W ostatniej klasie Seminarium Mama już nie mieszka w internacie, bo pobyt w nim obciąża budżet rodzinny. Z domu maszeruje na stację kolejową w Łodygowicach, pokonując trasę ponad 3 km. Polna droga zbiega w dół Kotliny Żywieckiej , i w dwóch miejscach wiedzie przez strumyki, które w czasie ulewnych opadów bardzo przybierają. Mama musi przejść nad nimi wąską chybotliwą kładką.
Nadchodzi maj i dni matur. Jest rok 1925. Wystrojona odświętnie Mama pędzi do pociągu. Woda w strumykach jest wielka, ciemnobrązowa i skłębiona. Na kładce Mama traci równowagę i wpada do potoku. Wydrapuje się na brzeg i ociekając wodą wpada do pociągu. Dopiero w szkole wyciera się, wyżyma spódnicę i wylewa wodę z butów i wkracza do sali egzaminacyjnej. Nikt nie zauważa, że jest przemoczona i dygocze z zimna. Ale pisze , jest przygotowana i nie ma problemów z wiedzą. Wraca do domu tą samą drogą. Następnego dnia podąża na kolejny egzamin.
Gdy po zakończeniu matury ze świadectwem dojrzałości , dyplomem nauczyciela w kieszeni przychodzi do domu. Chce się pochwalić, ale nikt nie ma czasu na rozmowę.
Jedynie jej matka, odwraca się od garów i pyta- czy zdałaś? Odpowiada zdałam- to dobrze, słyszy odpowiedź.
Gdy wraca ojciec z pola, chwali córkę, i od razu mówi, że teraz ona musi pomagać finansowo rodzinie, gdyż edukacja była kosztowna.
Dla Mamy jest to oczywiste, więc słowa ojca trochę bolą. Ale przełyka to pokornie.

