Na medycznej ścieżce. Szpital -Sienna- klub na korytarzu.

Klub na korytarzu

 

W czasie przerwy kawowej z reguły rzadko schodziliśmy do wspólnej dyżurki na parter. Panował tutaj zwyczaj przesiadywania na korytarzu, gdzie było wyniesiony stolik i kilka krzeseł, więc czuliśmy się tam jakby w miniklubie. Przypominam, że były to zgrzebne czasy drugiej połowy lat 70 ubiegłego wieku i tylko nasza wyobraźnia ubierała różne surowe wnętrza. Tak więc i tym razem wyobrażaliśmy sobie, że jesteśmy co najmniej w kawiarni Hotelu Europejskiego. Tym bardziej, że rozmowy były fajne, luźne i człek czuł się tam swobodnie. Nie było zwyczaju omawiania w porze kawowej pacjentów ani zwyczaju poruszania spraw służbowych. Po prostu fajny 30 minutowy luz…

Dr Truchanowicz opowiadała o swojej młodości. O tym, ze wyszła za mąż za wspaniałego człowieka- wdowca z dwiema córkami. Młodsza córeczka tego pana zakochała się z wzajemnością w swojej pani doktor, którą była właśnie dr Zofia. Ta miłość udzieliła się jej ojcu i postanowili się pobrać. Było to bardzo czułe i troskliwe stadło. Mieli jedynie problem ze starszą córką, która nie akceptowała macochy. Sprawiała im sporo kłopotów, ale gdy dorosła i wyszła za mąż, sytuacja zmieniła się diametralnie. Nagle wróciła do domu, była dobrą kochającą miłą córką i miała świetny kontakt z macochą. Ta opowieść do mnie powracała, gdy miałam kłopoty z moją pierworodną i była dla mnie optymistycznym pocieszeniem….

Z Panią dr Truchanowicz wiąże się jeszcze jedna Jej śmieszna opowieść. Gdy nadchodziła późno jesienna i zimowa pora Pani Doktor przybywała w swoim nieśmiertelnym, zupełnie przyzwoitym  paltocie. Zawsze komentowała swój wygląd, oświadczając, że znowu nikt się nie włamał do jej mieszkania i nie wyniósł tego płaszcza. Bowiem marzy o tym by nagle zniknęło gdyż inaczej nie potrafi się z nim rozstać…

 

Na medycznej ścieżce. Szpital Sienna- oddziały biegunkowe.

Oddziały biegunkowe

 

Na szczęście nie musiałam jeszcze osiadać na nudnych dla mnie żółtaczkach.

Miałam przed sobą jeszcze kilka miesięcy pracy w oddziałach biegunkowych.

Tutaj królowała zawsze uśmiechnięta, duża i kordialna dr Zofia Truchanowicz. To ona zastępowała dyrektora, wówczas, gdy spięta i przejęta po raz pierwszy zgłosiłam się na Sienną, w odpowiedzi na gazetowy  anons o konkursie na stanowisko młodszego asystenta. Polubiłyśmy się wtedy od pierwszego wejrzenia i chyba ona zdecydowała o przyjęciu mnie do pracy. Nie jestem pewna, czy surowa dr Oziemska podjęłaby sama taką decyzję.

Tak więc teraz znalazłam się pod skrzydłami dr Zosi.

Oddziały biegunkowe były właściwie dwa. W jednym skrzydle pracował dr Andrzej Pelc, Marysia Gajda i lekarz, który się szkolił. W tym wypadku ja. Po drugiej stronie pracowała  dr Alicja Wiśniewska. Ciemnooka, ciemnowłosa, niejednokrotnie z eleganckim cienkim papierosem była wzorem opanowania. Podziwiałam ją, że po dyżurach udawała się do kosmetyczki, gdzie podobno znakomicie odpoczywała. Miała już dwie prawie dorosłe córki, więc pewnie też mniej pracy w domu. Tak myślałam, gnając do mojej czerdaki i wiecznie rozbałaganionego mieszkania. Ale nawiasem mówiąc, nie chodziłam na żadne zabiegi kosmetyczne, bo najzwyczajniej  tego nie lubiłam.

