Śladami mojego Taty . Wesołe Lisiaki

 

 

Małe Lisiaki z mamą. Zdjęcie wykonał i opisał mój Tato

 

 

 

Po obiedzie Lisiaki instalowały się w sypialni rodziców, na ich wielkim małżeńskim łożu i oglądały program TV. Wówczas telewizory były  nowością i każdy program był wielką atrakcją. Ja siadałam na stołeczku za poręczą łoża. Z reguły wspólnie oglądaliśmy  bajki na dobranoc. W czasie przygód Bolka i Lolka Lisiaki piszczały i podskakiwały  z zachwytu puszczając przy okazji ogromną liczbę bąków.

Teraz są już bardzo dojrzałymi panami, chociaż nie utracili  poczucia humoru i radości życia. Tadek jest inżynierem , pracuje we Wrocławiu , ma troje dzieci, Marian jest architektem i z żoną Mariolą- stomatologiem mieszkają w Koninie

Śladami mojego Taty . Odwiedziny u Lisiaków

Gdy rozpoczęłam studia w Poznaniu, często wpadałam do  domu Lisiaków. Pragnęłam rodzinnego ciepła, rodzice byli w Gorzowie, a wszystkie Lisiaki  były serdeczne i bardzo bardzo ich lubiłam. Wprawdzie widziałam zafrasowaną choć radosną  minę Jadzi, gdy stawałam w drzwiach ich mieszkania. Następnie biegła do kuchni i tam kończyła przygotowywanie obiadu, uwzględniając moją obecność. W efekcie po pewnym czasie wszyscy zasiadaliśmy wokół stołu kuchennego, Jadzia nie jadła zupy- pewnie mnie oddawała swoją porcję, dziobała coś na talerzu- udając , że konsumuje drugie danie. Jednym słowem- dopiero po latach oceniałam tę sytuację prawidłowo. Jadzia przy mnie nie dojadała. A cóż dopiero, gdy zjawialiśmy się w porze obiadowej w jej domu razem z jej bratem Czesiem, który studiował na wydziale melioracji .

Śladami mojego Taty . Oj te Lisiaki…i

W mieszkaniu mojej kuzynki Jadzi i jej męża Józia-  zwanych przez mojego Tatę Lisiakami, w Poznaniu przy ul. Ułańskiej, widziałam zamontowany telefon oraz ukryte głośniki. Józek miał niezwykłe zdolności techniczne i lubił  majsterkować. Chłopcy stale rozrabiali i mieli swój pokój. Kiedyś wpadł na pomysł, by zainstalować w ich pokoju mikrofon który połączył z urządzeniem nasłuchowym zamontowanym w małżeńskiej sypialni. Rodzice mogli wówczas spokojnie sobie urzędować w swoim pokoju a równocześnie mieć pieczę nad tym, co porabiają ich synowie…A było to duże mieszkanie o solidnych dźwiękoszczelnych ścianach….

Śladami mojego Taty . Lisiaki…

Cała tę Rodzinkę – Jadzię ( moją kuzynkę ) i Józia oraz ich dzieci bardzo lubiłam. Byli dowcipni, weseli, uczynni i związani z moimi Rodzicami i resztą rodziny.

Mieszkali  w Poznaniu.

Ich synowie- Tadeusz i Marian to były szalone chłopaki, nazywaliśmy ich Lisiakami.

Józek  musiał założyć wysoką siatkę nad balustradą balkonu, bo wyrzucali różne przedmioty na ludzi przechodzących ulicą . Gdy  rodzice wychodzili z nimi na spacer, trzymali synów na smyczach upiętych na szczelnie założonych szelkach. Pamiętam  taką wyprawę z nimi . Usiłowałam dojść do pobliskiego parku, w którym mieściła się przepiękna palmiarnia. Należało tylko pokonać kilka dość szerokich ulic. Lisiaki hasały jak małe zwierzątka, smycze się plątały, splatały , więc wróciłam spocona i na taki kolejny wyczyn zabierania ich na spacer nigdy już potem nie miałam ochoty.

