Gorzowskie czasy. Historia z kotkiem.

P1202184.JPG

Eksponat gorzowskiego mninimuzeum w Michałowicach. Granitowa kostka z mojej ulicy Orląt Lwowskich.

 

 

dom na nowotki.JPG

Światełko nad wejściem do dawnego Oddziału Drogowego PKP przy ul. Orląt Lwowskich, gdzie w kotłowni spędzałam czas z kotami….

 

 

Niedawno pisałam o moim gorzowskim minimuzeum w Michałowicach.

Utworzone zostało z eksponatów zebranych z miejsc mi bliskich , taszczonych w plecaku a potem przywiezionych z mojego miasta przez gonię,  przyjaciółkę poznaną dzięki nieistniejącemu już w dawnym kształcie portalowi MM Gorzów. Wysyłałyśmy tam wszystkie tekściki, które przyszły nam do głowy, a te  po akceptacji redakcji ukazywały się w necie. Powodowało to intensywne dyskusje, wielokrotnie merytorycznie twórcze.

Fajnie, że to było, bo pozostały sympatie i wspólne wspomnienia. Jednocześnie żal tamtego , bo nowa formuła jest ogólnokrajową” urawniłowką”, papką raczej tylko.

Po tym przydługim wstępie, ale raczej koniecznym gdy ktoś zajrzy tu po raz pierwszy, albo zapomni, co czytał przedtem chcę przystąpić do kolejnej opowieści.

I tak codziennie oglądam gorzowskie pamiątki starannie opisane ręką Ofiarodawczyni.

      Naczelne miejsce zajmują granitowe kamienie z mojej dawnej ulicy Nowotki (obecnie Orląt Lwowskich) w Gorzowie Wielkopolskim.

Gdy miałam może 10 lat, opuściliśmy przepastne, dość mroczne mieszkanie przy ul Kos. Gdyńskich z dwoma parkami w sąsiedztwie, ze starym poniemieckim cmentarzem w jednym z nich, który był nam terenem zabaw i z błotnistym podwórkiem z cherlawym bzem nad wiecznie przepełnionym śmietnikiem , gdzie spędzałyśmy z Bajką urocze chwile…

    I nastał czas nowego mieszkania w oddziale drogowym PKP, gdzie Tato wspinając się na drabinę zawodową ostatecznie przysiadł na jej Gorzowskiem wierchuszce, na stanowisku Naczelnika.

Wtedy dostał mieszkanie służbowe, które mieściło się w owym Oddziale Drogowym PKP.

Duże było i jasne, z dwoma balkonami, wychodzącymi na pobliską rzeźnię, gdzie wiecznie płakały zwierzęta.

Dlatego unikałam tych miejsc, wolałam przesiadywanie w kotłowni, z panem palaczem i stadem kotów. Od tej pory moje życie towarzyskie opierało się na takich kontaktach a także bliskiej znajomości z portierami zza okienka na pierwszym piętrze. Był to pan Hołub, stareńki wtedy się wydawał, wąsaty , kościsty ale ciepły , który zawsze czytał książki oraz pani Hela Krzyżanowska, duża miła kobieta, z miękką wschodnią mową. Ubolewała, że jej brat zesłany na Syberię zakochał się w miejscowej kobiecie i tam został.

Też tak jak ja kochała koty.

    Kochałam te kociska mieszkające w naszej kotłowni. Któregoś dnia ubłagałam Mamę, by się zgodziła na obecność jednego z nich w naszym mieszkaniu. Był milusi, siedział przed kanapą, na której Mama często się kładła z książką. Patrzył na nią i pomiaukiwał. Pierwszego dnia tak właśnie było. Nawet rozbroił surową i raczej smutną na co dzień Mamę, która  opowiadała mi o jego zachowaniu z uśmiechem. Jednak następnego dnia, po powrocie ze szkoły Mama mnie zaprosiła do małego pokoiku  gdzie stało moje łóżeczko starannie nakrywane kapą i ozdobną wyszywaną nakładką na poduszkę. Od razu uderzył mnie  jakiś nieład. Nakrycie łóżka było jakoś dziwnie skotłowane. Gdy usiłowałam je rozprostować, znalazłam w środku wielką kupę. Kto to zrobił? myśli przegalopowały w mojej głowie i zafiksowały się na jedynym winnym, słodkim kociaczku. Zdruzgotana, zbrzydzona i wzburzona pobiegłam do kuchni, gdzie właśnie urzędowała Mama. Ze spokojem oznajmiła, że to przecież mój kotek był sprawcą tego nieszczęścia więc teraz powinnam sama to wyczyścić i  wyprać . Ryknęłam wielkim głosem, lejąc łzy jak  grochy. Mama  w końcu się złamała, uległa i sama posprzątała po naszym kocie.

