
Kochani !!!!
Przesyłam Wam prawie motyli uśmiech mojego storczyka ….melduję , że dzięki Wam powoli wyłażę z doła….wybaczcie tamto niemiłe…..już się poprawię… już nigdy więcej….

Zofia Konopielko

Kochani !!!!
Przesyłam Wam prawie motyli uśmiech mojego storczyka ….melduję , że dzięki Wam powoli wyłażę z doła….wybaczcie tamto niemiłe…..już się poprawię… już nigdy więcej….

– Czytam twój blog.
– uhm, po co ? wiem, że nie dla ciebie moje pisanie.
– Dlaczego przepisujesz Wiecha? Każdy może otworzyć książkę i poczytać
– A jak ktoś nie ma książki? Ja nie mam. Albo nie chce mu się nurkować w necie. Przepisuję więc, by było łatwo dostępne to, co mnie interesuje.
– Ale mama mówiła, że Wiecha nie da się czytać, gdy go drukowano w Expressie.
– Być może nie czuła tamtych klimatów. Moi przyjaciele czują tak jak ja. Nie każdy musi.
– I zdjęć tyle wrzucasz z netu, czy w ogóle można?
– Jednak można, gdy są ogólnie dostępnych portalach, a nie prywatnych. Zresztą nie rozprowadzam ich, nie zarabiam na blogu, tylko pokazuję swoim .
– Dlaczego piszesz jakbyś była święta, pisz prawdę.
– O grzechach nikt nie lubi pisać. To nie spowiedź powszechna. Spisuję swoje przeżycia intymne w odrębnym folderze z zaznaczeniem, żeby otworzyli 20 lat po mojej śmierci
– ha ha jeśli nawet nie przepadną razem z komputerem, to i tak nikt nie będzie ciekaw babci a właściwie już wtedy prababci, zwłaszcza dawno umarłej.
– ale ktoś w radio mówił, jakaś psycholog, że teraz, gdy się już zestarzał, żałuje, że niczego nie wie o babci. A bardzo chciałby ją widzieć jak żywego człowieka który się nie różni od potomków. Nie tylko oglądać fotografię. Nie zapytał gdy jeszcze żyła. Teraz jest za późno. Więc ja na wszelki wypadek spisuję . Najwyżej to przepadnie i tyle.
– powinnaś dodawać jakieś smaczki pikantne
– po co ?
– bo miałabyś całe chmary czytelników, a tak to co? kilkanaście może osób
– kiedy ja nie chcę tej chmary, piszę dla siebie, dla przyjemności i dla grona osób mi bliskich- zamiast pogadania czy opowiadania w kawiarni, do której dotrzeć nie mogę
– za długie te wpisy
– wiem, że nuży ciebie czytanie i wyłapujesz tylko fragmenty
– tak tak wyłapuję istotę, całości nie czytam, bo mi się nie chce.
– ale istota wyjęta z kontekstu traci swój sens. Wiesz, kiedyś miałam maila od rednacz pewnego portalu gdzie najlepsze blogi. Napisała jakoś tak: że oryginalny, różnorodny i żebym do nich wstąpiła a będę miała bardzo dużo czytelników. Nie podjęłam tematu. Dobrze mi w tej mojej niszy. Zresztą już nie krytykuj, bo wszystko wg ciebie jest nie tak. Żadnego plusa nie widzisz, choćby najbardziej mikro . Dołujesz mnie, podcinasz skrzydła. Tracę wenę
– jakoś nie widzę weny w tym co piszesz
– kiedyś mój brat nieżyjący już niestety, dość uznany krytyk literacki, gdy mu wysłałam moje pisanie, odpisał, że są tam perełki. I to mi wystarczyło. Nie jestem literatem, pisarzem , przez długie lata pisywałam, ale co innego, innym językiem. Jestem po prostu gryzipiórkiem, chociaż kuzynka babci to Rodziewiczówna Maria , więc może mam geny pisania, tylko niewykształcone. Usiłuję się uśmiechać. I kocham ludzi, lubię z nimi być. I jestem szczęśliwa, gdy zostawią ślad w komentarzach, że byli, że mnie odwiedzili. Czuję się wtedy jak zamkniętym kręgu ludzi bliskich
– lubisz jak ci kadzą
– każdy trochę lubi, ty pewnie też.
Koniec rozmowy.
Do dzisiaj czuję się dziwnie, skrzydełka mam uszkodzone. Podfrunąć próbuję, ale na nic próba.
Niebo daleko. Ziemia blisko.
Tylko nóżki pozostały. To i tak dobrze, że do tej pory posłuszne.
Chodzenie po ziemi ….
Przyziemne chodzenie……

Zdj z netu
–
Kochani moi.
Na chwilę przerywam listopadowe ckliwości a także lęki o naszą kulę ziemską .
By zmienić nastrój chcę Was zaprosić do innego świata.
Świata fikcji a może prawdy . Można mieć wątpliwości jak jest ale miło wierzyć że jest to drugie. Przefrunęłam wiele portali w necie i odkryłam, że wyznawców różnych kosmicznych teorii jest wielu.
Ale po kolei , najpierw wstęp by wyjaśnić dlaczego dzisiaj takie moje pisanie .
Otóż przed kilku laty, gdy jeszcze byłam Łuką i zamieszczałam jakieś kawałki w nieistniejącym portalu MM Gorzów, przyszedł do mnie ten temat.
Stało się to za sprawą jednego z komentatorów mojego artykułu o „ Szlaku Jedwabnym „ . Już nie pomnę w jakim kontekście, rzucił on, że jeszcze piramid w Gorzowie brakuje. Czy jakoś tak. Ów chyba bezrefleksyjny żarcik zasiał we mnie chęć rozwinięcia tematu. Po czym wystąpiło kiełkowanie w mojej głowie i wydałam taki „plon”.
