Śladami mojego Taty. Oczekiwanie na Polskę

Nic z tego nie wynikało, że w 1941 roku podpisano” układ majski” i ludzie zesłani na Syberię czy Kazachstan mogli czuć się wolni.

Nie mieli dokąd wracać.

Bo nie było Polski.

Tereny naszego kraju zajmowali Niemcy i Rosjanie. Dopiero po zakończeniu drugiej wojny  światowej łaskawie ofiarowano nam ojczyznę. Okrojoną o wschodnie tereny, poszerzoną na zachód ale przede wszystkim całkowicie kontrolowaną przez sowietów.

Jaka była ta Polska Ludowa, taka była, ale była ojczyzną, o której śnili zesłańcy.

Ale zanim wojna się skończyła, musieli nadal żyć w trudnych warunkach i codziennie walczyć o przetrwanie. To były jeszcze pełne cztery lata i potem rok starań o zgodę na opuszczenie terenów ZSRR. Wg zasad radzieckich byli oni skazani na „ zsyłkę na wsiegda” albo nazywano to” wieczną zsyłką” co oznaczało, że nie mogą wrócić do swojego kraju ani miejsca poprzedniego stałego zamieszkania.

 

Śladami mojego Taty. Nadzieja

Czy Polacy zesłani w czeluść nieogarniętych terenów Rosji wiedzieli co się dzieje w świecie? Pewnie tak i właśnie te wydarzenia przyniosły otuchę bo budziły nadzieję. Nadzieję na koniec wojny,  powrót do domu , spotkanie z bliskimi, może z mężami, których losy nie były im znane. 

Teraz czytam w Wikipedii o  tym czasie:

Stosunki dyplomatyczne Polski i Związku Radzieckiego zostały zerwane z chwilą agresji sowietów na Polskę  17 września 1939. Wówczas to oficjalnie strona radziecka wystosowała notę do ambasadora RP , w której  stwierdza fakt, że państwo polskie przestaje istnieć. 

Ale losy wojenne  plotą się w sposób trudny do przewidzenia.

Niespodziewanie 22 czerwca 1941 roku III Rzesza zaatakowała Związek Radziecki.  I wówczas Wielka Brytania , która była związana z  ZSRR sojuszem politycznym i wojskowym podjęła próbę dyplomatyczna utworzenia faktycznej koalicji antyhitlerowskiej. W tym celu pośredniczyła w rozmowach pomiędzy premierem rządu RP na uchodźstwie  generałem Władysławem Sikorskim i ambasadorem ZSRR w Londynie Iwanem Majskim i w efekcie 30 lipca 1941 zawarto  układ zwany układem Sikorski- Majski, albo po prostu układem Majskim. Przewidywał on przywrócenie stosunków dyplomatycznych między obydwoma krajami oraz budowę armii polskiej w Związku Radzieckim pod dowództwem polskim.

W protokole dodatkowym rząd ZSRR zagwarantował „ amnestie” dla obywateli polskich: więźniów politycznych i zesłańców pozbawionych wolności na terenie ZSRR w więzieniach i obozach Gułagu….

 

Czy moja ciocia i inni zesłańcy wiedzieli co się dzieje w świecie ? Może docierały jakieś wieści nieznanymi drogami. Ileż nadziei wstąpiło w ich serca, gdy dowiedzieli się o „układzie majskim”. A był to rok 1941, więc dlaczego dopiero w 1946 zostali zwolnieni ze zsyłki i mogli wrócić do Polski? 

Tyle lat oczekiwania …..

 

Śladami mojego Taty. Dziecko uczy się sztuki przetrwania…

 

 

 

Jeszcze raz pokazuję to zdjęcie, bo mnie wzrusza.  Witold Łukaszewicz, mój  kuzyn, dzielny chłopak urodzony na dalekim Kazachstanie

 

 

 

Ale wracam do opowieści z Kazachstanu…jest druga wojna światowa, a na dalekich stepach mieszkają zesłane tam polskie kobiety z dziećmi , żony najczęściej już zamordowanych polskich wojskowych albo zaginionych na bezkresie Rosji….