Józek pracował na lotnisku Ławica. Kiedyś  został wezwany na wartownię. Powiedziano mu, że tam czekają na niego synowie. Wstępnie się tylko zdumiał , przecież byli w przedszkolu- sam ich tam zostawił, potem się zdenerwował i pognał na tę wartownię. A tam sobie najspokojniej siedziały dwa czarne diabełki, wybrudzone do granic nierozpoznawalności , ale bardzo zadowolone z siebie. Okazało się, że jednogłośnie podjęli decyzję, by porzucić nudne zajęcia przedszkolne i wybrać się do ojca- bo lotnisko było bardzo ciekawym miejscem. Najspokojniej w świecie opuścili przedszkole i podążyli ulicami Poznania na przystanek autobusowy. Gdy nadjechał autobus, wdrapali się po stromych schodkach i zajęli miejsce na siedzeniu. Nikt ich nie zatrzymywał, a może nawet ktoś im pomagał, bo mieli wtedy Tadek 4 a Marian 3 lata. Przy okazji wybrudzili się jak nieboskie stworzenia, ale dotarli do celu.

 

Śladami mojego Taty . Siostry Józia, męża mojej kuzynki- Jadzi.

 

Alinka po lewej, Marysia i brat Jadzi- Zygmunt.

 

 

 

 

Kolejna siostra Józka Lisa, męża mojej kuzynki Jadzi to była Alinka. Dziewczyna ta miała  cudną twarz anioła, wielkie oczy i burzę falujących ciemnych włosów. Zauważyłam, że nieco utyka przy chodzeniu. Mama mi opowiadała, że Alinka nie ma nogi, gdyż w czasie wojny, była małą dziewczynką i weszła na minę . Wówczas na swoje szczęście przeżyła, ale pozostała bez nogi. Nie wiem , jak wielkie to było szczęście, przecież dla dziewczyny życie bez nogi nie było łatwe, ale była piękna i wydawało się że chodzi w chmurach. Pięknie grała na pianinie i ukończyła studia muzyczne w Poznaniu. Wyszła za mąż za jakiegoś profesora z tej uczelni  i urodziła dwóch chłopców. Już dawno  zmarła z powodu choroby nowotworowej.

Najmłodsza siostra Józka, to Marysia. Dziewczyna o odmiennej niż pozostałe dzieci urodzie. Wysoka, smukła o bardzo jasnych włosach, zwykle upinanych w bardzo gruby warkocz. Wyszła za mąż za nauczyciela o nazwisku Leśniewski. Był bardzo urodziwy i  podkochiwała się w nim większość uczennic.  Ale chyba to małżeństwo było bardzo dobre. Mieli chyba dwie córki i pozostali w Gorzowie.

O dalszych  dziejach swojej rodziny opowiadał nam Józek i Jadzia .

Dobrze zapamiętałam te wszystkie siostry Józka, bo były charakterystyczne, ciekawe i w dodatku bliskie poprzez moją sympatię do Józka.

 

Śladami mojego Taty . Rodzina męża mojej kuzynki.

Jadzia ze swoim mężem, Józiem Lisem przyjeżdżała  do Gorzowa często. Odwiedzali nas, a przede wszystkim rodziców Józka. Rodzice ci mieszkali  niedaleko nas, przy ul. Kosynierów Gdyńskich. Po II wojnie światowej przybyli do Gorzowa i ojciec rodziny, który był bardzo zaradny zajął się hodowlą węgorzy w jakimś  podgorzowskim jeziorze. Chyba przynosiło mu to dość duży dochód, bo najstarsza córka Kazia była zawsze wytwornie ubrana, miała ponoć kilka drogich futer i pierścionki z brylantami. Byłam mała, więc na takie sprawy nie zwracałam uwagi, ale opowiadała mi o tym moja Mama. Kazia nie wyszła za mąż i mieszkała z rodzicami. Kolejna córka- Giga była bardzo urodziwa, wyszła za mąż za wielkiego dość hałaśliwego mężczyznę o nazwisku Gajewski.

Mieli syna- Piotra, który został uznanym chirurgiem dziecięcym. Gdy pracowałam w CZD  spotkałam go na jakimś kursie, a na jego temat słyszałam dużo pochlebnych opinii od zaprzyjaźnionych urologów z CZD. Ich szef, profesor Szymkiewicz  , gdy omawialiśmy wspólnie jakieś leczone przez nas dzieci, mawiał, że jeśli przysłał je dr Piotr Gajewski z Gorzowa, to znaczy , że wyczerpał na miejscu swoje niemałe możliwości i na pewno niczego nie pominął. Więc w ogólnym wniosku wypadał jako bardzo dobry, mądry i zaangażowany lekarz.