Wtedy zdecydowałam bez wahania, że kotek wróci razem ze mną do podziemi.  I tak się stało.   Od tej pory tak jak przedtem mruczeliśmy sobie przy ciepłym piecu w ciemnościach piwnicznej kotłowni. Było miło, przemiło….

 

kot db awatar.jpg

 

Nad Bugiem.  Kotek przed altanką zaprzyjaźnionego z nami Profesora. Taki słodki jak mój, ten gorzowski…..

 

Pierwsze spotkanie z plastikiem.

P6050065.JPG

Taka wtedy byłam, chyba pulpetowata a przedtem znany w przedszkolu niejadek…

 

 

Było to we wczesnych latach 50 ubiegłego wieku. W gorzowskiej podstawówce przy ul. Estkowskiego ( teraz mieści się tam AWF) prężnie działo harcerstwo oraz organizacja tzw. zuchów.  Oczywiście jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to tzw. czerwone harcerstwo, dopiero po latach Mama mnie uświadomiła. Wówczas to nie było ważne, nijakich haseł politycznych nie słyszałam, a chciałam tylko być w grupie, którą uwielbiałam. Tak więc w I klasie zapisałam się do zuchów. Należało skompletować odpowiedni ubiór. Więc poszłyśmy z mamą do sklepu, gdzie z wielką dumą i zachwytem mierzyłam szary zgrzebny fartuch zapinany na wiele metalowych wypukłych guzików z lilijką  oraz szeroki sztywny skórzany pas. Byłam oczarowana zapinką tego paska, gdyż cudownie wchodziły do siebie dwa krańcowe elementy, bez konieczności dziurkowanego dopasowywania. Wszystko leżało wg mnie znakomicie. Clou programu była trójkątna chusta, chyba dwukolorowa, której barwy nie pomnę i spinająca dwa końce pierścieniowata plastikowa nakładka z lilijką na froncie.     Właściwie to było najcudniejsze, ta tulejka. Miała cudny jasnozielony przezroczysty kolor. Czasami nakładałam ją na palec wyobrażając sobie, że jest najpiękniejszym bo plastikowym pierścieniem. W tamtych czasach plastik zachwycał. Do tej pory czuję na opuszkach palców ten ciepły aksamitny niezwykły wtedy dotyk. O, jak się zmieniły czasy, kiedy teraz plastik nas osacza, przygłusza i odstręcza. Nastąpił powrót do naturalnych tworzyw. I koło historii się zamyka.

Ale ja mam w sobie tamto wspomnienie. Niezatarte, stale świeże i bardzo miłe…..Czas wtedy się zatrzymał ….

Maki, maki czerwone…

SAM_6077.JPG

 

 

SAM_6072.JPG

 

 

 

 

Maki…

To moje dzieciństwo.

    Był wtedy w Gorzowie nasz ogródek w którym Tata zasiewał grządkę maleńkimi czarnymi i krągłymi ziarenkami maku. Potem zakwitały mikrą  bladą perłą a ja czekałam kiedy pojawią się makówki. Najpierw były zielone, potem coraz większe i złotawe aż wreszcie nadchodził upragniony czas, kiedy potrząsane grzechotały delikatnie. To był znak, że można już je ostrożnie zrywać, ostrożnie, by nie wysypały się ziarenka, bo otwarte były już okienka pod twardym wielorożnym kapelusikiem makówki. Wysypywałam na dłoń czarny smakołyk….potem już nie wolno było uprawiać maku, bo narkotyk zawierał , ale nastąpiło to znacznie później…

