Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 11 ). Kazimierz Petrykowski ( Kajtek ) stale obecny w naszej pamięci….

 

 

 

Wahałam się, czy dziś zamieścić tylko opowieść   Leszka – bo jest dość obszerna – ale zdecydowałam się na dwugłos.  Głównie  z powodu, że chciałam dać nasze wspomnienia  w jednym wpisie, gdyż prawdopodobnie wyszukiwarka internetowa poda tylko jeden adres, gdzie można znaleźć Kajtka 

Mój głos jest zwykły, sztubacki ale Leszka bardzo głęboki – nie tylko przedstawia On studenckie życie, ale też wielość zainteresowań – ciekawych pasji – a na przykładzie Kajtka i Andrzeja objaśnia mechanizmy zniewalania ludzi w czasach „ komunizmu „  …. chyba ponadczasowe….

 Więc będziemy tu razem Leszku, ok ?

Tym bardziej, że spotkaliśmy się po 50 latach z Tobą, Jurkiem i Mariolką – i okazało się, że nadal jesteśmy wielką rodziną młodych  studentów, którzy startowali w 1965 roku w trudne ale i piękne życie z Medycyną . Działo się to w naszej Alma Mater, czyli   poznańskiej Akademii Medycznej .

Dziś wiemy, że  w cudowny sposób zachowaliśmy młodość, wzajemne sympatie, porozumienie dusz  i  wiele wspólnych  wspomnień….

Gdy w 2011 roku rozpoczęłam moją blogową przygodę, zapisując różne historie rodzinne oraz wiele innych , zależnie od nastroju – w 2012 roku dotarłam do czasów poznańskich.  Wspomnienia te są zawarte w rozdziale , któremu nadałam tytuł Na medycznej ścieżce . Przypominając  kolegów ze studiów  nie mogłam pominąć Kajtka.

I teraz kopiuję tę opowieść. Podawałam ją wtedy  w krótkich odcinkach –  bo rodzinka jak to teraz  mają młodzi –   wolała takie –   a potem oddam głos Leszkowi, którego wspomnienie z  wielu podanych powodów – jest ciekawe i  ogromnie fascynujące – tak wielce, że czyta się jak kryminał i  mogłoby być scenariuszem do filmu …..

 Opublikowane w Lipiec 13, 2012 przez Zofia Konopielko

Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich- Kajtek

Kajtek. Był naszym kolegą  z roku. ( studia na poznańskiej Akademii Medycznej w latach 1965 – 1971 – moje do 1968 bo potem Warszawa ) . Spotykaliśmy na korytarzu przed zajęciami z anatomii, ale nie przypominam sobie dokładnie w jakich okolicznościach go poznałam. Teraz, po latach wiem, że przez Leszka, z którym miałam szczęście być bliżej . Właściwie obaj Chłopcy nieomal się zdawali Jednością – tak bardzo podobni – może niezupełnie fizycznie – ale ten sam temperament, wielka inteligencja, radość życia , empatia , wielość zainteresowań i potrzeba integrowania wszystkich . 

Był niewysoki, dość masywnie zbudowany, wiecznie radosny , tryskający energią i wielką zaraźliwą siłą ducha.

To on był naszym prowodyrem, ojcem duchowym szaleństw.  Tworzyliśmy wtedy paczkę kumpli.

Użyłam określenia – szaleństwa. Uśmiecham się teraz do tych wspomnień z przeszłości. Jakież one były niewinne a ile dawały niezapomnianej dziecięcej radości .

Na przykład jednego dnia Kajtek rzucał hasło- na Kiciusia !!!

Więc po zajęciach rzucaliśmy się gromadką do drzwi wyjściowych z Collegium Anatomicum. Był zwykle późny wieczór.

Szliśmy ulicami Poznania, podziwiając jak pięknieje miasto w rozpalających się światłach. Trasa była dość długa, może ze 2-3 km.

Przemierzaliśmy jedną z głównych ulic zwaną wtedy Armii Czerwonej obecnie Św. Marcina i docieraliśmy do Kiciusia.

Był to niewielki bar, położony po lewej stronie ulicy, idąc w kierunku Starego Miasta.  Ulokowany  na parterze wielkiej kamienicy stanowił  w naszych latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia nowy element w krajobrazie miasta.  Miał lśniące wielkie szyby i wyraźny napis- Kiciuś. Nie było tam alkoholu a jedynie wyroby cukiernicze. Jednak największym hitem w tamtych czasach były cocktaile mleczne. Dla nas to była niezwykła nowość,  wielka pycha z pianką. Oczywiście zajmowaliśmy kilka stolików , zamawialiśmy coctaile. Czekaliśmy łykając ślinkę i gadaliśmy. W ogóle nie zapamiętałam naszych rozmów, ale nastrój był wesoły a nawet wesołkowaty. Musieliśmy odparowywać ciężkie doznania nauki anatomii, ponure sekcje i wydalić z siebie odór formaliny, którym nasiąkaliśmy w Anatomicum.

Po bardzo wielu latach odwiedziłam Poznań. Nie miałam nadziei, że Kiciuś jeszcze „żyje”. Wokół tyle się zmieniało,  przyszły nowe inne czasy.

Ale nie dowierzałam własnym oczom, gdy ujrzałam Kiciusia.  Był  i czekał jak zwykle.

To niesamowite uczucie, gdy się odnajdzie dowód , nawet maleńki , na to, że jednak nie wszystko przemija….

Opublikowane w Lipiec 15, 2012 przez Zofia Konopielko

Na medycznej ścieżce. Kajtek i filharmonia.

I jeszcze o naszych czasach z Kajtkiem. Ten chłopak nie mieścił się w żadnych ramach, jego impulsywna osobowość burzyła się jak piwo niecierpliwie nalewane do szklanki, wypływała na zewnątrz, zagarniając nas bez reszty. Proszę mi wybaczyć to porównanie, ale właśnie tak wspominam te młodzieńczo szalone lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku…

Kiedy Kajtek rzucał hasło – dzisiaj muzyka, wiedzieliśmy, że czeka nas uczta w Filharmonii. Koncerty filharmoniczne odbywały się w Auli Uniwersytetu Poznańskiego. Docieraliśmy tam jak zwykle per pedes, zatapialiśmy się w tłum bardzo eleganckich mieszkańców Poznania. Mieliśmy na sobie zwykłe łachy codzienne, nieustannie nosiłam  kraciastą albo burozieloną luźną koszulę, w której zatracałam osobowość żeńską a stawałam się zwykłym sztubakiem o charakterze uniseks. Czasy zresztą był zgrzebne co odpowiadało mojej osobowości, bo nigdy nie lubiłam się stroić.

