwowym i urządzałem zabawy taneczne dla uczniów i  nauczycieli.

Wodziłem rej wśród nich. Szanowali i uważali mię za moją aktywność.

Byłem zadowolony z życia.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 8 ). Powaga i zamożność nauczycielskiego stanu i piękny festyn z ukochaną Helusią.


Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część druga  spisywana od stycznia 1982 roku

 Pod koniec roku szkolnego otrzymałem pismo z inspektoratu szkolnego w Oszmianie, że  zostałem z urzędu przeniesiony z dnie pierwszego września 1932 roku do jednoklasowej szkoły w Rudni, znajdującej się o 3 km od miasteczka gminnego w Dziewieniszkach. Nie pytano mnie o zgodę na przeniesienie, bo korzystałem ze stypendium państwowego przez dwa lata w seminarium nauczycielskim w Wilnie.

Zanim się przeniosłem do nowej szkoły w Rudni, najpierw odwiedziłem ją. Podobała mi się ona. Znajdowała się o 300 metrów od stawu, na którym stał młyn z domem właściciela. Domek, w którym połowa jego była pod szkołą, wyglądał zachęcająco. Naokoło było pełno kwiatów: róż, georginii i innych. Tuż, o trzydzieści kroków od szkoły stał domek drugiego gospodarza. Właśnie z tym drugim gospodarzem umówiłem się, że będę u niego mieszkał i płacił miesięcznie 15 zł wraz z gotowaniem potraw z moich produktów.

Dwa tygodnie przed rozpoczęciem zajęć w szkole, na  gminnym koniu przewiozłem swój dobytek do nowego mieszkania- pokoju. Od kolegi- jeszcze ze szkolnej ławy w Wilnie kupiłem żelazne łóżko z siatką drewnianą i postawiłem je w swoim pokoiku. Do siedzenia gospodarz wstawił dwa taborety i zydelek z wiadrem do wody oraz stolik. Również gospodarz napełnił siana do materaca- siennika. To na razie było całe moje umeblowanie w moim mieszkaniu. Po paru tygodniach dopiero zrobiłem sobie sam etażerkę z desek młynarza i wstawiłem w kątek mieszkania. Do pokoju wchodziło się przez sień. Pokój miał trzy nieduże okienka, dwa wychodzące na ulicę- drogę prowadzącą do młyna i do miasteczka Dziewieniszek, a jedno na podwórko

      Całe wakacje szkolne spędzałem rodzinnej wsi u rodziców. Było mi u nich przyjemnie i miło. Mieszkańcy wsi nie nazywali mnie już Jaśkiem , ale „ Panem Janem”. A więc odzywali się do mnie z szacunkiem i powagą. Nie szczędzili mi wyrazów uznania i podziwu , że się pierwszy wybiłem wśród młodzieży w tutejszej gminie.

I rzeczywiście byłem pionierem nauki  w tych okolicach. Zazdrościli mi wszyscy: jak rówieśnicy, tak i starsi. Rodzice moi i całe rodzeństwo także byli dumni ze mnie i z moich sukcesów.

 W domu panowała radość i szczęście. Brat młodszy, Piotr poszedł się uczyć na krawca, a brat najmłodszy- Mateusz zaczął uczęszczać do szkoły handlowej w Smorgoniach. Siostra Anka też zgłosiła chęć pójścia na naukę na krawcową. Za naukę wyżej wymienionych obiecałem opłacać ja, który poczułem się do wdzięczności za pomoc mi w czasie moich studiów trwających sześć lat.

Czas wakacji upłynął mi na odwiedzaniu kolegów i koleżanek . Wspólnie z kolegą wizytowaliśmy koleżanki w ich domach u rodziców. Urządzaliśmy tam potańcówki. W każdą niedzielę jeździłem do swej niebogiej, kochanej Helusi ( późniejszej żony- przyp.Z.K.), która mieszkała u rodziców o 8 km od mojej miejscowości.

             Będąc u niej, ułożyliśmy plan następnego spotkania  w Wejstomie , gdzie odbywał się wielki” fest”- uroczystość kościelna. Ona przyjechała swoim wozem, najpierw do swoich krewnych  do Konstanpola, a stamtąd do kościoła znajdującego się o 7 km w Wojstomie. Ja też miałem w tej miejscowości swoich krewnych , ale od razu na uroczystość przyjechałem rowerem.