Najpierw mój wewnętrzny imperatyw zmusił mnie do szperania w necie, zebrania różnych wiadomości i wydania ” dzieła „ które będzie dalej przedstawione.
Niestety likwidatorzy tamtego portalu skasowali tamte wpisy i to, co było najfajniejsze , ślady naszych potyczek słownych. Szkoda.
Czegóż nie było w tej naszej MM-ce. Co pewien czas, po chwili spokoju następował okres kiedy to ludziska rozpoczynali kłótnie o sprawy nie zawsze merytorycznie ważne, rzucali mięsem złośliwości, emocje szybowały w niebo, by potem osiadać spokojnie na płaskiej powierzchni naszego MM- kowego świata. Wspominam tamte czasy z przyjemnością , ba, nawet czułością, zresztą jak wszystko to, co minęło i jest niepowtarzalne .
Może przydługie te wyjaśnienia, ale tak mam. Zresztą mnie znacie.
Kończąc te wywody muszę nadmienić, że po przedstawieniu wiedzy zdobytej w necie, wrzuceniu własnych zdjęć piramid, doszłam do wniosku, że wszystko jest możliwe-mój Gorzów, w nim piramidy i mieszkańcy szukający tam ukojenia.
Wszystkie złe myśli a nawet postępki zostaną złagodzone przez szczególną aurę wnętrza piramid , skąd już tylko kontakt z kosmosem…i nastąpi kraina łagodności….
Przed piramidami i Sfinksem w Gizie ( zdj. własne)
Piramidy i Gorzów
W 1976 roku sonda Viking wykonała serię zdjęć powierzchni Marsa. Znaleziono kilka regularnych tworów przypominających piramidy. Obiekty te są położone na 30 stopniu szerokości geograficznej Marsa , prawie tak, jak egipskie piramidy w Gizie – dzielnicy Kairu A ich układ , podobnie jak egipskich , jest podporządkowany stałym liczbom- Pi i Fi . Czy to przypadek ?
Podobno NASA celowo ukrywa wiedzę o Marsie i piramidach . I dowiemy się o nich dopiero wtedy, gdy dotrzemy na tę planetę.
A czy tylko zwykłym zbiegiem okoliczności można nazwać fakt, że słowo Kair w języku
Arabów celeutyckich oznacza Mars?
Niektórzy te informacje nazywają piramidalnym zbiegiem okoliczności. Ale inni uważają , że są piramidalną bzdurą. Nie wiadomo kto ma rację.
Przenosimy się więc na naszą planetę, do Egiptu.
Na skraju wielkiego Kairu, w Gizie , w pobliżu Nilu znajdujemy ogromne piramidy.
Ponoć kiedyś były śnieżnobiałe alabastrem ze złotymi wierzchołkami .
To Wielka Piramida Cheopsa ( wys 147 m , podstawa boku 227 m) , Chefrena (wys 138m) i Mykerinosa ( wys 62m). Zbudowano je w 2560 r.p.n.e.
Są położone w zadziwiającej harmonii z układem gwiezdnym i zbudowane jakby wg jakiegoś nieziemskiego planu , zachowując tzw. złotą proporcję.
Egipcjanie zostawili nam hieroglifowe zapisy każdej dziedziny życia swojej 3000 letniej historii. Zadziwiające , że nie ma tam wzmianki o tych piramidach . Dlaczego o nich nie pisano ? Tego nikt nie wie…..
Na Ziemi , wielu miejscach znajdujemy piramidy. Na mapie świata układają się one w łańcuch opasujący naszą planetę.
W Sakkarze, niedaleko Kairu jest schodkowa Piramida Dżesera ( z 2650 r.p. n..e); inna egipska piramida w formie tzw łamanej , znajduje się Dahszur .
Piramidy są w Sudanie ( z VI- IV w.p.n.e)
W Iraku pozostały piramidy z okresu niezwykłej cywilizacji Sumerów sprzed 6000 lat .
W Chinach jest niedostępna dla zwiedzających , Biała Piramida zachowująca tzw . złotą proporcję charakterystyczną dla piramid Egipskich .
Piramidy znajdujemy w Indonezji .
Piękne schodkowe piramidy, zbudowane przez Majów w IV wieku p.n.e. i później przez Azteków możemy oglądać w Ameryce Południowej i Środkowej – na terenie Meksyku, Boliwii i Peru . Niedawno znaleziono piramidę na dnie jeziora Titicaca w Peru.
Zainteresowanie piramidami jest na całym świecie duże. Organizowane są wielkie wyprawy w okolice, np. Bośni , do Włoch gdzie szczególny kształt terenu lub twory skalne mogą przypominać piramidy. Te tereny są chętnie odwiedzane przez turystów
Wierząc w magiczną moc piramid , budowano je w różnych okresach historycznych na terenie Polski . Jest ich kilka :
Ale dlaczego jeszcze nie ma piramid w Gorzowie ?
Przecież piramida jest miejscem gdzie od wieków panowały niezbadane siły .
Nadal nie wiadomo dlaczego , w komorach grobowych starych piramid nie mumifikowały się ani nie ulegały rozkładowi umieszczone tam ciała zmarłych .
A niedawne doświadczenia wykazały, że umieszczane tam zużyte żyletki ulegały wyostrzeniu.
Jak twierdzą niektórzy, w piramidach gromadzona jest energia z kosmosu a potem przekazywana znajdującym się tam ludziom .
Przebywanie w piramidzie może być jedną z alternatywnych terapii XXI wieku .
Może więc któregoś dnia o świcie , hen za Kanałem Ulgi , zobaczymy lśniące białą lub złotą poświatą dziwne budowle.
Harmonijnie zbudowane wielkie ostrosłupy.
To na pewno będą piramidy przeniesione do Gorzowa z kosmosu.
Kto zechce , może tam pójść.
Różni ludzie wybiorą różne piramidy. Odpowiednie dla nich .
W ich wnętrzu rozsiądziemy się wygodnie.
I będziemy czerpać równowagę , kosmiczny spokój i siłę…….