Wtedy informowałam wszystkich, że znam tę rodzinę i właściwie w pewien sposób jesteśmy spokrewnieni. Byłam  bardzo dumna z Piotra.

Śladami mojego Taty . Ślub Jadzi, córki cioci Broni, siostry mojego Taty.

 

Spośród dzieci Cioci Broni i wujka Bolka bardzo lubiłam Jadzię i najmłodszego syna, Czesia. Gdy Jadzia wychodziła za mąż, my z Czesiem- właściwie moim równolatkiem nieśliśmy welon panny młodej.

Orszak wyruszył właśnie z opisywanego poprzednio domu i powoli dostojnie przesuwał się w kierunku kościoła. Welon był baaaardzo długi. Tak długi, że my ledwie widzieliśmy parę młodą. Ale unosiliśmy go grzecznie z wielkim przejęciem, trzymając kurczowo każde z nas za jeden  róg tego niesamowicie długiego welonu i dreptaliśmy nieomal do niego przyczepieni.

Po dojściu do kościoła wkroczyliśmy w tym orszaku aż pod sam ołtarz. I tam równie poważnie i dostojnie ułożyliśmy ten drogocenny welon  na posadzce. Pewnie przedtem były jakieś próby, ale tego nie pamiętam.

Nie wiedziałam co zrobić w momencie, gdy welon już spocznie na podłodze.

I wtedy zupełnie spontanicznie, odwróciłam się do ludzi zgromadzonych w kościele i pięknie dygnęłam. A miałam na sobie strój krakowski, dla którego wzór ozdabiający gorset zaplanował mój Tato, a Mama misternie wydziergała. Na ramionach miałam długie kolorowe, mieniące się ciekawym wzorem lśniącym różnie na każdej wstążce. Wstążki były piękne, amerykańskie, przysłane stamtąd przez przyjaciółkę mojej Mamy, która odwdzięczała się za pomoc- paczki wysyłane kiedyś na Syberię.

Na mojej szyi dźwięczały szklane różnobarwne  korale a krótka marszczona spódniczka prowokowała do ujęcia ją w dłonie i wykonania tego pięknego dygu.

Podobno moje zachowanie wzbudziło ogólną wesołość.

A ja oczywiście to wszystko zapamiętałam, ale najbardziej kwiaty, które miała Jadzia. Były białe, jakby papierowe, cudnie ułożone, z białymi wstążeczkami opadającymi w dół. Były to kalie…Nigdy takich przedtem nie widziałam…..

 

 

 

 

Ślub Jadzi i Józia.

od lewej: mój brat- Zenon,Halinka- córka cioci Broni, Tadzik Rutkowski- syn drugiej siostry Taty- Antosi-  mój ojciec chrzestny, Kazia Lisowa- siostra Józia, Alinka- siostra Józia, po lewej- obok pary młodej- Czesio-syn cioci Broni, ukochany wnuk mojej babci Staśki.

 

 

Śladami mojego Taty. Ganek cioci Broni w Trzciance.

Gdy pogadaliśmy z wujem Bolesławem, krawcem nad krawcami,  Ciocia Bronia zapraszała nas do dalszych części domu, których nie zapamiętałam. Ale  tylko czekałam na zgodę rodziców, by pójść dalej i dotrzeć do zaczarowanego zakątka. A był to ganek. Posadowiony od strony ogrodu, pięknie kończył długi bieg ceglanego korytarza. Ganek był okazały. Zanurzony w winnych gronach i wielkiej zieleni. Był ograniczony białym szerokim murkiem przeciętym w części centralnej szerokimi schodami prowadzącymi do rajskiego ogrodu. Ale najbardziej niezwykłe i czarowne były dwie drewniane ławki, a właściwie tylko szerokie deski mieszczące się w bocznych zachyłkach murku. Uwielbiałam tam siedzieć. Zatapiałam się w takiej ławce, moja głowa ledwie wystawała nad brzegiem murku. Było przytulnie, miło i bezpiecznie. Taka cudna wymarzona kryjówka. Nad głową szumiały winne liście, a przede mną korony starych drzew skrzypiały tajemniczo. Mogłam tam przesiadywać tak długo, jak tylko można było, tzn. do momentu, gdy nadchodziła pora powrotu do domu.

