Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej. Dlaczego Mariola?

wykadrowałam z grupowego zdjęcia, które przysłała mi Mariolka…oto Ona, z okresu studiów . Nie wiem dokładnie z którego roku – nasze studia trwały od 1965do 1971…

I jeszcze jedno moje, autorki bloga, wyjaśnienie :

Już w naszej pierwszej  rozmowie telefonicznej, Mariola, bo tak Ją wszyscy zwą,  wyjaśniła mi , dlaczego używa innego imienia niż zapisane w dokumentach. Ponoć  w czasach, w tych późnych latach 40 ubiegłego wieku, kiedy to się obie urodziłyśmy, imię Mariola nie było jakoś uznawane. Dlatego też Jej  Rodzice nadali  dwa imiona- Maria Jolanta, z których wybrane i połączone  pierwsze sylaby  dawały to jedno, upragnione i od niedawna dla mnie fajne- bo związane z Jej postacią – imię – Mariola .  Nie wiem dlaczego tak było – może nigdy nie było św. Marioli- a zwyczajowo wówczas imię dziecka powinno bazować na jakiejś osobie świętej . Pisząc o tym, chcę wyjaśnić  młodym obecnym jak było kiedyś .  Bo teraz już tego problemu nie ma i można nazwać dziecko nawet imieniem jednego ze storczyków, jak choćby imię mojej niespełna 7 miesięcznej  prawnuczki- Cataleya….. 

Wg mnie już wstępne wyjaśnienie tego problemu wiąże się z Jej pedantyczną naturą niezbędną w diagnozowaniu i leczeniu maluchów, choć późniejsze nasze kontakty świadczą, że jest Osobą bardzo Pogodną, z Wielkim poczuciem humoru, więc chyba trochę „ rozwichrzoną „- jak nazywam osoby mi bliskie mentalnie i emocjonalnie. Gdy do tego dodać Jej Magnetyzm, który mnie zniewolił już na wstępie- ciężka choroba, z której wyszła i doświadczenie, dotknięcie tej Drugiej Strony , Drugiego Brzegu życia i powrót do rzeczywistości z zapamiętaniem tego co widziała i przekazanie tego nam w prostej zda się opowieści, spowodowało, że jestem pod Jej urokiem ….…..

zdj własne

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej. Wstęp autorki bloga.

Kochani,  od dziś mam wielką przyjemność gościć w tym blogu moją Niezwykłą   Koleżankę z pierwszych trzech lat studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu, Wielce Szanowną i Poważaną panią doktor  Marię Jolantę Nowakowską, pediatrę, wieloletniego Ordynatora Oddziału Dziecięcego w Kępnie .  

Na marginesie tylko muszę dodać, że nie zapamiętałyśmy siebie nawzajem z czasów studenckich ( zresztą w Poznaniu studiowałam tylko przez 3 lata, o czym już w blogu wielokrotnie pisałam). Nasza znajomość i moja  fascynacja tą Dziewczyną  wybuchła nagle , zupełnie niespodziewanie. Ale po kolei.

Jeszcze niedawno, bo w maju tego roku,  Jurek Marcinkowski (JTM), którego pamiętnik  niedawno tu zamieściłam , napisał do mnie w kilku słowach ,  że nasz rok właśnie wraca z corocznego, odbywającego się od 25 lat zjazdu- wycieczki koleżeńskiej do Olsztyna i okolic i że siedzi w autokarze obok Marioli, z którą sobie mile gawędzi. Wprawdzie przebyła udar, ale jest w świetnej formie , choć twierdzi, że ma od tego czasu dziury w głowie.  Wtedy też  nic mi to nie mówiło- fajnie, że sobie gawędzą- a to ciekawe określenie, którego użyła też nie otworzyło we mnie żadnej klapki w mózgu- choć mi się spodobało. Bo spostrzegłam , że ma dystans do siebie i jakieś otwarcie na innych. Nie każdy tak ma. Bywa, że ludzie zamykają się w sobie, zwłaszcza po chorobie lub urazie. To, że wzięła udział w męczącej koleżeńskiej wyprawie też nie zapaliło we mnie żadnego światełka.   Nie kojarzyłam Dziewczyny. Obojętność, zamknięcie we mnie i tyle.

Potem , gdy  JTM stworzył ze swoich znajomych ( jak mówił , przypadkowo) grupę na Messengerze, zauważyłam, że jest tam też Mariola. Zapytałam więc Irenę, czy to Ta, z naszego roku- potwierdziła. Nadal zero zainteresowania z mojej strony. Mariola czasami się odzywała w Grupie, ja też coś wrzucałam. Było to raczej takie zwykłe ble- ble, jak kiedyś się mawiało. Ptaszki, kwiatki, niebo malowane stale inaczej. W mojej głowie, nieustannie krążył podtekst,  że wszystko to, co piękne na świecie to jest dzieło  Kogoś na górze i że jest celowo ułożone …Więc czasami wrzucałam taką myśl, która przechodziła w tym towarzystwie bez echa. Aż nagle…..stało się ….poczułam jak przysłowiowy grom z jasnego nieba” spadła” na mnie i zaistniała w moim życiu niezwykle intensywnie – Mariola,  do tej pory mi zupełnie obojętna . A stało się to za sprawą tego, co napisała , po moim lakonicznym –  wierzę w życie po życiu.  Poprosiłam o opowiedzenie. Po chwili dostałam tę krótką odpowiedź:

„No to było tak z udarem – zawsze byłam „ szkiełko i oko” a nie „ czucie i wiara” i nie wierzyłam w opowieści o zaświatach, a tu po udarze gdy byłam nieprzytomna, co wynikało z opowieści kolegów,  widziałam obok swojego łóżka szpitalnego wszystkich zmarłych kolegów i koleżanki ze szpitala- rysy znane ale przezroczyste- równo ubrani w jakieś zwiewne opończe, uśmiechnięci, ręce wyciągnięte po mnie dodawali mi otuchy- zaczęłam podnosić się by iść z nimi i spojrzałam na kolegę którego bardzo lubiłam ale nasze poprzednie , gdy jeszcze żył , rozmowy wyglądały na zaczepki. Widząc go teraz, też powiedziałam- odczep się nigdzie z tobą nie idę…Wtedy wszyscy uśmiechnięci odsunęli się w bardzo jasną świetlistą smugę- drogę . Gdy byłam w lepszej kondycji zaczęłam po raz pierwszy w życiu czytać o takich zjawiskach i wiele razy powtarzało się, że bliscy przeprowadzają na drugą stronę zmieniło mnie to trochę i nie jestem już taka ostro na NIE no i jeśli  tak jest   to nie ma się czego bać…………… „

Dotarło do mnie tak nagle, wyraziście,  jakby zobaczyła Anioła, że „stoję” przed  Świadkiem, jedynym jakiego znam, który dotknął Drugiej Strony Życia . Bo czytałam opowieści różnych ludzi, o podobnych doznaniach, które niektórzy tłumaczą zwykłym wytworem niedokrwionego mózgu .….a ja wierzę, że jest inaczej, że te opisywane przez wszystkich, którzy wrócili do naszego świata,  podobne doznania, obrazy i odczucia są prawdziwe , bo towarzyszyłam umieraniu trzech najbliższych osób, w domu- byłam przy Nich sama……ale to inna opowieść…..

            Teraz, po wielu mailach , które do mnie  napisała Mariola , wiem, że  jest  Osobą Pogodną, z Poczuciem Humoru, z dystansem do siebie , empatyczną i ma bardzo dużo do opowiedzenia. Pytana przeze mnie a  nawet nie-  wrzuca   historie ze swojego życia, które układają się w Pamiętnik – spisując je  na gorąco,  bo jak mówi-  otwierają się  klapki w Jej mózgu 🙂 trochę pozamykane przebytym udarem, ale też zwykłą naturalną ludzką-  często gdzieś ukrytą , przycupnięta, czekającą na ujawnienie- pamięcią zdarzeń…..

Dziękuję Ci, Mariolu, że pojawiłaś się w moim życiu i zechciałaś gościć tym blogu…..

Dziękuję też Jurkowi, bo  od Niego Wszystko się zaczęło i że jest  naszym Przywódcą  🙂

Zdjęcia własne.

 

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 15 ). Siła związku z koleżankami i kolegami z roku.

2018, Olsztyn i okolice, zdjęcia  Ewy Barabasz i Jacka Ratajczaka

8-12.06.2016. Na Wiśle k/ Torunia

28-30.05.2004. Bieszczady, Lwów.  Pod pomnikiem wieszcza w mieście, które już nie jest polskie…

2011, Lublin, Kazimierz n/Wisłą.