Spotkaliśmy się , oboje wniebowzięci. Pełni szczęścia , wśród tłumu ludzi spacerowaliśmy po ulicy niebrukowanej pełnie zadowolenia i dumy z siebie, że jesteśmy razem. Zauważyli nas moi koledzy też spacerujący i przyłączyli się do nas. Przedstawiłem im swoją bogdankę, jako siostrzyczkę w Chrystusie. Żartów i śmiechu było pełno. Każdy stara się czymś zaimponować mojej siostrzyczce. Po dwugodzinnym spacerze żegnamy się.

My wracamy do swojego- jej wozu. Ja proponuję – żeby pojechała ze mną na rowerze moim do swoich krewnych. Zgadza się.

Więc kupuję cukierków dla niej i dla dzieci krewnych .

Siadamy na rower i mkniemy osiem km do celu- Konstanpola. To przestrzeń niedługa, ale jechać trzeba powoli i uważnie, bo dużo ludzi maszeruje tą ścieżką do kościoła.

Mkniemy i dzwonimy.

Piesi ustępują z drogi- ścieżki- szybko z małym podskokiem i wesołym krzykiem.

Za pół godziny byliśmy już na podwórku jej stryjostwa. Obdarowaliśmy wszystkich słodyczami. Z kolej gosposia zaprosiła nas na podwieczorek. Najedliśmy się do syta smacznej babki z masłem, kiełbasą, zapiliśmy mlekiem. Resztę czasu wieczornego spędziliśmy na spacerze po sadzie pełnym gruszek, jabłek i kwiatów.

Gdy już zaczęło ciemnieć przyszliśmy na podwórko, gdzie czekał nas stryjek z pościelą do spania w stodole.

W tej ogromnej stodole na dole kopy pachnącego siana położyła się moja „ siostrzyczka” , a je ze stryjem popełzliśmy wyżej na kopę siana i tam urządziliśmy sobie spanie.

Obudziłem się i spostrzegłem, że stryja obok mnie nie ma. Głośno spytałem, czy wszyscy już wstali?

Dał się słyszeć głos ukochanej Helusi.

Popełzłem, żeby ją wyciągnąć z siana, a ona w tej chwili uciekła ze swojego gniazda i szła już do studni, by się umyć.

Ja też skierowałem swe kroki do wody, gdzie już stryjenka jej stała z ręcznikiem i zapraszała na śniadanie. Po smacznym posiłku składającym się z blinów kartoflanych- ślicznie myśmy podziękowali za wszystko i ruszyliśmy w drogę do domu.

Ona koniem, a ja rowerem obok wozu.

Za wsią Mickiewiczami na rozstajnej drodze pożegnaliśmy się , bo jej droga do domu szła w lewo, moja prowadziła w prawo.

Z wielkim żalem ucałowałem jej rączki i gorące usteczka.

Słowami: Bądź zdrowa , pomknąłem na swym błyszczącym” rumaku” – rowerze.

     W domu, w swoim pokoju nikogo nie było. Jakoś smutno mi się zrobiło i na płacz się zbierało. Czułem się tak , jak czuje się naprawdę zakochany. A byłem, byłem w takim stanie. Żeby rozwiać te uczucia rzewności, wyszedłem z mieszkania, a spostrzegłszy stojący rower pod ścianą domu , zarzuciłem nogę na siodełko i pomknąłem do leśniczówki, znajdującej się o dwa kilometry. Tam spotkałem stojącą na balkoniku dawną znajomą, córkę ( obecnie mężatkę za leśniczym) mojej pani profesor w seminarium nauczycielskim w Borunach, gdzie uczyłem się przez cztery lata. Po przywitaniu i krótkiej wymianie paru słów, pożegnałem ją, bo powiedziała, że czeka na męża z gośćmi na obiad, nie raczyła nawet zaprosić mię do mieszkania na herbatę.

To oziębłe, nieuprzejme zachowanie tej znajomej pani, było dla mnie poniżeniem, które rozżaliło mnie tak, że po powrocie do domu, do swojego pokoju , rozpłakałem się.

Brat starszy, który wszedł do mieszkania w czasie mego beczenia, podszedł do mnie i powiedział, że nie warto ronić łez.

To prędko minie, on także płakał po swojej dziewczynie, która wyszła za mąż  ….

c.d.n.       

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 7 ). Życie nauczyciela i perypetie z pierwszym rowerem :) .