Gdy projektowałam nasz dom w Michałowicach, wiedziałam , że musi być, podobnie jak w domu cioci Broni- ganek a w jego wnętrzu po bokach ławeczki. Tylko na murek Mirek się nie zgodził się , bo uznał, że będzie trudny w pielęgnacji. Jest więc poręcz metalowa, ale miejsce nie zostało pozbawione uroku. Stąd mamy rozległy widok na mazowiecką nostalgiczną równinę.

 Gdy powstał nasz dom,  kilkuletni wówczas Michał, mój wnuczek , powiedział, że dziadkowie są szczęśliwi, bo mają lotnisko. Faktycznie stąd widać kulistą wieżę unoszącą się nad Okęciem.

 I oczywiście często na niebie pokazują się lądujące wielkie cielska samolotów….dokąd ci ludzie się spieszą….

 

Śladami mojego Taty. Zaczarowany dom cioci Broni.

Moją ulubioną ciocią, siostrą Taty była Bronia.

Ta duża łagodna kobieta mieszkała ze swoją rodziną w Trzciance Lubuskiej. Po II wojnie światowej, gdy opuścili swoje rodzinne strony, gdyż tam były już tereny Związku Radzieckiego, przybyli do tego poniemieckiego miasteczka. W tej grupie znalazła się moja Babcia- Staśka, wtedy już wdowa, jej najstarsza córka- Antonina z synem i właśnie ciocia Bronia.

Ciocia Bronia z mężem i dziećmi zamieszkała w dużym rozłożystym domu, który znajdował się przy głównej ulicy Trzcianki. Idąc do Babci z dworca kolejowego , mijaliśmy ten dom i zawsze go oglądałam.

Podobno był zabytkowy i po wielu latach mieściło się tam muzeum.

Ten dom bardzo mi się podobał. Oglądając go od strony ulicy nie można się było spodziewać, że kryje przepiękne miejsce. Tak piękne, że potem starałam się odtworzyć je w swoim michałowickim  domu. Ale zanim docieraliśmy do tego miejsce, było inne, pewnie jeszcze bardziej ciekawe i tajemne, chociaż nie takie urocze.

Otóż z głównego wejścia otwierał się widok bardzo długiego bardzo zimnego  korytarza, chyba wyłożonego surową cegłą.

Na początku tego korytarza , po lewej stronie mieścił się duży pokój. Zwykle tutaj się zatrzymywaliśmy i wchodziliśmy do środka, rozsiadając się na wolnych krzesłach i rodzice rozpoczynali rozmowy, a ja się bacznie rozglądałam .

I to właśnie było bardzo ciekawe miejsce, jakiego nigdy nie widziałam. To było królestwo  męża cioci Broni, Bolesława. Tutaj miał swój warsztat krawiecki. Był uznanym krawcem, szył piękne garnitury a nawet okoliczni księża zamawiali u niego sutanny.

Widywałam go,  gdy z  wielkimi nożycami w dłoni pochylał się nad wielkim stołem, na którym rozkładały się różne piękne tkaniny. Energicznie wycinał  różne kształty i byłam tym oczarowana. Czasami „tańczył „ się przy manekinie i ze szpileczkami w ustach upinał na nim jakieś suknie . Bywało, że siedział nieruchomo i pracowicie zszywał wycięte uprzednio części tkaniny albo dziergał  wokół maleńkich dziureczek dla tysiąca guziczków sutanny. Czasami zaś,  zawzięcie prasował  wycięte części garderoby , wielkim żelazkiem z duszą powodując unoszące się zaczarowane kłęby pary. Miał bardzo ciekawy zawód i zawsze go podziwiałam. Był to mężczyzna średniego wzrostu, ale dość  masywny i miał  wielkie siwe wąsy, bystre ciemne oczy i  tubalny  głos. Podziwiałam go, że potrafi wyczarowywać ubrania . Chyba się go nie bałam, mimo, że czasami był zapalczywy i mówiono, że lubi napoje procentowe. Nigdy nie widziałam go w stanie upojenia, w każdym razie tego nie zapamiętałam.