    Kiedyś , a może miałam już wtedy 10 lat, pojawił się w naszym gorzowskim domu przy ul. Nowotki ( obecnie Orląt Lwowskich ) kuzyn Taty, Stasio Grynkiewicz.  Czekałam kiedy znowu do nas wpadnie ze swojego podłódzkiego miasta. Bo przywoził ze sobą akordeon i grał i  śpiewał „ Czerwone maki na Monte Cassino” . …był uczestnikiem tych walk. Podobnie jak córka przyjaciół Rodziców, pp. Nietubyciów, Jadzia Bora. Zataiła swój prawdziwy nieletni wiek, podała, że ma już 18 lat i w czasie walk kierowała jeepem na stokach Monte Cassino. Przeżyła a nawet męża tam spotkała przyszłego…Tak uczyłam się historii Polaków- więzionych przez sowietów zesłańców, katorżników a potem podążających do armii Andersa, Berlinga. Za zgodą Stalina przyjeżdżali na miejsca zbiórek w bydlęcych wagonach i wyniszczeni syberyjskim pobytem byli jak żywe trupy z płonącymi oczami i walczyli o wolność Polski….

      Tak więc z makami odbywało się moje dojrzewanie blade a potem krwiste czerwone płonące patriotyczne…

I łażę sobie po michałowickich ostępach tak właśnie wspominając tamte czasy, coraz rzadziej się zachwycam  chociaż nieraz mi się to jeszcze zdarza, jak teraz – gdy widzę czerwone maki….  

 

 

SAM_6091.JPG

 

 

SAM_6095.JPG

 

 

SAM_6094.JPG  

My, dzieci z wczasów wagonowych…

 

4.jpg

Zdjęcie ze starego albumu. Na wydmie w Łebie  z Mamą i Pawłem..rok 1957

 

 

 

Dzisiaj, przeglądając treść tego blogu, napotkałam nie zauważone wcześniej komentarze.

Zaistniały pod wpisem o wczasach wagonowych. I rozmarzyłam się.

Jak widać nie jestem osamotniona we wspomnieniach. 

Bo :

    30 marca 2014 r.  marek52 napisał:

„Witam, byłem w Jastarni na wczasach wagonowych z rodzicami. Miałem wtedy 16 lat. Poznałem na wczasach dziewczynę, która pracowała przez okres wakacji w kuchni. Cudowne lata młodości. Od kilku lat jeżdżę na wczasy do Juraty i wspominam tamte cudowne dni. Pozdrawiam.”

    Potem osoba o nicku nnn  pisze:

„Hej! Sama jeździłam na wakacje do wagonów jako dziecko – najpierw do Darłówka, potem też na Hel. Helu już nie ma, ale o dziwo – Darłówko dalej prężnie działa, nawet stronę internetową mają 😀 Może pora odświeżyć wspomnienia? Warunki lepsze niż wtedy, ale czar chyba ten sam 😉 „

    I wreszcie  Wiesław:

„ mam 64 lata mając 10 lat w1960 pierwszy raz zobaczyłem morze, byłem na wczasach wagonowych w Jastarni. Wagony w których mieszkaliśmy , jak pamiętam, były jak na tamte czasy przyzwoite. Stołówka była w dużym pawilonie do której trzeba było przejść kawałek drogi. Pamiętam byłem z ojcem i siostrą, a pogoda była jak w Chorwacji. Były to wakacje dla nas wspaniałe. Do Krakowa gdzie mieszkam do dziś przyjechałem opalony i zadowolony. Tam poznałem koleżankę z GLIWIC JADZIĘ … Jadziu życzę zdrowia .Wiesław. „

    A ja wspominam wakacje z Pawłem, który był mi jak brat. Przyjeżdżał do nas  na wczasy wagonowe z nieodłącznym plecakiem i na chudych, bocianich nogach pędził za mną nad morze, mówiąc „ idę, bo jeszcze się utopi”….odszedł przedwcześnie. Zajęci swoim dorosłym życiem nie zdążyliśmy pogadać pod duszam, powspominać….a teraz już jest za późno.