Druga lekarka z tej części oddziału to Maria Chmielewska- Jakubowicz, nazywana tutaj Basią.  Była żywiołowa, miewała różne humory. Ale zawsze mnie ciekawiły Jej opowiadania o esperanto. Znała ten język, dzięki temu miała wielu znajomych na świecie, których czasami odwiedzała. Ciekawa to kobieta myślałam, a tymczasem polubiłam jej sposób noszenia biżuterii, który do dzisiaj naśladuję. Otóż na jednym palcu gromadziła różne pierścionki, zresztą fajnie dobrane.

Zapomniałabym o dr Krystynie  Kołodziejczyk. Spokojna, zrównoważona, czasami smutnawa, potrafiła się ładnie uśmiechnąć a jak trzeba ochrzanić. Raz mi się to zdarzyło, miała rację i potrafiła zwrócić mi natychmiast uwagę. Wiem, że uwielbiała narty i zimą zawsze znikała na tydzień lub dwa. Widywałam ją po powrocie, zdarzało się wcale nierzadko, że siedziała przy swoim biurku z wyciągniętą pięknie zagipsowaną nogą.

Oczekiwaliśmy jej powrotu z gór usiłując zgadnąć, czy tym razem wróci cało…

Wiem, że miała syna i urodził jej się wnuk, który otrzymał imię Bolesław. Fajne imię, szczególnie w tamtych czasach, odważne.

Myślę, że jego rodzice mogli być ciekawymi ludźmi, z  fantazją.

 

Na medycznej ścieżce. Szpital im.Dzieci Warszawy,ul. Sienna /Śliska

Przymusowe  rozstanie z Oddziałem Neuroinfekcji

 

Po trzech miesiącach niestety zakończyłam zaplanowany okres szkolenia w Oddziale Neuroinfekcji.

Polubiłam jego specyfikę , dynamikę i ludzi, którzy tutaj pracowali. Czułam się tutaj jak ryba w wodzie.

Już nigdy potem nie doświadczyłam takiego żaru, zaangażowania i młodzieńczego entuzjazmu, nie było już takich zachwytów i emocji.

Pozostało jedynie  co najwyżej zaciekawienie trochę ubarwione poczuciem, że robię coś ważnego dla chorych dzieci.

To miejsce w szpitalu było  w pewnym sensie elitarne, gdyż z uwagi na problematykę i poziom wiedzy tylko tutaj  odbywali staże do specjalizacji z pediatrii i neurologii lekarze z innych szpitali.

Tak więc pozostanie tutaj było wyróżnieniem , jednak ja nie miałam szans, gdyż obowiązywały sztywne zasady. Jak już pisałam, od początku  byłam przydzielona  do żółtaczek

Opuszczałam więc mój wymarzony, ale nieosiągalny Oddział Neuroinfekcji z żalem, niechęcią i prawie łzami.

Chyba coś we mnie zostało z tego  zauroczenia problemami neurologicznymi a właściwie neuroinfekcyjnymi.

Chyba miałam w sobie jakieś  geny ułatwiające tę fascynację i przekazałam dziecku a może tylko mój mały syn właśnie wtedy  zaraził się moją pasją, gdy opowiadałam w domu  o specyfice tego oddziału . Bo lubił słuchać. Nie wiem.  Fakt jednak był taki, że po latach po ukończeniu studiów medycznych,  zupełnie dla mnie niespodziewanie , został neurochirurgiem.

Była to ponoć jego wymarzona specjalizacja, zadziwiająco  pokrewna  tej, która była moją niespełnioną miłością….

 

Na medycznej ścieżce. Niezwykła kobieta , lekarz i szef – Dr Czachorowska

Po niewielkiej przerwie spowodowanej wycieczką do Uniejowa wracam do opowieści o mojej medycznej ścieżce .