Opublikowane w Lipiec 19, 2012 przez Zofia Konopielko

Na medycznej ścieżce. Muzyka i Kajtek.

Gdy przekraczaliśmy próg Filharmonii, zagarniał nas wielki świat. Już nie baraszkowaliśmy jak zwykle, ale poważnie zajmowaliśmy miejsca na parterze ogromnej wielkiej sali.

I była tylko muzyka. Tam słuchałam jak gra i oglądałam piękną młodą dziewczynę z długimi, kruczoczarnymi włosami, odkrycie w świecie muzycznym, która nazywała się Martha Argerich. Ileż minęło już lat, a ona stale koncertuje. I nadal jest piękna,  może tylko trochę inaczej…

Po koncertach Kajtek  zrywał się z miejsca i inicjował spontaniczne wielkie wszechogarniające brawa. Potem pędziliśmy za nim za kulisy. Tam jeszcze raz gratulował artystom i prosił o autografy. Wcześniej zaopatrywaliśmy się w programy. Ustawialiśmy się za Kajtkiem grzecznie w kolejce po upragniony podpis światowych sław.

Muszę zajrzeć do naszych programów teatralnych zbieranych przez Mirka i schowanych w tekturowej walizce z dawnych czasów. Leży ona w pawlaczu szafy w naszej nadbużańskiej posiadłości, w Gulczewie. Może znajdę tam program sprzed ponad 40 lat z podpisem  wielkiej pianistki, może nie, nie wiem…

Opublikowane w Lipiec 21, 2012 przez Zofia Konopielko

Na medycznej ścieżce. Wielka pianistka i przepiękna kobieta – Marta Argerich

Z koncertów filharmonicznych w czasach poznańskich ( 1965-1967)  najlepiej zapamiętałam niezwykłą,  dynamiczną przepiękną pianistkę – Martę Argerich.

Od czasu, gdy widziałam ją na scenie i słuchałam jak gra, minęło już tyle lat. Od tej pory sama zmieniłam się tak bardzo, że trudno było mi uwierzyć, że ta pianistka jest nadal w tak świetnej formie. A ona jest aktywna, stale występuje, niedawno koncertowała w Warszawie.

Niestety, nie byłam na jej koncercie, ale bratowa mojego męża – Grażyna zdała mi relację z tego wydarzenia. Obejrzałam też fragmenty w telewizji.  Marta Argerich zachowała młodzieńczy temperament i znakomitą technikę gry.  Zachwycała wszystkich urodą , piękną sylwetką . Była młodzieńcza , szczupła, gibka, elastyczna  jak kiedyś. Jedynie kruczoczarne włosy zamieniła na  burzę siwych . Po prostu jest zjawiskiem …

 Zachowałam ją w  pamięci jak  piękny element mojego snu. Mojego młodzieńczego, snu o pierwszych nasyconych wrażeniami, latach studenckich .

I tak wędrując teraz w wyobraźni moimi poznańskimi ścieżkami spotkałam Ją, Wielką Damę czarno białej klawiatury.( tu następuje opis jej sylwetki , którego już nie podaję )

Dziękuję Ci, Kajtku za to, że pokazałeś mi świat wielkiej  muzyki – bo grałam na pianinie, słuchałam radia, ale na koncertach zaczęłam bywać za Twoją sprawą . Na pewno mnie słyszysz , choć pewnie już nie pamiętasz – jak większość kolegów z poznańskich studiów….

Powtarzam się, ale muszę, bo to ważne – dobrze się stało, że spotkaliśmy się z Jurkiem, Leszkiem i Mariolką po 50 latach – i jesteśmy teraz tu, zjednoczeni wspomnieniami …..

Leszku, a teraz Twoja kolej, opowiadaj – jak napisałam we wstępie – to – co i jak opowiadasz jest gotowym scenariuszem do filmu – nie tylko biograficznego ale też historycznego a zarazem kryminalnego  :

Leszku !!!! dałam swoje podtytuły –  jeśli się nie zgadzasz – napisz – wprowadzimy korektę wg Twojej woli !!!!!!!!!!

 KAJTEK ( KAZIMIERZ !) PETRYKOWSKI

 Wszyscy pamiętamy naszego pierwszego i najlepszego starostę Roku wybranego już w październiku 1965 roku.( nie ujmując koledze Ratajskiemu i naszej obecnej miłościwie nam panującej starościnie Alicji Kaczmarek).

Wszyscy Go pamiętamy jako faceta żywiołowego, zawsze pogodnego, rozwiązującego łatwo wszystkie problemy. Faceta który był autentycznie dla wszystkich życzliwy i który na pewno nie miał wśród nas wrogów. Tragiczna samobójcza tajemnicza śmierć nas wszystkich zaskoczyła. Nie mówi się o sprawach tajemniczych i niewyjaśnionych. Chciałbym o Kajtku napisać trochę moich wspomnień i może rzucić światło na Jego tajemniczą tragiczną śmierć.

NASZ KOLEGA ANDRZEJ HYŻY

   Zacznę niestety od Andrzeja Hyżego – bo to z Nim wiąże się tragiczna śmierć  Kajtka. Gdy po spraniu mnie po gębie przez Olę odszedłem z grupy 15-tej, przeniosłem się do pierwszej, gdzie był Andrzej Hyży. Uzyskał On 120 punktów na egzaminie wstępnym i dla mnie był wzorem niedoścignionym. Wówczas, ale nie po śmierci Kajtka. Dlaczego był wzorem tylko wtedy, to później. Na drugim roku razem z Andrzejem zaczęliśmy równolegle studia na Uniwerku na chemii. Mi przeszło po kilku miesiącach, ale Andrzej dociągnął do końca i też przerwał.