     Dobrze, że zachowały się wspólne fotografie  w naszym starym rodzinnym albumie …..oglądam i wszystko wraca. Tamta Jastarnia, Łeba, Mielno, urocze domki na szynach z tajemnicą podróży, romantyczne  i szum morza za wydmą i wielka falująca przestrzeń , przestrzeń po horyzont….Świat wtedy otwarty, zapraszający , nieznany daleki…i nasze życie jak biała , jeszcze nie zapisana i niezniszczona karta…Cudowne lata młodości- powtarzam za Markiem

    Pozdrawiam Wszystkich, którzy poznali i zapamiętali tamte smaki, mieli szczęście, by wakacje w wagonach spędzić…. ….

 

 

1.jpg

 

 

2.jpg

 

 

3.jpg

 

 

6.jpg

 

Moje odwieczne zauroczenie biblioteką trwa…

BibliotekaStara.JPG

Dawna gorzowska biblioteka…

 

 

Gorzowska, jeszcze z dziecięcych lat. Pomimo upływu przeszło półwiecza, zapamiętana. Ukochana. Jedyna taka. Biblioteka.

Nadal mieszka przy ul. Łokietka ta sama piękna poniemiecka willa biblioteczna . Jest już nieczynna, ale pełna uroku  i cicha. Taka jak kiedyś.  Cieszę się, że jest. Mam szczęście.

Bo tam odnajduję moje dziecięce marzenia zaklęte w pamięć. Regały pełne książek, zapachy kurzu , starego druku. Skupiona cisza pełna książkowych bohaterów, ich dziejów i słów zapadających prosto w serce …

I  tam jeszcze przesiaduję, skupiona nad okładaniem dzieł w zgrzebny pakowy szary papier z wyczuwalnymi drobinami drewna, z którego powstał.

     Długo się starałam, by panie bibliotekarki wyraziły zgodę na pomoc. Codziennie tam zaglądałam, wymieniałam książki przeczytane na kolejne. Potem zostałam dopuszczona do zajrzenia w głąb sali z książkami, pomiędzy regały i wreszcie  stało się to, na co czekałam.    Widocznie panie dostrzegły w moich zielonych tę fascynację połączoną z niemą prośbą i kiedyś posadziły mnie przy dużym stole, dały nożyczki i wreszcie dostąpiłam zaszczytu.  Starannie więc przycinałam i dopasowywałam  papier, by rogi nie były zagięte a książka ukryta w całości w szarym opakowaniu….

    Teraz nieodmiennie szukam tych klimatów w miejscowej michałowickiej bibliotece i znajduję echa tamtych dni.

Bo jest tam mój czas zatrzymany, zaklęty w papier i umieszczony w regałach.

Myszkuję pomiędzy półkami  i z zachwytem wyciągam jakieś tomy.

To nic, że ich okładki są śliskie, nowocześnie zafoliowane , bo kartki też pachną  kurzem, chociaż już śladu farby drukarskiej nie noszą a ja mam  okulary na nosie.

Tu wciąż jestem tą  samą małą dziewczynką z moich gorzowskich pradawnych czasów….

 

 

BibliotekaStara.JPG

 

A dzisiaj od wczesnego świtu śpiewa mi w głowie Połomski : ” Moja miła, moja cicha, moja śliczna”….to o niej…

 

Gorzowskie czasy. Zachwycający pan z drewnianą nogą.

noga.JPG 

Cienie dawnych zachwytów…zdj własne sprzed kilku lat..

 

 

Siedząc w domu w czasie moich licznych chorób  tęskniłam za jedyną ciekawą osobą w moim przedszkolu.

Jedyną bowiem osłodą tego mrocznego miejsca była obecność pana z drewnianą nogą .  Tylko  ten dobrze starszy  wysoki dość otyły pan z drewnianą nogą, który był dozorcą w moim pierwszym przedszkolu, mieszczącym się naprzeciwko tylnego wejścia do gorzowskiej Poczty Głównej był mi bliski , ciepły i budził nieustanny zachwyt.