Gdy mój kuzyn, Witold, tam urodzony już miał  może pięć lat, mama wyprawiała go na tory kolei transsyberyjskiej oddalone o kilka kilometrów . Tam miejscowe chłopaki zbierały maleńkie kawałeczki węgla, nieomal pył , które wypadły z wagonów   przewożących  ładunki węgla z niedalekich kazachstańskich  kopalń. Ciocia uszyła mu spodnie o wielkich bufiastych nogawkach. I w tych nogawkach, jak w kieszeniach synek przynosił wymarzone kawałeczki węgla. Była bardzo dumna z syna, tym bardziej, że to co robił było niedozwolone.

Cieszyła się też,  gdy się wybierał w inne okolice, gdzie pakowano ziarno. Tam też niepostrzeżenie zbierał resztki zboża , które potem matka rozgniatała pomiędzy dwoma płaskimi kamieniami i piekła wyśmienite placki.

Trudne warunki życia spowodowały, że dziecko wcześniej dojrzewało i uczyło się walki o przetrwanie….

 

Śladami mojego Taty. Witold teraz

Jak dobrze, że Witold zdążył mi nieco opowiedzieć o sobie, zanim uległ poważnemu wypadkowi tracąc mowę. Jest teraz w bardzo dobrym zielonogórskim ośrodku przykościelnym. Odwiedzaliśmy go niedawno. Wśród innych pensjonariuszy wyróżnia się uśmiechem, łagodnością . Powoli odzyskuje rozumienie i mowę. Poznał mnie , na pewno mnie poznał, bo oznajmił to po swojemu. Dzięki wspaniałej opiece sióstr i innych pracowników ośrodka , ale przede wszystkim swojej wieloletniej towarzyszce życiowej- Basi, jestem o niego spokojna….

 

Moim współbiesiadnikom tekstów tego blogu , którzy czują się znudzeni  opowieściami o rodzinie obiecuję powrót do przeplatania tematów i kontynuację wpisów o mojej medycznej ścieżce.

Śladami mojego Taty. Morze na stepie…

 

 

 

Mój kuzyn, Witold Łukaszewicz urodzony na Kazachstanie

 

 

Dziecko otrzymało imię Witold, po zaginionym ojcu.

Hodował się dobrze, jak na te warunki. Po pewnym czasie już biegał z miejscowymi dzieciakami. A gdy miał trzy czy cztery lata, kiedyś o poranku, zawołała go mama, by wylazł z barłogu i wyszedł przed ich” dom”. Mama wołała, chodź synku, zobaczysz morze. Wybiegł bardzo zainteresowany, bo był ciekawy świata. I zobaczył. Był wielki złoty falujący zielony błękit i szum. To było morze. Prawdziwe. Jego pierwsze.

Długo wierzył, że zobaczył morze. Gdy był trochę starszy  dowiedział się , że to była tylko fatamorgana na stepie…..

 

Śladami mojego Taty. Poród na Kazachstanie.

W takich warunkach nabrzmiewała ciąża mojej cioci. Dzieciątko chciało żyć za wszelką cenę. Rozwijało się ładnie, wysysając soki życiowe z łona swojej matki.

Czy ona miała  czas, by myśleć o mężu? Tęsknić?

Któregoś dnia poczuła skurcze porodowe. Wiedziała, że nie może liczyć na jakąkolwiek pomoc. Żadnego lekarza, pielęgniarki nie było w okolicy. Żyła w  maleńkiej osadzie Kazachskiej na  wielkim bezkresnym stepie.

I wtedy przyszły miejscowe kobiety.  Zabrały rodzącą z ziemianki i wyprowadziły na świeże powietrze. Była bezwolna a może im już ufała. Zdążyła się do nich przyzwyczaić i je poznać. Nie protestowała, gdy założyły jej starą burkę pod pachy i podwiesiły  na cherlawym drzewie .  Była to wypróbowana przez lata miejscowa tradycja ułatwiająca szczęśliwe zakończenie porodu.  I wtedy urodził się bez żadnych powikłań mój  kuzyn.