DYSKUSJE O LEMIE

   Prawie cały czas do śmierci Kajtka chodziliśmy we trójkę  z Andrzejem między Obozową i Gospodą Targową na Grunwaldzie, gdzie obaj najpierw osobno  potem wspólnie mieszkali. Dyskutowaliśmy o Lemie i gdy ja się zatrzymałem na „pilocie Pirxie „,  Oni przedstawiali wyższość „Dzienników znalezionych w wannie”.

O ZAANGAŻOWANIU POLITYCZNYM

Przed śmiercią Kajtek mieszkał w jednym dwuosobowym pokoju z Andrzejem, co było rzadkością. Kajtek nigdy nie angażował się politycznie, a  Andrzej wciągnął  mnie do ZMS ( skrót od nazwy  Związku Młodzieży Socjalistycznej – przyp. Z. K. )i nawet organizowałem Studencki Ośrodek Dyskusyjny. Gdy nie chciałem podpisać tzw. „deklaracji potępiającej   wichrzycieli i młodzież  bananową”  przyniesionej z KW PZPR ( Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej –  która zresztą z prawdziwymi robotnikami nie miała wiele wspólnego – przyp. Z. K. ) przez szefa ZMS   tow. ?Piszczka. Nawet Andrzej nie mógł mnie obronić, bo mówił mi że „taka jest teraz potrzeba”. Niech mu tam.  Zostałem usunięty z ZMS-u.  Po wyrzuceniu nie chciano mnie puścić na praktykę do Anglii. I tak w końcu pojechałem bo Marek Lehmann zrezygnował na rzecz Szwajcarii a nikogo innego z angielskim nie mieli.

                  Dlaczego ten długi wstęp?. Andrzej był członkiem miłościwie wówczas panującej przodującej siły Narodu ( tak nazywano oficjalnie i a przez ogół ludzi – prześmiewczo –  PZPR – przyp. Z. K. ) .  Andrzej Hyży był głęboko przekonany o słuszności idei. Po Marcu 1968 roku moje kontakty z Andrzejem się rozluźniły, ale nadal w pewien sposób szanowaliśmy się.

                  Tak długi wstęp do Kajtka był potrzebny,  żeby zobaczyć Jego miejsce przed tragiczną             śmiercią.

Kajtek najbardziej przyjaźnił się z Bolkiem Stawnym. Choć uważałem Go za swojego drugiego, po Andrzeju idola.

JAK POZNAŁEM KAJTKA

Poznaliśmy się jeszcze przed Jego wyborem na Starostę Roku. Zawsze się spóźniałem. Anatomia była o 3-ciej i o tej porze na bimbach ( pieszczotliwa nazywa poznańskich tramwajów – przyp. Z. K. ) wisiały „winogrona”. ( tak mówiło się potocznie o żywej masie ludzkiej skłębionej  przy wejściu do tramwaju – bo taboru było za mało, autobusy i tramwaje jeździły wolno a drzwi nie były zamykane przez motorniczego – więc nadmiar wisiał ledwie się trzymając – albo nawet lokował na zderzakach – przyp . Z. K. – dla młodszych czytelników, którzy nie mogli tego widzieć )  Byłem wśród nich. Tuż przed przystankiem na Przybyszewskiego po prostu odpadłem. Ktoś popchnął? Straciłem równowagę, patrzyłem tylko by nie wpaść pod kola. Ledwo wstałem podbiegł do mnie chłopak z roku, pomógł się otrzepać i razem jeszcze do tej „13”-tki się wepchaliśmy. To był Kajtek na którego z przekonaniem później również głosowałem.

DYSKUSJE NAD ARTYKUŁAMI  REMA

                   Pamiętam najpierw gorące z Nim dyskusje o artykułach z Życia Literackiego: „Viola da gamba” i „Viola d’amore” pisane przez niejakiego Rema. Przemycał ciekawe spojrzenia na system choć potem okazał się być rzecznikiem rządu Jaruzelskiego – to ten, który informował że „rząd się wyżywi”. Wtedy jeszcze w latach 60-tych był ciekawą jakby opozycją.

KONCERTY W POZNAŃSKIEJ FILHARMONII

                  Chodziliśmy na Koncerty Poznańskie z Mariolą Hołoga i Tereską Tulecką. Tam spotkaliśmy Kajtka i odtąd chodziliśmy razem. Kajtek wspaniale interpretował np. Vivaldiego „Cztery Pory Roku”, Symfonie Beethovena i Koncerty Czajkowskiego. Zarażał nas swoją wyobraźnią. Na koncerty wchodziliśmy tajemnymi wejściami bez biletów. Na konkursie Wieniawskiego chyba w 1967 roku  razem z Kajtkiem po przejściu przez Collegium Juridicum i garderobę artystów z jaskółki  ( tak nazywano najwyższe piętro w teatrze, operze czy filharmonii , często nieomal przyczepione pod sufitem – zwykle  przypominające gniazdo jaskółki – z bardzo słabą widocznością ale za to bardzo tanie  – przyp. Z. K. ) wypatrzyliśmy dwa wolne miejsca w pierwszym rzędzie obok Profesor Ireny Dubiskiej na finałowym koncercie. Usiedliśmy jak najważniejsi goście. No bo przecież na te miejsca nie trzeba było kupować biletów. Głośno i długo biliśmy brawa wspaniałemu Rosjaninowi (muszę sprawdzić nazwisko) ale Pani Dubiska patrzyła na nas zgorszona jak na komunistycznych prowokatorów.. Wtedy pierwszy raz widzieliśmy i słuchaliśmy wspaniałego Konstantego Kulkę.