Zmienimy się i pozostaniemy młodzi , piękni i łagodni 🙂
Kair w dole. Zdj. własne.

Przed laty istniał jeszcze portal Moje Miasto Gorzów. To tam spotykaliśmy się w grupie fajnych ludzi, którym się chciało.
Chciało się być razem, pisać, dyskutować, wymieniać poglądy.
Był miły kontakt z redaktorami, którzy czasami coś tam poprawiali, drażniło, gdy zmieniali tytuły, mogli, bo taka była umowa, ale ogólnie zamieszczano tam nieomal wszystkie teksty.
Tak więc pomiędzy wiadomościami z miasta, zdjęciami dziur na ulicach można było znaleźć luźne teksty nie zawsze związane z Gorzowem. To urozmaicało codzienność i pięknie ją ubarwiało.
Niestety zmieniono nazwę portalu na Nasze Miasto Gorzów i formułę, tak jak to w życiu bywa. Przyszła nowa zmiana.
I jest to teraz zwykły portal informacyjny jakich wiele.
Jakże miło, że z tamtych czasów zostali nowi a teraz już starzy znajomi a nawet można ich nazwać przyjaciółmi…..
Niestety świat się kręci, ale czy w dobrą stronę? …lepiej nie wspominać tu aktualnej dobrej zmiany” w kraju i na świecie, bo człek wpada w rozpaczliwą furię.
Więc wolę wracać do tego co było, co już sprawdzone i bezpieczne. Zapraszam więc….
Ostatnio przeglądając różne swoje stare foldery znalazłam taki tekścik który przed 7 laty wrzuciłam do naszej MMki jako Łuka…..( Łuka to nick od mojego nazwiska panieńskiego- Łukaszewicz).

Jest późna jesień, nadchodzi noc. Spaceruję po gorzowskich wzgórzach. Obserwuję rośliny, niedawno zielone, kwitnące, wydały na świat swoje owoce a teraz kończą swój żywot. Myślę, że jestem do nich podobna.
Moje życie też przemija.
Obok leżą śmieci. Robię zdjęcia. W nocy, w świetle lampy błyskowej nawet one wyglądają jakoś pięknie i tajemniczo.,
Wyobrażam sobie, że nadeszła pora na wielki, radosny, finalny bal. Więc wymyślam sobie ten bal i zapraszam wszystkich którzy czują jak ja…

Właśnie gdzieś w górach zasnęła zima, zmęczona jak każdy wcześniak.
Moje miasto jeszcze marudzi przed snem.
A na wzgórzach właśnie trwają szumiące gorączkowe przygotowania.
Koniec sezonu, wielki finał niedługo i ostatni bal .
Jeszcze wrzucane kolory , błyszczyki, pudry, zmiana biżuterii .
I już są piękne :
bardzo dojrzałe liście
omdlewające trawy
sztywne badyle we frakach
szyszki w połogu
głogi w karminach
a nawet potargane strzępy folii opalizują ptasiozwierzęcą bielą .
Pytają, czy zostanę.
Oczywiście , bo to bal też dla mnie…
to przecież Bal dla Niepotrzebnych
zapraszamy wszystkich
…czas zaczynać
…orkiestra…








Zaproszenie do innego świata.
Może tytuł jest zbyt pompatyczny, nieadekwatny do tego co chcę napisać. Ale taki mi przyszedł i już….wybaczcie…
I znowu nadeszła niedziela. Dzień bez problemów, wypoczynkowy i jak chcą obecne władze rodzinno- kościelny. Ale jeśli ktoś nie chce, czy nie może, to co ? Może rodziny nie ma , albo jest ona daleko a do kościoła jakoś niespieszno. Więc dla nich jest to taki dzień jak co dzień….i wtedy można śnić na jawie…
Po wczorajszej ulewie, moje góry upojone i zamroczone wodą którą obdarowało niebo , jeszcze śpią a welon gęstej mgły daje im ukojenie i sen.
Więc jestem sama w tym tumanie, zamknięta w chałupce z komputerem wprawdzie obudzonym brutalnie, ale nie obrażonym za to, miłym porannym towarzyszem. Mirek jeszcze chrapie, i dobrze, bo mogę bez przeszkód powędrować w inne czasy i do innego miejsca, które kiedyś sobie ulubiłam.
Ucieknijmy od publikatorów, zresztą dziś nie pognam po Wyborczą, nie włączajmy radia, bo w ulubionej kiedyś Jedynce same religijne klimaty.
Zapraszam więc Was, Kochani do mojego świata.
Dzisiaj zabieram Was do Turcji. Nie tej, o której piszą, że rozdarta, że ma nas ratować przed uchodźcami, nie tej dzisiejszej. Ale tej z dawnych czasów , ze wspomnień czy tylko marzeń sennych…
Może i Wam, jako i mnie, Turcja pozostaje w pamięci jako słodka „kraina łagodności „ ofiarowana na krótkie chwile urlopu, z wczasami zaplanowanymi wcześniej, z urodą i emocjami oczekiwania na ów urlop. I wreszcie nadchodzi ten dzień. Pierwszy dzień wolności.
Lotnisko z kawą zbyt drogą, albo piwem w lotniskowej kawiarni, czy pamiętasz Graniu , ten czas oczekiwania na moment, gdy na ekranie tablicy informacyjnej pojawi się napis, że już boarding….
I zza okna samolotu lądy i morza i wreszcie Turcja pięknie obrysowana, zanurzona w niezmierzonym falującym turkusie. A potem powitanie w wilgotnych zapachach ziół, bo to pierwszy oddech na tej ziemi, ciepło, słodycz plaż i zanurzenie w wodzie, góry w tle. I wszechobecna specyficzna muzyka, nieco łkająca, rzewna ale śpiewna i wpadająca w serce i ludzie życzliwi turystom, specyficzne ubiory, nakrycia głów, szarawary i fajki wodne wszędzie …i zatrzymajmy film na tych wrażeniach , niech tak zostanie ….…niech żyją wakacyjne wspomnienia….cdn


Brigitte Bardot, 1949. zdj z Wikipedii….takie chciałyśmy być, no może niezupełnie, ale podobne…
Grzeszki młodości.