Od 1975 roku  pracuję w nieistniejącym już Szpitalu im. Dzieci Warszawy, przy ul. Siennej / Śliskiej. Tutaj uczę się pediatrii, zachwycam wiedzą i wielką klasą pracujących tu od dawna lekarzy….

 

 

Raz jeszcze o doktor Czachorowskiej.

 

Dr Czachorowska, ordynator Oddziału Neuroinfekcji,  była dla mnie idolem , wzorem lekarza, nieograniczonej wiedzy, mądrości i doświadczenia. Budziła respekt i  szacunek . A równocześnie była ciepłą emanującą czarem i radością kobietą .

Poznałam Ją jako przystojną  zadbaną blondynkę o ślicznych ciemnych , czasami bardzo poważnych oczach . Ale bywało, że zapalały się w nich żartobliwe ogniki  albo zwykłe matczyne ciepło.

Opowiadano mi, że po jakiś problemach życiowych bardzo szybko się pozbierała, diametralnie zmieniła swój, jak to się teraz mówi, image , rozkwitała w ramionach swojego wybrańca,  który ją często odwiedzał , czekał pod szpitalem by odwieźć do domu. Miała dwoje dzieci, które pędziły ciekawe, mądre i zaangażowane zawodowo życie.

Bez Niej Sienna nie miałaby takiego kolorytu, Ona była ozdobą tego szpitala, dumą i nadawała mu niepowtarzalny klimat.

Nie miała zwyczaju zwracania uwagi lekarzom w obecności innych, gdy zauważyła jakiś błąd. Robiła to dyskretnie, zapraszała do swojego gabinetu i pouczała. Doświadczyłam tego kilka razy i byłam wdzięczna, że tak to się odbywa. Nigdy nie obmawiała nikogo kto właśnie   wyszedł z gabinetu, jak to widziałam później . Potrafiła wywalić prawdę prosto w cztery oczy . Marzyłam by pracować w Jej oddziale, ale były to marzenia nierealne. …

 

Na medycznej ścieżce. Nie wolno tracić nadziei.

 

W tym szpitalu nauczyłam się też jednego.

Nie należy nigdy myśleć, że choroba jest beznadziejna, bo zdarzają się nieomal cuda.

Przykładem była maleńka, kilkumiesięczna wtedy dziewczynka Klaudia K. ( doskonale pamiętam nazwisko, ale oczywiście celowo nie podaję).

 Cierpiała na tzw. zespół Westa, który manifestował się napadem skłonów. Wyglądało to dramatycznie. Spokojnie leżące dziecko, a nawet śpiące, w napadzie nagle zupełnie unosiło tułów i przyginało go do nóżek. Potem znowu opadało do poprzedniej, leżącej pozycji. Potem następował kolejny skłon. Powtarzało się to rytmicznie, kilkakrotnie w czasie kilku minut. Dziecko było wyczerpane, słabiutkie, było bardzo opóźnione w rozwoju  psychoruchowym.   Nie było skutecznych leków na to schorzenie a i napad trudno było przerwać typowymi lekami przeciwpadaczkowymi.

W tej sytuacji konieczna była diagnostyka centralnego układu nerwowego. Jak już pisałam poprzednio w tych czasach, tj. późnych latach 70 ubiegłego wieku nie było USG, tomografii komputerowej , nie mówiąc o rezonansie.

Jedynym badaniem, w którym można było uwidocznić struktury mózgu i przestrzeni płynowych była odma czaszkowa.

Już wspominałam o tej technice, ale powtórzę w tym miejscu. Należało wykonać nakłucie lędźwiowe, upuścić sporo płynu mózgowo- rdzeniowego a następnie podać taką samą objętość powietrza. Dalszy etap należał do siostry oddziałowej, która umiała jak nikt w tym szpitalu tak kołysać dziecko, by powietrze dostało się do komór bocznych mózgu . Potem wykonywano zwykłe zdjęcie rentgenowskie czaszki na którym powietrze uwidaczniało te przestrzenie, gdzie się dostało. Oczywiście przy prawidłowej budowie mózgu i komór bocznych obraz był jednoznaczny, taki jak w atlasach anatomicznych.