    Kiedy zapominano odbierać mnie z przedszkola o zwykłej porze, bo to albo Mama miała popołudniowe przewlekłe zebrania szkolne , a to Tato  bywał w terenie a to Brat- Zenon gdzieś urzędował poza szkołą i domem,  wtedy ja miałam niepowtarzalną szansę, by być sam na sam z panem i jego drewnianą nogą.

W całym pustym przedszkolu byliśmy tylko my .

Schodziliśmy na dół do piwnicy, gdzie mieściła się kuchnia i wspólnie obieraliśmy ziemniaki na obiad w dniu następnym, wrzucając je do ogromnego cudnego gara , przy czym zerkałam często z nabożeństwem niejakim na drewnianą instalację zastępczonożną- wielką drewniana pałę zakończoną  zgrubieniem, które przypominało kopyto końskie. Pan opowiadał mi jakieś bajki , a ja wpatrywałam się z zachwytem w jego sztuczną nogę.

     Bywało, że Mama po powrocie do domu pytała swoich panów- a gdzie Zosieńka. Wówczas obaj odrywali się od swoich zajęć , podnosili nieprzytomny wzrok znad książek- obaj lubili czytać , potem wracali do świadomości, rozglądali się lękliwie i nie widząc swojej małej córeczki ani siostry wpadali w popłoch.

Zapomnieli, po prostu zapomnieli mnie odebrać z przedszkola.

A za oknem już szarzało i mama galopem gnała do przedszkola. Wyobrażam sobie , że jej serce  wyskakiwało z piersi i traciła miarowy oddech. Zwłaszcza gdy to zdarzyło się po raz pierwszy.

Gdy sytuacja się czasami powtarzała, już było lepiej.

Bo wiadomo było, że siedzę sobie najspokojniej w świecie z panem dozorcą rozmawiamy i przygotowujemy  obiad na następny dzień.

 

Czasy gorzowskie. Aktywny niejadek.

 

1950, Moczyńscy, rodzice, ja ,w Bielsku.jpg

Gorzów. Rok 1950. To ja, niejadek na patyczkowatych nogach. Piękny biały płaszczyk z kolorową krajką, którą wyszywała moja Mama ściegiem krzyżykowym. Nauczyła Ją koleżanka – nauczycielka z Ukrainy- przed II wojną światową razem pracowały w szkole w Rakowie. ….

 

 

 

Gorzowskie przedszkole, które ograniczało moją ukochaną wolność o dziwo bardzo dobrze pamiętam.

Sala jadalna była obszerna. Mieściły się tam dzieci całego przedszkola. Panie wychowawczynie siedziały na podium pod ścianą po prawej stronie, jedna krążyła przy naszych niskich stolikach a ja zdecydowanie odmawiałam spożywania jakichkolwiek posiłków.

Któregoś dnia przyszedł po mnie mój brat .

Jakaś nowa pani nie kojarzyła mnie z podanym nazwiskiem, ale gdy brat powiedział, że przyszedł po siostrę Zosię- Zosieńkę, natychmiast zajarzyła i rzekła- a to ta Zosieńka, która nic nie je. Wszystko się zgadzało.

Jednakowoż jeśli ktoś sądzi,  że w czasie przedszkolnych posiłków siedziałam naburmuszona przy stoliku, to się głęboko myli.

Otóż nie. W chwili, gdy dzieci spokojnie  zajmowały miejsca i chwytały za łyżki, ja wówczas wyruszałam na obchód całej sali. Zatrzymywałam się przy każdym stoliku i widząc dziecko, które nie jadło, gorąco namawiałam, by się jednak przełamało, a nawet chwytałam za łyżkę i wciskałam nieszczęśnikowi brejowatą  owsiankę  jednocześnie bacznie obserwując , czy jej na mnie nie wyrzyga. Bo już miałam doświadczenia w tym temacie i po jednej takiej przygodzie byłam ostrożna. Pomimo smętnego doświadczenia oblanego łzami nad swoim zafajdanym fartuszkiem, byłam wytrwała w działaniach.

Początkowo podejmowano próby spacyfikowania mojej stołówkowej aktywności usiłując ujarzmić moje wielkie zaangażowanie w działalność opiekuńczo wychowawczą, ale efekt był mizerny, więc dano mi spokój.