POCHODZENIE KAJTKA

                 Kajtek pochodził z biednej rodziny o której niechętnie opowiadał ale to było widać. Czasem zapraszałem Go na Obozową do Cioci, ale chyba lepiej czuł się gdzie indziej. Myślę, że ten tajemniczy kolega Marioli za którego zjadłem u Jej Mamy obiad, to właśnie był Kajtek. On nigdy sam się nie narzucał, ale czasem razem chodziliśmy na tzw. „zupy” lub „resztki” do stołówki w Parku Kasprzaka. (obecnie Park Wilsona – przyp. Z. K. )

KAJTEK NAJLEPSZYM STUDENTEM NA MEDYCYNIE

BO „TA WIEDZA JEST PRAWDZIWA I POTRZEBNA „

                Kajtek miał same bardzo dobre oceny.. Był najlepszy na roku. Nauka i egzaminy przychodziły  Mu niezmiernie łatwo. Naprawdę był bardzo zdolny. Kiedyś mi powiedział, że repetował którąś  klasę w szkole średniej i miał słabe stopnie. Nie chciało mi się wierzyć. Zresztą też na studia się dostał  z nie najlepszymi ocenami. Powiedział , że szkoda było mu czasu by uczyć się nieważnych rzeczy. Teraz na medycynie to jest prawdziwa i potrzebna wiedza – to było Jego zdanie.  Chłonął Ją całym sobą. Tak samo jak kulturalne życie Poznania.

POZA MEDYCYNĄ STUDIUJEMY PSYCHOLOGIĘ

 Gdy na trzecim roku zapisał się na psychologię zapisałem się z Nim.  Chodziliśmy razem na statystykę, filozofię, matematykę  ale do dziś pamiętam wykłady i prace z osobowości. Nasza edukacja zakończyła się po roku, bo Kajtek powiedział, że „nie będzie stawiał browaru, gdy chce tylko wypić  piwo”. Ja napisałem pracę o osobowości noworodka i niemowlęcia, o czym teraz mówi w Poznaniu Profesor Monika Brzezińska z Katedry Psychologii Wieku Rozwojowego. (słuchajcie Jej wykładów na SWPS – świetne – chyba trochę ze mnie zerżnęła…)  🙂

NURKOWANIE

                    Ponieważ z Kajtkiem stwierdziliśmy, że mamy jeszcze trochę czasu chodziliśmy razem na kurs żeglarski prowadzony w Radzie Okręgowej przez Marka Orkiszewskiego (późniejszego niepokornego docenta chirurga dziecięcego) i na kurs dla płetwonurków.

 To zamiłowanie do nurkowania Kajtka pośrednio zgubiło. Po kursie uczestnicy mieli jechać na obóz do Jugosławii. Ja też miałem jechać  z Kajtkiem ale wydawało mi się za drogo.  A poza tym przede wszystkim w ostatniej chwili dostałem praktykę do Glasgow. Teraz pracowałem kilka miesięcy w tym samym szpitalu i spotkałem Mr Spencera, któremu 50 lat wcześniej asystowałem do Jego pierwszych samodzielnych operacji. Może i dzięki temu, że nie pojechałem z Kajtkiem ja żyję do dziś gdy On odszedł?

EUROPEJSKIE WOJAŻE KAJTKA I NIEROZWIĄZANA ZAGADKA

    Nie wiem skąd Kajtek miał forsę, bo na pewno Rodzice Mu nie dali. Może tu ktoś Go za coś zasponsorował? Jak wrócił i spotkaliśmy się na początku października to z entuzjazmem opowiadał, że po tym obozie się urwał i zjeździł całą Europę. Wiedeń, Niemcy, Paryż przez całe dwa miesiące. Gdy Go  spytałem za co jeździł, to mówił, że trochę pracował i że „zawsze jakieś pieniądze się znajdą”, Zazdrościłem Mu jego włóczęgowskiej duszy, ale nie zdawałem sobie sprawy jaką cenę za to musiał zapłacić. Nie chcę nic sugerować, ale pewno znów ktoś Mu musiał dać jakąś kasę. Może z drugiej strony?

ANDRZEJ, KAJTEK W PUŁAPCE  I MOJE ROZWAŻANIA

    I tu powrót do Andrzeja.  Kajtek do tego czasu mieszkał chyba z Winicjuszem Kozłowskim i jeszcze kimś. Po powrocie z Zachodu dostał dwójkę  razem z Andrzejem. Kajtek, całkowite zaprzeczenie politycznego zaangażowania z głęboko zaangażowanym członkiem partii. Obaj nie żyją, więc mogę sobie pozwolić na moją analizę tego, co się z Kajtkiem stało. Andrzej mówił mi, że Kajtek jest w depresji. Mogę podejrzewać, że albo partia chciała z Kajtka zrobić TW ale raczej to te nieznane pieniądze z Wiednia Kajtka zgubiły. Myślę, że ktoś mógł na Niego naciskać, żeby się wywiązywał ze zobowiązań na rzecz tzw. „Zachodu” a Andrzej dostał polecenie pilnowania Go. Kajtek  był  w pułapce. Zamknął się w sobie. Już nie chodziliśmy na koncerty, żadne zajęcia dodatkowe, żadne spotkania.

                   W KAJTKU WIDZIAŁEM JAKBY „ ZASZCZUTEGO PSA” . NIE ROZMAWIAŁ Z NIKIM , TYLKO Z ANDRZEJEM .

SZPITAL PSYCHIATRYCZNY

  Pamiętacie wszyscy że znalazł się w Szpitalu Psychiatrycznym na Śląsku?  Chyba był tam dwa razy. Po pierwszym krótkim pobycie szybko nadrobił zaległości, ale potem poszedł na dłużej. Gdy Go widziałem między tymi pobytami, wydawał się spokojny ale już nie tak entuzjastyczny. Jakby gryzła Go jakaś tajemnica. Zmiana była zbyt widoczna i zdecydowanie wiązałem to z Jego pobytem na obozie płetwonurków i późniejszym wyrwaniu się na Zachód. Tak. Odniosłem wrażenie, że On wcale nie jest chory psychicznie a tylko symuluje. Dla mnie to była jakby chęć schowania się przed czymś za zasłona rzekomych zaburzeń psychicznych. Widział na psychiatrii swoje bezpieczne miejsce, bo tam nikt Go nie mógł dosięgnąć mógł swoje zagubienie składać na karb rzekomej choroby. Dlaczego chcieli Go zwolnic? Dlaczego nie powiedział lekarzom o przyczynach swojego ukrywania się?  A może lekarze też dostali jakieś polecenia i też się bali o siebie? .Wiemy wszyscy ze Kajtek  powiesił się w łazience w Szpitalu z wypisem w ręku….

DLACZEGO KAJTEK ODSZEDŁ ?