U maleńkiej Klaudii takie badanie wykonywałam po raz pierwszy w życiu, oczywiście pod nadzorem pani Ordynator.

Wszystko się udało.

Niestety obraz uwidoczniony na podstawie tego badania był przerażający. Ta dziewczynka miała bardzo poszerzone i nieregularne przestrzenie płynowe i zniszczone znaczne partie  mózgu . Obraz był jednoznaczny na tyle, że opadły mi ręce.

Wydawało się, że w tej sytuacji nic i nikt nie pomoże temu dziecku.

Bardzo to przeżywałam, dziewczynka została wypisana do domu i od tej pory obraz tego biednego dziecka zatonął w powodzi innych wydarzeń.

Po kilku – chyba trzech latach , jak zwykle  rano wchodziłam do oddziału.

Zobaczyłam dr Czachorowską, która na korytarzu rozmawiała z jakąś panią a obok podskakiwała radośnie pięknie rozwinięta dziewczynka. Mogła być pokazywana na okładkach czasopism dla dzieci jako okaz zdrowego malucha.

Pani dr Czachorowska mnie zatrzymała i zapytała czy pamiętam Klaudię K. Odparłam, że nigdy nie zapomnę. A Ona na to z uśmiechem- właśnie to jest ta sama Klaudia.

Zatkało mnie na moment, ale przytomnie oznajmiłam, że super, że bardzo się cieszę i jaka fajna z niej wyrosła dziewczyna ….

Od tej pory uwierzyłam, że w medycynie zdarzają się cuda. I że nigdy nie należy ferować ostatecznych wniosków.

Po latach , gdy już pracowałam u Pani Prof. Wyszyńskiej w CZD spotkałam się też z jej podobnym spojrzeniem.

Zawsze podkreślała, że nawet najbardziej chorym pacjentom nie należy mówić, że nie mają szans. ….

Bo nie można przewidzieć jak zadziała ręka losu…

Na medycznej ścieżce. Inne schorzenia neurologiczne.

Inne schorzenia neurologiczne

 

Oczywiście tych schorzeń jest dużo, ale na Siennej hospitalizowano ich kilka. Zapamiętałam cztery.

Jednym z nich było zapalenie móżdżku. Przyczyna zwykle była nieznana, rozważano etiologię wirusową a także autoimmunologiczną. Zwykle były to dzieci kilku lub kilkunastoletnie.

U tych pacjentów   nagle występowały  zaburzenia równowagi, od dyskretnych zachwiań postawy do ciężkich- kiedy dziecko nie mogło stać ani nawet siedzieć.  Czasami jedynie zwracał uwagę tzw. chód na szerokiej podstawie. By zachować równowagę, dziecko rozstawiało szeroko stopy.

Czasem przy pionizacji, padało do tyłu. Jeśli ten objaw nie był wyraźny, zalecaliśmy wykonanie tzw. próby Romberga. Dziecko stawało, złączało stopy i zamykało oczy. Następnie wyciągało ramiona do przodu. W tej pozycji powinno stać spokojnie i pewnie. Jeśli padało na bok lub w tył- rozpoznawaliśmy dodatnią próbę Romberga. Innym objawem był oczopląs- pokazywaliśmy palec a dziecko musiało patrzeć w jego kierunku. Przesuwając palec poziomo, śledziliśmy jak zachowują się jego gałki oczne w pozycji skrajnej. Jeśli wtedy gałki oczne zaczynały poruszać się w poziomie- nazywano to oczopląsem.

Jeszcze innym objawem była próba palec- nos. Przy zamkniętych oczach dziecko musiało trafić swoim palcem bezpośrednio w czubek nosa. Jeśli to się nie udawało, palec celował poza nos, próba wskazywała na uszkodzenie móżdżku.

