Dziewczyna przeżegnała się szerokim gestem, podniosła z klęczek i odwróciła twarz w stronę balkonu. Bolek ukłonił się nieśmiało i zszedł w dół. Spotkali się w kruchcie kościoła. Czekała. Miała wielkie bławatkowe oczy ocienione gęstymi czarnym rzęsami i pięknie wykrojone brwi. W ciemnym kościele jej źrenice były ogromne . Zatonął w tych oczach i uśmiechu .
Była niewielka, ale śmiało patrzyła w jego twarz i pierwsza zaczęła rozmowę. Głos miała niski i ciepły. Zda się , że mówiła z serca wprost do serca Bolka.
Wyszli z kościoła, śpiewały ptaki w wielkich drzewach, czuł przyspieszone bicie swojego tętna ….Miała na imię Michalina. Jakie miękkie, piękne kobiece imię, pomyślał z rozczuleniem .
Nigdy przedtem nie widział tej dziewczyny , niedawno przyjechała do ciotki i pierwszy raz była w Rakowskim kościele. Nosiła dziwne nazwisko: Dowhopouł.
Zapytał, czy może ją odprowadzić . Zgodziła się. Szli do domu coraz wolniej, kilka razy zatrzymywali się, a nawet zawracali pod kościół . Przez całą tę drogę rozmawiali. Pula tematów była niewyczerpana. Nigdy z nikim tak długo i ciekawie nie dyskutował. Przy niej wszystko było nowe, inne , barwne . Nie mogli się rozstać. Serce Bolka śpiewało ….
Gdy wrócił na plebanię, ksiądz od razu poznał po zachowaniu chłopaka i jego oczach, że spotkał swoje marzenie. Bo nie można było ukryć wzroku , który opowiadał o zakochaniu, najpiękniej jak umiał…..