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część druga  spisywana od stycznia 1982 roku

Przez sześć miesięcy pracy w szkole zaoszczędziłem ponad 600 zł. Pobory moje wynosiły 165 zł miesięcznie plus 25 zł na mieszkanie. Postanowiłem wydać je na święta Wielkanocne i kupno roweru.

Za połowę tej sumy ( 300 zł) kupiłem dla mamy wełny na suknię, tacie- ubranie, bratu starszemu- buciki, 6- ciu siostrom- materiału na sukienki i dwóm braciom młodszym- materiał na koszule. Oprócz tych podarków , zakupiłem dla taty dwie paczki papierosów i parę paczek machorki. Ponadto dla wszystkich przygotowałem cukierków i obwarzanek plus butelkę wódki.

Ze wszystkimi tymi prezentami wyjechałem na święta do swojej rodziny- do rodzinnej wsi Kołpiei- do rodziców. Jechałem pociągiem ze stacji Bieniakonie do Wilna, a z Wilna do Smorgoń. Dalszą drogę tj. ze stacji Smorgonie do swego celu podróży do Kołpiei odbyłem furmanką ze starszym bratem – Michasiem.

Na przyjazd mój z niecierpliwością czekali nie tylko rodzice, siostry i trzech braci, ale i sąsiedzi. Cieszyli się wszyscy z mojego przyjazdu. A największą radość sprawiłem im prezentami , którymi ich obdzieliłem. Tato był dumny ze swego „ Jaśki” ( tak mnie nazwano). Przybyłych do mieszkania sąsiadów częstował tabaką i papierosami, a ja częstowałem cukierkami dzieciaki i wszystkich domowników.

    Pierwszy dzień Świąt Wielkiejnocy, spędziłem u rodziców, na drugi dzień wyruszyłem do swojej  ukochanej „ siostrzyczki” Helusi, która mieszkała od naszej wsi o 15 km. ( Wielka Jedyna Miłość i późniejsza żona Jana – przyp. Z.K. ). Drogę tę przebyłem sam kierując czarnym  rumakiem, wyhodowanym przez mego starszego brata Michasia. Spotkanie było radosne z niewinnymi uściskami i pocałunkami. Obdzieliłem wszystkich prezentami i cukierkami. Po uroczystym przyjęciu  grałem wszystkim na skrzypcach różne utwory wesołe i smutne. Na drugi dzień mojego pobytu w gościnie odwiedziliśmy z Helusią p.p. Piątych, małżeństwo naszych dobrych znajomych- bliskich mi  po fachu- nauczycieli. Do rodziców wróciłem w trzecim dniu. Wróciłem szczęśliwy i zadowolony.Trzy dni ostatnie spędziłem w swojej wsi. Tu spotkałem się ze swoimi rówieśnikami- kolegami ze szkoły podstawowej. Bawiłem się z nimi na ich zabawach tanecznych. Z wielkim szacunkiem odnosili się do mnie. Starsi wiekiem ode mnie zwracali się do mnie na „Pan Jan”, a nie jak przedtem „Jaśka”.

    Powrotną drogę do szkoły z gościny odbyłem tą samą trasą- koleją żelazną – ze Smorgoń przez Wilno do stacji Bieniakonie. W drodze powrotnej widziałem się z kolegami ze szkolnej ławy w seminarium . Opowiadali mi o ciężkiej pracy w swojej szkole. Ja natomiast myślałem że u mnie w szkole była zabawa nie praca. Z  11 osobową  grupką uczniów to był oddech. Chociaż musiałem łamać głowę przez kilka godzin nad przygotowaniem się do lekcji.

                        Nauka jazdy na nowym rowerze.

      Kupiłem sobie rower Wanderer w Wilnie. Przywiozłem go furmanką ze stacji do Bil- swojego miejsca pracy. Zaraz po wyładowaniu „ tej maszyny – lśniącego ładnego roweru” zabrałem się do nauki jazdy na nim.