W czasie hospitalizacji przy odpowiednim leczeniu, objawy bardzo wolno ustępowały i zwykle nie wracały.

Jednak musieliśmy być czujni, bo takie same objawy mógł powodować guz zlokalizowany w okolicy móżdżku. Diagnostyka nie była prosta, bo jak już kiedyś pisałam nikt wówczas nie słyszał o tomografii komputerowej a cóż dopiero mówić o rezonansie magnetycznym.

Innym schorzeniem hospitalizowanym w moim szpitalu był zespół Guillain- Barre, czyli ostre zapalenie  wielokorzeniowe. Mógł on wystąpić po różnych chorobach wirusowych, także niby łagodnej ospie wietrznej, bakteryjnych  i uważa się nadal, że jest wynikiem nieprawidłowej odpowiedzi immunologicznej chorego organizmu, w którym wytwarzane są przeciwciała przeciwko własnym komórkom.

Pojawiały się bóle nóg, osłabienie mięśni a w skrajnych przypadkach osłabienie mięśni oddechowych i pracy serca.

Gdy dziecko wchodziło do Izby Przyjęć zwracała uwagę jego sylwetka i chód. Z powodu osłabienia mięśni nóg, dziecko starało się utrzymać prawidłową postawę  wyginając kręgosłup lędźwiowy do przodu, wypinając przy tym brzuch i stawiało nogi jakby wyrzucając je do przodu. Oczywiście w skrajnych przypadkach w ogóle nie mogło chodzić. Charakterystyczne było tzw. wstępujące występowanie porażeń, tzn . od dolnych partii nóg . Najbardziej się baliśmy etapu, kiedy dochodziło do góry i wówczas zagrażało porażenie mięśni oddechowych. Oddychaliśmy z ulgą, gdy ten etap mijał i porażenia wolno ustępowały w odwrotnej kolejności.

Często przybywały do nas dzieci,  częściej starsze,   z porażeniem nerwu twarzowego. Występowały w czasie lub po infekcjach wirusowych ale bywało, że z powodu stanów zapalnych w obrębie zębów czy ucha. Należało wówczas pilnie zwracać uwagę, czy są zajęte wszystkie trzy gałęzie tego nerwu, co świadczyło o tzw. obwodowym porażeniu, czy jedynie dwie, co mogło świadczyć o przyczynach tkwiących w mózgu. W tym celu polecaliśmy by zmarszczyło czoło- wówczas po stronie porażonej było gładkie a marszczyło się po zdrowej. Nie mogło zamykać oka po stornie porażonej i nie mogło zaciskać równo ust przy próbie gwizdania. Czasami widać było bez tej ostatniej próby obwisły , porażony kącik ust.

Leczenie trwało też długo, stosowano różne leki , rehabilitację . Duże znaczenie miały ćwiczenia, które wykonywał pacjent sam- ćwicząc mięśnie twarzy i obserwując w lusterku. Bardzo rzadko zdarzały się nawroty tych dwóch ostatnich schorzeń. Ale zwykle mijały bez śladu , ale zostawiały traumę i lęk o swój wygląd i późniejsze zdrowie. Ważne były konsultacje i praca z psychologiem. Na Sienną przychodziła w tym celu bardzo doświadczona, przesympatyczna duża kobieta- psycholog z kliniki psychiatry przy ul. Litewskiej, dr. Mazurowa.

I jeszcze inne przypadki. Pewnego dnia zostało do nas przyjęte dziecko po urazie głowy doznanym po upadku z rowerku. Po dokładnym badaniu neurologicznym coś się nie podobało dr Czachorowskiej. Przeprowadzono tę prymitywną diagnostykę radiologiczną. Okazało się, dziecko ma ogromny guz zajmujący prawie całą półkulę mózgu. Spadł z roweru właśnie z tego powodu. Tak więc zawsze należało mieć oczy wokół głowy. Czasami  zdarzenia, jak w tym wypadku upadek z roweru , układały się w zupełnie odwrotny ciąg.