      Zresztą na szczęście niezwykle często zapadałam na różne infekcje i wówczas przebywałam na wolności poza murami przedszkolnymi.

 

Gorzowskie czasy. Moja droga przez mękę czyli idę do przedszkola.

Kiedyś już pisałam w rozdziale losy moich Rodziców o tym,  że po II wojnie światowej nasza rodzina osiadła w Gorzowie. Mama przyjechała z Wileńszczyzny, gdzie już nie było Polski a  Tato po 6 latach obozu koncentracyjnego pod Berlinem zdecydował wrócić do kraju i rodziny. Był to swoisty akt odwagi, bo po wyzwoleniu straszono widmem komunizmu który  się zagnieździł  w Polsce i proponowano wyjazd na Zachód.

Rodzice zranieni wojennymi przeżyciami jeszcze raz próbowali ułożyć sobie wspólne życie. Stanęli przed decyzją gdzie zamieszkać i znaleźć pracę. Była propozycja Warszawy i Wrocławia, ale gdy Mama zobaczyła jedną wielką ruinę, którą była stolica i bardzo zniszczony Wrocław z ulgą wybrała miasto które zniszczone wprawdzie w 25% ( spalone po dwóch tygodniach po wyzwoleniu przez Armię Radziecką) zachowało kamienice w których dało się mieszkać. Tato dostał pracę w Oddziale Drogowym PKP a Mama w szkole, która znajdowała się nieopodal Teatru ( dokładnie nie pomnę numeru, ale ta szkoła jest tam nadal). Brat Zenon uczęszczał do gimnazjum a młodszy wojenny braciszek- Wacuś został sam na cmentarzu w Smorgoniach pod Wilnem.

W ramach powojennej odbudowy życia Rodzice zdecydowali się na jeszcze jedno dziecko. Tym dzieckiem byłam ja. Nie było łatwo mnie wychowywać, Rodzice mieli po 40 lat i wielką wojenną traumę za sobą.. A ja się domagałam swoich praw, bezwzględnie jak każde dziecko….

 

JaWĂłzek.jpg

 

 

 

I gdy osiągnęłam trzy lata, wysłano mnie do przedszkola. A oto opowieść jak to wyglądało:

 

 

Piszę , że mnie wysłano do przedszkola – przecież w rzeczywistości po prostu tam mnie wleczono. Mieściło się w niewielkim budyneczku, z którego nie został nawet ślad, zlokalizowanym w pobliżu Kłodawki, naprzeciwko tylnego wejścia do nadal funkcjonującej gorzowskiej Poczty . Przemierzając drogę z Kos Gdyńskich jedyną moją osłodą było wymuszana za każdym razem perspektywa posiedzenia na dziwnym metalowym obramowaniu, które było przytwierdzone do murku niskich domów a właściwie pawilonów handlowych zlokalizowanych po lewej stronie ul. Sikorskiego, a wtedy W. Wasilewskiej , idąc od parku.

Pewnie była to pozostała konstrukcja po przypuszczalnie mieszczącej się niegdyś na niej skrzynce na listy.

Tak więc trasa od domu do owej konstrukcji była jasną stroną mojej drogi do przedszkola. Do tego miejsca maszerowałam  dość żwawo.

Jednak na wysokości mojego zaczarowanego siedziska zapierałam się jak osioł. I wówczas bezradny odprowadzający mnie- a to mama, a to starszy brat nie widząc wyjścia, unosili mnie pod pachy , sadzali na brzegu metalowego płaskownika i podtrzymywali, bym nie wpadła w wielgachną dziurę.  Każda próba ściągnięcia mnie na chodnik kończyła się wielkim rykiem. Jednak w którymś momencie musiałam się poddać i taką wierzgającą ciągnięto mnie do przedszkola.

Te wydarzenia mam w pamięci, jakby to było zaledwie wczoraj.

I zachowuję wspomnienie tych wszelakich moich trzylatkowych emocji- wielka przyjemność przesiadywania w tym niezwykłym miejscu i ogromną nieprzyjemność chodzenia do przedszkola…..