 

7-11.06.2017. Białowieża, Hajnówka

2015, pod Hotelem Edison, Baranów k/ Poznania, nasze 50 lecie rozpoczęcia studiów

Z Pamiętnika Jurka….:

Dwadzieścia lat po ukończeniu studiów, tj. w 1991 roku,  zostało po raz pierwszy zorganizowane spotkanie absolwentów naszego rocznika, które odbywało się w eleganckiej restauracji nad jeziorem Malta w Poznaniu. Było to przede wszystkim zasługą prof. Marka Tuszewskiego, który zajął się strategią organizacyjna tego przedsięwzięcia. Potem nastąpiła bardzo korzystna przemiana i od tego okresu zjazdy absolwentów naszego rocznika odbywają się corocznie. Po śmierci Marka Tuszewskiego obwołaliśmy naszą starościną koleżankę Alicję Michalewicz z d. Kaczmarek, której osobisty czar oraz duże zaangażowanie powoduje, że spotykamy się corocznie w gronie kilkudziesięciu osób – do około 100 osób. Jest to znaczący odsetek z naszego rocznika zbliżający się do ok. 50%.  I tutaj trzeba wyraźnie podkreślić, że jest grupa koleżanek i kolegów zawsze i prawie zawsze zjawiających się na naszych zjazdach, jest grupa przyjeżdżających okazjonalnie oraz grupa takich, którzy od ukończenia studiów nie pojawili się na zjeździe ani razu. I tutaj rodzi się pytanie: dlaczego? Pamiętam ze studiów kolegę Krystiana Lehmanna – bardzo uzdolnionego studenta, który szybko po ukończeniu studiów wyemigrował do Szwajcarii. Wielka szkoda, że od tego okresu słuch o nim zaginął wśród nas spotykających się na dorocznych zjazdach – ale ostatnio 24 maja 2018 r. Kryspin, którego adres mailowy odszukałem w Internecie, przysłał mi bardzo zabawny e-mail, który – ku rozbawieniu – cytuję:

„Guten Abend Jurek,
wczoraj późnym wieczorem czytałem ‚Głos Wielkopolski’ przez Internet. I co widzę? Dzisiaj zaczynają się JUVENALNIA!
I oto nagle wspomnienia:

Ihr naht euch wieder, schwankende Gestalten,

Die früh sich einst dem trüben Blick gezeigt
Versuch ich wohl,…..
Zuneigung, Faust I., JWG

Drugi semestr prawie skonczony, rok 1966, koniec Maja, moje/nasze pierwsze świętowanie jako juvenalia.
Wiele, dużo wspomnien, spotkań, przeżyć przewędrowało przed oczami… Dużo haseł, powiedzonek,
Aufforderungen, jedno z tych bardzo wielu nagle pojawiło się:

‚Umyj swoje Genitalia
I wez udzial w Juvenaliach!’

Koleżenskie serdeczne pozdrowienia

Kryspin”

Takich koleżanek i kolegów jest więcej i szczególnie interesujący jest los koleżanek, które w okresie studiów lub krótko po studiach wyszły za mąż za obcokrajowców, w tym Muzułmanów. Jedna z naszych koleżanek wyszła za mąż za Syryjczyka i mieszkała i pracowała w Syrii, bardzo doświadczanej w ostatnich latach przez wojnę. Zapewne dzisiaj byłoby by jej niezwykle trudno mówić o wszelkich nieszczęściach jakie niesie wojna. Ale dla nas bardzo interesujące byłoby dowiedzieć się o losach tych, którzy spędzili znaczą część swego życia w innej kulturze. Dzisiaj tak dużo mówi i pisze się o wielokulturowości i o konieczności wzajemnego poszanowania się, więc spotkanie z tymi osobami byłoby z całą pewnością dla nas bardzo interesujące. Inna osoba,  to profesor Jacek Wciórka – znany psychiatra, zajmujący się głównie schizofrenią, pracujący chyba od początku jak ukończył studia, w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Warto zajrzeć na: https://pl.wikipedia.org/wiki/Jacek_Wci%C3%B3rka

Jacek Wciórka miałby się czym pochwalić przed nami, bo ma przecież spore osiągnięcia, ale szkoda, że się na zjazdach nie pojawia…..

Na tym kończy się na razie pamiętnik Kolegi z wczesnych lat studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu, ale myślę, że będzie dodawał jakieś rozdziały do swoich wspomnień, bo przecież życie nadal trwa, ba, nawet pędzi do przodu przynosząc różne ciekawe wydarzenia. Oby tych pięknych, dobrych i interesujących było jak najwięcej. Tego życzy nie tylko Jurkowi, ale wszystkim kolegom- autorka bloga. Dziękuję, Jurku, że przyjąłeś zaproszenie i mogłam Cię tu gościć….

a na zakończenie pozwoliłam sobie wrzucić te trzy bardzo znane obrazy, choć nie z  epoki, ale ilustrujące nasze życie zawodowe …..od lekcji anatomii, poprzez kontakt z pacjentami i towarzyszenie im przy śmierci….

 

Lekcja anatomii doktora Tulpa-   Rembrandt Harmenszoon van Rijn ( 1606-1669).  Dzieło powstało w 1632 roku . W tym czasie co roku , w Amsterdamie, odbywała się publiczna sekcja zwłok ( zwykle zgładzonych przestępców) – uczestniczyli w niej poza ludźmi związanymi z medycyną, liczni gapie….

Historia choroby- dzieło współczesnego malarza rosyjskiego, Andrieja Szyszkina

Śmierć – obraz olejny, namalowany przez Jacka Malczewskiego w 1902 roku.

Uwaga na koniec . Ponieważ dotarły do mnie echa, że zamieszczony tu obraz Malczewskiego sugeruje nasz koniec- śpieszę donieść, że powyżej wyjaśniłam myśl, która mi przyświecała gdy wybierałam te obrazy…powtarzam więc- to nasza droga zawodowa- od anatomii, poprzez trudy pracy z pacjentami a także towarzyszenie im w czasie śmierci….

a na koniec jeszcze inne  zdjęcia autora Pamiętnika….och,  gdyby można było od  Ciebie, Jurek,  czerpać  SIŁĘ, WYTRWAŁOŚĆ I UPÓR  …..fajnie, że jesteś właśnie taki…..

Na wszystkich zdjęciach Jerzy T. Marcinkowski- żartobliwy , z dystansem do siebie ( bo przysłał i takie zdjęcia, zgadzając się, bym zamieściła w tym miejscu ), oraz istny showman za katedrą – który nie tylko treścią, ale ekspresją na pewno  porywa słuchaczy :).

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 14 ). Polskie Towarzystwo Higieniczne.

no, cóż mili moi….powoli zbliżamy się do końca zapisków- profesora Jerzego T. Marcinkowskiego, mojego kolegi z pierwszych lat studiów, które stały się dla nas bardzo silnym, jak widać, spoiwem. Stale postrzegamy siebie przez pryzmat naszych 18 lat, wspólnych przeżyć – mocnych, pierwszych – bo studia medyczne niosły pierwsze bezpośrednie kontakty  z tym, czego większość podświadomie się bała- z ludzkim kiedyś żywym, jak my w chwili wykonywania sekcji, ciałem- teraz bezbronnym i martwym …czy myśleliśmy wówczas o życiu tego człowieka ?- chyba nie- byliśmy za młodzi i za bardzo zajęci wkuwaniem, poznawaniem, odkrywaniem….dopiero teraz ….

Jerzy T. Marcinkowski w rozmowie – może biesiadnej, może tylko kawowej – choć zwykle i tak zmierzającej do problemów nauki , pracy, higieny …..

Po przydługim wstępie, a właściwie dygresjach, oddaję głos autorowi pamiętnika :

