Mijały kolejne dni i miesiące studiów , a my kipiałyśmy młodzieńczą energią. Poza zakuwaniem i wykradaniem czasu na wieczorne tańce chciałyśmy czegoś więcej . I wówczas zrozumiałyśmy , że pragniemy chwil prawdziwej wolności .
I nagle do którejś z nas przyszedł pomysł wyjazdu nad morze. Przecież tak dawno nie widziałyśmy morza. Postanowiłyśmy pojechać do Świnoujścia. Był późny listopad. W sobotni wieczór okutane w kilka swetrów i ciepłe kurtki spotkałyśmy się na poznańskim dworcu i wsiadłyśmy do nocnego pociągu. Miarowy turkot kół oddalał nas od Poznania a wszystkie codzienne problemy wtapiały się w zamglone tło. A ja dodatkowo rozkoszowałam się jazdą pociągiem , bo od dzieciństwa uwielbiałam takie podróżowanie. I to pozostało we mnie do tej pory.
Ok. 4 nad ranem miałyśmy przesiadkę w Szczecin Dąbie. Pilnowałyśmy , by nie zaspać.. Wprawdzie już miałyśmy trening nocnego czuwania , gdyż wielokrotnie budziłyśmy się o tej porze, leżąc na otwartym podręczniku do anatomii.
Za oknem było czarno, tylko w nikłym świetle połyskiwał pusty peron . Jednak po chwili zauważyłyśmy wielkie stada kotów. Niektóre smacznie spały na ławkach, inne wybudzone hałasem nadjeżdżającego pociągu, leniwie się przeciągały .
Gdy po paru miesiącach ponownie jechałyśmy do Świnoujścia naszym nocnym pociągiem , mówiłyśmy- o , już widzimy koty, więc to na pewno Szczecin Dąbie.
O świcie witało nas Świnoujście. Było cudnie . Miasto jeszcze spało, ulice były puste, wiatr hulał pomiędzy drzewami , nigdzie nie widziałyśmy żywej duszy . Wstąpiłyśmy do hoteliku przy przystani promowej, gdzie poprosiłyśmy o umożliwienie skorzystania z łazienki . Personel był przesympatyczny . Widocznie przyzwyczajony do wizyt niespodziewanych gości. Wszak było to miasto portowe , miasto przystań dla różnych rozbitków życiowych. Nawet ofiarowano nam niewielkie śniadanie, oczywiście za skromną opłatą. Umyte i pożywione poszłyśmy na spotkanie z morzem.
A ono na nas czekało . Nagle otwierało się szumne nieodgadnione i wypełniające horyzont. Usiadłyśmy na wymytych do białości umarłych konarach drzew mieszkających na plaży potem przeniosłyśmy się na molo i patrzyłyśmy patrzyłyśmy w szarobłękitny falisty bezmiar .
Tam topiłyśmy swoje marzenia, brudy codziennego studenckiego życia, wszystkie lęki i przeżycia sekcyjne , ładowałyśmy akumulatory , by dalej żyć normalnie .
Było pięknie i czysto.
Na plaży spędzałyśmy czas od świtu do późnego popołudnia. Wieczorem wsiadałyśmy na prom , potem do pociągu nocnego. Wracałyśmy do Poznania i bezpośrednio z dworca szłyśmy na wykłady.
Koledzy , patrząc na nas, pytali, gdzie balowałyśmy przez ostatnie noce. Nie odpowiadałyśmy. Milczałyśmy, patrząc na siebie porozumiewawczo. W oczach Moniki widziałam bezkres naszego morza….

potrafisz przywoływać wspomnienia, oj potrafisz !!!!
Wróciło morze gdy je poznałam jako dziecko na gdyńskiej plazy, wschody i zachody słońca w Mrzeżynie ( kolonie, wakacyjna praca ) a także praktyka w gdyńskim szpitalu po 2 roku, w sopockim san-epidzie po 4 oraz „opieka medyczna” nad szkolnymi wycieczkami pływającymi statkami po zatoce !
Towarzyszył temu zawsze stukot kół pociągu dowożącego na miejsce. Dziękuję !!! Wróciły wspomnienia, pojawił się uśmiech i przeczuwam miłe sny. Dziękuję !
Piękne wspomnienia