 

 

 

Na medycznej ścieżce. To co było pomiędzy Sienną i Śliską.

 

 

Artykuł z wczorajszej Gazety Wyborczej

 

 

 

 

 

 

 

Od kilku dni  przebywam duchem w niepowtarzalnej atmosferze mojego dawnego , nieistniejącego już Szpitala Zakaźnego im. Dzieci Warszawy, dawniej nazywanego od nazwisk fundatorów Szpitalem Bersonów i Baumanów.

I wczoraj, dziwnym zbiegiem okoliczności,  znajduję w Wyborczej wiersz o ostatnim dramacie dzieci żydowskich i ich opiekuna- Janusza Korczaka.

Poeta wymienia dwie bardzo mi bliskie i znajome ulice: Sienną i Śliską.

Gdy czytam, serce bije żywiej i fala wzruszenia ściska za  gardło.

Idę śladami , które zaznacza poeta.

Szukam w  necie.

Potwierdza się to, co opowiadano w moim  szpitalu, że w latach 1903- 1912 pracował tutaj Janusz Korczak. Bezpośrednio po ukończeniu studiów stawiał na Siennej swoje  pierwsze kroki w pediatrii . To niesamowite, że chodziłam tymi samymi przepięknymi szpitalnymi schodami, uczyłam się tutaj pediatrii i nieomal kontaktowałam się z  wyraźnie nadal żyjącymi  duchami…

Ale w swoim wierszu poeta wspomina o innym miejscu, także zamkniętym tymi magicznymi ulicami – Sienną i Śliską. Tam w ostatnim czasie przed ostateczną zagładą, mieścił się sierociniec  prowadzony  przez Janusza Korczaka. Stąd  wyruszył ze swoimi dziećmi w ostatnią podróż .

Obecnie  jest tam Pałac Kultury i Nauki i jedynie tablica przy mieszczącym się w nim Teatrze Lalka przypomina o dawnych czasach …

Oba odcinki tych ulic – mój, wolski i tamten- śródmiejski przedziela utworzona po wojnie oś ulicy Jana Pawła.

To zupełnie niesamowite ile stron historii, uczuć, dramatów ludzkich zamykają te dwie jakże mi bliskie  ulice Warszawy- Sienna i Śliska.

Pewnie niedługo mój stary szpital zniknie z horyzontu Warszawy.

Ocalić od zapomnienia mogę tylko tym wpisem.

Zostaną tylko słowa….nie zwyczajne i nieomal puste, ale nabrzmiałe od wspomnień i wzruszeń

Na medycznej ścieżce. Historia szpitala przy Siennej / Śliskiej…

 

Wiedziałam, że historia mojego pierwszego szpitala była niezwykła .

Ale dopiero później dowiedziałam się o jej szczegółach.

Chociaż do tej pory mam niedosyt wiedzy na ten temat. Szukam jakiś wspomnień, czy innych dawnych śladów, ale jak na razie bezskutecznie. Odeszli ci, którzy mogli powiedzieć najwięcej, dym ich ciał wchłonęły bezkresne międzygwiezdne przestrzenie, tamtych Żydów już nie ma…..

Piszę więc to, co znalazłam w Wikipedii.

Szpital Dziecięcy Bersohnów i Baumanów w Warszawie przy ul. Siennej 60, był w latach 1878- 1942 żydowską placówką medyczną .

W latach 70 XIX wieku powstał pomysł, by wybudować taką placówkę dla biednych dzieci żydowskich.

W 1873 roku dwie bogate rodziny : Majer i Chaja Bersohn oraz Salomon Bauman zakupiły teren pod budowę szpitala. Był on położony pomiędzy dwoma równoległymi ulicami: Sienna i Śliską- stąd podawany jest podwójny adres- Śliska 51 albo Sienna 60.