Polskie Towarzystwo Higieniczne  ( PTH) – muszę o nim więcej opowiedzieć, gdyż jak z nazwy i funkcji wynika, jest bardzo mocno związane z zakładami higieny i epidemiologii Uniwersytetów Medycznych oraz z Państwową Inspekcja Sanitarną. Stąd rekrutuje się największa liczba członków PTH. Na poziomie województw działają oddziały PTH  a mnie przyszło działać w oddziale poznańskim PTH od okresu, kiedy kierowała nim bardzo zasłużona pracownica PSSE w Poznaniu mgr Maria Gogolewska. Od niej się sporo nauczyłem i w tamtym to okresie wciągnąłem do działalności oddziału poznańskiego PTH pracującą w Zakładzie Higieny dr Anetę Klimberg – moją pierwszą doktorantkę.  Praca w oddziale poznańskim PTH szła nam bardzo dobrze, organizowaliśmy ciekawe zebrania naukowe. I na temat jednego z takich zebrań powiem coś nader ciekawego. Otóż wymyśliliśmy, że bardzo dobrze by się stało, gdyby pracownicy stacji sanitarno-epidemiologicznej  dowiedzieli się od psychologa, jak sobie radzić ze stresem powodowanym tym, ze oni prowadząc kontrole w różnych placówkach i zakładach pracy nie są witani z otwartymi ramionami ale wręcz przeciwnie, odczuwają ze strony kontrolowanych otwartą wrogość . Poprosiłem więc  o  wykład na ten temat mego kolegę dr psychologii klinicznej Ireneusza Ścigałę. Jego wykład był tak bardzo porywający dla słuchaczy, głównie kobiet, że dr Ścigała został przymuszony do wystąpienia na następnym zebraniu raz jeszcze. Oto, co znaczy być dobrym wykładowcą! Razem z mgr Marią Gogolewską zacząłem jeździć do Warszawy do siedziby PTH zlokalizowanej przy ul. Karowej 31. Ulica Karowa słynie z tego, że co jakiś czas organizowane są na niej wyścigi samochodowe. Warto spojrzeć na mapę i obejrzeć, jak kręta jest ta ulica, pokryta brukiem, przez to śliska, ładnie wygląda przez to, że znajduje się tam wiadukt im. Markiewicza – znanego przedwojennego higienistę. I co bardzo ważne, przy tejże ul Karowej 31 mieści się zabytkowy budynek, którego właścicielem jest PTH. Budynek jest ogromny i dlatego PTH wynajmuje większość powierzchni użytkowych tego budynku różnym firmom i instytucjom. Z tego tytułu PTH ma wpływy, które pozwalają organizować szereg konferencji naukowych na terenie całego kraju jak i wydawać 2 czasopisma naukowe. Są to: „Problemy Higieny i Epidemiologii” znajdujące się na stronie internetowej: www.phie.pl i „Hygiea – Public Health” na stronie: www.h-ph.pl. Jak już stałem się członkiem prezydium zarządu głównego PTH, to postarałem się, ażeby wydawane dotąd nieregularnie przez PTH czasopismo „Problemy Higieny i Epidemiologii” przekształcić w nowoczesny periodyk naukowy z wersją papierową i równocześnie z wersją elektroniczną. To miało miejsce w 2005 r. Natomiast w 2010 r. przekształciłem drugie z do tej pory nieregularnie wydawane czasopismo o nazwie Hygiea  w  Hygiea – Public Health. Ponieważ mój wkład w przekształcanie tych 2 czasopism został pozytywnie oceniony, uczyniono mnie  redaktorem naczelnym tych 2 czasopism. Czasopisma te w mojej ocenie drukują artykuły coraz większej jakości naukowej, przy czym należy podkreślić, że wszystkie artykuły są recenzowane. W tejże pracy redakcyjnej wspomaga mnie wspomniana dr Aneta Klimberg, która jest sekretarzem w obu redakcjach tych czasopism. W 2015 r. dr Aneta Klimberg wraz z informatykiem PTH, Panem Mirosławem Lisieckim stworzyli platformę redakcyjną czasopism PTH, znajdującą się na stronie: www.pth.pl w zakładce „wydawnictwa”. W dzisiejszych czasach jest wymóg, aby każde nowoczesne czasopismo naukowe posiadało taką platformę, na której autorzy się logują i wstawiają swoje artykuły, które następnie są poddawane recenzowaniu przez anonimowych recenzentów. Ponieważ recenzenci również nie znają personaliów autorów artykułów, to recenzje te staja się coraz bardziej ostre – i oto przecież chodzi w nauce, żeby jakość artykułów była jak najwyższa i ażeby nie drukować przysłowiowych bubli. Na rzecz redakcji tych czasopism działa m.in. Pani Edyta Kaminiarz, która prowadzi sekretariat Zakładu Higieny w Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu, gdzie znajduje się obecnie redakcja czasopism PTH. Pani Edyta odbiera znaczącą liczbę telefonów do redakcji i trzeba tutaj podkreślić – co może wielu zaskoczyć – że najczęściej telefonują autorzy słabych i bardzo słabych publikacji z pytaniami, kiedy ich artykuły zostaną opublikowane. Ci, którzy piszą najlepiej, z reguły nie telefonują. Bardzo ważną rolę dla czasopism ma wygląd czasopisma, jego okładka. Przyjęliśmy, że na ostatniej stronie ”Problemów Higieny …” będziemy zamieszczać rzeźby, obrazy z wizerunkami starożytnej bogini zdrowia – Hygiei, córki boga Asklepiosa. I cóż się okazuje? Mija 10 lat jak wydajemy ten kwartalnik i jeszcze nam nie zabrakło tych wizerunków Hygiei do zamieszczania. W sierpniu 2015 r., kiedy przebywałem na konferencji dotyczącej żywienia w Szanghaju, zauważyłem pomnik Hygiei przed jednym z luksusowych hoteli, wśród innych rzeźb zdobiących wejście o hotelu. We wrześniu 2015 r., kiedy byłem z pomocą humanitarną dla tamtejszej Polonii na Ukrainie, dostrzegłem pomnik Hygiei przed miejscowym uniwersytetem w miejscowości Dubno. Wspominam o tym dlatego, że tych pomników na świecie jest jednak sporo. I być może wystarczy ich nam jeszcze na wiele okładek. To świadczy również o tym, że myśl o profilaktyce o zachowaniu zdrowia przejawia się również i w taki sposób, że stawiane są pomniki Hygiei – bardzo różne, jeżeli chodzi o ich styl, wyraz artystyczny, ale zawsze mają atrybuty tejże bogini, jakimi są owijający się wąż na ręku bogini i czarka, z której karmi ona tego węża. Z kolei na okładce 2 czasopisma „Hygiea …” umieszczamy informacje wraz z ilustracjami o różnego rodzaju akcjach prozdrowotnych. Na przykład ogródki ziołowe, które przybierają różne formy. W Szwecji np. przywiązuje się do nich dużą wagę i komponuje się takie ogródki w środku miasta, po to, aby przechodzień mógł do nich swobodnie wejść, usiąść na ławeczce , odpocząć wśród delikatnych woni ,  ale jednocześnie  przyjrzeć się różnym ziołom, i poczytać zamieszczone przy nich tabliczki z dokładnym opisem rośliny. Ideą tych ogrodów jest  zachęta  mieszkańców do przyjrzenia się rosnącym tam  ziołom, przeczytania informacji, że wszystkie mają wielowiekową tradycję ich stosowania, nie tylko leczniczą ale także w celach kulinarnych jako przyprawy. Myśl przewodnia jest taka: „żyw się zdrowo, staraj się o to, aby twoje potrawy były podawane także estetycznie z ładnym przybraniem przez różne zioła mające znaczenie prozdrowotne, które przez wieki stosowały nasze matki, babki i prababki”. Nie musisz patrzeć daleko, szukaj blisko, na terenie, na którym mieszkasz. Jest przyjęte, i taka jest zachęta dla przechodniów, że jeśli są zainteresowani daną rośliną, to mogą się nią poczęstować nieodpłatnie a nawet wziąć fragment, aby posadzić u siebie w ogródku. I to jest taka przyjemna działalność z obszaru edukacji zdrowotnej, która rozwija się  na szczęście również i w Polsce. Jak żyć prozdrowotnie? To jest wielkie pytanie i raz po raz jesteśmy zaskakiwani czymś, co wydawało się dla nas oczywiste a raptem dochodzi do zmiany poglądów. Oto przykład: moja doktorantka Anna Edbom-Kolarz, która pracuje w Poradni Rehabilitacji Wzroku w Sztokholmie miała ostatnio przenosiny tejże poradni w nowe miejsce i w całkiem nowe warunki. Pracownicy przyszli i zdumieli się, że ich biurka są na innej wyższej wysokości i w zasadzie nie przewidziano krzeseł ani siedzisk. Otóż są argumenty na rzecz tego, aby w pracy zawodowej nie siedzieć a stać. Takimi argumentami może być to, że stojąc tracimy więcej kalorii, co jest korzystne, gdyż wielu z nas cierpi na otyłość i  tych otyłych jest coraz więcej. Ponadto , jak udowodniono, praca w pozycji stojącej jest bardziej korzystna dla kręgosłupa niż w pozycji siedzącej. Przeciwskazaniami dla pracy w pozycji długotrwałej stojącej są oczywiście zaawansowane żylaki kończyn dolnych. Oczywiście to wszystko wymaga dalszych badań i długofalowych obserwacji. A wspominam o tym głównie dlatego, że poglądy naukowe z obszaru profilaktyki mogą się wyraźnie zmieniać. Podobnie przecież jest w medycynie klinicznej. Znane są np. przypadki, że przez lata określony lek uważano za korzystny w określonej chorobie a po latach okazało się, że tak nie jest i że wskazania do danego leku trzeba zmienić albo też dany lek skreślić z listy leków dopuszczonych do obrotu.

Oddział Poznański PTH został dostrzeżony na walnym zebraniu sprawozdawczo-wyborczym PTH w Warszawie w 2006 r., co przejawiało się min. tym, że do prezydium zarządu głównego PTH została wybrana dr Aneta Klimberg a niżej podpisany został wybrany na w-ce prezesa zarządu głównego PTH; na prezesa zarządu głównego PTH wybrano wówczas dr medycyny Kazimierza Dragańskiego z Zakładu Higieny Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

W 2010 roku jednogłośnie wybrano mnie na prezesa zarządu głównego PTH i pełniłem tę funkcję przez dwie kadencje tj.  do 2018 roku . Jako  X prezes Polskiego Towarzystwa Higienicznego , starałem się kontynuować   tradycje tego Towarzystwa, co zostało docenione,  ale też  godnie reprezentować swój Poznań J . Zgodnie z założeniami statutowymi , w kolejnych wyborach już nie mogłem kandydować , zaproponowałem więc bardzo aktywnie działającą wspomnianą dr Anetę Klimberg, której osoba została przez większość zaakceptowana. W ten oto sposób nastąpił przełom w tradycji PTH- została pierwszą w dziejach Towarzystwa  kobietą – prezesem. cdn

Po zebraniu Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Higienicznego, 2017 r.  W pierwszej linii ówczesny ( do 2018 r. )- X  Prezes- Jerzy T. Marcinkowski i obok dr Aneta Klimberg- która  jest XI Prezesem PTH…

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 13 ). Moja praca higienisty, neurologa i biegłego sądowego – krótkie rozważania.

Jerzy T. Marcinkowski, chyba lata 80 ubiegłego wieku…

Przed laty rozpoczęliśmy pisanie pamiętników, które z różnych powodów do tej pory nie ujrzały światła dziennego. Ponieważ teksty już były, zaprosiłam do blogu Kolegów ze wspólnych lat spędzonych na studiach na ówczesnej Akademii Medycznej w Poznaniu (1965 – 1971). Przyjęli zaproszenie i dzięki temu Pamiętniki w raczej ich fragmenty są  dostępne w sieci i mogą poczytać choćby potomkowie…..a jak się okazuje, również zgłaszają się dawni pacjenci, dobrze wspominając swojego doktora. To jest bardzo miłe….

A oto ciąg dalszy kart z Pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego, profesora medycyny z którym odnalazłam to, co nas połączyło przy wspólnym stole w Anatomicum- młodość :),  pasję pisania, umiłowanie życia,  przyrody, ciekawość Świata i wieczne nim zadziwienie..

W rozmowach z koleżankami i kolegami często jestem postrzegany jako ten, co zna się tylko na higienie. W tym jednym słowie HIGIENA, mieści się obszar bardzo rozległy i dotyka nie tylko wszystkich specjalności medycznych, ale bywa, że jednoczy inne dyscypliny nauki w ich aspekcie dbałości o zdrowie nie tylko fizyczne, ale i psychiczne, jak np. architekturę, inżynierię głównie sanitarną, czy biologię z jej działami botaniki, zoologii, mikrobiologii, genetykę, ale także psychologię, czy socjologię a nawet prawo, politologię i ekonomię.

