Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 5 ). Studium wojskowe na Akademii Medycznej.

Jerzy T. Marcinkowski chyba w okresie studiów, myślę, że ok. 1970 roku w roli  amerykańskiego bossa. Ponoć zdj. wykonane przy cmentarzu na poznańskim Junikowie a samochód  czyjś tam.  Jurek w berecie ułożonym w daszek i prochowcu- świetna kreacja 🙂 Jedyne zdjęcie z tego okresu które mi kiedyś przysłał…

A teraz cd Jego Pamiętnika :

Studium wojskowe

Podczas zajęć odbywanych w ramach studium wojskowego istniały 2 możliwości:

  1. W mundurach – odbywali je studenci, którzy posiadali kategorię zdrowotną A wg której nie mieli przeciwskazań zdrowotnych do odbywania tejże służby. Zajęcia te odbywali osobno mężczyźni i kobiety.
  2. Bez mundurów – czyli w cywilu, którą to służbę odbywali ci, u których stwierdzano przeciwskazania zdrowotne do odbywania tejże służby w takich warunkach, jakich odbywali ją ci w mundurach. Ta druga grupa była, jak pamiętam, liczna i zastanawiałem się nad tym, czy aż tak często stan zdrowia koleżanek i kolegów był tak zły, że dyskwalifikował ich od służby w wojsku. O ile pamiętam, to zajęcia wojskowe bez mundurów były koedukacyjne.

Sprawa płaszczy mundurowych

Odbieraliśmy z magazynów płaszcze, które szyte były wg takiego kroju, iż sięgały do połowy łydki a może i dalej.  Mój płaszcz, który odebrałem, był w słabej kondycji, bardzo wygnieciony i jak na niego spojrzała moja mama, to postanowiła, aby go poprawić, tj. wyprasować i trochę skrócić. Później, jak mieliśmy 1 zajęcia w mundurach, to dowódca kompanii, a były to osoby w stopniu majora bądź kapitana, robił przegląd przyglądając się, czy osoby nie powinny wzajemnie mundurów między sobą wymienić.  Ja wówczas bardzo drżałem o to, aby mi nie kazano oddać tak starannie przygotowanego munduru przez mamę, ale na szczęście to nie miało miejsca. Poza płaszczem mundurowym z magazynów dostaliśmy jeszcze czapki, na których było godło Polski, ale wówczas jeszcze bez korony, co większości z nas zdecydowanie się nie podobało. To były czapki polowe, a nie wizytowe, okrągłe i sztywne, w rodzaju rogatywek. Mundur noszony pod płaszczem też był polowy, drelichowy, z metalowymi guzikami. Do tego każdy z nas dostał nowy skórzany pas wojskowy i nowe buty skórzane wiązane na sznurowadła i zapinane wyżej na łydce na paski ze sprzączkami. Chcę tu podkreślić, że jakość tych butów była niezwykle dobra. Miały przyszytą podeszwę gumową z wrębami i trzeba tu mocno zaznaczyć, że tych butów nie można było zepsuć. Po zakończeniu służby wojskowej należało mundury i płaszcze mundurowe i czapki oddać, natomiast pozostawiono nam pasy wojskowe i buty. I ja te buty jeszcze po studiach używałem a później używali moi synowie i oni również nie zdołali ich zniszczyć. Taka to była dobrej jakości obuwie wojskowe, bo przecież pełni ono znaczenie strategiczne – cóż ma robić żołnierz na polu walki, skoro buty mu spadną lub się rozpadną. Dodam jeszcze, ze kolor tych butów i pasa był brązowy.

Podzielono nas   na kilka kompanii – wydaje mi się, że były 2 kompanie męskie i 2 żeńskie. I tutaj uwaga,  bardzo śmieszna, że mundury kobiet miały od tyłu tzw. klapy, co na początku wzbudzało naszą radość i różne uwagi.

Tajne zeszyty do notatek

To też dość ważny szczegół, bo część notatek mogliśmy prowadzić w zeszytach tzw. jawnych a część w tajnych. Każdy tajny zeszyt miał na sobie pieczęć okrągłą z godłem i drugą pieczęć z napisem „tajne”. Jego wszystkie strony były przeszyte i związane sznurkiem, na końcu opieczętowane. Po zajęciach te tajne zeszyty były zamykane w szafie pancernej. Trudno mi uwierzyć, żeby w tych notatkach były jakieś kwestie istotnie tajne i niebezpieczne, gdyby dostały się w ręce obcego wywiadu i raczej robione to było po to, aby nauczyć nas obchodzenia się z tajnymi dokumentami. W tych zeszytach pisaliśmy mnóstwo szczegółów, na jakie oddziały dzieliła się armia polska, amerykańska czy też RFN. Ile żołnierzy było tam w kompaniach, ile w drużynach, jaką broń mieli na wyposażeniu, jakie mieli armaty, haubice, czołgi, itp. Dzisiaj, po latach, nie sposób przypomnieć sobie tych szczegółów, ale jest to dobrze opisane w ogólnodostępnej bibliografii wojskowej, do nabycia w księgarniach bez żadnych przeszkód, wraz ze zdjęciami, szkicami, itd. Jeśli chodzi o broń, to przede wszystkim należy wspomnieć o karabinach maszynowych kałasznikowa – tych to właśnie, co zrobiły furorę na początku w armii czerwone, później w krajach demokracji ludowe, a od dziesiątków lat te „kałachy” to jest podstawowa broń terrorystów islamskich, z którą oni się nader chętnie fotografują. Tyle razy kazano nam rozkładać i składać te „kałachy”, że do dzisiaj potrafiłbym to w sposób płynny zrobić. Z „kałachów” raz po raz strzelaliśmy na strzelnicy. Oczywiście te stanowiska były przygotowane tak, aby nie doszło do nieszczęśliwych wypadków. Jak pamiętam strzelaliśmy w pozycji leżącej. To nie było takie proste trafić w środek tarczy. Wyniki tych strzelań były ogłaszane przez dowódcę kompani i trzeba przyznać, że była rywalizacja o to, komu uda się wystrzelać najwyższą liczbę punktów. Jeśli chodzi o broń, to pragnę dodać, ze już na obozie wojskowym strzelaliśmy jeszcze z pistoletów TT – bardzo znanych, które nosiło się w kaburze przytroczonej do pasa. Pamiętam, że podczas jednego z takich strzelań jeden z kolegów tak się ucieszył, jak trafił do tarczy, którą była sylwetka nieprzyjacielskiego żołnierza i po trafieniu przewracała się, że odwrócił się gwałtowanie i wypalił niechcący a kula przeszła tuż obok ucha majora, który zapewne był przyzwyczajony do takich sytuacji, ale wyraźnie zbladł. Kilka centymetrów dalej a byłby trafiony w głowę.

Kilka słów o kadrze oficerskiej studium wojskowego

Kierownikiem studium wojskowego za czasów naszych studiów był pułkownik Psuja a po nim pułkownik Góra. To byli bardzo mili lekarze i należało na początku zajęć po wojskowemu witać ich przed drzwiami studium wojskowego. Jak pamiętam, jeden ze studentów był wówczas wyznaczony do tej służby i siedział a raczej bardziej stał obok stolika do drzwi studium, patrząc uważnie, kiedy kierownik studium lub któryś z jego następców się pojawiał. Należało wówczas podejść ku niemu sprężystym krokiem wojskowym, następnie stanąć na baczność, zasalutować i złożyć raport, tzn. powiedzieć, że taki szeregowiec się melduje.

Kadra oficerska w studium wojskowym w części złożona była z byłych żołnierzy frontowych, który brali czynny udział w walkach i zdarzało im się potem udzielać bardzo praktycznych porad z tego zakresu, np. pamiętam majora Andrejczuka (spr), który bardzo się denerwował, jak leżeliśmy płasko na ziemi, celowaliśmy z karabinów a nasze stopy nie leżały przyłożone do ziemi, tylko podpieraliśmy się czubkami palców, przez co stopy sterczały. Major Andrejczuk mówił wówczas: Nie zdajecie sobie sprawy z tego, że jak będziecie pod ogniem nieprzyjaciela w tak głupi sposób leżeć, to nieprzyjaciel wam pięty odstrzela. Należy leżeć jak najbardziej płasko na ziemi. Po tym majorze widać było bardzo wyraźnie tą jego frontowość i znajomość żołnierskiego zachowania na polu walki.

Jak sobie przypominam, jeden z zastępców kierownika studium wojskowego był zastępcą ds. politycznych – czyli był „politrukiem”. Oj, to trzeba mocno podkreślić, że mieliśmy zajęcia właśnie z tymi oficerami politycznymi, którzy w sposób odpowiedni – tzn. zgodnie z ówczesną doktryną komunistyczną – opisywali nam 2 wojnę światową, w tym powstanie warszawskie. Oczywiście z tych wykładów jasno i niezbicie wynikało, że tylko PPR a następnie PZPR miała patent mądrości na wszystkie swoje postepowania a wróg polityczny, a szczególnie AK, jak i rząd tymczasowy w Londynie mylili się we wszystkim; nie przypominam sobie ani 1 podanego faktu, że w czymkolwiek postąpili słusznie. Tutaj trzeba też dobitnie podkreślić, ze jak zajęcia wojskowe rozpoczęliśmy w roku 1965 to jak byliśmy na 3 roku doszło do znanych wydarzeń antykomunistycznych na terenie Czechosłowacji. Pamiętam wtedy, jak bardzo nasilona była propaganda socjalistyczna, podkreślająca, że jedyną i słuszną drogą była interwencja wojskowa, w tym wojsk polskich, na terenie Czechosłowacji. My oczywiście w to nie wierzyliśmy, ale zdarzały się wśród nas takie jednostki, które miały odwagę wprost o tym mówić do oficerów. Pamiętam, że to kolega Michał Krzak bardzo ostro potrafił protestować, głośno mówił na zajęciach prowadzonych przez politruków, że nie było tak a tak a wręcz inaczej.