Ostatnio zapanowały tu listy od Jacka. Dla mnie są one ważne i ciekawe. Spełniałam też prośbę Autora, by nie musiał opowiadać kolegom, których spotkał po latach dzięki temu blogowi, o swoich „ przygodach” życiowych.
Jednak niedawno Grania poprosiła mnie o coś mojego. Więc oto jestem, co nie oznacza, że jeszcze kilka listów wrzucę, ale dla „ oddechu” będzie o grzeszkach młodości a właściwie o jednym, przewlekłym niestety, grzechu….mianowicie o papierosach….
Zda się całkiem niedawno ale było to przed 5 miesiącami spisując opowieść sylwestrową ( może ktoś ją jeszcze pamięta?) wróciłam w lata 65 ubiegłego wieku gdy byłam, jak wtedy my wszyscy, piękna i młoda.
Wtedy wszystko było pierwsze, przeglądanie w lusterku najczęściej okrągłym ze zdjęciem roznegliżowanej baby na odwrocie, papiloty na włosach, jakieś marniutkie farby na nich, by zyskać upragniony koloryt jako te gwiazdy filmowe, szpilki na których się kroczyło usztywniając kolana i wypinając biusty w ciasnych ale sztywnych stanikach, oblewanie się perfumami mamy, buzujące hormony, randki z chłopakami, rzucania chłopaków, zauroczenia, nieśmiałe pocałunki o zmroku , jedyna w życiu matura, krechy na powiekach malowane nadpaloną zapałką, o czym już wspominałam, nadchodzące egzaminy na studia ….pierwsze były też papierosy….piękne było to wchodzenie w dorosłość, bujne, pełne niepokoju ale też radości. Szczególnie teraz gdy siedząc w pełnym poklimateryjnym spokoju wspomina się tamto szumne, wonne, eteryczne i właściwie niewinne….
Jak już pisałam w Opowieści Sylwestrowej, w 1965 roku, już po maturze, uczestniczyłam z Lidką w kursie przygotowawczym na Akademię Medyczną. Mieszkałyśmy w uroczym poznańskim miejscu, na wzgórzach Winogradowach, dokąd z centrum miasta przemykał zielony tramwaj. W akademikach Akademii Rolniczej miałyśmy locum, poniżej działał- ach jak działał! sławetny klub Nurt a my w nim ….
I wtedy to szczególnie łatwo uległam propozycji Lidki, by zapalić pierwszego papierosa w życiu. Natychmiast stałyśmy się dorosłe, dojrzałe, takie jak te aktorki z oglądanych filmów i fotosów. Byłyśmy obie takie cool ( widzicie, jak łatwo przyswoiłam i przeniosłam w tamte czasy, gdy było nam nieznane. To celne słowo, określenie przyjęłam za swoje. Swoją drogą ciekawe, jakie określenie wymyślą następne pokolenia ).
Więc przełamując wstręt do ohydnego zapachu i smaku papierosów i nie zaciągając się zmuszałyśmy się do palenia przesiadując w ciemnym od gęstego dymu klubie. Byłyśmy cool!
Tu dla przypomnienia młodym należy wspomnieć, że w tych naszych latach 60 ubiegłego wieku była moda na palenie papierosów, paliło się wszędzie, na ulicach, w sklepach nie mówiąc o kawiarniach czy restauracjach. Nawet paliło się w samolocie ( chociaż wtedy jeszcze nigdy nim nie leciałam, ale wiem) i w pociągach( o tym wiem). Chyba już wtedy, a może kilka lat później w pociągach, takich gdzie przedziały, zaznaczano w których można palić. Czyli były przedziały dla palących i dla niepalących. Przy zezwoleniu na palenie na korytarzu pociągowego wagonu można sobie było wyobrazić wszechogarniający smród nawet w strefach dla nie palaczy.
„Paliło” się chyba jakieś spłaszczone bocznie Dukaty czy cienkie Syreny ( szczyt elegancji damskiej- takie paliła w czasie akademii nawet , w Sali, gdzie właśnie odbywała się uroczystość- wielbiona przeze mnie nauczycielka z LO – pani Halina Majchrzycka) .
Ale dla ostatecznego zadawania szpanu, maksymalnego cool, sięgałyśmy po najgorsze najbardziej smrodliwe papierosy nazywane przekornie Sporty. To dla straszliwego picu ( to też określenie z tamtych lat oznaczające wyrażenie łącznie nieprawdy stosowanej na użytek szpanu). Otóż dla podkreślenia największego naszego wyzwolenia paliło się papierosy zwane Sportami. Sama ta cynicznie prześmiewcza nazwa w skojarzeniu z ich smrodliwą toksycznością była znakiem tamtych czasów.
Oczywiście o filtrach chyba wtedy nikt nie słyszał, potem dopiero się pojawiały, więc paliło się papierosy bez filtra, trzymając w ustach bibułkę, która z naturalnych względów stawała się coraz bardziej obśliniona. Wówczas tym chętnie wypadały z niej nikotynowe trociny. ( tego inaczej nie można nazwać, bo tak grubo był mielony tytoń) . Co chwilę trzeba było, bo nie było wyjścia wyjmować toto z ust a czasem nawet wydłubywać z języka obecne na nim te grube szczątki liści tytoniowych ( może to nawet nie był prawdziwy tytoń, tylko liście jakiś zwykłych polskich chwastów- kto wie?)
Wśród tych trocin wielokrotnie, w właściwie bardzo często zdarzał się normalny , wprawdzie niegruby patyczek. Tak więc paląc i wypluwając to co opisałam wśród wielkiego smrodu czułyśmy się bardzo dojrzałe i modne.