Od okresu po ukończeniu studiów w 1971 r. działam w tym szerokim obszarze teoretycznym, bo do takich zaliczany jest Zakład Higieny, i jednocześnie klinicznym jako neurolog oraz jako biegły sądowy w dziedzinie neurologii (od 1983 r.), co zmusza mnie do poznawania meandrów prawa, kontaktów z prawnikami, co nie zawsze bywa przyjemne (na sali sądowej) – o czym już pisałem, ale też stanowi ogląd tragedii życiowych innych ludzi i niesie ze sobą różne pytania – w jakim stopniu moja opinia wpłynie na czyjeś życie.

I myślę, że potrafiłbym przekonać wielu, iż taka praca na kilku polach naukowych i praktycznych, na kilku odmiennych obszarach działania, przynosi satysfakcję, nie mówiąc o nieustannym poszerzaniu horyzontów i częstym  zadziwieniu nad stale odkrywającymi się nowymi tajemnicami ludzkiego życia i zdrowia.

Chociaż są i tacy – i to dominuje we współczesnej nauce – którzy zajmują się bardzo wąskimi, ściśle określonymi tematami. Ma to oczywiście spore plusy, gdyż temat ten jest długo i dogłębnie drążony oraz daje możliwość wnikania do jądra tajemnicy z nim związanej. Ponadto taki rodzaj pracy związany jest z cechami osobowości, które determinują takie czy inne wybory życiowe.  Jako przykład mogę tutaj podać Panią docent z jednego z instytutów – w której komisji habilitacyjnej uczestniczyłem – która w swej pracy naukowej zawęziła się tylko i wyłącznie do badania spermy pod kątem postrzegania w niej zmian będących wynikiem narażenia na szkodliwe czynniki środowiskowe. Wniosek z jej badań był taki, że sperma mężczyzn z Polski jest coraz gorszej jakości, co w sytuacji niżu demograficznego ma narastające znaczenie. Można by tu przytoczyć słowa znanej piosenki Danuty Rinn „Gdzie ci mężczyźni?”

Moje doświadczenia z pracy w Zakładzie Higieny zawsze były i są nadal bardzo pozytywne. To miło jest przemawiać do studentów w duchu medycyny profilaktycznej, podawać przykłady, że każda złotówka zainwestowana w medycynę profilaktyczną przynosi wielokrotnie większe zyski aniżeli zainwestowana w medycynę naprawczą (kliniczną). I to jest prawda znana od dziesięcioleci, ale wciąż niedostrzegana przez decydentów – tych, którzy kierują ministerstwem zdrowia, jak i tych, którzy układają programy nauczania na wydziałach lekarskich. Przykładem niech będzie fakt, że gdy rozpoczynałem dydaktykę z higieny w 1971 r., to mieliśmy wówczas zajęcia trwające aż 3 tyg. na IV roku dla studentów medycyny, które potem stopniowo były „obcinane”. Spadaliśmy też niżej i niżej w sensie roku studiów i obecnie nauczamy na I roku w wymiarze zaledwie 15 godzin, tj. kilkakrotnie mniejszym aniżeli w przeszłości. Ten przykład dobitnie ilustruje rozbieżność pomiędzy tym, co mówi się o ważności profilaktyki a tym, co jest w rzeczywistości. Proszę przyjrzeć się, czym zajmuje się głównie Ministerstwo Zdrowia. Już z samej nazwy wynika, że powinno się ono zajmować stanem zdrowia Polaków, a tymczasem główne problemy, jakimi to Ministerstwo Zdrowia się zajmuje, to choroby. Może to w zbytnim uproszczeniu opisałem, ale generalnie tak się sytuacja przedstawia. Ważną kwestią są postawy ludzkie względem własnego zdrowia. Dobrze jest, jak ludzie sami działają na rzecz poprawy własnego stanu zdrowia i zdrowia swoich bliskich poprzez np. aktywność fizyczną, rekreacyjne uprawianie sportów, najlepiej na łonie przyrody, z całą rodziną. Dobrze, że pojawiła się moda na Nordic Walking, czy jednoczenie seniorów w Uniwersytetach Trzeciego wieku, których działalność obejmuje różnorodne formy zajęć i  w Polsce działaj bardzo prężnie. Ale od lat mamy wielkie problemy z zachowaniami antyzdrowotnymi, jak chociażby palenie tytoniu, uzależnienie od alkoholu, narkotyków i ostatnio wielki problem związany z tzw. dopalaczami. Dotyczy to zwykle młodych ludzi, którzy mają przed sobą jeszcze całe życie. Istotnym, narastającym problemem są ruchy antyszczepionkowe. Ich działalność  może doprowadzić do wybuchu epidemii różnych chorób zakaźnych,  już obecnych w bliskim nawet sąsiedztwie i powoli wkraczających do Polski, a często znanych jedynie starym lekarzom. Negatywna siła działania tych ruchów, zwłaszcza w Internecie, jest ogromna. Można obserwować „zalew” przekonywujących filmików, wielokrotnie drastycznych  rycin oraz danych w tabelkach, którym można by uwierzyć, gdyby nie znajomość jak są te dane układane i jak się nimi manipuluje.  Nie będę dłużej o tym pisał, bo temat jest niezwykle obszerny i należy do wiodących w epidemiologii naszych czasów. Wspominam o tym dlatego, że tą tematyką się zajmowałem i zajmuję nadal.  Praca na rzecz poprawy stanu zdrowia populacji, jak już wspominałem, jest często niedoceniana, gigantyczna,  żmudna, wymaga cierpliwości, rozwagi. Musi być kontynuowana przez młode pokolenia, które staramy się wychować, abyśmy w jak najlepszej kondycji jako naród przetrwali przez zawiłości historyczne.

c.d.n.

Jerzy T. Marcinkowski z siostrą Ewą i Andrzejem Colonna-Walewskimi. Jak opowiada Jurek- siostra , oczywiście lekarka, najstarsza z trójki rodzeństwa, to nie tylko pełna uroku osobistego, piękna, ciepła kobieta, ale także  mądra . Obraz ten należy uzupełnić o znaną na całym podwórku  historię   z lat dziecięcych Jurka, powtarzaną pewnie przez kolejne pokolenia , jak to obroniła swych młodszych braci przez bandą chuliganów, rzucając się na nich z pazurami  , czym wprowadziła bandziorów w osłupienie 🙂

P. dr Ewa wdraża   w czyn zalecenia higienistów, często ich zawstydzając- nie tylko przyjaźni się z roślinami w swoim bardzo wypielęgnowanym i obdarowywanym czułością ogrodzie, przemierza kilometry po polach i lasach z ukochanym psem, ale także maluje bardzo ciekawe, oryginalne obrazy….nic dodać, nic ująć ….

Jerzy T. Marcinkowski na jednym z sympozjów  poświęconych higienie…temat musi być ważny, sądząc po dynamicznej powadze współrozmówczyni oraz uśmiechu Jurka, który jednak słucha z uwagą, jak zwykle….

Te książki znalazłam w necie- może niezbyt dokładnie szukałam, ale wielka ich mnogość , jaką Jurek redagował zarzuciłaby pewnie cały mój blog 🙂

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 9 ). Neurologia ( część 2 ).

Dr Teresa Owsianowska, ordynator Oddziału Neuroinfekcji w którym odbywałem staż specjalizacyjny z neurologii oraz kierownik mojej specjalizacji, o której poprzednio napisałem wiele ciepłych słów, była także  konsultantem neurologii zespołu opieki zdrowotnej Poznań-Grunwald. To Ona  poprosiła mnie, abym rozpoczął pracę w Poradni Neurologicznej tegoż zespołu zlokalizowanej w Poznaniu przy ul. Grochowskiej 110. Oczywiście wyraziłem zgodę, bo zawsze chciałem pracować z chorymi .

Tak więc w  1976 r. zostałem  zatrudniony w Poradni Neurologicznej Zespołu Opieki Zdrowotnej Poznań-Grunwald. Mój ówczesny rejon to była połowa dzielnicy Grunwald w Poznaniu. Zakres mojej pracy obejmował ambulatoryjne przyjęcia chorych oraz wizyty domowe. Moje zatrudnienie ustało z chwilą likwidacji ww. Zespołu w 1999 r. Przeprowadzono  wówczas reformę systemu opieki zdrowotnej i zespoły opieki zdrowotnej polikwidowano w całym kraju. Pracowałem tamże nieprzerwanie przez ponad 25 lat, nawet dostałem nagrodę jubileuszową. Do 31.03.2001 r. byłem zatrudniony Poradni Neurologicznej  Spółki Lekarskiej „Medic-Specjal” , ale potem założyłem  własny specjalistyczny jednoosobowy  gabinet lekarski neurologiczny. Do dziś zajmuję się szeregiem pacjentów , którymi opiekuję się od kilkudziesięciu lat – i to jest szczególnie cenne w pracy lekarskiej.

Czy pacjenci zawsze się stosowali do moich zaleceń? W jednym przypadku wyraźnie nie. Chodzi o moją pacjentkę, niezwykle sympatyczną, którą zajmowałem się przez ćwierć wieku. Cierpiała między innymi z powodu zawrotów głowy – więc ją wielokrotnie przestrzegałem aby nie wpadały jej do głowy takie czynności jak mycie okien, wchodzenie na stołki, czy wymiana żarówek. No i stało się, kobieta nie wytrzymała i postanowiła wymyć okna na święta – i wypadła z okna ponosząc śmierć na miejscu. To zrozumiałe, że lekarz bardzo przeżywa śmierć swoich pacjentów, zwłaszcza takich sympatycznych, wieloletnich….