Obóz wojskowy w Kłodzku

Ci studenci, którzy odbywali zajęcia wojskowe w mundurach, to po 5 roku studiów byli kierowani na 6 tygodniowy obóz wojskowy w Kłodzku. Z tamtejszej jednostki pamiętam, że zakwaterowani byliśmy w typowych budynkach wojskowych, które otaczały bardzo duże podwórze. na tymże podwórzu stało ok. 60 transporterów opancerzonych
„SKOT”. W tychże Skotach byliśmy wożeni na zajęcia w terenie. Później docierały do mnie opinie, że tylko niektóre i to nieliczne  z tych transporterów miały zamontowane liczniki, które mierzyły czas pracy silnika i co za tym idzie zużycie paliwa. I ten fakt był wykorzystywany przez dowódcę jednostki w ten sposób, że od czasu do czasu zarządzał on ćwiczenie wojskowe, w którym brał udział ten transporter wyposażony we wspomniane liczniki. Tymczasem w oficjalnych sprawozdaniach wyliczano zużycie paliwa jak dla 60 transporterów, co miało pokryć różne lewe wycieki paliwa z jednostki. Trudno mi się odnieść do tego, na ile to było prawdą, ale sądzę, że prawdą być mogło. Jak nas w tych transporterach wożono na ćwiczenia, to raz po raz przejeżdżaliśmy przez bardzo ciekawe okolice, np. pamiętam, że przejeżdżaliśmy pod Bazyliką w Wambierzycach, ale oczywiście nikt nam nic na temat tego kościoła nie mówił.

Ćwiczenia w terenie

Pamiętam ćwiczenia, które w niektórych momentach były humorystyczne. Na przykład pamiętam mjr Dybasia (spr), który wszedłszy na niewielką górkę głośno mówił, że właśnie mówił i wskazywał palce, doszło do wybuchu broni atomowej. No i następnie opisywał, co się wtedy by mogło stać, jak wielu byłoby zabitych i rannych. Potem pamiętam inscenizację tych zajęć i utkwił mi fakt, że najwięcej było chętnych do udawania trupów na polu walki. Niektórzy mieli ciężkie zadania, bo np. musieli nosić „rannych” kolegów. Kilka z tych dni ćwiczeń spędziliśmy na polu w rozbitych namiotach. Namordowaliśmy się z rozbiciem a następnie z urządzeniem tych namiotów a potem w nich spaliśmy i najgorsze było to, że było wtedy bardzo zimno. Nałożyłem na siebie wszystko co mogłem, nie zdejmując butów. Taka sytuacja trwała kilka dni co skutkowało tym, że byliśmy niewiarygodnie brudni. Ale trudno było wówczas odważyć się rozebrać i umyć, bo takie było wszechogarniające zimno, pomimo, że to było lato.

Egzamin na oficera

Jak pamiętam, gdy przyjechaliśmy na obóz, to wszyscy byliśmy w stopniu starszego szeregowca poza kilkoma kolegami, którzy już wówczas mieli stopień kaprala (2 paski na pagonach) oraz tych, którzy za różne podpadnięcia na zajęciach ciągle byli szeregowcami. W trakcie tego obozu zdarzały się nominacje na wyższy stopień i niektórzy dostali starszego kaprala (3 paski) a nawet plutonowego (4 paski).  Ciągle byłem w tym okresie starszym szeregowcem. Bardzo istotne było to, że pod koniec obozu wojskowego odbywał się egzamin na oficera. Trudno mi przypomnieć sobie pytania, jakie otrzymywałem i oceny, ale egzamin zdałem i wydaje mi się, że chyba wszyscy obecni na tym obozie egzamin zdali. Potem miała miejsce uroczysta przysięga wojskowa i otrzymaliśmy wszyscy „2 gwiazdki”, czyli stopień oficerski podporucznika. Odnośnie przysięgi wojskowej chcę wspomnieć o pewnym fakcie. Jedna rzecz to to, kto co rzeczywiście wówczas mówił, bo w tej przysiędze były słowa o socjalizmie a druga rzecz to to, czy po złożeniu przysięgi złożył stosowny podpis. Zdarzyło się, że do nie składania podpisu nakłaniał dowódca kompanii major jednego ze studentów, który miał pochodzenie żydowskie (spr). I tenże kolega był skłonny tego podpisu nie złożyć myśląc, że dowódca kompanii dobrze mu doradza, ale w tym momencie kolega tegoż studenta Lesław Maziarz wytłumaczył mu dosadnie: „nie będzie twojego podpisu pod przysięgą, to nie zaliczą ci obozu wojskowego. A jak nie zaliczą ci obozu wojskowego, to nie zaliczą ci roku studiów i będziesz miał kłopoty”. Dzisiaj po latach należy bardzo negatywnie ocenić postawę tego majora.

Alkohol na obozie wojskowym w Kłodzku.

Osobiście nie piłem alkoholu w trakcie całych ćwiczeń wojskowych. Inna rzecz to picie alkoholu w drodze do Kłodzka – pamiętam, jak dojechaliśmy pociągiem do Kłodzka – jak wesoło było w pociągu i w pieszej wędrówce z dworca do jednostki wojskowej. W drodze powrotnej raczej nikt od alkoholu nie stronił. Ale zupełnie inna była sytuacja na obozie wojskowym, gdzie nas zdecydowanie ostrzeżono przez bardzo surowymi konsekwencjami picia alkoholu. Ja się do tego stosowałem i miałem wyobrażenie, że inni też, ale dopiero po wielu latach dowiedziałem się, że niektórzy koledzy pili i to razem z dowódcami – oficerami.

Może tęsknota za wojskiem ? Jerzy T. Marcinkowski ze statystami filmu realizowanego na poligonie w Biedrusku…

Jerzy T. Marcinkowski , Jego koń Juror i świetnie upozowany spaniel Tobi. Jak widać wszyscy dobrze się czują na planie filmowym na poligonie Biedrusko…

Jerzy T. Marcinkowski….jeździectwo, które było Jego pasją przez wiele lat….czyżby  romantyczna tęsknota za zwyczajami przodków – którzy  na pewno dosiadali koni, czy za poligonem Biedrusko, gdzie były ćwiczenia wojskowe w czasie naszych studiów….czy za wolnością wreszcie….nie wiem

Najbardziej lubię to zdjęcie…

 

 

 

 

 

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel. ( 10 )

Pan Profesor Witold Ramotowski-nasz Przyjaciel

pora na kontynuację opowieści….

Pan Profesor w swojej ulubionej piwnicznej kuchni- jak lubiliśmy tam przebywać- wszystko zmontował tam sam- boazerię ułożył na ścianie, stół własnej produkcji, płytki na podłodze ułożył. A siedzi , bywało, że my też tam siadywaliśmy na materacu, czy jak to zwać- muszę spytać Profa- który był na Jego jachcie czyli słynnym Trepie- oczywiście też całkowicie wykonanym przez Pana Profa…..zdj własne Z.K.

Po długiej przerwie wracam do tematów ciepłych, radosnych- do wspomnień naszych bujnych czasów spędzanych z Panem Profesorem, figlarnie zwanym przez Mirka Profciem, lub Profem…

Bywało, że Pan Profesor, figlarnie nazywany przez nas Profciem, wieczorową porą spędzaną w Jego domku przed telewizorem albo przy muzyce ( o czym już pisałam ) przynosił nam  pyszne pachnące zapiekanki z warzywami z własnego, z czułością uprawianego ogródka.

Z wielkim zaparciem pielęgnował  grządki , kopiąc, pieląc chwasty i podlewając starannie. Zaprojektował i wykonał system do podlewania ogródka- nie tylko grządek ale też wielu krzewów borówki amerykańskiej, owoców której nie jedliśmy, gdyż  lubiła  Jego Żona. Czasami Mirek w czasie obowiązkowego zwiedzania ogródka , bo Profesor lubił go pokazywać, skubnął jedną jagódkę , zda się niepostrzeżenie,  ale zwykle Profcio czujnie to dostrzegał- i bez słowa   tak patrzył na Mirka, że szybko zabierałam Męża proponując inne zajęcia. …

Przed zmontowaniem systemu do podlewania ogródka wodą z Bugu, ponoć zdrowszą niż ta, czerpana z ujęcia, długo rozważał możliwości a potem zakupił odpowiednią pompę, którą umieścił w wodzie starorzecza Bugu, czyli w tzw. cofce. Znajomy profesjonalny hydraulik wątpił, czy owa pompa da radę przetransportować wodę nie tylko na odległość kilkudziesięciu metrów, ale także kilka metrów w górę, bo działka leżała powyżej lustra wody. Jednak Profcio w swym politechnicznym umyśle wyliczył , upewnił się rozważając teoretycznie ( cóż za Umysł!!!) że pompa da radę i bez chwili wahania podjął działania.

Najpierw długo kopał wąski głęboki rów na trasie przyszłego przebiegu rury, by nikt z wędrujących brzegiem jej nie uszkodził . Trasa wiodła z ogródka , pod ogrodzeniem, poprzez kolczaste tarniny , potem zboczem wzgórza i wreszcie przez wielkie krzewy wierzby rosnące nad wodą. Przebijanie się przez te krzewy to dopiero była gehenna- kolce tarniny to pestka. Tu musiał, już w błocie, karczować wiele korzeni wierzbowych. Wykuwał je siekierą z zapałem i cierpliwością godną Takiego Mistrza!. Oczywiście zaglądaliśmy tam często w trakcie prowadzonych prac, zwłaszcza przy pokonywaniu ostatniego odcinka, sprawdzając, czy wszystko w porządku. By ujrzeć Profesora należało wdzierać się pomiędzy wierzbowe krzaki, elastyczne konary waliły po głowie, nagle wyrzucały nas w powietrze, gdy stanęliśmy na gałąź, a ta odbijała w górę razem z naszą stopą- więc jak wynika z opisu , nie było to łatwe.