Czasami w tych krawieckich pracach pomagała mu cicha i łagodna z dobrocią wypisaną na twarzy, moja ulubiona Ciocia Bronia.

Śladami mojego Taty . Okruchy wspomnień o mojej Babci Staśce

I znowu jedziemy do Babci. Ulubiona podróż pociągiem, małe miasteczko z szerokimi ulicami. Cieszę się. Już można nałożyć sandałki, bo wiosna nadeszła. Ziemia pachnie i jest pięknie.

Dochodzimy do domku z oknami nisko położonymi nad chodnikiem. W oknach zawsze kwitnące kwiaty i gęste firanki.

Wchodzimy do domu.

Siadam naprzeciwko łóżka Babci i wpatruję się w tę staruszkę. Nie jest mi bliska, nigdy nie przytula. Ale nie pragnę przytulania, nie jestem do tego przyzwyczajona. Babcia raczej budzi moje zainteresowanie i trochę lęku.

Widzę moją Babcię, jakby to było dziś.

Oczekuję na taki moment, kiedy Babcia podnosi się ze swojego łóżka i drepcze do kuchni. Jest maleńka i drobniutka ale zawsze wyprostowana. Porusza się  lekko bezszmerowo.

Kuchnia jest obszerna. Na jej zapleczu jest miejsce dla mnie niezwykłe. Już kiedyś poznałam to miejsce, ale zawsze jest dla mnie bardzo atrakcyjne. Skradam się za babcią, oczywiście Babcia się odwraca i mówi- chodź dziecinko. Drepczemy więc razem.

Drzwi do pomieszczenia sąsiadującego z kuchnią otwierają się z trudem i wielkim skrzypieniem. Ale Babcia mimo pozorów kruchości jest silna.

Więc po chwili obie stajemy w otwartych już drzwiach. W nosy biją stamtąd zapachy. Są nadzwyczajne.  Wciągam głęboko powietrze. Takich zapachów  nigdy potem nie czułam . Te w domu mojej Babci w Trzciance były niepowtarzalne i jedyne.

 Oczy powoli się oswajały z mrocznym wnętrzem tego pomieszczenia. I stopniowo  ukazywały się rzędy wiszących szynek, kiełbas i słonin. Widok był dla mnie tajemniczy i budził lęk. Babcia odważnie brała do ręki wiszący brzeg szynki i jednym silnym ruchem wielkiego noża obcinała szeroki pasek.

Nie zagłębiałam się w czeluści tego pomieszczenia. Widok spod drzwi był wystarczająco silny i budził mój lęk. Więc wolałam nie sprawdzać, co tam było dalej.

Z tym wonnym paskiem odkrojonej szynki Babcia wycofywała się do kuchni i starannie zamykała za sobą drzwi.

Smaku tej szynki nie zapamiętałam, może nawet jej nie skosztowałam. Ogólnie byłam niejadkiem i chyba tylko kasza manna na mleku mocno posłodzona była dla mnie atrakcją.

Kiedyś, w 1955 roku byliśmy w Łebie na wczasach wagonowych. Wtedy rodzice odebrali telegram, że zmarła Babcia. Po krótkiej naradzie, uznali, że mnie – wtedy ośmioletnią zostawią pod opieką 13 letniego Pawła, który był z nami na tych wczasach . Paweł był synem przyjaciół moich rodziców a potem stał się bratem mojego męża. Lubiliśmy się, był odpowiedzialny, poważny i zastępował mi rodzonego brata- Zenona, który miał wtedy 20 lat i buszował gdzieś w świecie.

Gdy rodzice wrócili, opowiedzieli, jakie były okoliczności śmierci mojej Babci. Babcia Staśka zmarła nagle. Rano wstała jak zwykle, podreptała do spiżarni i porcją szynki weszła do kuchni. Stała przy kredensie i kroiła tę cudnie pachnącą szynkę.

I nagle wypadł  nóż z jej ręki i umarła.

Spotkała Ją wymarzona śmierć.

Nie byłam smutna. Nie opłakiwałam Babci. Była jedyną osobą z tego pokolenia, którą znałam. A jej odejście było zwykłą koleją losu.

Chyba po prostu nie kochałam mojej Babci bo nie miałam okazji jej lepiej poznać…