Pracuję też jako neurolog w ramach działalności w EHDN (European Huntington’s Disease Network). Uczestniczyłem, po zdaniu testu (DIM20 CIBIC-plus Certification Test), w badaniach HORIZON – CIBIS/CIBIC-plus – DIM20:  A Phase 3, Randomized, Double-Blind, Placebo-Controlled Safety and Efficacy Study nad lekiem Dimebon wśród pacjentów lekką do umiarkowanej postacią kliniczną choroby Huntingtona – jako niezależny badacz (Independent Rater). Główne objawy kliniczne w zaawansowanej chorobie Huntingtona to ruchy pląsawicze i otępienie. To niezwykle ciekawe doświadczenia z badaniami z podwójnie ślepą próbą, kiedy to badacz nie ma pojęcia kto otrzymuje badany lek a kto placebo. Żartuję, że w tych badaniach stałem się ekspertem od miłości. Mianowicie badałem zawsze w odstępach czasowych chorego/chorą i jego opiekuna, którym najczęściej był współmałżonek/współmałżonka. I „po oczach” rozpoznawałem dwie sytuacje: 1) „i nie opuszczę cię aż do śmierci”, albo 2) „mam już tego serdecznie dosyć”.

Ponadto byłem powoływany przez prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej w latach 1998-2002 do składu komisji egzaminacyjnej na II stopień specjalizacji z zakresu neurologii.

Moje wykształcenie i doświadczenie w pracy neurologa znajduje zastosowanie także na niwie sądowej. Ale o tym będzie w kolejnym rozdziale.

Jerzy T. Marcinkowski fotografuje świat….

..

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 8 ). Neurologia ( część 1 ).

Jerzy T. Marcinkowski , autor zamieszczanego tu pamiętnika, zdj. z 2017 roku….widać, czuje się  Moc, prawda ?

W 1972 roku ukończyłem staż podyplomowy i chciałem podjąć specjalizację z neurochirurgii, ale  już wówczas pracowałem w Zakładzie Higieny AM, więc  mogłem się specjalizować tylko w ramach wolontariatu (bo inna forma zatrudnienia była wówczas niemożliwa). Gdy poszedłem na rozmowę do  ówczesnego kierownika Kliniki Neurochirurgii AM doc. Feliksa Tokarza (późniejszy profesor), ten stwierdził, że z uwagi na specyfikę tej Kliniki, taka forma specjalizacji  z jednoczesną pracą w Zakładzie Higieny jest niemożliwa, gdyż wielokrotnie zabiegi się przedłużają i wyjście o określonej godzinie do miejsca właściwej pracy jest niemożliwe.

W tej sytuacji po przemyśleniu postanowiłem rozpocząć specjalizację z neurologii i moja  praca w ramach wolontariatu w Klinice Neurologii została zaakceptowana przez ówczesnego kierownika, Pana prof. Mieczysława Wendera. Tamże były wówczas następujące Oddziały: Intensywnej Terapii kierowany przez dr med. Mirosława Owsianowskiego , Męski – kierowany przez dr med. Olgę Mularek, Kobiecy – kierowany przez dr med. Jana Mularka, Dziecięcy kierowany przez dr. med. Bożenę Zgorzalewicz – późniejszą profesor i Neuroinfekcji – kierowany przez lek. med. Teresę Owsianowską.

Staż specjalizacyjny odbyłem kolejno na wszystkich tych oddziałach. Moim kierownikiem specjalizacji na pierwszy stopień była lek. med. Teresa Owsianowska (I stopień z zakresu neurologii uzyskałem 05.04.1976 r.). Dr Owsianowska wzorem dobrego ordynatora,  fantastycznym, zorganizowanym  , niezwykle skrupulatnym lekarzem, była  bardzo oddana pacjentom, którzy ją uwielbiali.  Do tego była kobietą bardzo urodziwą , wysoką, szczupłą o czarnych włosach. Była ona najlepsza w opisywaniu wyników EEG – i tego również mnie nauczyła.

Kiedy w późniejszym okresie przedwcześnie owdowiała, wykazywała się cechami bardzo dobrej koleżanki z pracy a mianowicie pełniła dyżury lekarskie w dniach, w których żaden inny lekarz pełnić by sobie ich nie życzył, a mianowicie chodzi o Wigilię, święta Bożego Narodzenia, Nowy Rok, święta wielkanocne i inne.

O neuroinfekcjach dowiedziałem się szczególnie dużo. Wrażenie robili na mnie chorzy na gruźlicze zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych i mózgu z tego powodu, że codziennie otrzymywali intensywną terapię przeciwgruźliczą a poprawa kliniczna następowała niezwykle powoli. Taki pacjent leżał wówczas w Klinice około roku a nawet dłużej i w międzyczasie miał wykonanych kilkadziesiąt nakłuć lędźwiowych – jak ci pacjenci to wytrzymywali? Wykonałem mnóstwo nakłuć lędźwiowych i szło mi to bardzo dobrze i – co dla mnie niezwykłe – igłę punkcyjną trzymałem zawsze w prawej ręce a przecież jestem mańkutem. Jak zacząłem kłuć prawą ręką, to już nigdy nie spróbowałem lewą. W innych niż gruźlicze neuroinfekcjach udawało się zazwyczaj uzyskiwać szybką poprawę kliniczną – co bardzo cieszyło. Najczęstsze przypadki hospitalizowane w Klinice Neurologii to udary mózgu – więcej niedokrwiennych niż krwotocznych, pęknięte tętniaki mózgu, choroba Parkinsona, stwardnienie rozsiane, padaczka, zespoły bólowe kręgosłupa na tle zmian zwyrodnieniowo-dyskopatycznych, miastenia, guzy mózgu. W okresie jak rozpoczynałem specjalizację z neurologii to o neurologii mówiło się, że dominuje w niej „nihilizm terapeutyczny” – no i tak rzeczywiście było. Przez ostatnie półwiecze dokonał się jednak znaczący postęp – co wyraźnie widzę, także z racji pilnego uczęszczania na zebrania naukowe Oddziału Wielkopolsko-Lubuskiego Polskiego Towarzystwa Neurologicznego. Chyba ten postęp najbardziej jest znamienny w terapii stwardnienia rozsianego, bo wreszcie stosowane leki przynoszą coraz wyraźniejsze efekty.

Specjalizację drugiego stopnia z zakresu neurologii uzyskałem dnia 18.05.1982 r, również w ramach wolontariatu we wspomnianej Klinice Neurologii w Poznaniu .  Dnia 28.02.1983 r. Zarząd Główny Polskiego Towarzystwa Neurologicznego wyróżnił mnie I nagrodą w konkursie na najlepszą pracę przedstawioną w związku z egzaminem specjalizacyjnym II0 („Zespoły bólowe dolnego odcinka kręgosłupa – wybrane zagadnienia na temat etiopatogenezy, biomechaniki, epidemiologii, organizacji opieki zdrowotnej, absencji chorobowej i leczenia zachowawczego”).

W tamtym okresie mówiło się, że do zdania egzaminu specjalizacyjnego drugiego stopnia z neurologii należy przede wszystkim przygotować się z podręcznika: prof. Anatol Dowżenko „Neurologia kliniczna”. Uczyłem się z tego podręcznika – napisanego w formie encyklopedycznej – niezwykle pilnie dostrzegając, że aby dobrze sobie całą wiedzę przyswoić to nie jest się w stanie „przerobić” więcej w ciągu dnia niż kilkunastu stron – maksymalnie około trzydziestu. Pamiętam horror. Egzamin specjalizacyjny drugiego stopnia z neurologii – pierwszą część – zdawaliśmy w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie przy Al. Sobieskiego 9. Był to egzamin testowy. Kilka dni przedtem mieliśmy jeszcze konsultacje w tymże Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie – i mieszkałem wówczas w Hotelu „Polonia” w Warszawie (obecnie „Hotel Polonia Palace”) przy Alejach Jerozolimskich 45. Horror miał miejsce w autobusie w którym jechałem na egzamin testowy z Alei Jerozolimskich do Alei Sobieskiego – albowiem co otworzyłem podręcznik prof. Anatola Dowżenko „Neurologia kliniczna” na takiej czy innej stronie to okazywało się, że wiele faktów jeszcze sobie nie przyswoiłem. Jak to możliwe, że już ze dwa lata czytam tak pilnie tą właśnie książkę i jeszcze ją nie opanowałem? Tą jazdę autobusem zapamiętam do końca życia! Test był istotnie bardzo trudny a już seria pytań o zespół Pickwicka naprawdę „wyprowadzała w pole”. Najgorsze były podchwytliwe pytania testowe o to jaki z podanych objawów nie występuje w określonej chorobie. Przecież uczymy się zapamiętując przede wszystkim objawy które występują – i stąd była ta duża trudność. Potem był już egzamin praktyczny i egzamin ustny w Klinice Neurologii w Poznaniu – i dziwiłem się wręcz jak można egzaminowanemu zadawać tak proste pytania. I wszystkie oceny miałem „bardzo dobre” podobnie jak na pierwszy stopień. Ja po prostu byłem bardzo obkuty!

W tejże klinice pracowałem przez kilkadziesiąt lat i jak wspomniałem uzyskałem  I a następnie II stopień specjalizacji z neurologii klinicznej. cdn.

 

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 7 ). Staż podyplomowy i spotkanie z Higieną.

Jerzy T. Marcinkowski pod Pałacem Kultury i Nauki. Urodziliśmy się i wychowywali w cieniu duchów tych panów z księgi…..

Prawdziwej historii uczyli nas rodzice….a my podążaliśmy swoją medyczną ścieżką z uporem, zapałem i wiarą, że kiedyś będziemy pomagali ludziom….