Gdy wreszcie do Niego docieraliśmy, z ulgą stwierdzaliśmy, że jest ok. Profesor, umorusany w kaloszach pełnych wody, dalej działał z zapałem i precyzją. Gdy budowa rowu, czyli tej ważnej życiodajnej drogi została ukończona , długi wąż gumowy spoczął na jej dnie, przykryty fragmentami starej dachówki, jej falistą częścią i przysypany ziemią  oraz zamaskowany kępami trawy– tak by nikt nie widział i nie uszkodził- nawet przypadkowo-   przyszła pora na uruchamianie całej instalacji. Aha, zapomniałam wspomnieć o niezbędnych dla działania pompy pracach elektrycznych. Tak więc przedtem Profcio kopiąc też głęboki wąski rowek po skosie całej, niemałej działki, w ściśle zarośniętej darni ( wyczyn !) doprowadził przewód elektryczny do specjalnego słupka nieopodal ogrodzenia, gdzie były ulokowane  gniazdka elektryczne , ładnie zakryte przed deszczem klapkami.  Też był tam fajny włącznik i wyłącznik prądu . Oj, jak lubiliśmy potem- przejęci misją specjalną-  włączać tam prąd i patrzeć, jak woda sika na spragnione roślinki z sitka prysznicowego (chyba) zamontowanego na wysokim paliku–

Gdy całość została wykonana, pozostało jeszcze założenie pompy na koniec instalacji. I znowu Profcio brnął przez wierzbowy gąszcz, gubiąc kalosze- my obserwowaliśmy z daleka, gotowi pomóc w razie czego- ale jak ? Byliśmy obserwatorami, niemymi świadkami całej akcji- bo z wrażenia nikt nic nie mówił, ba, nawet wstrzymywał dech nasłuchując czy coś nagle nie zapluszcze co mogłoby być sygnałem, że Profcio wpadł do głębokiej zaraz od brzegu wody starorzecza. Nic takiego się nie stało. Profcio w pewnym momencie krzyknął, żebyśmy włączyli prąd – więc pognaliśmy a może tylko nasza wnuczka Weronika pognała w górę doliny aż na działkę i wkrótce pompa ruszyła !

Sprawdzaliśmy jak obficie perliście, lśniąc kropelkami w słońcu, tryska na grządki woda-  pachnąca zieloną rzeką, żabami, zaroślami moczącymi się w Bugu- życiodajna ciepła w porównaniu z wodą z naszego miniwodociągu i czuliśmy jak ogródek oddycha z rozkoszą.

Profcio triumfalnie wyłonił się z nadrzecznych krzewów, umorusany szczęśliwy wkrótce stanął obok nas mówiąc z radością – jaka zdrowa jest ta woda dla moich roślin, jak zachłannie ją piją- mówił z radością i nam się ona udzieliła……Nawet zjawili się inni działkowicze, w tym znajomy hydraulik- który tylko kręcił głową- jak to możliwe- że pompa zadziałała wbrew jego logice…Potem ruszyliśmy do Azylu, by uczcić to Wiekopomne Wydarzenie lampką wina, dzieci otrzymały jaką kolorową wodę ….oj, piękny to czas wspólny nadbużański letni wonny świetlisty pamięcią – czas zatrzymany w kadrze naszej pamięci…..

prof9 (2).JPG

widok z ogródka Profa na Bug= wąska wstążeczka w dali, cofkę- bliższy plan i wreszcie bujne krzewy – opisana tarnina jakoś na tym zdjęciu ukryta chyba w bzie – ale jest na pewno, gęsta, bujna, bardzo kolczasta z pięknymi czarnymi jagodami…

 

 

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel ( 8 ) .

Wspominam i rozmyślam nad przemijaniem, urodą życia i  dookolnego świata- a Bug płynie, tak jak od wieków ….ukochana nasza i Pana Profesora rzeka…..

Moi Mili. Minęło sporo czasu od kiedy rozpoczęłam opowieść o Panu Profesorze Witoldzie Ramotowskim, nestorze ortopedii polskiej i  naszym sąsiedzie znad Bugu ,  Przyjacielu. Po dłuższej więc przerwie z powodu wakacyjnych wyjazdów i wtrętów innych tematów zapraszam do nas, na działkę która wychowała czwórkę nasze dzieci- bo gdyby nie ona, być może pozabijalibyśmy się w małym mieszkaniu w bloku na Żoliborzu. Tu wypuszczane na wolność, wybiegały jak zerwane z miejskiej smyczy do lasu, nad Bug, by pływać w spokojnej wodzie tzw. cofki, czyli fragmencie starorzecza. Na samym jej krańcu niby w zatoce było wejście do wody, ostre muszle na dnie i po metrze  może dwóch przepastna głębia. Jak mawiali miejscowi, którzy pamiętali czasy wojny- Niemcy próbowali  wydobywać z jej dna czarne dęby… Dzieciak, by nie kaleczyć stóp o ostre muszlowe brzegi , wchodziły do wody w starych tenisówkach- bo któż w tamtych latach 80 ubiegłego wieku myślał o specjalnych eleganckich butach do pływania- może już były- ale my mieliśmy uniwersalne tenisówki. Potem w dziwny sposób same się nauczyły tam pływać. Oj, dawne to czasy, które wspominam. Jakoś teraz nikt z nas nie ma ochoty na kąpiel w rzecznych odmętach- ale tedy? Wtedy to był nasz raj w upalne dni. Może pamiętacie to uczucie z młodości, rozkosz zanurzenia w chłodnej wodzie jeziora czy rzeki? Oj, powiało mi młodością , zapachniało szuwarami, liliami wodnymi i wiatrem gdy nieopodal mruczał wielki las sosnowy….Fajne czasy, i dobrze że były- to szczęście- myślę sobie- dobrze że były takie czasy, że dane było je przeżyć i teraz wracać…uśmiecham się więc do wspomnień, choć teraźniejszość też raduje, pomimo chmurnych i deszczowych jesiennych krótkich dni…..Wracam więc do podstawowego tematu, bo czeka a ja krążę- wracam….Już dawno nie ma takiego domku Pana Profesora, jaki opisuję, bo w życiu wszystko się zmienia- ale są wspomnienia i to jest sedno. Dopóki żyjemy, opowiadamy…..łapiemy tamte chwile w sieci sieci 🙂 .

 Było więc tak : Idziemy sobie otuleni miękkością  modrzewi zamykających się nad głowami, okalających drogę nad Bug. Posadzone przed 39 laty, były patyczakami, w teraz – jak bujnie nam wyrosły- ale nie myślimy o upływie czasu, bo czeka na nas Pan Profesor  i  Jego muzyka.  Wchodzimy do domku Pana Profesora jak zwykle co wieczór, na wspólne chwile przed zmrokiem, przed uśpieniem świata, przed ukołysaniem do snu.

Właśnie jest wieczór muzyczny, jakich wiele, bo muzyka często towarzyszyła naszym spotkaniom. Wieczór po upalnym dniu przynosi chłodek a właściwie to dar Bugu, który meandruje niedaleko domku. Oddala się co roku od swojego brzegu, co sprawdzamy mierząc odległość od lustra wody metalowego palika, zainstalowanego tam przed laty przez Profcia.  Służył do przywiązywania Trepa, czyli jachtu który Pan profesor samodzielnie zbudował w garażu swojego domu w Warszawie ( kiedy miał na to czas- nie wiem) i nim odbywał długie samotne wakacyjne wyprawy po Mazurach, potem Nidą, Narwią i w górę Bugu. O nich pisze w swoim pamiętniku, i mam zamiar kiedyś zacytować słowa Tego Niezwykłego człowieka. Ale na razie jesteśmy w Jego domku, oglądamy regalik z taśmami magnetofonowymi. Sam go w tym celu skonstruował, umieścił specjalną listwę na górze , wywiercił ciupkie w niej okienka, a za nimi świeciły kolorowe chyba cztery światełka.  Regalik, jak inne sprzęty samodzielnie wykonane lubił nam pokazywać z dumą i czułością a my podziwialiśmy szczerze- bo nikt z nas nie miał ani krzty talentów w tym kierunku. Piękną muzykę nagrywał z radia przed wielu wielu laty – mówi, często nagrywał jadąc  samochodem . Opakowania taśm, starannie ponumerowane, skatalogowane wg rodzaju muzyki stały sobie równiutko , grzbietami do widza , zawsze równiutko i należało wykorzystaną taśmę włożyć w to samo miejsce. Pan Profesor czuwał też i nad tym, dobrotliwie zwracając uwagę, gdy ktoś nie spełniał zaleceń. . No cóż staranność i precyzja. Precyzja i staranność chirurga, przekładała się  na życie codzienne. Lubiliśmy sobie wyobrażać jak stoi pod wielką reflektorową lampą Sali operacyjnej, w tych ołowianym fartuchu- gdyż zawsze była kontrola radiologiczna w czasie skomplikowanych operacji – lampa nieomal parzy- bo nikt w tamtych czasach   nie słyszał o tzw. klimie- więc wyobrażamy sobie wszystkich chirurgów świata jak skupieni operują w tak trudnych warunkach – bo Profesor jest dla nas przedstawicielem tego zawodu – najbliższym, którego dłonie dotykamy i który dotyka nasze dłonie w domku nad Bugiem, gdy słuchamy muzyki. Jak dalece owa moja  romantyczność doznań się przeniosła na naszego syna nie zdawałam sobie sprawy, dopóki. Dopóty syn nie powiedział- gdy chodzę  nocami po korytarzach swojego szpitala, czuję tam obecność Profesora Ramotowskiego-  chodzę Jego śladami- ……

Muzyka koi nasze często rozedrgane serca, przynosi swoją ulotność , podrywa nogi do tańca. Tańczymy. Profesor mówi, lubię patrzeć jak tańczycie z Mirkiem. Czasami tańczę z Profesorem. Pysznie prowadzi, ma wyczucie rytmu bo i Jego słuch muzycznie absolutny.