Całość zabudowy zaprojektował Artur Goebel .

W latach 1876- 1878 powstał ten urodziwy kompleks szpitalny.

Podczas I wojny światowej uległy zmianie zasady zapisów testamentowych , ograniczono możliwość sponsorowania i sytuacja finansowa szpitala zmieniła się dramatycznie.

W rezultacie , w roku 1923 szpital został zamknięty.

Walką o ponowne jego uruchomienie podjęła lekarka Anna Braude- Hellerowi.

Dzięki niej Zarząd Fundacji Bershonów i Baumanów przekazał te zabudowania szpitalne Towarzystwu Przyjaciół Dzieci.

W szybkim czasie rozbudowano kompleks szpitalny w oparciu o finanse gminy żydowskie oraz organizacji Joint.

Podczas II wojny światowej szpital ocalał.

W 1940 roku znalazł się w granicach getta warszawskiego.

Gdy ograniczono tereny getta, w sierpniu 1942 roku, szpital wraz z pacjentami przeniesiono do budynku znajdującego się na rogu ulic Leszno i Żelazna. Jednak trzy dni później nagle Niemcy zlikwidowali  ten szpital a cały personel i chorych wywieźli  do Treblinki.

    Jeszcze w czasach wojny, w opuszczonych zabudowaniach szpitala przy Siennej, ulokowano Klinikę Dziecięcą, która działała do czasów Powstania Warszawskiego.

Od  sierpnia do października 1944 roku szpital był jedyną profesjonalną placówką medyczną w centrum Warszawy.

    Po wojnie, w okresie 1946-1952 na terenie szpitala mieściła się siedziba Centralnego Komitetu Żydów Polskich.

Potem powrócono do idei szpitala w tym miejscu i hospitalizowano tutaj dzieci chore zakaźnie.

Placówce nadano piękną, pełną wyrazu nazwę: Szpital im. Dzieci Warszawy. 

Byłam dumna, że  mogę pracować w szpitalu tak pięknie refleksyjnie nazwanym.

Byłam świadkiem uroczystych obchodów 100 lecia szpitala.

Później, już po moim odejściu , 20 kwietnia 2001 roku na ścianie budynku ulokowano tablicę pamiątkową poświęconą pamięci Anny Braude-Hellerowej, lekarza i w latach 1930-1942 dyrektora szpitala.

 

Na medycznej ścieżce. Pierwszy dyżur.

I nadszedł ten dzień już wcześniej zaplanowany, kiedy to rozpoczęłam dyżurowanie….

Zapoznałam się już ze strukturami szpitala, jego zasadami i miałam ogólne wyobrażenie jakich pacjentów należy do niego przyjmować .

 

Było to w drugim miesiącu mojej  pracy na Siennej .

 Pierwszy dyżur  rozpoczęłam z wielkim przejęciem i namaszczeniem.

Oczywiście nigdy potem też nie traktowałam dyżurów jak zwykłą kromkę chleba. Zawsze były dla mnie dużym przeżyciem i wyzwaniem.

Ale ten pierwszy był najważniejszy.

Jak wszyscy młodsi, otrzymałam przydział do Izby Przyjęć.

O godzinie 15 zajęłam naszą magiczną dyżurkę, która mieściłą się na parterze, na wprost głównego wejścia do szpitala. Ostrzeżono mnie, bym się nie zamykała na noc. Było to zalecenie przestrzegane rygorystycznie. Widocznie już były wcześniejsze doświadczenia z lekarzami, którzy w czasie dyżuru zapadli w głęboki sen i nie reagowali na żadne telefony i dobijanie się do drzwi. Jakoś nikt o tym nie opowiadał, ale było to jedyne sensowne wytłumaczenie tego zwyczaju.

Lekarz dyżurny  otrzymywał własną pościel, którą przechowywano w szufladzie wielkiej dyżurowej komody.