Wydaje mi się, że nie widział już dla siebie wyjścia. Ktoś mógł Go szantażować, może grozić Jego Rodzinie i Kajtek już nie widział innego sposobu żeby to wszystko ratować. Która strona? Może obie? Kajtek czuł się w potrzasku bez wyjścia między siłami silniejszymi od Niego. On zawsze wygrywał. Był na studiach najlepszy a trafił na siły potężniejsze. Jestem pewien, że mam racje, bo zbyt dobrze Kajtka znałem. Widząc i pamiętając jego optymizm, żywiołowość i autentyczną fascynację medycyną, przyczyną Jego samobójczej śmierci nie mogła być choroba psychiczna.  Moim zdaniem stał się ofiarą własnego przekonania, że Jemu musi się wszystko udać. Gdy znalazł się w sytuacji bez wyjścia, skończył ze sobą.

CO POWIEDZIAŁ PO LATACH ANDRZEJ

Te moje przypuszczenia potwierdziła po kilku latach rozmowa z Andrzejem, gdy Go wprost się spytałem, czy Kajtek zginął  przez depresję. – Nie, było coś silniejszego od nas wszystkich, padła Andrzeja skąpa odpowiedź. Nie chciał powiedzieć co i tę tajemnicę zabrał już  do grobu..

POGRZEB KAJTKA

     Na pogrzeb Kajtka pojechało nas kilkanaście osób z roku. Bez Andrzeja Hyżego z którym przecież mieszkał do końca. Czy Andrzej czuł się winny? Nie wiem i nie sądzę, bo nawet gdyby chciał nie mógł  Kajtkowi w niczym pomóc.. Nasz wielki żal i smutek, gdy trumna z Kajtkiem była składana do ziemi. Łzy same ciekły całej naszej delegacji. Pamiętam, był ksiądz. A wtedy samobójców nie chowano z Księdzem. Może był to wpływ Jego rodziny, ale Ksiądz był stary i jakby dobrze znał Kajtka. Mówił o krótkim życiu które musiało się skończyć. Brzmiało to jakoś dwuznacznie.. Może Kajtek Mu się spowiadał przed śmiercią? . Żal ogromny. Siedzieliśmy z Jego Rodzin przy wspólnym stole. Opowiadaliśmy Im jaki Kajtek był wspaniały. Trudno było coś więcej mówić, bo Jego Rodzice ciągle płakali. Nie pamiętam, czy miał rodzeństwo, ale chyba tak..

NASZ POWRÓT Z POGRZEBU

    Wracaliśmy pociągiem ze Śląska do Poznania nocą. Chyba ze 16 osób w jednym przedziale, Na pewno był Bolek Stawny ze swoją przyszłą Żoną bo pamiętam, jak swoimi butami siedząc na półce, wycierał nogi o moją czuprynę, co  mi absolutnie nie przeszkadzało. Była Mariola Hołoga, nie pamiętam czy Tereska Tulecka, choć były nierozłączne. Może odezwie się ktoś jeszcze którego nie pamiętam?  Przez całe chyba  ze 6 godzin śpiewaliśmy piosenki studenckie. Było nam naprawdę ciężko i trzeba to było jakoś rozładować. To był jakby hymn dla Kajtka. Jak już Jego nie było uczciliśmy Go śpiewem. To był jakby „najweselszy powrót z pogrzebu”. Nie żałuję. Śpiewaliśmy dla Kajtka. Na pewno by sobie tego życzył…                                                    

 

Kajtek mógł być wspaniałym mądrym, współczującym, wykształconym, kompetentnym lekarzem. Chyba nawet rozmawialiśmy o chirurgii, która problemy rozwiązuje radykalnymi cięciami, jak On to opowiadał.

                      Jak  zakończyć? Cześć  Jego pamięci brzmi zbyt banalnie…

 Leszek Milanowski. Birmingham październik 2018. Pół wieku po…

 

 

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 10 ). Wspomnienie o Teresie Gawrońskiej.

Kochani !

Jeśli Ktoś z Was już tu zajrzał wczoraj, może się zdziwić, że dołączyłam do Leszka.

Wybaczcie Wszyscy.

Miałam zamiar zostawić Go samego z tą opowieścią, ale obudziłam się rano z postanowieniem, że nie mogę. To nic, że ta „ kartka „ z Leszkowego pamiętnika jest długa, ale chcę Mu towarzyszyć. To jak spotkanie i wspólny spacer pod rękę – jakże inny niż samotność – teraz to doceniam. Albo jak intymna rozmowa wieczorową porą i bliskość i opowiadanie o sobie i swoich bliskich …rozmowa ….

Dziwnym zrządzeniem Losu tu się spotkaliśmy – Mariolka, Jurek, Ty Leszku i ja. Zadziwiające jak bardzo jesteśmy do siebie podobni – mamy tę samą potrzebę rozmowy –  o sobie, swoich losach i o Kolegach , szczególnie tych, którzy przedwcześnie nas opuścili – zapamiętaliśmy tych samych ludzi  – pomimo licznego roku. I chcemy utrwalać pamięć , by Ci którzy odeszli nie rozpłynęli się w niebycie – właściwie żyjący tylko w naszej i swoich Bliskich pamięci – by istnieli dalej . I czuję radość, że wróciłam do Was i  widzę  że te nasze  trzy pierwsze lata na wspólnej uczelni ( potem wyjechałam )  – Akademii Medycznej w Poznaniu stały się tak intensywne i tak dla nas Wspólne i że mogę za pośrednictwem tego blogu te nasze wspomnienia wysyłać w wirtualną przestrzeń ocalając od zapomnienia ….

O Teresce – tragicznie zmarłej w młodości naszej koleżance –  rozmawialiśmy już od pewnego czasu – a właściwie od momentu  naszego powtórnego spotkania po 50 latach  –  Leszek z czułością, Jurek , z męską oceną , że piękna, silna, zdecydowana , zawsze z planem na życie a jednocześnie z głosem w którym była i stal, szkło i aksamit.  Nigdy nie byłam z Nią blisko – ale mam Ją stale w oczach – bo była  zjawiskowej urody –  krucha i właściwie przezroczysta – z bardzo jasną karnacją i półdługimi prostymi włosami w kolorze nici babiego lata – blond ale z jakimś światłem –  jawiła się jak istota nieziemska  – jak Anioł będący tu tylko na chwilę ….. i tak też było …..