A za oknem  meandruje Bug, w ciszy , od wieków. Ptaki układają się do snu, w maju słowiki szaleją, chętnie wijąc gniazda w wielkim dereniu, który przytula się do balkoniku domku Pana Profesora. Więc burza zieleni zagląda w szerokie okna balkonowe, ptaki kwilą i trwa ta chwila piękna i ulotna…..

I cóż z tego, że teraz mamy jesień- słotę za oknem- wczesny popołudniowy mrok, który sprzyja refleksjom, wspomnieniom, przynosi skupienie przed kolejną wiosną…

Regaliku nie sfotografowałam- ale Dłonie Pana Profesora tak…ileż istnień ludzkich uratowały….wszystko w życiu pewnie poznały…..Piękne Dłonie Cudotwórcy….

 

 

Terapia Wiechem. ” Wszystko pokasować” i mój margines.

trolebus.jpg

Warszawa trolejbus i ludzie….rok 1946…zdj z netu

 

 

Najpierw będzie felieton Wiecha przepisany własnoręcznie z tomiku” A to ci polka”: A potem moje pogaduszki…zapraszam do wspomnień…..

 

”                                  WSZYSTKO POKASOWAĆ

 

   Pare dni temu w tył pojawiła sie w prasie cóśkolwiek przerażająca wiadomość o tem, że trajlebus „ 56” ma być podobnież skasowany. Zwłaszcza mokotowiaki mocno zdrefili.

 – Czem bedziem jeździć, jak pragniem zdrowia?- mówią  jeden do drugiego.- Autobusy chodzą, jak jem wygodniej, albo po cztery razem, albo żadnego. Dostać sie- przeważnie senne marzenie. W zime jem za zimno, a lato za gorąco, w deszcz za mokro, w śnieg za ślizgo, cholera. A trajlebus zapycha w każdą pogode, co pare minut. Czem derekcja zamiaruje te parnaście tysięcy osób ze Starówki na Mokotów i nazad dwa razy dziennie przerzucać ?

   Tak właśnie martwią sie te pasażery z góry i płaczą rzewnemu łzamy na same myśl o tem skasowaniu. A po mojemu, martwić sie nie ma czem. Jakoś to będzie, bo jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było.

    A fakt jest podobnież faktem, że trajlebusy właśnie „ 56” mają niemożebną melodie do żarcia elekstrycznego prądu i tramwajom go sprzed nosa sprzątają, tak że te nie mogą rozwinąć tak zwanej szybkości, wleką sie ja przedwojenne dziady na odpust i korki komunikacyjne wytwarzają.

   Więc rzecz jasna, że trzeba to usprawnić i trajlebusy wont z trasy. A teraz co sie będzie działo, o wiele to nie pomoże? ( A nie pomoże na mur, bo to wszystko jest proszę derekcji MZK- bajer na Grójec).

    Jeżeli więc sie okaże, że tramwaje w dalszem ciągu ulice blokują i nie mogą sie na bok nastąpić, bo po szynach chodzą- trzeba będzie i tramwaje , i szyny na szmelc wyrzucić.

    Zostaną same autobusy, ale taki tłok się w nich wytworzy, że ludzie szyby łokciami będą wybijać i głowamy dziury w dachu. W tej sytuacji- jak mówi Wicherek- żeby Rady Narodowej na nieobliczalne straty nie narażać, wycofa sie i autobusy.

    Nareszcie luz sie na jezdni zrobi, lemuzyny będą mieli swobodny przelot. A i żywsze pasażerowie skorzystają.  Troszkie ruchu na świeżem powietrzu dobrze każdemu na płuca i insze podroby podziała. Klatkie piersiowe sobie wyrobi, muskuły na nogach, no i nerwowo wypocznie.

   A w trajlebusie różnie bywało. Sam widziałem, jak wsiadła raz do „ 56” staruszka z kijem od szczotki. Siedziała spokojnie i trzymała ten swój kij z boku, ale kto nowy wsiadł, zaraz zaczynał z nią sprzeczkie. Rozchodziło sie o to , że kij wyglądał na podpórkie należącą do trajlebusowego  urządzenia i jak trajlebus zarzucał na skręcie, kto stał bliżej , zaraz sie za niego łapał.

    Pierwszy dostał niem w szczękie jakiś dyrektor z teczką pod pachą. Ten powiedział tylko

„ o przepraszam” i odsunął sie do tyłu.  Staruszka spojrzała sie na niego  niezadowolniona i rzekła:

   – Trzeba  patrzyć, za co sie łapie.

   Na następnym wirażu złapał sie za kij jakiś bronet ciężkiej wagi w okularach. Wyrwał go staruszce, nabił sobie śliwkie na czole i przewrócił trzy osoby, co za nim stali. Na razie nie wiedział, co sie zrobiło. Myślał, że trajlebus sie wali, ale jak się zerwał z podłogi i oprzytomniał, dawaj staruszkie sztorcować, że jeździ z takiemy patykamy.

    Pani starsza tyż  nie była od macochy, więc odszczeknęła sie z miejsca:

  – Cztery oczy ma i jeszcze nie widzi, że to szczotka, ślepa komenda. Jeszcze się dziwi, że sie drążek na niego przewrócił. Filar spod mostu nie utrzymałby takiego słonia wilanowskiego.

    Pasażerowie mieli z tego śmiechu do diabła i troszkie i z przyjemnością czekali, kto będzie następny. Ale jak sie nacieła na kij jakaś paniusieczka z torbą gwarantowanych jajek eksportowych i pół trajlebusu jajecznicą opryskała, wszyscy powsiedli na staruszkie.

   Wtenczas babcia wyszła zupełnie z nerw, złapała swoją lagie w ręki i dawaj nią miłować, kogo popadło. Pierwszy dostałem ja, bo żem najbliżej stojał, aż mnie limon pod okiem wyskoczył. Większość pasażerów urwała sie w biegu . Dopieru pokotowie MO  odebrało pani starszej nadłamany drążek.

     Faktycznie porządek trzeba było czasem zaprowadzać, ale żeby aż kasować trajlebusy? W każdem bądź razie przyszłe rekordziści w biegach Starówka- Mokotów i nazad się na to nie zgadzaja. A cała Warszawa ich popiera.”

trolej157ObecnieRondoONZ60lataXXwieku.jpg

Rondo ONZ- takie puste pamiętam….i taki  trolejbus, autobus i samochody pamiętam też….zdj z netu

 

        Trolejbusy w Warszawie uruchomiono w 1946 roku i można je było oglądać na ulicach do 1973 roku. Początkowo były oznaczane dużymi literami, ale wkrótce przemianowano je na cyfrowe . Nosiły numery od  51- 90. I wtedy to Wiech ukuł fajne powiedzenie- wiek trolejbusowy. W tym felietonie  został uwieczniony  rok, kiedy trolejbusy umierały.  Wprawdzie w latach 80 ubiegłego wieku odtworzono linię z Mokotowa do Piaseczna, ale w 2000 roku ślad po tych środkach komunikacji bezpowrotnie zaginął.

Czy żal ich wtedy było, nie powiem, bo zwaliste były, mało ruchliwe, a w dodatku  skręcające po wielkim łuku bo przyczepione do podniebnej sieci elektrycznej . Podobno wielokrotnie dochodziło do przecinania się  trakcji elektrycznych tramwajów i trolejbusów.

Aż tak wielkich kolizji nie widziałam, ale pomnę , gdy  ich przyczep do linii elektrycznych nagle odpadał od tego zasilania i  dostojnie osiadał na dachu trolejbusu.

Od razu robiło się zamieszanie i kotłowanina. Ludziska  nerwowo wysupływali się z tłumu przeciskali do drzwi . wyszarpywali oba skrzydła i wyskakiwali z pojazdu setnie przy tym złorzecząc.  Kierowca zaś, klnąc na czym świat stoi, wysiadał, coś usiłował podnieść, robił się wielki korek i najczęściej gnaliśmy wówczas do innego środka komunikacji, gdyż duże odległości były trudne do pokonania per pedes ( chociaż  uwielbiałam i uwielbiam łażenie na własnych nogach).

Usiłuję przypomnieć sobie koloryt ówczesnych ulic Warszawy. I dziwne, bo wszystko widzę w szarych barwach, no może za wyjątkiem sukienek. Różnobarwnych, figlujących z wiatrem sukienek, uszytych często własnym sumptem, bo wówczas nie było takiej mnogości sklepów jak dzisiaj. Moda Polska i owszem, ale ceny były zawrotne, więc pozostawała własna inwencja no i ew. krawcowa. Pamiętam wszystkie moje sukienki z tamtych lat.

Ale tak ogólnie, to zakodowałam w głowie tę  powszechną szaroburość jak ze starych fotografii.

      To pyszne, że został nam Wiech,  wyśmienity kronikarz tamtej Warszawy, jej klimatów….wszytko wraca, nasz „ wiek trolejbusowy” nie ma teraz znaczenia. Znowu jesteśmy młode, podfruwajki jak kiedyś mawiano, soczyste dziewczyny z tamtych lat….jesteśmy znowu…

 BasenyLegiiŁazienkowska1.jpg

Baseny Legii, chyba wczesne lata 60 ubiegłego wieku, bo moja pierwsza bratowa ,  Grażyna nosiła taki kapelusik i spódnicę z drutami na dole, by był stale klosz …

 

.

 

    Czytam  felieton Wiecha” Wszystko pokasować” z tomiku „A to ci polka” i przenoszę się z uśmiechem w lata 70 ubiegłego wieku.

Ach trolejbusy i moje dawne lata bynajmniej  wtedy nie trolejbusowe. Nie to co teraz! No cóż, wiek trolejbusowy przyszedł, który przyjąć należy z pokorą. Wszystko już było.      

Teraz spotykam się  z Wiechem, hoduję wspomnienia i co jest cudem, bo  jeszcze się zachwycam  wieczorną Kasjopeą na szerokim michałowickiem niebie i radośnie witam świt. Jest dobrze.

      Wtedy były moje niepełne  22 lata, wakacje, V rok AM za chwilę , obrączka , lekkość i beztroska ciała, duszy, głowy i serca., ufność, przyszłość i przeszłość nieistniejące, łapanie, zachłystywanie się  tym co tu i teraz . .