Oto cd Pamiętnika Jerzego :

Po uzyskaniu dyplomu lekarza medycyny rozpocząłem pracę zawodową w dniu 19.07.1971 r. w Szpitalu im. Franciszka Raszei  w Poznaniu na oddziale chorób wewnętrznych, którego ordynatorem był wówczas prof. Eligiusz Preisler – był min. kierownikiem Zakładu Fizjologii. Odbywałem wtedy roczny staż podyplomowy obejmujący internę, chirurgię, pediatrię oraz ginekologię z położnictwem. Wówczas na tymże oddziale wewnętrznym pracował jako wolontariusz – specjalizując się w internie – dr Andrzej Laskowski – asystent Zakładu Higieny Ogólnej. I to on właśnie zaproponował mi  pracę w Zakładzie Higieny, bo właśnie był tam wolny etat asystenta. Ponieważ moim marzeniem była praca  w akademii Medycznej, to poszedłem na spotkanie z ówczesnym kierownikiem Zakładu Higieny Ogólnej, Panem doc. Adamem Jankowiakiem. To był przeuroczy człowiek, bardzo zaangażowany w działalność dydaktyczną, niezwykle życzliwy, do którego zwracano się per „Panie Profesorze”, gdyż przedtem był na stanowisku zastępcy profesora – takie stanowiska w tamtym okresie czasu istniały. A podkreślam ten fakt z uwagi na to, że Adam Jankowiak nigdy tytularnej profesury nie uzyskał a to za sprawa tego, iż nie należał do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, co było wówczas rzadkością w odniesieniu do osób piastujących stanowiska kierownicze.

Od tego okresu moje życie zawodowe było i nadal jest niejako podwójne, gdyż z jednej strony pracuję nadal w Zakładzie Higieny, obecnie Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu a z drugiej strony pracuję jako neurolog. I tutaj wyjaśnienie, dlaczego syn medyka sądowego nie został medykiem sądowym, a miałby bardzo ułatwioną karierę, a neurologiem. Otóż mój ojciec kształcił mnie w kierunku medyka sądowego i wykonałem osobiście około 250 sekcji zwłok, aby się w końcu przekonać, że to nie bardzo leży w mej naturze takie obcowanie ze zwłokami i że bardziej odpowiada mi praca z żywymi ludźmi. ( cdn )

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 6 ). Studia medyczne, praktyki wakacyjne.

Żeby nie było zbyt poważnie….zamieszczam to zdjęcie Jerzego T. Marcinkowskiego, które zresztą sam nam, kolegom,  przysłał  …..

I teraz cd Jego pamiętnika :

Praktyki wakacyjne

Przed podjęciem studiów zostałem zachęcony przez Zrzeszenie Studentów Polskich do wzięcia udziału w obozie letnim, który odbywał się w Państwowym gospodarstwie Rolnym w miejscowości Osowa Sień. Była to typowa pomoc w okresie żniw.

Po I roku studiów odbywałem praktykę – jak pamiętam, miała mieć charakter zapoznania się z podstawami pracy w szpitalu – w Katedrze i Klinice Dermatologii przy ul. Przybyszewskiego 39. Bardzo dobrze pamiętam ówczesne wyposażenie laboratorium diagnostycznego, kiedy to jeszcze laborantki szeroko posługiwały się szkłem laboratoryjnym, pipetami itp. Sprzętem, którego dzisiaj w nowoczesnych laboratoriach się nie uświadczy, bo wszystkie badania wykonują tzw. kombajny analityczne. W tejże klinice dostrzegłem wielką kulturę i szacunek względem byłych kierowników Katedry, którzy już przebywali na emeryturze.  Pamiętam dobrze, że mieli oni osobne gabinety położone w pobliżu urzędującego kierownika kliniki oraz brali oni udział w wizytach odbywających się na salach chorych. Pamiętam emerytowanego kierownika, prof. Adama  Straszyńskiego, autora podręcznika  z dermatologii. Na jednej z wizyt zagadnięto go na temat rozpoznania klinicznego u jednego z pacjentów, powiedział: „Dajcie mi tu Straszyńskiego – chodziło o jego podręcznik”. Profesor otworzył go na jednej ze stron i wskazał palcem na fotografię – tam była fotografia z rozpoznaniem klinicznym. Ten zwyczaj, że urzędujący kierownik kliniki czy zakładu udostępnia pokój byłemu kierownikowi jest wyrazem szacunku i winien być on naśladowany, ale niestety nie zawsze ma miejsce – a bywa, że czasem z winy emerytowanego kierownika, który wyraźnie nie godzi się ze swoim następcą.

Praktyka wakacyjna w szpitalu powiatowym w Świnoujściu – odbywałem ją, jak pamiętam, po III roku studiów. Była to praktyka bardzo ciekawa ze względu na lekarzy wówczas tam pracujących. Pamiętam, iż od ginekologów dowiedziałem się, że przypływały ze Szwecji promem pacjentki. Jeśli się  nie mylę, chodziło o aborcję, która wtedy w Szwecji była zabroniona ( ? ). Pamiętam też przypadek, że wówczas na oddziale chorób wewnętrznych leżał 1 pacjent – a może było ich więcej – który w szpitalu był już ponad rok a to z tej racji, że rodzina nie chciała go ze szpitala odebrać.

Praktyka wakacyjna w Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Będzinie – odbywałem ją po IV roku. Bardzo interesująca, gdyż zabierano mnie na pobieranie prób wody, powietrza, gleby oraz do zakładów pracy. Jedna z tych wizyt szczególnie była interesująca, albowiem zjechałem na dół do kopalni węgla kamiennego „Kazimierz Juliusz”. Za swym przewodnikiem z Sanepidu chodziłem a nawet przeczołgiwałem się przez bardzo wąskie chodniki, gdzie stropy były nisko i raz po raz słyszałem trzeszczenia w ścianach gdzieś w stropie, które mnie przerażały. Jak się rozpoczął kolejny rok studiów, to pamiętam, że każdy ze studentów był odpytywany na okoliczność tej praktyki i moja przez ta obecność w kopalni okazała się chyba najatrakcyjniejsza….

Jerzy T. Marcinkowski, aktualne zdjęcie które od Niego otrzymałam….

a teraz moje na marginesie ….podążam ścieżką wytyczoną przez Jurka w zamieszczonym fragmencie pamiętnika ….lubię chodzić śladami stóp ludzkich i rozmyślać….. 

Zdjęć wspomnianego prof. Adama Straszyńskiego w necie nie znalazłam, ale wzruszył mnie ten stareńki podręcznik…. zużyty mocno ze śladami dłoni studenckich – w tym naszych i na pewno nieraz oblany kawą, którą się wzmacnialiśmy zakuwając przez te lata studiów….

Szukając obrazów do Gospodarstwa Rolnego Osowa Sień, w którym Jurek , jak wspomina, odbywał praktykę wakacyjną trafiłam na zdjęcie pomnika byka- buhaja Ilona.

 

Znalazłam  też informację, że ów pomnik powstał w roku 1970 ( czyli później, niż czas opisany przez Jurka).  Ale to nie ma znaczenia, bo Jurek, zresztą urodzony pod znakiem byka 🙂 , zamieścił kiedyś w naszej grupie na Messengerze swoje zdjęcie pod tym pomnikiem. Szkoda, że tego zdjęcia nie umiem tu przenieść . Ale temat dla mnie stał się rozwojowy 🙂

Na stronie http://www.gazetalubuska.pl/strefa-agro/wiadomosci/a/buhaj-ilon-byl-gwiazda-prlu-ma-nawet-swoj-pomnik,12370178/ przeczytałam i skopiowałam stamtąd fajny fragment …”  Zanim betonowy Ilon ozdobił pagórek, rok przeczekał zamknięty w stodole. Pomnika przez pierwsze lata pilnowali nawet okoliczni myśliwi. Rogi, zad i… jajka Pomnik więc stał i bardzo szybko obrastał w historię i anegdoty. – Pomnik ustawili… no, w jakimś kierunku. Głowę ma w jedną stronę, zad ma w drugą – mówi C. Kryszkiewicz. – Często jak ktoś się mnie pytał o kierunki, odpowiadałem, że wszystko zależy od kontekstu. Czy tyłek do czegoś, czy rogi na coś. I zależności od tego kto przyjechał, to się mówiło dlaczego on tak ustawiony. Albo dupą do Zachodu, albo rogami na Wschód – śmieje się szef spółki. Najwięcej kontrowersji wzbudził jednak zwyczaj malowania tego, czym Ilon zapracował na swoją sławę. – Co roku przed Wielkanocą znajdowali się tacy, co wdrapywali się na pomnik i zmieniali bycze jajka w pisanki – śmieje się prezes Kryszkiewicz. A było to zadanie wręcz karkołomne, bo pomnik jest dość wysoki. – Raz wymalowali go w kolory biało-czerwone. To się ludziom nie spodobało, nawet telefony miałem w tej sprawie. Awantura się zrobiła, mówią do mnie: „weź chłopie przemaluj, bo jak to narodowe barwy na byczych jajach…”. – Czy ta tradycja trwa do dziś? – pytam prezesa. – W tym roku jakoś nie. Brak ducha w narodzie – odpowiada ze śmiechem.”

A kolejny temat poruszony w pamiętniku Jurka jest poważny :

Kopalnia Kazimierze- Juliusz w Będzinie, jeszcze wtedy żywa. zdjęcie z netu

Jerzy wspomina w swoim pamiętniku, że odbywał praktyki wakacyjne w Kopalni Kazimierz- Juliusz w Będzinie. Kiedyś zjechał na dół kopalni i nawet przeczołgiwał się przez bardzo wąskie chodniki…. było to zapewne wielkie przeżycie dla młodego mieszczucha nawykłego do całkiem innych widoków. Teraz czytam, że w 2015 roku Kopalnię zlikwidowano a w 2017 zburzono szyby. Tak zanotowano wtedy to wydarzenie : „Przy figurze św. Barbary już nikt nie składa kwiatów. Pod ziemią zaległa przeraźliwa cisza, a maszyny znieruchomiały. Trwa likwidacja kopalni Kazimierz-Juliusz, ostatniego takiego zakładu w Zagłębiu”……

 

 

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 4 ) . Mistrzowie wykładów i dalsze refleksje.

Jerzy T. Marcinkowski , ten z aktualnego zdjęcia, opowiada o czasach studenckich ( 1965-1971) ,  mistrzach wykładów  oraz snuje własne refleksje…..