 

 

3lataJaMoszczyńskaMamMoszczTataKolanaJa.jpg

 

 

1950, Moczyńscy, rodzice, ja ,w Bielsku.jpg

 

Zdjęcia z rodzinnego albumu. Są opisane ręką mojego Taty….a ta najmniejsze na nich,  naburmuszona- to ja

 

Motocykl , moja pierwsza miłość .

niedziela, 15 stycznia 2012 8:52

Bardzo wcześnie  zakochałam się w motocyklu. Miłością pierwszą wierną i niespełnioną. Zdjęcie ze starego rodzinnego albumu. Gorzów Wlkp, ul. Kos. Gdyńskich 106, 1948 roku

Narodziny uczucia

Pierwszy świat to podwórko. Pachnące wiosną czarne błoto. Dwie małe dziewczynki, odwieczne przyjaciółki, na konarach cherlawego bzu. W dole cuchnący śmietnik. Ciekawe w nim śmieci. Wizyty zaprzyjaźnionego szczura. Piękny podwórkowy świat. Dopiero później odkrywany.

Przedtem to zdjęcie. Na gorzowskim podwórku motocykl.

To nie był przypadek, że na siodełku posadzono wyrośnięte niemowlę.To jest dziewczynka. Jedna z tych, co potem na bzie przesiadywały. Jej bezzębny, rozkoszny ale bezgrzeszny uśmiech świadczy o tym, że właśnie wtedy przyszło do niej wielkie zauroczenie. Miłość na całe życie. I chociaż nigdy potem nie jeździła motocyklem, pozostał w jej marzeniach. Razem z wyobrażeniem, że jest symbolem tego, co uwielbia. Nieograniczonej przestrzeni, wolności, radości z przemieszczania się i wiatru na policzkach.

Dojrzałość

Już nie ma tej małej dziewczynki. Ta bardzo dojrzała kobieta stale z dziecięcym zachwytem ogląda motocyklistów. Mimo, że czasami niefrasobliwie niosą śmierć na szosach lub są dawcami narządów. Ta kobieta stale nosi pod powiekami obrazki szalonych ludzi na stalowych rumakach. I wraca do zdjęcia ze starego albumu. I musi się przyznać, że nawet „żużlowe„ artykuły w gorzowskiej MM -ce poruszają struny jej wzruszenia.

I czasem otwiera komputer, czyta  o najstarszych motocyklach. Dziwi się, że czas urodzin tych pojazdów to zaledwie 80 lat przed  tym, kiedy było jej dzieciństwo i kiedy wykonano to podwórkowo – motocyklowe zdjęcie.

Lubi sobie wyobrażać tamte czasy i tamtych ludzi.

Oto historia pierwszych jednośladów w telegraficznym skrócie:

W 1490 r. Leonardo da Vinci zaprojektował  rower, ale jego pomysł nie został  zrealizowany.W 1791 roku w Paryżu hrabia Made de Sirvac połączył  drewnianą ramą dwa koła z wozu konnego. W roku 1869, Francuz Michaux Perraux przyczepił do welocypedu tłokowy silnik parowy.

W roku 1885 Gottlieb Daimler wymyślił silnik napędzany ropą naftową. Chciał sprawdzić działanie silnika i skonstruował proste podwozie. Były to dwa drewniane koła z silnikiem umieszczonym pomiędzy nimi. Całość układała się wzdłuż jednej linii. Taki układ nadal definiuje motocykl. Pojazd miał silnik czterosuwowy z mocy 0,5 kM, ważył 70 kg i osiągał zawrotną prędkość 22 km/godz. Daimler nazwał ten pojazd „Reitwagen mit Petroleum Motor„ ( co w dowolnym tłumaczeniu oznacza wózek do jeżdżenia okrakiem jak na koniu, z silnikiem  na ropę naftową ).

Daimler wykonał jazdę próbną w ogrodzie swojego domu i po pustych ulicach miasta Cannsttat, gdzie mieszkał a następnie odbył pierwszą długodystansową jazdę nieprzerwanie na odcinku aż 3 km! Jazda na drewnianych kołach nie była przyjemna. Konstruktor miał zamiar przekazać go wiejskim listonoszom. Wobec zdecydowanej odmowy, patent wylądował w kącie domu.