Oczywiście były osoby, które nie paliły. Widząc z daleka takowych „ odszczepieńców” Monika, przyjaciółka z AM mawiała pogardliwie że kobieta która pali pachnie mężczyzną. a mężczyzna, który nie pali pachnie kozą…..
To był dla nas, palących, nadzwyczajny komplement. Nie tylko byłyśmy cool ale też upodobniałyśmy się do płci przeciwnej, która paląc śmierdziała tak samo.
Gdy teraz wspominając i pisząc te słowa widzę wyraźnie, że już wtedy budził się” straszliwy pisowski upiór” zwany obecnie gender. Tak, byłyśmy więc jego prekursorkami , ba nawet aktywnymi wojowniczkami o zniesienie granic i różnic w prawach obu płci niefrasobliwie rozdzielonych przez pana boga. . Tak było….
Nieco później „ zgniły Zachód” pomimo oporów władz stymulowanych przez miłościwie nam panujących sowietów, pomimo odgradzania się, obrzydzania tegoż Zachodu, wdzierał się przez nasze szczelne granice . Razem z tą „zgnilizną” przybywały coraz częściej i w większej masie jeszcze gorzej cuchnące, bo poza naturalnym smrodem tytoniu wydzielające słodkawy obficie perfumowany „ zapach” mający uczynić ów nałóg bardziej wytwornym, eleganckim, jednym słowem światowym. Toto nazywało się Malboro potem pojawiły się Camele. Takie też paliłyśmy chociaż miały wybitne działanie wymiotne….
A fe, powiecie, pewnie że fe, nawet do kwadratu.
A co nam tam, Graniu, że mówią: a fe. Popalamy sobie czasem w Twoim uroczym służewieckim pokoiku na piętrze, tylko cieniutkie, ciepłe i miłe w dotyku i jesteśmy wolne młode i piękne, jak kiedyś….
I wtedy śpiewa nam też Ordonka ( jak w nieznanych nam jeszcze latach 30 ubiegłego wieku ) swój szlagier :
„Jak dym z papierosa .
Wszystko przemija, więc co
Przeminie także i to
To tylko szarość zmierzch utula
Wspomnienia w sercu mi rozczula
I dym, ten dym od papierosa
Pozostał tylko szary ślad
Po jasnych dniach i dusznych wrzosach
Gdyś poszedł już ode mnie w świat.
A dziś, a dziś
Te papierosy
Pamiątka naszych wspólnych snów
Bezcennych kart na życia losy
Wspomnienie chwil tych wróci znów
……”
….. i na chwilę jesteśmy wolne młode i piękne, jak kiedyś…., prawda?


Tegoroczna pocztówka od dawnych pacjentów…..jestem z nimi….
Życzenia Wielkanocne
Miało być jak zwykle. Zwykłe lapidarne życzenia. Takie jak np. :
Z okazji nadchodzących wielkimi krokami wiosennych Świąt Wielkanocnych życzę Wam, Kochani, Zdrowia, Szczęścia i Radości.
Ale będzie trochę inaczej.
Będzie o Michasiu i Czarku. Moich dawnych pacjentach, już dawno pełnoletnich, którzy z okazji każdych Świąt nadal przysyłają mi kartki. Pisze ich Mama, bo im Los zaraz po urodzeniu odebrał wzrok. Za to hojnie obdarował chorobami licznych narządów ale dla równowagi dała uśmiech, łagodność, pogodę ducha. Dał też Im Rodziców, którzy zasługują na miano Świętych za życia.
Nigdy nie zapomnę tej Rodziny. Widzę Ich twarze, zachowanie, twarze” pokerowe” rodziców „ ubrane w pogodę ducha” i wesołe baraszkowanie misiowatych chłopaków. Przybywali ze swojej maleńkiej wsi oddalonej o przeszło 100 km , starym Maluchem, zawsze punktualni, skromnie, ale ładnie ubrani . Dzieci zadbane. Pewnie bardzo oczekiwane, duma, że synowie, najpierw Czarek po dwóch latach Michaś. Taki sam , niestety ten sam zespół. Gdyby chociaż dziewczynka, byłaby zdrowa, ale byłaby nosicielką tego tragicznego genu. Ale co dalej? Jakie miałaby dzieci. Nie wiedzieli, że tak może być, że dwaj będą tak samo chorzy, poradnictwo genetyczne było wtedy skromne. Potem już nic nie dało. Rozpoznanie suche na kartce. Zespół taki i taki. Jaskra wrodzona, operacja, głębokie niedowidzenie, wada nerek, teraz już dializy, niewielkie opóźnienie w rozwoju, deformacje kostne bo otyłość i nerki niewydolne i jeszcze ta padaczka….wszystko poukładane, jednakowe, przewidywalne, tylko co dalej? Walka, próba jakiegoś leczenia tylko objawowego, w które zresztą nie wierzyli, wizyty systematyczne u różnych specjalistów. Dobrze, że CZD byli w jednym gmachu, potem już pełnoletność synów i jeżdżenie z nimi po okolicznych miastach z każdym problemem i czasem listy do mnie, że działają, że walczą i jest jak jest, i bez żalu i słowa skargi. Niezwykli. I jeszcze pole nie obsiane i bydlęta głodne.
Tylko te spracowane dłonie
Gdy wszyscy wchodzili do gabinetu w CZD, to jakoś jaśniało. Pomimo tragizmu sytuacji czuło się ich siłę, jakieś pogodzenie z losem ale i w tym siłę.
Wówczas przychodziło myślenie, z symbolicznym „ biciem się w piersi” że mam brak pokory, że narzekania, że nasze problemy wobec tamtych maleńkie i że to jest grzech , wielki nasz grzech – wyolbrzymiać, przewidywać najgorsze i się żalić.
Nigdy tego od nich nie słyszałam.