W tych czasach mieliśmy sytuację komfortową, gdyż przydzielano nam bezpłatne posiłki przygotowywane przez znakomity zespół kuchni szpitalnej. Panie były niezwykłe. Przejęte swoją rolą, sumienne i miały fantazję. Lekarzom przygotowywały smakowite dania, wcale nie drogie, ale wymagające większego wkładu pracy. Bywały więc jakieś paszteciki do fantastycznego barszczyku oczywiście na przygotowanym w kuchni zakwasie, niewielkie ale smakowite porcyjki tatara, jakieś pasty z ryb czy jajek. W przaśnych latach 70 ubiegłego wieku, gdzie kunszt kucharski nie był w modzie- nawet wykwintne restauracje przygotowywały jeno podstawowe , mało wyszukane dania, żywienie w tym szpitalu było zjawiskowe. Wspominałam posiłki w Szpitalu Bielańskim, gdzie dyżurowałam w czasie stażu. Tam przynoszono nam po jednym jaju i pytano, czy je ugotować.

Obiady można było kupić za stosunkowo niewielkie pieniądze, z czego korzystałam, bo do domu wracałam późnym popołudniem i ledwie zdążałam przygotować coś do jedzenia Mirkowi, który nie lubił żywienia zbiorowego poza domem.

Kolacja dyżurna na Siennej to było misterium. Oczywiście nie zawsze mieliśmy czas, by się spotkać razem z kolegą dyżurującym w oddziałach, ale zawsze do tego dążyliśmy. Czasami było to jedyne spotkanie na dyżurze, bo pracy było dużo.

Nie zapomnę pierwszego posiłku. Gdy zasiedliśmy do kolacji przy niskim stole-ławie, nie zauważyłam sztućców. Okazało się, że oczywiście są. Koleżanka wskazała przytwierdzone długim łańcuchem do kranu umywalki aluminiowy zestaw sztućców. Coś takiego zobaczyłam po raz pierwszy w życiu. Oczywiście głośno się zdziwiłam, ale dla koleżanki było to już normalką.. Zabawny to był widok, gdy pobrzękując łańcuchami wiosłowałyśmy po swoich talerzach.

Na medycznej ścieżce. Zachwyt nad doktorem Dębskim…

Oddział żółtaczkowy mieścił się na trzecim , najwyższym piętrze szpitala. Ordynatorem był przesympatyczny dr Ryszard Dębski. Był smukły , elegancki i ludziom życzliwy. Dowiedziałam się , że w przychodni rejonowej pracuje jego żona, mają trzech synów. Przedtem pracowali razem na Siennej i do historii przeszły ich wspólne dyżury. Z reguły dyżurowali razem. Na każdym  dyżurze było dwóch lekarzy. Jeden, zabezpieczający oddziały a drugi-  izbę przyjęć. Żona dr Dębskiego- Halina była lekarzem oddziałowym, o godzinie 21 udawała się na spoczynek w swojej dyżurce, a całość obsługiwał jej mąż. I Izbę przyjęć i oddziały. Musiał się zdrowo napracować, gdyż dyżury zwykle były trudne. Ale ponoć niezwykle rzadko budził swoją żonę, prosząc o pomoc. Teraz mogłam obserwować w jakim systemie pracuje dr Dębski. Otóż  przybywał on do szpitala o godzinie 7 ( my pracowaliśmy od 8) , oglądał wszystkie dzieci w swoim oddziale, zapoznawał się z wynikami badań i o godzinie 12 opuszczał szpital. Wracał o 14-14,30 , zjadał pyszny obiad w szpitalnej stołówce, wizytował oddział, sprawdzał jak pracujemy , ustalał z nami ostateczne już dyżurowe zalecenia i o 16 opuszczaliśmy szpital. Dowiedziałam się, że w czasie gdy wybywał, załatwiał poradniane wizyty domowe swojej żony.

Taki mąż, to cud nad cudy.

Tak uważaliśmy wszyscy.

Ja się tylko dziwowałam, bo takie postępowanie było mi nieznane.