Leszek już dawno napisał o Niej Wspomnienie , i tak jak ja swoje opowieści – wysłał koleżance z roku – Irenie, która przygotowuje wersję papierową naszych pamiętników . Nie wiem dlaczego przed rokiem też dostałam od Niego ten tekst. Czytałam ze wzruszeniem, bo tyle w nim było ciepła i osobistego zaangażowania. Gdy teraz, po przeszło roku od odnowienia naszej znajomości przyszła pora na zamieszczanie pamiętników w tym blogu –  okazało się, że nikt z nas, tu piszących tego tekstu nie ma. Wszystkim zaginął w starych laptopach. Prosiliśmy Irenę, by nam wysłała tę pierwotną wersję  , ale odpowiedziała, żebyśmy szukali w „ chmurze”. Więc poszukaliśmy ……

Leszek wpatrując się w chmury , odnalazł tę właściwą i w różnych pociągach angielskich – bo stale podróżuje wykonując operacje plastyczne w wielu miastach w Anglii – od czasu lata spisywał swoje wspomnienia po raz drugi . I jak każda wersja poprawiona i uzupełniona – ta jest  znakomita …..znacznie lepsza niż poprzednia, którą dobrze pamiętam. Oddaję Ci głos Leszku – opowiadaj ….   

Uwaga: jest to druga uzupełniona wersja o Teresce. Proszę Irenę, by wycofała poprzednią, choć zgadza się w zarysach.

             Egzamin wstępny zdawałem w sali Anatomii Patologicznej na Przybyszewskiego. Nie bałem się. W końcu same piątki ze wszystkiego i tylko 4 z matematyki przez potwierdzoną pomyłkę  w zadaniu, w Dąbrowszczaku w Kutnie.  Nie miałem komu dotychczas się tym pochwalić i jak widać lubię dobrze mówić o sobie, zwłaszcza, że u dzieci mam opinie repetenta, bo powtarzałem drugą klasę Szkoły Muzycznej w Kutnie. Będzie z tego historia o ksywie „Krowa”.

Zaliczyłem jeszcze kurs przygotowawczy na WySRolu. ( czyli Wyższej Szkole Rolniczej na poznańskich Winogradach – przyp. Z.K. )

Egzamin wstępny to konsekwencja poprzednich decyzji. Trzeba dać z siebie wszystko.

Biologia to niewiadoma, rosyjski lubiłem jak i niemiecki i angielski na które Mama mnie posyłała. Mówiła, że trzeba znać języki sąsiadów, wrogów i przyjaciół. Sama znała  francuski i niemiecki. Ojciec tylko niemiecki. Zgadnijcie o kim myślała po pobycie w obozach koncentracyjnych i jako nauczycielka historii zmuszona omijać milczeniem prawdę w  tamtej „świetlanej” rzeczywistości? . Zadania z fizyki i chemii trzeba rozwiązać.

             W tłumie oczekujących  znalazłem się przypadkiem obok ślicznej blondynki. Takiej typowej, o jakich dziś się mówi „mądra jak blondynka”.  Naprawdę cała trzęsła się ze strachu co się rzucało w oczy bardziej niż u innych. Złapała mnie za ramię. Teraz już się nie przyznam – czy przypadkiem nie z chęci Jej poderwania nawet w tak krytycznej chwili – ale wtedy raczej w moim naturalnym odruchu chęci pomocy potrzebującym , pokazałem swoją spolegliwą (za Kotarbińskim)  stronę.  ( Leszek już kilkakrotnie wspominał, że w tak młodym wieku przeczytał wszystkie dzieła profesora Kotarbińskiego – przyp. Z. K. )

– Niech Pani się nie boi. Przecież przygotowywała się Pani przez całą szkołę średnią, zdała Pani maturę, zrobiła Pani wszystko żeby do egzaminu przystąpić i musi Pani zdać. Chyba trochę się uspokoiła.

– Na sali nie mogłem Jej znaleźć. Mimo własnych problemów ciągle szukałem Jej wzrokiem. Mi przeszkadzał jakiś facet, który i tak się nie dostał. Widocznie był krótkowzroczny bo ciągle pokazywałem mu moje odpowiedzi.  🙂 

„Biologia a medycyna”-  zabrakło mi czasu. Genetyka, budowa komórki, nauka zachowań i odruchów ( bez Łysenki!) , doświadczenia na zwierzętach… trans pisania. Chyba  nawet zdania nie dokończyłem z braku czasu.

           Po kilku dniach rozmowa. Siedziało kilku poważnych facetów, a ten najważniejszy w środku spytał się skąd jestem.” – Z Kutna”.  „-. A, to tam stoi ten słup milowy?”

A ja bezczelnie:  „Nie, proszę Pana. Słup milowy stoi w Koninie w połowie drogi między Gnieznem a Kaliszem. Postawił go komes Dunin za czasów Władysława Hermana”.

Wtedy nie skojarzyłem, dlaczego pozostali członkowie komisji odwrócili głowy i jakoś miny im się zmieniły. Ja bylem zbyt napięty. Więcej pytań nie było. Tak to stałem się lepszy od Pana Rektora Michalkiewicza o czym dowiedziałem się później.

          Z rodzeństwem i Rodzicami pojechaliśmy pod namiot nad Bug. Do najbliższego telefonu było ponad 5 kilometrów. W dniu ogłoszenia wyników poszliśmy całą piątką do Siemiatycz by od Stryjka dowiedzieć się  o wyniki. Poczta, międzymiastowa, słabo słychać  ale radosny glos mojego Ojca Chrzestnego:

„Jesteś przyjęty”  . Moje pytanie::”- A na którym miejscu?. ” I dumna odpowiedz: „-  na 21-szym” 

We mnie jakby strzelił piorun. Co? dopiero na 21-szym? co źle napisałem? A tylko pierwsza dwudziestka ma odebrać indeksy na podium Filharmonii. I mnie tam nie będzie! Wakacje popsute do samego końca.  🙂

           Po przyjeździe do Poznania pierwsze kroki do Collegium Maius .  Tłumek przed tablica i jest moja blondynka! Znów się cala trzęsie. Ja spokojny choć przybity podchodzę i pytam: – Może ja pomogę Pani się znaleźć ? Jak Pani się nazywa?” ” – Teresa Gawrońska, a Ty?” „- Leszek”. Ja zaczynam ciągnąć palcem od góry, Ona od dołu coraz bardziej zdenerwowana i trzęsąca. Jest! spotkaliśmy się w połowie.