Pewnie płakali w ukryciu, że roli nie będzie miał kto uprawiać, że gospodarzami nigdy nie będą ich synowie i że tak ich los doświadczył. Pewnie płakali Ci Rodzice. W skrytości, bo sąsiedzi patrzyli.
Ale do mnie przynosili swoją łagodność uśmiech zatroskany i jak wspomniałam wielką siłę.
A cóż ja im mogłam dać, tylko uśmiech dawałam.
Uśmiech , którym zakrywałam ból ściśniętego serca, i pytanie gdzieś w środku zamknięte, nigdy nie wypowiedziane przy wielu też innych rodzicach przewlekle chorych dzieci. Dlaczego? Gdzie jest ten ponoć sprawiedliwy Bóg?
.
I to by było na tyle. Za dużo napisałam, za obszernie, zbyt emocjonalnie i przez to chaotycznie. Ale jestem z Nimi, szczególnie w takim dniu kiedy to Chrystus Zmartwychwstał…..
Pomyślmy więc o Nich, Kochani , w tę cudną radosną Wielkanoc, przy okazji dzielenia się jajkiem i składania życzeń . I potem gdy owies zielony i pisanki i baranek na świątecznym stole i szynki i baby wielkanocne. …
Pomyślny o Tamtych Ciężko Doświadczonych. O Czarku i Michasiu i o wielu innych którym cierpienie dano i o ich Rodzicach- Świętych za życia.
Może jednak dobry Bóg popatrzy i zobaczy, posłucha i usłyszy a w swej Łaskawości da Im siłę i pozwoli przetrwać …..
Trzymam w ręce pocztówkę od Chłopaków , a tam napisano, że nadzieja jest….
” Radosnych Świat Wielkanocnych wypełnionych nadzieją budzącej się do życia wiosny…..”





Pozdrowienia i życzenia z michałowickiego domu i z ogródka…
Zaproszenie
Okienko kapliczki w Kołpiei, gdzie urodził się Jan. Zdjęcie od Lory…
Kochani.
Równolegle z tym blogiem ( już pięciolatkiem 🙂 od 4 lat prowadzę drugi z pamiętnikiem Teścia i moimi zapiskami na marginesie. Pamiętnik już tam jest, był wrzucany bardzo dawno, krótkimi odcinkami, by nie znużyć czytających, ale schował się pod moje Listy do Jana. I w dodatku w wykazie rozdziałów jest rozkawałkowany tematycznie. Bardzo rzadko tam bywam, ale wracam….
Czytanie jest też utrudnione z powodu formuły blogu. Ostatni wpis pojawia się jako pierwszy, pod nim przedostatni itd.
Dowiadywałam się jak założyć stronę, ale domeny są płatne a w dodatku nie mam obok siebie kogoś, kto by mi pomógł. Więc jest jak jest…
Myślę, że treści pamiętnika zrekompensują tę wadę. …
Pomimo tych trudności w płynnym czytaniu całości, jednak ktoś tam dotarł. Całkiem niedawno z przyjemnością i wzruszeniem przeczytałam to, co pod linkiem który mi podrzucił Janek ( wnuk seniora) , bo znalazłam tam cytowane w innych portalach fragmenty Pamiętnika Jana , np. opowieść o obozowej syberyjskiej Wigilii ….
I dlatego postanowiłam raz jeszcze przypomnieć , tym razem w nieco obszerniejszych odcinkach.
Pamiętnik jest dla nas drogocenną pamiątką, bo Jan był nam najbliższy i bardzo Go kochaliśmy . Był człowiekiem niebanalnym, mądrym, nieustannie przyjaznym wszystkim
( nawet oprawcom) i zawsze pogodnym pomimo życia, które Go nie oszczędzało.
Jan Konopielko żył w latach 1906 – 1985.
był dzieckiem z wiejskiej ubogiej prostej podwileńskiej rodziny i dzięki niezwykłemu uporowi został nauczycielem.
Zesłany na katorgę w wyniku sfingowanego przez sowietów procesu , przetrwał i wrócił do rodziny po 12 latach.
W Pamiętniku opisuje swoje dzieciństwo, I wojnę światową , nauczycielskie wydarzenia, mord na rodzinie żony i potem te 12 lat sowieckich łagrów.
To wszystko jest wyrażone w prostych słowach w stylu minimalistycznym , ale nosi takie treści, że kontrast ten poraża.
Jan daje nam też siłę , bo po przeczytaniu przychodzi myśl, że człowiek może wszystko przetrwać, żyć normalnie dalej i zawsze kochać ludzi….
Zapraszam więc do tamtego świata….może zajrzycie raz jeszcze pod adres:
jankonopielkosenior. bloog.pl

Jan , po powrocie z łagrów…
Wczorajsze niebo nad Michałowicami. Nadchodzą Zaduszki….
Po ostatnich wydarzeniach dzisiejsze sprawiło, że nagle poczułam, jakby rozsypywał się mój domek z kart. Zobaczyłam domek , na tle wiecznie zielonej sosny rosnącej w pobliżu michałowickiego domku tak blisko, zda się na wyciągnięcie dłoni. Pieczołowicie składany, dopasowywany, utrwalany na solidnej betonowej podstawie. Bo na takim fundamencie rodziny układałam karty. Każda miała swój kolor i numer. Były ważne i mniej ważne, ale wszystkie znajome i dopiero złożone stanowiły całość odporną na burze, długotrwałe milczenia czy nawet jakieś drobne krótkotrwałe animozje. Na tych kartach były wizerunki osób z dalszej rodziny a także znajomych, których lubiłam szczególnie. I do tej pory myślałam, że jest dobrze. A właściwie nie myślałam. Oni wszyscy byli. Wszystko było zmontowane, trwałe, zda się na wieki. W moim domku z kart było jasno i ciepło, bo zamknęłam tam uczucia .
Ale dzisiaj pękło.
Tak to poczułam, gdy odeszła kolejna bliska mi osoba.