    Nadal czuję zapach tamtej Warszawy roku 1968, właśnie  niedawno tu zamieszkałam na Żoliborzu. To miasto pachnie inaczej niż mój Gorzów, który kwitnącymi lipami się utrwalił w pamięci  i niż rogalowy świętomarciński Poznań.

Tak, Warszawa pachniała wtedy inaczej,  szczególnie wieczorem, gdy drzewa krzewy, a jest ich tak dużo, najintensywniej oddychają. Wówczas powietrze się jakby rozrzedzało, było lekkie delikatne nieco wilgotne i zielonkawe. Wielkie warszawskie przestrzenie, rozrzucone domy wtapiały się w  mrok i była tylko ciemność, światła i  my pod niebem bardzo szerokim, gwiaździstym ….

    I widzę siebie, tamtą, młodziutką, rozwichrzoną i roześmianą. Właśnie  wsiadam w zatoczce nieopodal  Dworca Gdańskiego w trolejbus linii 53 i jadę na Łazienkowską, na Legię, na baseny, gdzie ponoć śmietanka warszawska się zbiera. Nijakiej śmietanki wprawdzie nie widzę, ale jest Mundek, z którym umówił mnie mój mąż. Mundzio ma dużo wolnego czasu w odróżnieniu od męża. Wprawdzie nie wiem jak to się dzieje, bo  pracuje, ale pewnie umie się od roboty wymigać i tyle. Mawiano o nim  „Niedziałek nigdy w poniedziałek”, bo takie nosi nazwisko i zwyczajowo poniedziałki w pracy ma nieobecne. Jego piękna żona Marta, co w Mazowszu tańczyła  przesiaduje nad księgowymi tabelkami, a my się pławimy w basenowej wodzie i jesteśmy w raju. I nic to, że raj przykurzony , ale dla nas raj….

Potem był powrót trolejbusem, albo autobusem i szafa grała…..pięknie nam grała….

.Basenylegii2.jpg

 

basenyLegii3PolańskiWypatrzyłJolantęWyborcza.jpg

Baseny Legii, zdj z netu. Młodość, uroda, wielkie targowisko ciał, łowisko najpiękniejszych….

List do Mamy.

Niedawno znalazłam ostatni list mojej Mamy. Wprawdzie nie był adresowany do mnie, ale wywołał falę uczuć i myśli. Swoiste tsunami mnie zagarnęło. I nie miałam wyjścia, musiałam się poddać. Udało się….I oto jestem, mokra, zmęczona, ale szczęśliwa, że już ląd i słoneczna plaża.

Oczywiście to wszystko tylko przenośnią jest, ale faktycznie stan mojego umysłu został owym listem uniesiony ponad codzienność. I to nie czas Zaduszkowy wpłynął ale ten list w zwykłej szaroburej kopercie. Miało być tylko o nim, ale cisną się tematy poboczne i jak wiecie, Kochani, nie mam odwrotu…..

Więc niech się snuje  nić opowieści  z mojej głowy,” kręć się , kręć wrzeciono…..”

 

Wybaczcie, że przychodzą do mnie wiersze, piosenki, ale tak jest i już….

Zdjęcie-0778.jpg 

 

 

Moja Mamo Kochana !

 

Pewnie jesteś zdziwiona tym tytułem, bo jak pomnisz, kiedyś pisywałam do Ciebie listy, ale czułości tam było tyle” co kot napłakał”, albo i mniej.

List zaczynał się konwencjonalnie, zwyczajnie : Kochana Mamo.

Nie nauczyłaś mnie innych ciepłych zwrotów,  bo i Ciebie ich nie nauczyli ci górale beskidzcy a Twoi rodzice, twardzi i pozornie obojętni.

Ale czy piękne słówka mają jakąś wartość? Teraz, po wielu wielu latach wiem, że mają. Im jestem starsza, tym bardziej rozumiem, że człek jest spragniony:  

 

„ miękkich gestów

czułych spojrzeń

ciepłych uśmiechów…” jak pięknie to ujęła Małgorzata Hillar.

 

 i wypada dodać, że człek jest też  spragniony słów dobrych i pięknych .

 

To jest dopiero pełnia życia.  Nie tylko zabezpieczanie bytu materialnego i „ wyścig szczurów” bez zatrzymania się w pędzie. Pełnia życia to radość z tego że jesteśmy, z każdego dnia który się obudził, ze słońca które leniwie idzie spać,  z ludzi dookolnych i cudów przyrody umajonych  urodą słowa i przytuleniem.

 

Przydługi ten wstęp, ale myśli wypływają same, jak nić z kłębka, który trzymasz na kolanach Mamo, i dziergasz sukienki dla moich córeczek a swoich wnuczek, czy jakiś sweterek….

I taki  właśnie wieczorny obrazek utrwalił Tata, gdy pstryknął zdjęcie w pewnym momencie życia. Na zdjęciu moje 10 lat,  zaczarowany krąg lampy na biurku i Mama. Otulone zmrokiem łapiemy ciszę. Ileż takich było wieczorów w Gorzowie przy obecnej Orląt Lwowskich. Jesteśmy razem, Mamo, tak jak wtedy….Tata zatrzymał dla nas czas…..

Czy można zatrzymać czas? Czy można nadrobić stracony czas? Wszystko można jak widać…..

 

Chcę nadrobić ten stracony czas , myśląc naiwnie, że się uda i piszę wyimaginowane listy . Często  listy w zaświaty…I tak jest dzisiaj….

 Kochana moja Mamo

 Lubiłaś pisywać listy.

 Dobrze pamiętam ten Twój stan namaszczony, poważny , nieobecny dla nas,

Widzę Ciebie, jak siedzisz w skupieniu wielkim przy stoliku w maleńkiej kuchence Waszego ostatniego mieszkania na warszawskim Żoliborzu.

A bardzo ruchliwy Tata chodzi wtedy prawie na paluszkach, by nie przeszkadzać, bo Mama pisze list. Mam ten obraz w sobie… na wieki wieków…

Zwracasz mi uwagę, by nie mówić w takiej sytuacji „ na wieki wieków”, bo nasz czas ziemski jest ograniczony. Masz rację,  pojechałam po przysłowiowej „bandzie” .

Ale może miałam na myśli zachowane zdjęcia i  zapisane nasze słowa. Słowa które ocaleją lub nie ocaleją. Kto to wie?

 

Kocham Ciebie Mamo…moja Mamo  jedyna….

 

 

Zdjęcie-0778.jpg

 

 

 

 

Opowieść Sylwestrowa ( 11).

Winogrady_60te.jpg

Stara pocztówka z netu. Trasa na Winogrady. Łagodność wzgórza wspinająca się ulica i tory tramwajowe , zabudowania Akademii Rolniczej, gdzie „Nurt” i nasza młodość zaklęta…..

 

 

Już sama nie wiem, czy od razu opowiedzieć o końcu znajomości  z T. czy popłynąć za dygresją, która się tłoczy i niecierpliwie tupie na klawiaturze …..Pewnie będzie i jedno i drugie, przeplatane . Bo nic się nie dzieje w pustce…

     Z T. spotkaliśmy się tak jak za pierwszym razem, przypadkowo. Wtedy, w tych Sylwestrowych Bierutowicach,  to był mój zawrót głowy. Teraz, po pół zaledwie roku tej niby znajomości nastąpiło coś zwykłego,  wyblakłego i obcego. Żadnych zachwytów zauroczeń Tamtym już nie było.

Przy wzrastającym pulsie budzącej się seksualności , wrażliwości emocjonalności i bóg raczy wiedzieć czego, potrzebowałam silnych doznań zawirowań i przeżyć.

A z T. to była wtedy mglista już przeszłość, dopiero  teraz, gdy już jestem babcią, pojawił się tamten czas obudzony i  rozjaśniony zachwytami . Dobrze, że Tamto , bierutowickie było takie. W czasie poznańskich spotkań z T.  zabrakło tamtej scenerii gór śnieżnych , światełek na zboczach i przenikliwych spojrzeń zamrożonego srebra gwiazd rozwieszonych na  naszym bardzogranatowoczarnym aksamicie nieba ,  zamrożonych księżycowych lśnień  kaskad górskich  strumyków. Wszystko zostało zamknięte w tamtych lśnieniach, tajemniczości …Jak w szklanej przezroczystej kuli, w której wnętrzu  góry i śnieg i lód i para młodych przytulonych nieśmiało która schodzi w dół pustego nocnego Karpacza….

.    Matura ( 1965) jednak była przełomem w moim  życiu, niezbyt wtedy uświadamianym sobie wejściem w dorosłość , dopiero widocznym z perspektywy półwiecza.

Czuło się , że czas nas niesie, stale do przodu, w nieznane, ale pociągające, nowe, ciekawe , inne.

    I w takim oto moim stanie ducha i rozkwitającego ciała był w Poznaniu kurs przygotowawczy do egzaminów na AM . Byłyśmy tam Lidką O. Nie przyjaźniłyśmy się w czasach LO, ale lubiłam Lidkę, bo była wesoła  i wyluzowana, taki brat łata z zachrypniętym niskim głosem. Była i nadal jest ładna. Szczupła buźka, regularne rysy, uśmiech i zgrabna figura. Lidka  zamierzała startować na medycynę raczej w Szczecinie, ale dowiedziawszy się, że jest taki kurs w Poznaniu , wybrała się ze mną.

Osiadłyśmy, jak już pisałam, na Winogradach i rozpoczęłyśmy nowe życie. Nasz ukochany nadwarciański wzgórzowopiękny Gorzów został tam gdzie był, ale my rwałyśmy do przodu, do wrażeń, przeżyć stale nowych . No cóż, niosła nas młodość dynamiczna i ciekawska.