A dookoła był step i wpatrzone w misterium porodu  oczy mieszkańców. Bo zeszła się cała wieś, by uczestniczyć w tak wielkim wydarzeniu jakim było przyjście na świat nowego człowieka….

Śladami mojego Taty. Jania …

Zresztą miejscowi ludzie byli życzliwi przybyszom. Pomagali jak umieli, podrzucali jakieś resztki jedzenia, uczyli jak zdobywać żywność. Jednak nie wszyscy.

Któregoś dnia kilkunastoletnia Janka krzątała się koło domu, ale coś ją podkusiło, by pobiec w step  w poszukiwaniu  dzikiego czosnku. Roślina ta ratowała ich przed szkorbutem i innymi awitaminozami.

I właśnie tam ujrzała kilku Kazachów na koniach.

Otoczyli dziewczynę.

A była zjawiskowej urody. Zachowała ją do bardzo późnej starości. Jasna szczupła twarz , wielkie błękitne oczy i długi płowy warkocz. Była wysoka i smukła. Piersi już rysowały się pod bluzką . I miała bardzo długie nogi , jak łania….

A może to czyjaś opowieść , historia innej polskiej dziewczyny zgwałconej przez Kazachów.

Czy dziewczyny, które przeżywały swoje najpiękniejsze lata na stepach w prymitywie, głodzie i lęku mogły potem żyć normalnie. Okazało się , że mogły.

Jania była pogodna i ciepła.

Tylko na starość zapadła w swój świat Alzheimera. Los jej darował postać choroby łagodną. Jest spokojna. Ma obok siebie kochającego męża i dzieci.

Śladami mojego Taty. „Domek” na Kazachstanie

Ziemianka, w której zamieszkała ciocia już miała  dach z wysuszonych badyli , a ściany wylepione nawozem .

Jednak ciocia wymarzyła sobie jeszcze jeden szczegół. Brakowało okienka w ścianie. Znalazła kolorowe szkiełko, może fragment rozbitej butelki i wydrapała dziurkę w cuchnącej jeszcze świeżym nawozie ścianie i włożyła tam szkiełko. Podobno zbiegła się cała wieś, by oglądać i podziwiać niezwykłą urodę tej ziemianki.

 

Śladami mojego Taty. Kobiety polskie…

Odtąd tam był jej dom.

Gdzieś na dalekiej wileńszczyźnie  został ich rodzinny uroczy drewniany wspólny domek w kwiatach. Czy przychodził do niej w snach? Czy w ogóle miała siły by śnić?

Pewnie w ogóle nie myślała o tym, bo toczyła walkę o przetrwanie swoje i  dzieci.

Ileż hartu ducha miała w sobie ta kobieta? Ileż hartu ducha miały inne polskie, zwykle trochę rozpieszczone, wychuchane przez rodziców i współmałżonków kobiety z rodzin szlacheckich i zwykle zamożnych. Ale czy miały jakieś wyjście. Nie miały. Więc się przystosowały, zahartowały i dały radę.

 

Śladami mojego Taty Rodzina brata mojego Taty- Witolda na Kazachstanie…

Nie zważając na błogosławiony stan Cioci, pozostawiono ją samą z tym brzuchem i nieletnią córką na pastwę miejscowych. To była inna forma zsyłki. Jedna polegała na wspólnym życiu zesłanych w barakach łagrowych a druga- to samodzielne egzystowanie wśród Kazachów. Sowieci zapędzili kilku miejscowych do wykopania dołu  pod ziemiankę dla przybyłych i sklecenie konstrukcji, która miała być ich domem. Oczywiście nie oszczędzano cioci- musiała pracować z innymi. Ale w końcu ich nowy dom powstał.