Muszę się przyznać, że nigdy dotychczas nie miałem do czynienia z takim środkiem komunikacji. Nie umiałem nawet go prowadzić za rączki- kierownicę. Toteż naukę rozpocząłem od opanowania umiejętności chodzenia z nim, prowadząc go za rączki. A tu trzeba jeszcze dodać, że ulica w tej wiosce nie była nie tylko asfaltowana, ale nawet pełna błota. Więc  z trudem zaciągnąłem swój rower za wieś, gdzie było nieduże poletko ziemi, co prawda mające nieduże bruzdy, ale lepszego już znaleźć nie było można i na takim skrawku ziemi pchałem tam i z powrotem swój piękny rower. Z kolei w tymże samym dniu zacząłem stawiać lewą nogę na pedale i pchać do naprzód. Szło to z wielkim trudem. Zmęczyłem się i spociłem, chociaż byłem cały czas w trakcie tego ćwiczenia w jednej bluzie. Upadłem, wywróciłem się kilka razy w ciągu tej nauki. Podarłem spodnie i poszarpałem sobie ręce do krwi padając na rower. Ćwiczenie  jazdy na lewym pedale zostawiłem na następny dzień i wróciłem do swego mieszkania z wielkim apetytem na jedzenie. Zjadłem kolację i zaraz położyłem się do odpoczynku. W następnym dniu zaraz po śniadaniu udałem się na swoje „ boisko” , miejsce ćwiczeń ( jeszcze trwały ferie wielkanocne) i zacząłem przedłużać naukę jazdy. Od razu rozpędziłem rower trzymając jedną ( lewą) nogę na pedale, spróbowałem zarzucić prawą nogę za siodełko. I bęc, na młodą zieloną trawkę. Nie udało się. Spróbuję drugi, trzeci raz , wszystko mi się nie udaje, ale bez przewracania się. Zjechałem kilka razy z pochyłej grzędy na jednym pedale. Próbuję innego sposobu. Prawy pedał nastawiam pionowo. Prawą nogę przekładam przez ramę , lewą nogę stawiam na pedale i podnoszę się na rączkach kierownicy w górę, siadam na siodełku padając jednocześnie w przód całym swoim ciałem. Rower potoczył się, a ja zdążyłem prawą nogą nacisnąć na pedał najpierw prawy a później lewy. Rower się toczył.  Jeszcze raz nacisnąłem na pedały , ale straciłem równowagę i upadłem. O, jakaż była radość w mym sercu z przejechania na siodełku tych 6 metrów. Ten pierwszy sukces dodał mi ochoty do kontynuowania tej nauki. Teraz powtarzałem raz za razem ten sposób siadania na rower i za każdym razem szło mi coraz lepiej i lepiej. Przez dwa tygodnie ćwiczyłem się w tej jeździe. W końcu próbowałem jeździć po drodze suchej, którą kroczył koń, ciągnąc wóz. Ścieżką, którą chodzili ludzie  trudniej mi było jechać, gdyż wpadałem do rowu, ścieżka była  dużo węższa od dróżki zrobionej przez konia. Ciężka to była droga, ale bezpieczniejsza- rzadziej się wywracałem. Gdy opanowałem siadanie na siodełku przy pomocy unoszenia się na rękach, zacząłem ćwiczyć siadanie, stawiając lewą nogę na pedał i zarzucając prawą nogę za siodełko przy rozpędzonym rowerze. Ten sposób był o wiele trudniejszy do opanowania. Po paru tygodniach i ten przyswoiłem.

   A więc po trzech tygodniach jeździłem już dość możliwie. Pierwszą drogę na pięknym rowerze odbyłem ze swej szkoły do szkoły w Konwaliszkach znajdujących się o 3 km. Prawdę mówiąc, nie obeszła się ta jazda bez przygód. Kilka razy wywróciłem się i poszarpałem do krwi łydkę. Jednak ta przykrość nie powstrzymała mnie od następnych przejażdżek. Robiłem je niemal każdego dnia po obiedzie po lekcjach. Po miesiącu jazdy, całkowicie opanowałem jazdę na rowerze i zacząłem już odwiedzać swoich kolegów mieszkających i pracujących  w gminnym miasteczku Dziewieniszkach, położonym o 12 km od Konwaliszek. Wszędzie , gdzie się zjawiłem, moim rowerem zachwycali się koledzy i młodzież.

Po godzinach zajęć najczęściej jeździłem do Konwaliszek do księdza Brzozowskiego. Od niego dowiedziałem się, że on pracował- był księdzem w Popowcach osiedle gminy Wojstom pow. Wklejka. Ja przypomniałem , że w jego parafii przystępowałem po raz pierwszy do spowiedzi i komunii świętej.

Część wolnego czasu poświęcałem Kołu Młodzieży Wiejskiej, które założyłem w tej wsi. Z tą młodzieżą urządziłem jedno przedstawienie , na które zaprosiłem księdza i nauczyciela. Przedstawienie zakończyło się zabawą taneczną.

c.d.n.