          Jaka odmiana! Rzuciła mi się na szyje, zaczęła całować – „to dzięki tobie, Lechu”. a ja ciągle myślałem o swojej „klęsce”. – Poczekaj na mnie chwile, muszę wejść do Sekretariatu. „Tylko Lechu się pospiesz” – odtąd już  tak zawsze mnie nazywała.  W sekretariacie pytam, czy można sprawdzić jakie wyniki mam z poszczególnych przedmiotów. Można.. wszystko pięć, tylko fizyka cztery pada odpowiedź..

– A czy ja mogę zobaczyć swoją pracę z fizyki, bo chcę wiedzieć gdzie popełniłem błąd?

– A uciekaj mi smarkaczu i ciesz się że jesteś przyjęty” rozbawiona Pani sekretarka wyrzuciła mnie z pokoju.

Jeszcze bardziej przybity i z depresją wychodzę  w czarnym nastroju, Tereska czeka a ja zamiast zaprosić Ją do kawiarni, odprowadziłem na przystanek i pojechałem smutny w drugą stronę.

          Potem znaleźliśmy się w jednej grupie. Zawsze się denerwowała – ale gdy wymienialiśmy na anatomii spojrzenia, to już ani Kiersz, ani Woźniak nie potrafili Jej zniszczyć. Dobrze się przygotowywała, choć ja już nie miałem do Niej serca za to, ze była świadkiem mojej „klęski”.

Potem szalona anatomia z Zosią w Palmiarni i Andrzejem R i o Teresce już nie myślałem. Gdzie mi tam do tak pięknej kobiety. Ma na pewno wielu lepszych ode mnie wielbicieli.

Zresztą Zosia była na pierwszym miejscu. Konkretna, logiczna, z dobrą pamięcią i wyobraźnią. Dobrze mi się z Nią uczyło i nie myśleliśmy o „głupotach” bo nie było czasu.. Nie wyobrażałem sobie możliwości nauki z Tereską. Zosia była najlepszą partnerką!

            Tereska zawsze wydawała mi się taka uduchowiona, naiwna,  egzaltowana, błądząca w obłokach blondynka na której próbował się mścić najpierw Woźniak na anatomii, a potem pewnie i inni asystenci zwracający uwagę na Jej urodę. Na pewno nie miała lekko, ale milo mi myśleć, że w pewności siebie i racjonalnego rozpoznania swoich możliwości  pomogło spotkanie ze mną. O ile wiem, nigdy nie powtarzała żadnego egzaminu, ale wyglądała na zawsze zdziwiona. Typowa „blondynka” z wyglądu  i na pierwszy rzut oka jak to się dziś mówi. Była w rzeczywistości zaprzeczeniem tego epitetu.

           Gdy przez Olę  zmieniłem grupę ( o tym nieporozumieniu , hańbiącym  a po latach śmiesznym wydarzeniu Leszek opowiedział w poprzednich wpisach – przyp. Z. K. ) , widywaliśmy się rzadziej, ale ta nić porozumienia i wsparcia została. Po dyplomie wyszła za mąż za naszego starszego o rok Kolegę, z którym zresztą jakiś czas potem pracowałem u Wojnerowicza.  Mieszkali po sąsiedzku na Obozowej w domku, w którym potem mieszkała Ela Wojnerowicz z Andrzejem Pawlakiem.

           

        W czasie ciąży uporczywe wymioty ciężarnych. Dostała Dolargan, zapaść, tragiczne odejście. Bylem świadkiem tragedii Zdzicha M. A mnie też to mocno przybiło. Jakby wtedy skończył się okres studiów, który z Nią się zaczął..

 

    Tereska była piękną kobietą, jednocześnie życzliwą, otwartą, nikomu nigdy źle nie życzyła. Nie była w stanie. To nie było w Jej charakterze. Ja będę Ją pamiętał zawsze i chciałbym, by pamięć o Niej przetrwała.  Choć to już ponad pół wieku od kiedy Ją poznałem. Nie wiem gdzie jest pochowana. Chciałbym postawić dla Niej świeczkę.

 

Dla mnie Tereska była taka „anielska”. Nie wiem, dlaczego się wokół Niej nie zakręciłem. Walka z anatomią wspólnie z Zosią w Palmiarni doprowadziła nas w wyższe sfery wzajemnej fascynacji. Nie było czasu na romanse. Niestety także z Zosią. Ale byłem głupi! Po zawale i reanimacji w Kilonii u Profesora Hammelmanna w 32 roku życia zmądrzałem. Zdecydowanie za późno…

 PS : pisane w pociągach między Londynem, Birmingham, Norwich, Chesterfield latem 2018 roku.

zdjęcia własne

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 21 ). Wojciech Michałek – Grodzki – wspomnienie.

 

Jurek na tle Anatomicum w Poznaniu , zdjęcie  jest własnością Jerzego T. Marcinkowskiego

Zastanawiałam się, czy  napisać to, co będzie w drugim moim zdaniu – ale zdecydowałam – bo oddaje zaangażowanie Jurka w przypominaniu nam zmarłych Kolegów – jest On Strażnikiem Pamięci – to Piękne …

Otóż  Jurek  przed przysłaniem mi poniższego wspominkowego tekstu – ” wrzucił” do mnie na messengerze –  jakby od niechcenia  – „nie spałem w nocy i ułożył mi się w głowie tekst o Wojciechu Michałku- Grodzkim ” ….

Słowa Jurka  o Wojtku , bo to o Nim wspomnienie – podaję pogrubioną czcionką, a to, co skopiował z netu – zwykłą …..