I wtedy w oczach pojawił się obraz rozsypującego się mojego domku z kart. I po chwili myśl.
Nie mogę się poddać. To nie tak. Można go uratować siłą wspomnień. I nadzieja wstąpiła.
Więc wspominam. Przed kilkoma dniami, gdy jeszcze nie pochowano Kostusi o której poprzednio napisałam, mąż kuzynki Jadzi, Józio Lis zapragnął połączyć się ze zmarłą przed laty żoną. Tak bardzo zapragnął, że wreszcie się uwolnił, pofrunął w zaświaty. I teraz są szczęśliwi w tym czerwonym zachodnim niebie….Józio był człowiekiem bardzo uzdolnionym, skromnym, z wielkim poczuciem humoru i ciepłem , którym obdzielał otoczenie. Jakże lubiłam wpadać od nich w czasach studiowania na AM w Poznaniu, grzać się w ich rodzinnym gnieździe , ładować przysłowiowe akumulatory, zwykle coś podjeść. Bo Jadzia widząc mnie zawsze dzieliła się jakimś daniem. Do tej pory widzę Ją i Józia w kuchni ich mieszkania przy ul. Ułańskiej, my pałaszujemy, a Jadzia gdzieś obok, bez talerza. Ona się nie dzieliła swoim daniem, ona po prostu oddawała mi swoje….Józio pokazywał swoje wynalazki. A to radio wielofunkcyjne, a to system nasłuchu z pokoju synów. Siedząc sobie w innym pokoju mógł słyszeć, co też wyprawiają chłopcy. A dynamiczni byli bardzo, pomysły iskrzyły więc należało się spodziewać kolejnego. Gdy byli mali matka prowadziła ich na szelkach , gdyż dzieliła ich tylko różnica roku a temperament roznosił. Mam takie zdjęcie wykonane przez Tatę z gorzowskiej ulicy, kiedy to odwiedzali dziadków Lisów i nas przy okazji. Zawsze wtedy wnosili żywiołowość i radochę. Ale wracam do poznańskich czasów, do Józia. Opowiadał, że w przedwojennym harcerstwie uczono młodych jak hartować siłę woli. Trzeba było przez trzy dni oglądać czereśnie i żadnej nie zjeść. Albo ulubiony cukierek długo nosić w kieszeni. Kochałam Józia. Nawet dopatrywałam się podobieństwa z moim późniejszym mężem, wierząc że będzie tak dobry jak On. Tak, muszę się do tego przyznać. Dlaczego nie miałabym się przyznać?
I przypominam też jego opowieści z AK. Józio brał udział w walkach o wolność Polski, potem publikował wspomnienia. Ciekawe, czy synowie je mają. Józio- męski, nietuzinkowy, ciepły czuły, zakochany w swojej Jadzi, synach . I taki pozostał w mojej pamięci….
Było o Józiu, bo to ostatnie pożegnanie.
Ale dzisiaj spotykam się ze wszystkimi bliskimi, którzy już dawno przekroczyli granicę cienia:
– z moimi Dziadkami:
beskidzkimi góralami – Marianną i Michałem Jakubcami , rodzicami Mamy, którzy oglądają Skrzyczne z godziszczańskiego cmentarza,
z rozdzielonymi tu na ziemi Łukaszewiczami- Tomaszem śpiącym w obecnie białoruskim Rakowie i Staśką w dalekiej od tej ziemi Trzciance Lubuskiej.
– z Dziadkami Mirka- Wojciulami, rodzicami Jego matki Heleny, zamordowanymi wraz z czwórką dzieci przez bandziorów sowieckich w swojej posiadłości w Cicinie i odpoczywającymi w białoruskich obecnie Smorgoniach .
I z Konopielkami śpiącymi w swojej Kołpiei….
I spotykam naszych Rodziców, idą w milczeniu ale dają znaki , gdy coś nie tak, cieszą się z nami gdy wszystko jest ok.
Widzę Stefanię i Wacława Łukaszewiczów śpiących na maleńkim uroczym okolonym wysokim lasem cmentarzu w pobliskim Komorowie
Helenę i Jana Konopielków , którzy zostali tak jak chcieli w swoim Lidzbarku, który stał się im powojennym domem,
I Braci naszych widzę:
Mojego czteroletniego , rezolutnego nad wiek Wacusia, zabranego przez przywleczoną przez sowietów czerwonkę , opłakiwanego przez Matkę do końca Jej dni, urodzonego po aresztowaniu Taty i zmarłego przed powrotem., którego grobu już nie ma w Smorgoniach i Zenona, niespokojnego ducha, człowieka pióra wbrew woli ojca, otoczonego czułością żyjącej nadal ostatniej żony, Inki, która dzwoni i mówi, że Zenek jest stale obok niej, ale tak naprawdę, to jest mieszkańcem zielonogórskiego cmentarza. I brata Mirka- Pawła- dużego, łagodnego zawsze pogodnego i kochającego ludzi, zamordowanego przez pijanego kierowcę, I przyjaciół spotykam dziś: Olę Gajewską- dentystkę z Lidzbarka, która czuwała nad naszymi dziećmi, gdy u dziadków beztrosko je zostawialiśmy letnią porą. Zasnęła nagle już 10 lat temu. – Janusza Zdanowicza mądrego jasnowłosego chłopaka, z którym przetańczyliśmy wiele nocy i Bronka- emanującego spokojem i mówiącego zawsze- nic to , moją prof. Teresę Wyszyńską, dr Salińską i koleżanka od koszykówki z LO – Teresa Łakoma Koryluk zwana przez nas Kostusią. O nich już napisałam wspomnienia w tym blogu, więc nie będę streszczała. I jest Józio Lis, wspomniany na wstępie nareszcie szczęśliwy, bo połączony ze swoją miłością- Jadzią.
Nie wszyscy się znali na tym padole łez, ale my ich znaliśmy, więc byli nasi. I są nadal, w naszym domku. Blisko.