Nie pomnę jak długo trwał ten kurs, chyba ze dwa tygodnie. To wystarczający obszar  czasu by  czegoś tam się nauczyć, poszerzyć bazę licealnych wiadomości z chemii, biologii i fizyki, ale przede wszystkim zadomowić w mieście. Nabrać wielkomiejskiego prawie studenckiego sznytu który także polegał na paleniu papierosów, do czego mnie namówiła Lidka . A może ja ją namówiłam, nie pomnę, bo przecież nikotynizm miałam w genach po babci Rodziewiczównie, która paliła od 16 roku życia. A działo się to w końcu XIX wieku. Nieważne, która zaczęła ten temat, bo w tym temacie, zresztą jak i w innych panowała pomiędzy nami zgoda i sztama. Tak więc, w 1965 roku,  na poznańskich Winogradach przeszłam inicjację palenia co w naszym pojęciu wysoce nobilitowało.

     Kolejnym moim pierwszym w życiu doświadczeniem były wypady do studenckiego klubu. Na to nie trzeba było namawiać, garnęłyśmy się tego innego życia, przyciągało jak magnes.  I wkrótce poza ( a właściwie przed ) nauką w czasie tego kursu przygotowawczego to  fajfy stały się dla nas najważniejsze.

    Teraz czytam, że  już w latach 20 i 30 ubiegłego wieku wymyślono i używano takiego określenia zabaw od” piątej po południu „ , ale ja usłyszałam tę nazwę po raz pierwszy. Owszem, mówiono, że młodzi się bawią na prywatkach, a starsi na dancingach . Samo  słowo dancing było dla nas staroświeckie i niemodne , „ myszowate”. Jawiło się jako ciemne zjawisko  zabawy  nudnych i  zepsutych  dorosłych .

Dla nas fajf miał smak wyzwolenia, szumu i zawrotu głowy młodością tudzież  wolnością .  

To archaiczne teraz dla młodych taneczne spotkanie można by porównać do dyskotek, ale różnica była ogromna, właściwie przepaścista. Fajfy były to spotkania kameralne, chyba kawiarniane, a nasze  odbywały się w klubach studenckich,

  Szybko odkryłyśmy z Lidką, że nieopodal naszego miejsca zakwaterowania, w tym samym kampusie, mieści się to miejsce wypełnione muzyką i tańcem.

Był to ” Nurt”. Sama nazwa była i nadal jest dla mnie piękna. Dynamiczna, ruchoma, szeroka, daleka, bezkresna, romantyczna. Zwiastuje podróż w słodkie nieznane …

Oczywiście zaraz tam pognałyśmy. Ale przedtem…

Całkiem niedawno Lidka mi przypomniała, jak się przygotowywałyśmy do naszego klubowego  „debiutu ”. Oczywiście okazało się, że pamiętałam, tylko gdzieś zagrzebane w pamięci siedziało. Uznawszy, że jesteśmy wyblakłe zaproponowała, że zrobi nam  makijaż. Poddałam się biernie, bo nigdy żadnego makijażu pomimo wprawdzie jeszcze nieukończonych ( bo przychodziły z końcem września) ale już 18 lat nie widziałam, nie doświadczałam, co świadczyło o moim opóźnieniu w rozwoju w tej dziedzinie. Wprawdzie filmy z Brigid Bardot czy jakieś westerny oglądałam w Gorzowie namiętnie, więc makijaże mogłam wypatrzyć ale niosła mnie wtedy fabuła, szeroki ekran zachwycał, zdjęcia, pejzaże, muzyka.

Lidka okazała się prawdziwszą kobietą niż ja. Wiedziała to, czego ja bidulka nie wiedziałam, że panuje moda na „ kociaki”. Już wtedy chyba nie mówiono na ładne młode” ale kociak”, chyba mówiono” ale babka” , a teraz „ ale laska”. A może już inaczej teraz mówią,  nie nadążam. Muszę wnuki zapytać. 

Wówczas to, w tych latach 60 ubiegłego wieku  było modne malowanie powiek na  tzw. kocie oko. Była to wyraźna, czarna krecha na górnej powiece zawijająca się w górę lub w dół ( w zależności od kształtu powiek) poza zewnętrzny kąt oka.

Tak więc Lidka, uznała, że należy przed wyjściem do Nurtu wykonać makijaż.  Oczywiście nie miałam  żadnych kosmetyków ( co teraz niewyobrażalne, bo malują się  nawet małe dziewczynki, są dla nich zestawy kosmetyków, ponoć nieszkodliwych ). Ale Lidka miała. Wydobyła niewielkie płaskawe wąskie pudełeczko, otworzyła. I ujrzałam w nim czarny kamień. Chyba jednak wiedziałam co to jest. Może widywałam u bratowej, starszej o kilka lat. Nagle Lidka zauważyła, że nie mamy pędzelka. Bo jak pomnę sposób używania takiego tuszu polegał na otwarciu pudełeczka, napluciu na kamień , który wówczas rozmiękał , rozmazaniu pędzelkiem  i naniesieniu na powiekę. Obie byłyśmy bezradne. Ale Lidka nie tracąc chwili do namysłu, bo już w klubie grali, wyjęła zapałkę, nadgryzła, pożuła i pocmoktała jej koniec, uzyskując rozczapierzenie końca. Po czym przystąpiła do dzieła.

Pomimo niejakich wątpliwości końcowego efektu oraz lęku, że wydłubie mi przy okazji oko, siedziałam jak trusia, grzecznie na krzesełku ( mam ten obrazek w oczach) i poddawałam się  zabiegowi , bo przecież chciałam być piękna i bardzo dorosła. Młodzi, gdyby to przeczytali albo by nie uwierzyli, albo tylko wzruszyli ramionami ale może najzwyczajniej zdziwili, że tak mogło być.

     Gdy uznałyśmy, że jesteśmy odpowiednio piękne wkroczyłyśmy do klubu. Ciasno tam było i byle jak. Ale chłopaki zerkały, bo na akademii rolniczej, do której należał campus na Winogradach chyba było  raczej  mało dziewczyn.

Albo po prostu zrobiłyśmy odpowiednie wrażenie.

Już ktoś prosił do tańca,  już wychodziliśmy na środek.

A śpiewał nam „ wschodzący” wtedy Niemen. Mawiają, że ten wczesny Niemen był mało ambitny, ale jakże przejmująco brzmiał jego głos, melodia i teksty tego co śpiewał mam w uszach, zresztą są i teraz  powtarzane w radio. Gdy słyszę te piosenki, mam ciarki i miękkość serca. 

Zaledwie przed 7 laty od naszego pierwszego fajfu,  Czesław przyjechał znad swojego Niemna, jako późny repatriant z tamtych stron które po II wojnie światowej  nazywały się ZSRR. Miał miękki wschodni akcent , z zapachem wiatru znad stron mojego Taty, melodie i teksty jego piosenek były liryczne, wpadające w ucho a raczej bezpośrednio do serca, budząc w nim tkliwość. Ponadto przy tej muzyce tańczyło się wspaniale. . Tak, po szaleństwach rockowych, po Majdaniec, krzykliwej choć teraz słuchanej przeze mnie z sentymentem Karin Stanek,  Niemen wprowadzał tajemniczy liryczny  spokój, piękne kołysanie….

Niemen był wtedy królem w tamtym moim Nurcie.

Już jakiś chłopak ciągnął za rękę na parkiet, już miałam położyć mu rękę na ramieniu, a on obejmował mnie  w pasie, bo tańczyliśmy w parach, gdy kątem oka dostrzegłam siedzącego w prawym narożniku Sali przy niewielkim stoliku. Kogóż, ach kogóż.

Najspokojniej w świecie siedział tam T. Może zasłuchany, może znudzony, daleki i obojętny. Tak charakterystycznie układał dłonie siedząc na fotelu, że zapamiętałam ten układ do tej pory. Nie bardzo wiem jak to opisać. Była w tym jakaś nonszalancja, niedbałość a może bezradność ( teraz mi przyszło to określenie ). Jednym słowem ten układ Jego rąk spowodował, że niepokoiłam się  o dalsze jego losy. Niepokoiłam się oczywiście wtedy, gdy nagłe przypomnienie przychodziło. Ale przyznam, że było to bardzo rzadko i nie jakieś spontaniczne, ale celowo  wywołane,  tak jak teraz,  po pół wieku. .

Widząc T,. zostawiłam chłopaka na parkiecie i z radością rzuciłam się w kierunku T. Popatrzył, poznał chyba, wstał leniwie i poszliśmy tańczyć.

Tańczyliśmy.

Niemen śpiewał rzewnie.

Nic nie czułam.

I pewnie T. podobnie….

Potem inni chłopcy porwali mnie do tańca, a T. został albo wyszedł. Nie rozglądałam się, nie szukałam, nie wodziłam tęsknie wzrokiem, bo tęsknoty we mnie nie było.

   Ale jednak coś zostało z tamtego czasu, może tylko tam zostawiona cząstka młodości, nastrój Nurtu i tamten Niemen. Gdy zapraszał do” Baru pod papugami „ czuliśmy egzotyczny klimat tego baru, gdy śpiewał „ Czy mnie jeszcze pamiętasz” niczego nie czułam poza rzewnością, bo o nikim tak nie myślałam . Nie potrzebowałam, by ktoś pamiętał, wspominał. Życie pędziło do przodu, tylko do przodu, bez oglądania się wstecz.

Nawet „ Choć  czas jak rzeka” , najbardziej ukochana przeze mnie piosenka Niemena wówczas nie prowokowała do jakiś głębszych myśli. Kto w bardzo młodych latach zastanawia się nad upływem czasu? Dopiero teraz, a może od czasu pełnej dojrzałości, od czasu wchodzenia w wiek średni , gdy nagle usłyszę tę melodię, wraca tamto. I gdy samotnie  ( uwielbiam samotne wędrówki), przybywam  nad  mój Bug, patrzę na jego szybko płynące wody, zawsze wraca tamten Niemen i słyszę jak śpiewa:

 

„….Choć czas jak rzeka, jak rzeka płynie,
Unosząc w przeszłość tamte dni…”

…. i kołyszę się w ramionach jakiś chłopaków, których już nie pamiętam i jestem w klubie na Winogradach, moim pierwszym.