Mistrzowie wykładów

Pamiętam wykłady z pediatrii prowadzone przez prof. Olecha Szczepskiego, który polecał aby w trakcie wykładów przywożono z oddziału dzieci. Profesor omawiał te przypadki z nami, wspominał o wielu ważnych kwestiach klinicznych, w tym o zlecaniu leków. Pamiętam dobrze słowa profesora, który mówił do nas: „Ja więcej leków w życiu odstawiłem aniżeli zleciłem”. Po latach muszę stwierdzić, że to były mistrzowskie wykłady doskonałego klinicysty, które – niestety – nie były przez nas należycie doceniane, a przynajmniej przez większość z nas, bo nie cieszyły się zbyt dużą frekwencją i podczas wykładów prowadziliśmy rozmowy między sobą a nie z wykładowcą.

Wykład prof. Edmunda Chróścielewskiego z medycyny sądowej utkwił mi szczególnie w pamięci dlatego, że frekwencja na nim była tak liczna, że sala wykładowa dosłownie „pękała w szwach”. A chodziło o to, że był to właściwie wykład z seksuologii okraszany bardzo pikantnymi zdjęciami, które dla profesora przygotowywał mgr Józef Strzyż. Podśmiewaliśmy się z tego, że w naszej opinii najbardziej świątobliwe koleżanki najbardziej się pchały aby zająć miejsca w pierwszych rzędach. Mój ojciec, który wówczas był docentem w tymże zakładzie medycyny sądowej, bardzo się tym denerwował mówiąc, że „dla Edka prawie cała medycyna sądowa do seksuologia”. Nie przypominam sobie, aby mój ojciec na wykładzie cokolwiek z obszaru seksuologii powiedział.

Niezwykle ciekawe  były wykłady z histologii prowadzone przez prof. Kazimierza Miętkiewskiego, który zachwycał się poszczególnymi obrazami pokazywanymi na przezroczach, powtarzając – to były jego częste słowa – „to jest bardzo instruktywna rycina”. Profesor to słowo „instruktywna” wyraźnie lubił. Najgorsze było to, że później na ćwiczeniach trudno nam było dostrzec pod mikroskopem to wszystko, co pokazywano nam na rycinach. Mieliśmy za zadanie rysować to w zeszytach, co było jeszcze trudniejsze.

Wykład z neurochirurgii prowadzony przez prof. Hieronima Powiertowskiego wywarł na mnie olbrzymie wrażenie. Szczególnie to, iż profesor zademonstrował na przezroczach, że osoby, które mają zmasakrowaną twarzoczaszkę częściej jednak przeżywają niż osoby u których w obrębie głowy wyraźnie nie widać śladów obrażeń. Tutaj mieliśmy pokazane zdjęcie głowy takiego pacjenta i obraz sekcyjny, kiedy to okazywało się, że miał miejsce rozległy śmiertelny uraz czaszkowo-mózgowy.

Czego nas nie nauczono na studiach?

Bezpośrednio po studiach podjąłem pracę w dniu 19.07.1971 r. w szpitalu  im. Franciszka Raszei w Poznaniu, gdzie zostałem przyjęty na odbycie rocznego stażu podyplomowego, który obejmował choroby wewnętrzne, ginekologię i położnictwo, chirurgię i pediatrię. Staż rozpocząłem od oddziału wewnętrznego, gdzie ordynatorem był wówczas prof. Eligiusz Preisler – znany nam uprzednio ze studiów z tego, że zajmował się również nauczaniem fizjologii a także był bardzo zaangażowany w medycynę sportową. Mankamentem pracy początkującego lekarza było to, że nie miał przygotowania w obszarze prawidłowego kształtowania relacji pacjent – lekarz. Praktycznie nikt nam o tym na studiach nie mówił i jak rozpoczynaliśmy pracę jako lekarze, to w zasadzie domyślaliśmy się, jak z pacjentem należy postępować. Tu oczywiście ważną rolę odgrywały takie fakty, jak to, czy ktoś pochodził z rodziny lekarskiej – w moim przypadku oboje rodziców było lekarzami medycyny – oraz cechy osobowościowe i wyniesiona z domu kultura. W tym to okresie doskwierało mi bardzo to, że w czasie studiów nie miałem praktycznej nauki wykonywania iniekcji dożylnych i dopiero na stażu zacząłem się tego uczyć. Na szczęście były bardzo wyrozumiałe pielęgniarki na oddziale, które mi w tym pomagały. Jako młody lekarz byłem zatrudniany głównie przy pisaniu historii chorób, w tym wpisywania w nich obserwacji lekarskich oraz wklejania w odpowiednich miejscach wyników badań dodatkowych. Jak sobie przypominam, nie korzystaliśmy wówczas z maszyn do pisania i wszystko wpisywane było ręcznie. Obowiązkiem młodego lekarza było noszenie historii chorób za ordynatorem oddziału podczas przeprowadzanych wizyt lekarskich. Oczywiście pozytywne było to, kiedy ten młody lekarz potrafił bardzo szybko znaleźć w historii choroby i pokazać ordynatorowi te wyniki badań, o które właśnie zapytał. Kolejnym oddziałem, na którym odbywałem staż był oddział ginekologiczno-położniczy, którego ordynatorem był dr ???? Szłapka. Tutaj przekonałem się, jak ciężka jest praca na oddziale położniczym, kiedy to konieczne było asystowanie przy porodach także w nocy. Z tamtego okresu pamiętam sceny, kiedy to położne w sytuacji gdy rodząca przy rozwarciu szyjki macicy wynoszącym zaledwie 1 cm tak głośno krzyczała, że położne parę razy uderzyły ją po twarzy i , co w tamtym okresie uchodziło „na sucho”, a obecnie rzecz jasna byłoby ocenione zdecydowanie negatywnie. Bardzo dużo zmieniło się od tego okresu w tym obszarze na korzyść dla pacjentek. Wielkim wydarzeniem dla mnie było szycie krocza po porodzie, ale i samo rodzenie, do którego dopuszczały mnie położne. Pamiętam, że pierwszy poród, jaki odebrałem, to była dziewczynka, której nadano imię Dorota. Jeśli chodzi o samo szycie krocza, to wykonywałem to po uprzednim przyjrzeniu się, jak to czynią położnicy i starałem się wykonywać to tak samo pod nadzorem oczywiście starszego lekarza i wydaje mi się, że wychodziło mi to całkiem sprawnie.  Staż z chirurgii odbyłem w oddziale chirurgicznym, którym kierował prof. ???? Krokowicz. Byłem dumny z tego, że mogłem podczas zabiegów trzymać haki i przez to mieć bardzo dobry wgląd w pole operacyjne. Podziwiałem sprawność manualną chirurgów i w tym miejscu pragnę wstawić informację, którą zasłyszałem od naszego kolegi z roku, prof. Marka Tuszewskiego. Otóż pracował on w klinice, którą kierował wówczas prof. Roman Drews – niezwykle sprawny manualnie. Marek Tuszewski powiedział mi kiedyś tak: „Stary raz po raz kompletnie nas zaskakuje tym, że równocześnie wiąże węzeł prawa i lewą ręką, ale robi to tak szybko, że nie jesteśmy w stanie podpatrzeć jak to robi. Tutaj pragnę dodać jeszcze o tym, jakie były stawiane wymogi młodym lekarzom, którzy w okresie przedwojennym zgłaszali się do kierowników klinik poznańskich o zatrudnienie. Otóż w klinice chirurgii w szpitalu im. Przemienienia Pańskiego warunek stawiany młodemu lekarzowi chcącemu się specjalizować z chirurgii był taki, ażeby przez 9 lat pozostał on w stanie kawalerskim, dopiero później mógł się ożenić. Wspominał mi o tym nasz kolega z roku, Michał Ryglewicz, wskazując na okoliczności zatrudnienia jego ojca w klinice ginekologii i położnictwa. Otóż jego ojciec, późniejszy profesor, dlatego wybrał ginekologię i położnictwo, że ówczesny kierownik kliniki podał mu okres pozostawania w stanie kawalerskim krótszy – nie 9 lat a 8. Ci młodzi lekarze specjalizujący się w dziedzinach zabiegowych mieszkali – jak mnie informowano – na terenie szpitali i wykonywali czy też asystowali, przy bardzo dużej liczbie zabiegów, stąd dochodzili do niewiarygodnej wręcz zręczności manualnej. Warto o tym pomyśleć w kontekście współczesnych młodych lekarzy, którzy chyba również chcieliby wykonywać jak najwięcej zabiegów operacyjnych, ale nie są do ich wykonywania dopuszczani albo też dopuszczani są zbyt rzadko. Taki bardzo często operujący chirurg miał niejako obrzydzenie do prowadzenia dokumentacji lekarskiej i spychał ją zazwyczaj na młodszych lekarzy, w szczególności stażystów. Jeszcze jedną pragnę dodać uwagę o prof. Romanie Drewsie – byłem świadkiem tego, jak po wykonaniu najważniejszego fragmentu 1 operacji zmieniał fartuch i rękawiczki i przechodził do 2 sali operacyjnej, gdzie już wcześniej był prowadzony zabieg operacyjny i włączał się do tej operacji w najważniejszym jej momencie. Spostrzegałem w twarzach asystujących mu lekarzy, że z wielką atencja odnosili się do profesora i jego umiejętności. Staż  z dziedziny pediatrii odbyłem w szpitalu im. Św. Józefa, który później przemianowano na szpital im. Krysiewicza. Pamiętam, że niełatwo było mi się nauczyć pracy z małymi pacjentami.

Czego wymaga student medycyny od prowadzących zajęcia?