Tak rozmyślając , wędrując w czasie, widzę, że mój domek z kart, delikatny ale zbudowany na solidnym rodzinnym fundamencie złożony z dalszej rodziny, bliskich znajomych nie zachwiał się, nie rozsypał, jest jeszcze silniejszy niż był, silniejszy wspomnieniami o tych, którzy w niebie już urzędują.
I widzę światełko w tunelu, jasność niebiańską i jej rezydentów lekkich wyzwolonych z ziemskich cierpień. Wybrali już ustronne miejsce pod nasz domek z kart, który wcześniej czy później tam przyfrunie….


I wtedy weszła. Duża wysoka ozdobiona stiukami sala szumiała. Barwny tłum . Ludzie wyluzowani nie przerwali pogawędek. Zobaczyliśmy jak idzie do nas Niewysoka i Jasna. Falujące dość krótko obcięte włosy zwyczajowo starannie uczesane, ani jednego rozwichrzonego kosmyka , nigdy. Śnieżnobiała bluzka. Pani doktor mówiła do mnie, nie pani Zosiu, jak Szefowa, nie można nakładać starych ciuchów zwłaszcza gdy człowiek się starzeje. Więc nieodmienne śnieżne białe bluzki spod turkusowego fartucha widywałam. Teraz też nowa bluzka, pomyślałam. I spódnica wielobarwna pastelowa, kwiatowa, żakiet z materii jak spódnica. Szła ze swoim spokojnym uśmiechem Mony Lisy. Nigdy nie wybuchała chichotem czy hałaśliwym zaraźliwym śmiechem Szefowej.
Obudziłam się o świcie z uśmiechem do tego snu. I pomyślałam, że jest dobrze.
Jednak pisząc o tym maila do Jej Syna- Andrzeja nagle poczułam dotyk lęku. . Wada serca była od lat. Mówiła nam o tym, nie dowierzaliśmy patrząc jak codziennie zjawia się w pracy, punktualnie pomimo przemierzonej trasy z dalekiego Ożarowa. Nieodmiennie spokojna i pogodna nas wita . To Kobieta zbudowana z piany morskiej i stali- myślałam. Moje emocjonalne burze niwelowała rzetelną celną uwagą, poradą a przede wszystkim siłą spokoju. Nigdy nie usłyszałam podniesionego tonu, a Jej cichy matowy głos koił wszystkim nerwy. Jednym spojrzeniem opanowywała czasem rozdygotany tłum pacjentów i rodziców, a dla personelu była jak druga Matka.
Pracowałyśmy razem w CZD przez 20 z górą lat. Pani Doktor Anna Salińska-de Flassiler, bo o Niej opowiadam przybyła z Panią profesor Teresą Wyszyńską ze szpitala przy ul. Kopernika, gdzie założyły oddział nefrologii i prowadziły pierwsze w Warszawie dializy u dzieci . W CZD były twórcami Klinki Nefrologii ( Pani Prof. Wyszyńska) i przyklinicznej Poradni Nefrologicznej przemianowanej potem na Poradnię Nefrologii i Nadciśnienia Tętniczego , którą od początku zawiadywała dr Salińska- Flassilier – Wielka Wierna Przyjaciółka Szefowej jeszcze z lat licealnych.
Niedługo potem i ja dołączyłam do zespołu a po kilku latach pracy w Klinice postanowiłam pozostać w Poradni Nefrologicznej. Lubiłam tę pracę, a poza tym przyciągał mnie spokój Pani Doktor Salińskiej. Na emeryturze jeszcze długo pracowała, pełniąc obowiązki Kierownika ww Poradni. Nie straszne Jej były lody, ślizgawice, śnieżyce. Docierała kilkoma środkami komunikacji a czasem podwożona przez przeuroczego ukochanego i bardzo zakochanego Męża- Tadeusza. Gdy pozostawiła Poradnię w moich rękach, czułam, że nadal jest blisko mnie.
Gdy miałam wątpliwości rozważałam- co by powiedziała, poradziła Pani Doktor w tej sytuacji. Jeszcze wtedy mogłam dzwonić z każdym problemem zawodowym i rodzinnym.
Bo i w sprawach rodzinnych była konsultantem najwyższej próby. Miała starych rodziców, troje dzieci, więc sytuacja nasza była podobna, choć przesunięta w czasie z racji różnicy wieku. Tak więc ufnie zawierzałam Jej moje tajemnice i otrzymywałam poradę popartą własnym podobnym przeżyciem….
I oto wczoraj spotkałam się z Panią Doktor w tym pięknym śnie. Napisałam o tym maila do Andrzeja, który niebawem oddzwonił. Głos miał radosny i oznajmił, że Mama lepiej się czuje i czeka na odwiedziny. Ciężar który gniótł serce gdzieś uleciał i została tylko Radość . Umówiliśmy się, że w niedzielę przyjedzie i mnie do Niej zabierze. A dzisiaj około południa telefon ten sam, ale jakże inny, bolesny znajomy głos- Mama nie żyje….
I wszystko skończone, piękne sny, dawne piękne dobre czasy ale jest pamięć, która nie umiera. W niej został jasny obraz Tej Wielkiej Dzielnej Kobiety, wzór Lekarza z Wielkim Sercem
A co teraz porabia Pani Doktor ? Już widzę to czułe spotkanie z tęskniącą zapewne odwieczną Przyjaciółką Panią Profesor Teresą Wyszyńską, która już wcześniej w tym innym, lepszym świecie wynalazła ustronny kącik z wygodnymi fotelami, albo zawiesiła hamaki na sąsiadujących ze sobą drzewach by zielenią oczy nasycić, posiedzieć i pogadać bez przeszkód….Oj , jestem pewna , że przy okazji będą zaglądały do nas czujnymi wszystkowidzącymi matczynymi oczami .
Uważajmy więc by nie dostrzegły naszych uchybień.
Albo po prostu żyjmy tak jak One kiedyś…..