      Kto wymyślił  nam tamten czas, śnieżnobiałe Pierwsze Zauroczenie, Poznań ,  zielone wzgórza na które się wspięły Winogrady z szaroburym studenckim klubem o jasnym proroczym imieniu „Nurt”. I dziewczyny w nim, które w tym „Nurcie” z nurtem swojego życia płynęły, dziewczyny świeże jak pierwsza trawa, jeszcze zielone ufne, ale już z mocno wymalowanymi powiekami. I ktoś kołysał je muzyką i znamienne słowa Niemena dobierał .

 

       Nie wiem kto To wymyślił , nazwał , poukładał tak , żeby było Pięknie…..Najpiękniej….

 

Zdjęcie-0112.jpg

Nad Bugiem….

Świat się uśmiecha

 

Napisałam ten tekst wczoraj wieczorem, ale ponieważ jeszcze dzień się nie skończył a uśmiech trwał nie chciałam zapeszać więc dotrwałam do dzisiejszego świtu. I oto jestem z moim pisaniem i Wami, kochani…..

 

SAM_3050.JPG

 

SAM_3054.JPG

Piątkowy wieczór przed michałowickim domkiem. Na pierwszym daglezje i furtka i śnieg oczywiście, także na obiektywie chyba….

 

 

Jeszcze wczoraj było szaro na mojej ulicy Szarej. Myśli kłębiły się w głowie niespokojnie,  wątpliwość pytajnikową przynosiły taką:  po co piszę ten blog i wielokrotnie otwieram drzwi do przeszłości gdzie śpi młodość mojego starego serca. W dodatku zapraszam tam  innych.

Przychodziło smutne myślenie, że komuś się to nie podoba, bo moja gorzowska przyjaciółka gonia milczy jak zaklęta a  stary przyjaciel tak napisał  pod ostatnim tekstem blogowym , że się  zadumałam. Skopiowałam ten komentarz , nie poprawiając literówki z szacunku dla siwej mądrej głowy :  „ Napisałem pamiętnik ale nikt nie czyta,. O uczuciach nie , bo jestem starej daty . Ale teraz wszyscy piszą o sobie, prawdę czy nie to inna spaprawa”.

    Jednym słowem gdy wczoraj mnie odwiedził pan Nastrój był zdecydowanie w złym humorze którym mnie poczęstował . A że nie przepadam za takim stanem i za długo to trwało a w dodatku wsysało jak dawne bagniste Podlasie ( niestety teraz osuszone – przykrość) , aż w końcu zdecydowałam , że trzeba „ wziąć byka za rogi” i rozpocząć samoobronę.

Na ratunek przybył pewien  Promyk, przechowywany przeze mnie w sekretnym miejscu komputera. I gdy sobie o nim przypomniałam, wydobyłam i wyobraźcie sobie, że się udało! Szybko wylazłam z dołka. To jednak dobra metoda znaleźć i otworzyć się na coś miłego.

Tym Promykiem był liścik od mojego wnuka.

A zaczęło się tak :

Przed kilkoma dniami mojej  czwórce  wnucząt ( tylko tej najstarszej, bo pozostała czwórka z racji przedszkolnopierwszoklasowego wieku nie została objęta „ badaniem” ) zadałam następujące  pytanie  w ich indywidualnych kontach fejsbukowych :  

„ Czy przeczytałaś ( -eś ) moje teksty w blogu zatytułowane  ” Opowieść Sylwestrowa” . Ciekawa jestem czy Wy, młodzi też tak mieliście? czy obecne czasy drapieżne, brutalne nie zabierają Wam uroku pierwszych fascynacji?”

Wszyscy karnie J odpowiedzieli, że przeczytali i dalej było tak : Trzy wnuczki w wieku nieco ponad 20 lat pytania napisały tylko :

Piękne, albo Bardzo fajny blog, albo Super się czyta i tyle. Bez odpowiedzi na drugą część pytania. Nie byłam rozczarowana , bo ich życie szaleńczo biegnie do przodu, praca studia, są w związkach, jednym słowem gdzie im do wspominania tego co było. Rozumiem, bo też tak miałam.

I tu pojawił się Promyk, który przepędził mojego gościa jakim był Zły Nastrój. To był  liścik od najstarszego wnuka, który z powagą swojej piętnastej wiosny życia rozwinął temat. Tak  odpowiedział na drugą część mojego pytania :

„ Babciu , na pewno sylwestry w tych czasach nie są takie same . Nie ma już  potańcówek na parkietach tylko raczej w domu imprezy . I na pewno nie ma takich uroków jakie były w twojej opowieści … i raczej na imprezach (przynajmniej w tym wieku ) zna się wszystkich i nie ma efektu „Wow ale super dziewczyna” . Więc trochę nie wiem jak mam porównać jak wy się bawiliście a jak my bo to też różnica wieku . Ty tam byłaś ( w tych Bierutowicach- mój przyp. )w wieku 17 lat a ja mam 15 a to w tym czasie 2 lata to dużo … I na pewno kiedy pójdę do liceum sylwester będzie inny niż teraz bo wtedy będzie efekt „Wow” ….” . 

To był balsam na moje serce, że ten chłopak jest Taki. Niby tylko zajęty fruwaniem z kitem nad Bałtykiem, meczami siatkarskimi ( I liga młodzików!) i pewnie nauką i prywatkami o których sam napisał ,  a tu odpowiedź budzącego się  Mężczyzny . Tak trzymać mój kochany M.! , mądrze i dojrzale. Ładny jesteś chłopak i miły , ale mam też nadzieję, że potrafisz rozmawiać ze swoim Zauroczeniem a nie zaniemówić w takiej sytuacji jak kiedyś Twoja siedemnastoletnia babcia. Wszak rozmowa jest człowiekowi potrzebna jak powietrze.

   Tak oto poczułam smak uroku bardziej intymnego kontaktu z wnukami i upewniłam się, że jednak warto było wrzucać te moje wspominki sercowe do tego blogu. Nawet nie zauważyłam , gdy  Zły Nastrój pospiesznie opuścił progi naszej chałupki..

    Gdy zasiadłam do pisania, nagle wszedł  niespodziewany i bardzo kochany  Gość z zaświatów. To był Jan. Jakże się ucieszyłam z tej wizyty. Jeszcze czuję jego oddech na ramieniu, gdy czyta ze mną ten tekst . Nasz niebanalny Jan ze swoim nieodłącznym szczerym szerokim uśmiechem, który  bardzo rzadko odwiedza starczą twarz. Moja Mama mówiła, że Jan szczerzy zęby. Ale Jemu i oczy się śmiały. O Janie dużo już napisałam  w posłowiu do jego blogowego  pamiętnika .  Jan, to mój teść, nauczyciel, sybirak, który pomimo wielkich trudów życia zawsze kochał młodzież i miał ze swoimi uczniami serdeczny  kontakt . Odwiedzali go w domu, już byli już dorośli , z rodzinami, chcieli pokazać swoje dzieci. Byłam tego świadkiem. Potwierdzali to,  co wiedziałam od zawsze.  Poza normalnymi lekcjami dużo  rozmawiał z młodymi (i chciał też z nami ale niestety nie byliśmy wtedy dojrzali do takich rozmów) o uczuciach, ba  nawet o seksie. Jakaż to była  otwarta i  nowoczesna  głowa jak na  pruderyjne 80 lata ubiegłego wieku!

    I tak powoli mijał wczorajszy dzień trochę szary a potem mniej szary na naszej michałowickiej ulicy  Szarej . Wszystko to,  co napisałam powyżej spowodowało, że szarość zniknęła i niespodziewanie  dziwnie pojaśniał też wieczór . Początkowo niepostrzeżenie , bo pomimo tego  , że lubię spoglądać przez okno nie zauważyłam co się dzieje. Trzy opasłe świeżowypożyczone z biblioteki książki nie wiedząc którą wybrać,  odłożyłam. Bo kątem oka zauważyłam , właściwie trudno było nie zauważyć, bo dźwięk  był ustawiony nieomal na maxa ( no cóż, bywa, że  słuch szwankuje, a tak ma teraz M.) że właśnie  rozpoczął się mecz transmitowany na Polsacie. Ekscytujący mecz piłki ręcznej Polska Serbia. Mecz trwał, a ja znowu odpłynęłam  w przeszłość. Piłka ręczna, toż był to mój szczypiorniak, nawet mam w dłoniach zapamiętanie tej stosunkowo niewielkiej piłki z jej delikatną bo skórzaną skórką . Co prawda wolałam koszykówkę,  tzw.  kosza ale patrząc na szczypiornistów od razu zapachniało mi  moim Gorzowem, Zawarciem, dużym boiskiem przylicealnym  w pięknym parku wiodącym do nietypowego wtedy w kształcie, bo okrągłego, Kościoła przy ul. Grobli. Kościół kościołem, ale najważniejszy był pobliski mu sklepik. Mieścił się w starej, oczywiście poniemieckiej chyba przetrwałej wojnę i powojenne sowieckie spalenie niewysokiej kamienicy. Wchodziło się po ciasnych schodkach. A w zaczarowanym zapachami wnętrzu  sprzedawano gorące drożdżówki. Och te drożdżówki o smaku zapamiętanym na zawsze,  kupowane po meczu i zjadane w pędzie by zdążyć na następną lekcję…

         Dopiero późnym  wieczorem zauważyłam, że obudziła się Pani Zima i stąd owa niespodziewana jasność wieczoru. Widać  lubi ona bezsenne  pracowite noce, bo pod jej kierunkiem  Chmurzaści  Podwładni  uwijali się gorliwie. I wkrótce nieśmiały pojedynczopłatkowy śnieg rozwinął się w prawdziwą zadymę.