Teraz można oglądać ten pojazd w Muzeum firmy Daimler- Benz w miejscowości Stuttgart – Unterturkheim.

W 1894 roku dwaj monachijczycy wprowadzili opatentowaną nazwę „ Motorrad” . To właśnie oznaczało – motocykl.

Zmierzch

Gdy wyłączam komputer,  chcę wracać na gorzowskie podwórko. Tropię dawne  ślady, czuję stare zapachy, widzę barwy. Z trudem sobie wyobrażam, że już nie jestem tym podwórkowym dzieckiem. Przecież mam w sobie takie młode zachwyty i odwieczne zauroczenie. I wierzę, że tam na mnie jeszcze czeka mój motocykl ze zdjęcia. Motocykl, moja miłość…

Łyżwiarze i wspomnienia minionych zim.

środa, 04 stycznia 2012 7:55

 

 

Ze starego rodzinnego albumu – 1955 rok

Umówiłam się z kimś przy Torwarze. Mam jeszcze czas. Wchodzę do środka. Tam muzyka. Właśnie walce wiedeńskie. Wielka, lśniąca i idealnie gładka lodowa płyta. Roztańczone dzieciaki. Kolorowe, pięknie ubrane, białe buty wysoko i równo sznurowane. Spódniczki rozwiewane w tańcu.

Przefruwają przed oczami jak lekkie różnobarwne ptaki. Potem już widzę tylko ich cienie. Obraz za mgłą, bo właśnie wraca moje gorzowskie dzieciństwo….
Widzę Ojca, który starannie przykleja zdjęcie do zbrązowiałej szorstkiej karty starego albumu.
Oglądam to zdjęcie.
To było pół wieku temu.
Było.

Zima. Wytęskniona nagła biel za oknem, wielkie puchate śniegi, sanki, narty i łyżwy. Warta zniewalana nocnym mrozem. A potem już uległa, otwierająca zawarciański dziecięcy raj.

Wtedy zakładam stare, obwisłe i przetarte na kolanach dresy. Szczęśliwa i całkiem nieświadoma swojego dziwacznego wyglądu, zbiegam w dół swojej ulicy, obecnej ul.Orląt Lwowskich. Nadal mam w uszach ohydny, metaliczny rytm wybijany przez moje buty podkute metalowymi blaszkami, które ochraniają podeszwy przed zniszczeniem. Na ramieniu dumnie się kołyszą łyżwy, zawieszone na postrzępionych rzemiennych paskach. Są stare, poniemieckie, z zębatymi łapkami. Wprawdzie srebrzyste ale z siecią bruzd, z rysunkiem który czas wyrzeźbił.

Nie myślę o tym, że należały do jakiegoś niemieckiego dziecka, które może teraz za nimi tęskni. Teraz to moje łyżwy i moja radość.

Nieruchomieję, bo zawsze muszę obejrzeć to, co pod nogami. Tam jest niezwykły, bajkowy, lodowy świat mojej łąkowej Warty. Tam wielka przezroczystość i zatopione w niej sterczące pionowo trawy. Jeszcze zielone. Jakby nagle zaczarowane przez tajemną królową Zimę. To wszystko zadziwia, zachwyca i onieśmiela. Przecież jest takie delikatne. Boję się, że zniszczę ten zielony kryształ podlodowej łąki.

Po chwili jednak zapominam o tych zachwytach i niepokojach. Wyruszam przed siebie. Jestem wolna jak ptak i szczęśliwa, gdy gnam z wiatrem w zawody .

A obok cicho czuwa moje zziębnięte zimowe Miasto…

Teraz wracam do rzeczywistości. Walce wiedeńskie dookoła… i myślę, że te kolorowe dzieci zamknięte w puszce Torwaru, wirujące w tańcu na gładkiej lodowej tafli, nie wiedzą, że można inaczej. Tak jak na rozlanej gorzowskiej Warcie. Gdzie przestrzeń i prawdziwa wolność…

Tekst własny zamieszczony w MM- Gorzów pod nickiem Łuka 8.01.2011

Podziel się