To pytanie często sobie zadawałem od czasu, kiedy rozpocząłem pracę w Zakładzie Higieny Ogólnej, a miało to miejsce 1.11.1971 r. Musiałem w szybkim czasie przyswoić sobie wiedzę z poszczególnych seminariów i ćwiczeń, a było ich sporo, gdyż zajęcia z każda grupą trwały przez okres 3 tygodni i był 1 asystent prowadzący. Później to zmieniono i poszczególni asystenci prowadzili tylko po kilka wybranych seminariów lub ćwiczeń. Ponieważ, jak już wyżej wspomniano, zajęcia z higieny trwały długo, to pamiętam, że przydzielono mi seminaria nt. hałasu i wibracji. Jeżeli asystent ma kilka godzin na to, aby omawiać ze studentami przykładowo tylko problematykę hałasu i jego wpływu na zdrowie, to oczywiście może mówić o szczegółach, przede wszystkim nawiązywać do zagadnień z obszarów stricte klinicznych, w tym np. głuchoty zawodowej, badań audiometrycznych, mówić o ochronach osobistych. Od tamtego okresu uważam, że ten kierunek w nauczaniu higieny, aby przybliżać ją jak najbardziej w kierunku działań profilaktycznych jest szczególnie interesujący. Niestety po latach widzę, że ciągle we współczesnej medycynie dominuje medycyna naprawcza (kliniczna) a nie medycyna profilaktyczna. Trwający od wielu dziesięcioleci nawoływania w podręcznikach ku temu by medycyna w przyszłości była przede wszystkim profilaktyczną, ciągle nie znajdują odzwierciedlenia w codziennej praktyce. Widać to, jak się analizuje w działania Ministerstwa Zdrowia, jak i NFZ.

Co robić, aby studenci nas polubili?

Oto wielkie wyzwanie, bo trzeba przede wszystkim poruszać zagadnienia z danego obszaru tematycznego w taki sposób, aby ich wciągać do dyskusji, zainteresować omawianym tematem. Jak rozpoczynałem pracę, to wówczas nowoczesnym narzędziem dydaktycznym były rzutniki przezroczy. Zadaniem asystenta było zrobienie odpowiednich zdjęć a po ich wywołaniu oprawienie w ramki i ułożenie w odpowiedniej kolejności. Wielkim zagrożeniem dla asystenta była możliwość, że te wszystkie starannie ułożone w pożądanej kolejności slajdy wypadły z wózka. I wówczas stawał się wielki problem, bo to wcale niełatwo jest szybko odtworzyć prawidłową kolejność. W tym momencie pragnę opowiedzieć o niezwykłej sytuacji, jaka miała miejsce na bardzo prestiżowej międzynarodowej konferencji neurologów w Nowym Jorku a co zasłyszałem od prof. Wojciecha Kozubskiego, kierownika katedry i kliniki neurologii UM w Poznaniu. Otóż w trakcie trwania tej ważnej konferencji nagle – ni stąd ni zowąd –urwał się z sufitu przymocowany tam rzutnik ze slajdami, które rozsypały się dookoła. Nastąpiła wielka konsternacja, bo wszystko to miało miejsce w bardzo nowoczesnej Sali konferencyjnej. I tutaj refleksja, że takie niespodzianki zdarzają się nawet w najlepszych ośrodkach.

Zawodność sprzętu audiowizualnego.

Oj, zdarzały się sytuacje nieprzewidziane, ze np. wyłączono prąd – no i cóż – trzeba było dalej prowadzić zajęcia bez sprzętu, mając do dyspozycji tylko tablice i kredę. Ale przecież wielkość wykładowcy poznaje się i po tym, ze w każdej sytuacji potrafi on wykładać swój przedmiot. Tutaj wspomnę o sytuacji, z jaką miała do czynienia moja pierwsza doktorantka, dr Aneta Klimberg. Otóż pomimo tego, że bardzo dobrze zna się ona na sprzęcie komputerowym, to jednak nie była w stanie uruchomić projektora, aby pokazać prezentację multimedialną. Na szczęście tuż przed samą obroną zrobiłem jej szybko foliogramy i zabrałem na obronę rzutnik pisma – i z pomocą tegoż sprzętu moja doktorantka wygłaszała tezy swej rozprawy doktorskiej. I tu był mały mankament, mianowicie foliogramy te ułożyłem w innej kolejności niż spodziewała się doktorantka. Komisja Doktorska, w tym i ja, siedziała w oddaleniu paru metrów od doktorantki i nie mogłem jej w niczym pomóc, bo fizycznie byłem odgrodzony szerokim stołem zasłanym zielonym suknem. I pamiętam, jak wówczas zwróciłem się z wyrazami niepokoju do siedzącego obok mnie śp. prof. Eugeniusza Piotra Wąsiewicza – mojego ówczesnego szefa –dyrektora Instytutu Medycyny Społecznej. A on mi na to dość głośno odpowiedział: „Nie martw się Jurek, to twarda baba, da sobie radę”. I rzeczywiście doktorantka sobie poradziła w tej trudnej dla niej sytuacji, co później komisja doktorska pozytywnie oceniła, podkreślając, że pomimo stresu psychicznego wybrnęła prawidłowo z sytuacji. Podobnych sytuacji w trakcie prezentacji tez rozpraw doktorskich przypominam sobie więcej. Na przykład pamiętam młodą kobietę, która wygłaszając swój doktorat i chodząc przy tym wokół laptopa okręciła wokół swej nogi kable i po chwili wszystkie wtyczki zostały wyciągnięte z gniazdek prądu znajdujących się w ścianie. Wszystko zgasło. I w tym momencie pamiętam, jak koledzy z komisji doktorskiej ubrani w togi podbiegli i zaczęli pomagać, wkładać wtyczki do kontaktu, uruchamiać laptop i rzutnik. Inny doktorat i zbliżona sytuacja, zapewne bardzo stresująca dla doktoranta – w połowie prezentacji zgasło na kilka minut światło w szpitalu. Doktorant opanowanym głosem zaczął przedstawiać bez żadnego sprzętu tezy rozprawy doktorskiej, a kiedy po kilku minutach znowu włączyło się światło to jeszcze raz pokazał w skrócie prezentacje multimedialną. Podane przykłady pokazują, że najprzeróżniejsze sytuacje mogą zaistnieć i że trzeba sobie z nimi szybko i sprawnie umieć poradzić.

Oczywistym jest, że nie wszyscy wykładowcy są jednakowo lubiani przez studentów. Obserwując moich własnych  asystentów zauważam, że jedni sobie radzą z dydaktyką lepiej, drudzy gorzej. W miarę upływu lat władze uczelni starają się coraz dokładniej sprawdzać, jak z dydaktyką radzą sobie poszczególni wykładowcy. W tym celu min. studenci proszeni są o podawanie swych opinii o poszczególnych wykładowcach. Ten system staje się coraz bardziej dokładny  a wyniki podawane są do publicznej wiadomości podczas rad wydziałów. Przynależę do rady wydziału lekarskiego I i raz w roku, w marcu bądź kwietniu, odbywa się połączona rada wydziałów lekarskich I i II poświęcona dydaktyce. Muszę przyznać, że jest to dla mnie stresujące i pewnie dla innych kierowników i zakładów również, bo jest nieprzyjemnie, gdy się kierownik dowiaduje, że jego asystenci w ocenie studentów wypadają słabo. Na szczęście w ostatnich latach o moich asystentach na tych radach nic nie słyszę, co świadczy, że nie było uwag krytycznych, bądź też słyszę pochwały o zaangażowaniu w proces dydaktyczny. Trzeba tutaj dodać, że podczas inauguracji roku akademickiego corocznie studenci wskazują swoich ulubionych asystentów, którym publicznie wręczają dyplomy uznania.

 

Tyle z pamiętnika JTM

w necie znalazłam informacje nt i czasem zdjęcia :

Olech Szczepski ( urodzony i zmarł w Poznaniu -1914- 1980)- pediatra, wykładowca Akademii Medycznej w Poznaniu, rektor ( 1962-1964). W czasie II wojny światowej uczestnik kampanii wrześniowej, walk o Tobruk i bitwy o Monte Cassino.

Miętkiewski Kazimierz ( 1906-1973), od 1954 profesor Akademii Medycznej, od 1960 – kierownik Zakładu Histologii Prawidłowej i Embriologii tej uczelni; współzałożyciel Polskiego Towarzystwa Histochemii i Cytochemii. Największe osiągnięcia z zakresu histofizjologii, cytochemii i endokrynologii eksperymentalnej.

Hieronim Powiertowski ( 1915-1983), współzałożyciel Polskiego Towarzystwa Neurochirurgów, opracował metodę leczenia kraniostenozy. Kierownik Kliniki Neurochirurgii Akademii Medycznej w Poznaniu ( 1952-1971)

Niestety nie udało mi się znaleźć zdjęć wspomnianych w pamiętniku osób, podaję jedynie bardzo skrócony biogram :

Edmund Chróścielewski ( 1914-1998) – przez 34 lata kierownik Zakładu Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Poznaniu. Na podstawie jego opinii naukowej podważono fałszywą wersję UB dotyczącą śmierci najmłodszej ofiary Czerwca 1956- Romka Strzałkowskiego. Cieszył się wielkim autorytetem i powszechnym szacunkiem. M.in. był mężem zaufania Episkopatu podczas badania ciała zamordowanego przez SB ks. Jerzego Popiełuszki.

Eligiusz Preisler ( 1908-2008); uczestnik kampanii wrześniowej 1939, żołnierz AK. W czasie okupacji niemieckiej pracował w Zakładzie Ginekologiczno- Położniczym im. Księżnej Anny Mazowieckiej w Warszawie, następnie w Sanatorium Przeciwgruźliczym w Otwocku i jako lekarz w Osiecku. Po wojnie m.in. asystent w II Klinice Chorób Wewnętrznych w Poznaniu kierowanej przez prof. Jana Roguskiego.

Zdj własne, w skromnym hołdzie naszym Mistrzom…..