Wyszłam tedy zwyczajowo przed dom. Błogosławiony ten podwarszawski domek który nam wyrósł na starość. Ponad 30 lat niewoli spędzonej na 8 piętrze żoliborskiego wysokiego bloku upoważnia mnie do  takiego sformułowania jak w poprzednim zdaniu. Tu mogę wychodzić przed domek, kiedy tylko zapragnę. Tylko jeden schodek, bo tak chciałam , dzieli mnie od ziemi i mam przed sobą mazowiecką równinę , melancholijną wprawdzie, ale przerywaną radośnie drzewami rosnącymi jak na przysłowiowych drożdżach. Takie mi przyszło porównanie, bo właśnie w domku kończy się program maszyny do pieczenia chleba i otacza nas zapach nieporównywalny z innymi na tej ziemi-  zapach  świeżo upieczonego chleba- szkoda, że nie mogę Was poczęstować.

      Późnowieczorny wczorajszy wiatr wspomagał jak mógł zadymę .

Stałam na ganku i patrzyłam na ten pierwszy wielki śnieg 2016 roku. Jeszcze czuję na twarzy wczorajsze jego drobne, ale gęsto pędzące z wiatrem , lepkie i zimne płatki.

Potem nagle ciemna cisza nastała  z lśnieniem bieli na przydomowych drzewach, bieli narastającej i coraz bardziej wszechogarniającej.

Pomimo porannych szarości Szarej i odwiedzin Złego Nastroju a także  późniejszych emocji meczowych razem z tym śniegiem przyszła spokojna noc.

              A rano , rano już cały Świat się uśmiechał…. 

 

SAM_3083.JPG

 

SAM_3077.JPG

 

SAM_3082.JPG

 

SAM_3085.JPG

 

SAM_3089.JPG

Mój michałowicki uśmiechnięty porannosobotni świat . Tak wygląda ul. Szara zaledwie 15 km od PKiN. I ganek i daglezje, które nam niespodziewanie wyrosły, bo przed 10 laty miały chyba 80 cm wzrostu.

 

 

Na marginesie Opowieści Sylwestrowej (6)

ja tyłem, ew awatar.JPG

 

 

 

Kochani, wiem, że czytacie to co wypisuję. Dzięki za maile w których swoje podobne wspominki wrzucacie. Miło, że mamy tak samo. Czas wszystko wybiela, uszlachetnia nawet, a wydarzenia z przeszłości, jeśli zostają w pamięci , oglądane  z dalekiej nieomal kosmicznej perspektywy są zwykle piękniejsze niż naprawdę były.

    Żyłam w wielkim pędzie, nie było czasu ale i potrzeby, by oglądać się do tyłu. Wszystko się działo tu i teraz i stale otwierało się nowe jutro. Studia, potem  stałe dokształcanie się , prace naukowe, doktorat, jakieś programy badawcze, ponad 20 kilometrowe dojeżdżanie z Żoliborza do CZD w Międzylesiu dwoma lub  trzema środkami komunikacji. Często nie dawało się wsiąść do sławetnej F , pospiesznej linii autobusowej wtedy tak nazywanej bo już z Woli jechały tłumy cuchnące czosnkiem , „ wczorajsze”.  I tak było przez  moje ostatnie 25 lat pracy. Tam już czekali pacjenci, bo dojeżdżali z daleka i pociągi wyrzucały ich na warszawskie dworce, potem ładowali się  do autobusów, z tobołami, bo trzeba było ciuchy jakieś zabrać, jedzenie , leki dla dzieci.

Dzielni rodzice małych moich pacjentów, wiele matek powinno zostać świętymi, bo często tatuś nie wytrzymywał choroby czy niepełnosprawności swoich dzieci, trudów z nimi życia, nie mógł patrzeć, że potomek  i opuszczał rodzinę. Tu pozdrawiam rodziców Czarka i Michasia Ś. Słów brakuje, by Ich nazwać. Dzielni, to za mało. Dziękuję Im za pamięć, za piękne kartki z życzeniami na wszystkie okazje, o pamięć hodowaną przez ponad 10 lat . Cóż mogę im napisać. Żadnych słów pocieszenia bo nadziei nie ma . Tak więc wysyłam kartkę z widoczkiem Warszawy i życzę im Siły….Tylko Siły…

Tak więc żyłam  sprawami pacjentów  ich życiem , myśleniem o nich.

Równolegle  toczyło się moje . Rodzina, czworo dzieci, dom czy wreszcie czas kradziony na teatry, kina, czasem książki beletrystyczne i jakieś podróże. Gdy myślę o tamtych  czasach, to wydaje mi się, że oglądam życie innej kobiety, która to dźwigała i dała radę.

   Teraz pełen luz emerycki, czasem opieka nad wnukami, spokojny ogląd dookolnego świata i pora zaglądania do przeszłości. Tak mi przyszło, dane mi było dożyć tego wieku i Wam kochane Wnuki tak przyjdzie, kiedyś, za dziesiątki lat….życzę Wam tego, bo to fajny okres w życiu. Spełnienie , spokojne oczekiwanie na koniec życia. Ale wspomnienia ratują przed myśleniem o końcu, przed lękiem. Tak więc pielęgnujmy wspomnienia, niech w nas żyją, rozkwitają nawet. To bezpieczne… i dlatego piszę sobie i Wam , snuję te opowieści z przeszłości o kolorach uczuć….takie pisanie pomaga ….

 

Opowieść Sylwestrowa ( 4)

Dzisiaj przed świtem jeszcze, wyszłam przed domek. Mróz wielki panował a na ciemnym niebie jeszcze lśniły gwiazdy. Pomyślałam, że jest tak jak wtedy. Nic się nie zmienia, tylko nas już tamtych nie ma. I wtedy przyszło do mnie pytanie.  Dlaczego opisujesz to, co było tak dawno, że nieprawdą się zdaje? I przyszła też odpowiedź: dla siebie piszesz, by utrwalić tamten czas i  zamknąć tamte wspomnienia. Ale też dla wnuków piszesz, by wiedzieli że ich babcia , co dziś jest zupełnie niewyobrażalne, była kiedyś zwykłą dziewczyną. Może taką jak oni, może trochę inną bo świat się zmienia. I wracam do moich siedemnastu lat. lat niewinności i pierwszych wzruszeń serca…

 

Leśny Zamekzimastare.jpg

Pocztówka z netu. Sudety-Karkonosze. Śnieżka po prawej,Leśny Zamek gdzie  przed pół wiekiem przyszło do mnie pierwsze oczarowanie. Jedyne takie….

 

Nad ranem wyszliśmy z Leśnego Zamku , a On mnie odprowadzał. Byliśmy sami, tylko my, nie wiem gdzie się podziała reszta moich kolegów. Szliśmy bardzo wolno pod wielkim bardzo rozgwieżdżonym niebem, po skrzypiącym śniegu obok zamarzniętych przejrzystych kaskad potoku, w których odbijało się  światło księżyca, wśród migotliwych srebrnych lśnień, i gwiazd zawieszonych daleko i szeroko na czarnej sukni  nocy. Byliśmy sami pod tym niebem, zamknięci jak w zaczarowanej szklanej kuli.  

Objął mnie ramieniem jak później nikt. Pewnie potem też tak bywało z kimś innych. Ale to był ten pierwszy raz. Siedemnastoletnie moje zauroczenie. Co kilka kroków stawaliśmy przytulając swoje twarze i całował mnie, ledwie dotykając ust. Nie czułam żadnej namiętności, motyli w brzuchu, nawiasem mówiąc nie bardzo wiem jak i co się wtedy czuje, galopady serca ani porywów szaleńczych nie było. Było  tylko nieznane mi jeszcze piękno bliskości  i spokój.

Był też spokój i przejrzyste lodowate piękno przyrody, gór śniegiem zasypanych ze Śnieżką zadumaną, z nitką  wijącej się szosy i zamarzniętych strumyków, i łagodnie spływającego z gór nocnego Karpacza . I tej ciszy i tego piękna i tamtych pocałunków, które trudno nazwać pocałunkami nie zapomnę. Wracają do mnie , już stareńkiej tamte dni jako coś bardzo pięknego dziewiczego, jedynego w życiu…..

 

Opowieść Sylwestrowa (2)

 

LeśnyZamekStarezimaNiemieckie.jpg

Pocztówka z netu….Leśny Zamek w Bierutowicach,,,widok z trasy do Świątyni Wang. Niewidoczny Karpacz w dole….

 

 

 

Karpacz powitał nas kopnym śniegiem wielkim mrozem i pokonał urodą. Był i jest położony w Sudetach i wspina się przez wiele kilometrów po ich zboczach, co stanowi widok malowniczy. Jego górna część w tamtych latach była zwana Bierutowicami.

Zamieszkaliśmy w jednym z domów wczasowych mniej więcej na początku Bierutowic i codziennie łaziliśmy w górę, a to do Świątyni Wang, a to na Śnieżkę i jeszcze nie wiem gdzie. Przechodziliśmy obok wyniosłego, widocznego z dołu obiektu, Leśnym Zamkiem zwanego. Zbocze nad którym górował oglądane z szosy spod naszego locum, było łysawe, ale teraz pokryte skrzącą śniegową pierzyną było urokliwe a pojedyncze świerki ubrane w śnieżne kombinezony przypominały tajemnych ludzi z kosmosu . Szosa biegła serpentynami a my szorowaliśmy buciorami po zlodowaciałym śniegu odkrywając małe strumyczki biegnące zboczem, które siłowały się z mrozem by nie zamarznąć. Szumu było przy tym co niemiara a i lśnień soplastych moc. Bo i słońce było z nami.

Jeszcze wtedy nie myśleliśmy, że napotykane obiekty zaprojektowali Niemcy i oni byli tu wieloletnimi mieszkańcami.

Takich myśli nie mieliśmy, ot, po prostu wszystko było  nasze. I góry z łagodnymi wierzchołkami i słońce i mróz i śnieg i nasza była młodość. Wtedy niedoceniana, właściwie nieuświadomiona.

Dopiero teraz czuje się jej smak. I dobrze że dopiero teraz czuje się jej smak. Że los dał, by można jeszcze czuć smak młodych lat, nie zatarł tamtych wrażeń w pamięci. Łaskawy los….