Studiowaliśmy w latach 1965-1971 na Wydziale Lekarskim ówczesnej Akademii Medycznej w Poznaniu z Wojciechem Michałkiem-Grodzkim dojeżdżającym na studia z Puszczykowa. Bardzo ciekawa i obszerna jest Kronika Publicznej Szkoły Powszechnej w Puszczykowie (1945-1972) http://www.wbc.poznan.pl/Content/371237/Kronika%20publicznej%20szko%C5%82y%20powszechnej%20w%20Puszczykowie.pdf gdzie pod pozycją 1244 figuruje „Michałek-Grodzki W. Aleksander”.

Nasza grupa studencka nosiła numer początkowo 15 a potem 8.

Wojtek mieszkał wraz z matką.

Jego osobowość można w przenośni określić następująco: „stąpał bardzo mocno po ziemi”. Przy tym miał wszelkie, pozytywne bardzo, cechy „poznańskiej pyry”. Tutaj warto przytoczyć co to oznacza ze strony internetowej :

http://www.poznan.pl/mim/slownik/words.html?co=word&word=pozna%C5%84ska+pyra a poniżej link, który bezpośrednio otwiera tę stronę : http://www.poznan.pl/mim/slownik/words.html?co=word&word=112%7C111%7C122%7C110%7C97%7C324%7C115%7C107%7C97%7C32%7C112%7C121%7C114%7C97

„poznańska pyra , rzadziej wielkopolska pyra, D lm pyr, powsz. [prawdziwy poznaniak, ze względu na mowę i sposób bycia dający się łatwo odróżnić od ludzi z innych regionów; określenie przeważnie pejoratywne]: Było inaczej, pamięta, w zielonogórskim liceum małoż to razy wyzywali się od „głąbów wileńskich”, od „pyr poznańskich”, to znów od „chachołów” czy „rumunów”. Pyry poznańskie, galileusze, łapciarze zza Buga albo rusoki, co krok wyzywali się, trudno ich z sobą pogodzić. Jakże to oni siebie nie wyzywali! A to od „pyr poznańskich”, a to od „galileuszy”, a to wreszcie od „wileńskich tłumoków”. […] Kubiak, zwany powszechnie Pyrą Poznańską. Nie obrażał się wtedy, uśmiechał, niech sobie będzie i pyra, dobra rzecz, w okupację niejedni zmarnieliby, gdyby nie syciły ich pyry. Kubiak jestem… O, to pan na pewno pyra poznańska. Tam same Kubiaki i Nowaki. Nie cuduj, Stachu. Tadeusz mnie zna jak zły szeląg. To poznańska pyra, ma trzeźwy pogląd na życie. Wiesz, że poznaniakom przypisuje się gospodarność, oszczędność, umiejętność ekonomicznego myślenia, przezorność… Dobrze, wiem wszystko o poznańskich pyrach. Kożdo szczype starszo poznańsko pyra pamiynto, że przed wojną tam, dzie tero powinło być jezioro Maltańskie była Świyntojańska Dolina. Powiedzcie teraz, że stare poznańskie pyry nie mają racji, jak spędzają każdy urlop tylko wew chacie. Gospodyniom, a częściowo i gastronomikom pozostaje uzupełnić te braki kaszami, makaronem, ryżem. Najbardziej uparte „poznańskie pyry” niedługo będą mogli kupować młode ziemniaki i to już w połowie tego tygodnia, niestety w cenie kilkudziesięciu złotych (ok. 70 zł). Wielkopolskie pyry nie mogły zgodzić się z pieronami, którzy opanowali w klasztorze wszystkie lepsze funkcje. ◊ fraz.”

Jedyny „minus” to taki, że Wojtek od wczesnej młodości palił papierosy, które kupowała mu mama idąc rano po sprawunki.

Pośród studentów wyróżniał się szczególnie na zajęciach w Studium Wojskowym – mianowicie miał zawsze doskonale wyczyszczone buty żołnierskie; to były bardzo masywne buty koloru brązowego z grubą podeszwą gumową, „nie do zdarcia”, gdyż buty w wojsku – jak wiadomo – mają znaczenie wręcz strategiczne. Nie widziałem aby ktoś inny miał tak doskonale wyczyszczone buty a do tego wyprasowany zawsze mundur wojskowy!

Wojtek niezwykle poważnie podchodził do życia jak i do studiów. Przy tym był typem samotnika. Nie postrzegałem aby się interesował dziewczynami. W okresach emocji pojawiały się na jego policzka rumieńce – bardzo charakterystyczne dla Jego postaci.

Wojtek po uzyskaniu dyplomu lekarza medycyny pracował w Szpitalu w Puszczykowie – wyspecjalizował się w chirurgii. Był bardzo pochłonięty pracą zawodową – do tego stopnia, że unikał spotkań towarzyskich nawet takich jak organizowanie „Sylwestra” w Szpitalu. Zapraszano go, ale nie przychodził – w tym czasie uzupełniał historie choroby pacjentów.

Mieszkał samotnie… i zmarł nagle w mieszkaniu, co dostrzeżono dopiero po kilku dniach.

Pamięć po Wojtku pozostaje piękna, bo nie sposób przypomnieć sobie jakiegokolwiek zdarzenia aby zachował się niewłaściwie, za to zawsze bardzo poważnie podchodził do życia, w tym nauki i pracy zawodowej.

Oczywiście Wojciecha Michałka – Grodzkiego mam w oczach. Siedział przy naszym stole w Anatomicum –  ja z ówczesną przyjaciółką naprzeciwko wejścia, Wojtek po prawej naszej stronie.

Chyba nigdy z nim nie rozmawiałam – może o coś pytałam – ale nie wiem czy odpowiadał  – czy tylko się uśmiechał i oblewał  rumieńcem 🙂

Miał bardzo jasną karnację skóry – mleczną nieomal, więc ów wieloplamisty  ( zadziwiający  w kształcie ) rumieniec płonął z daleka.

Wojtek wydawał się znacznie od nas starszy i poważniejszy. Może z powodu postury dorosłego wysokiego mężczyzny, albo też z powagi , czy jakiejś staranności w ubiorze – nie wiem …..

Nie zapomnę sytuacji, która się powtarzała. Asystent, chcąc sobie ułatwić wywoływanie nas do odpowiedzi – mówił do niego Grodzki – Wojtek wtedy wstawał i z powagą oznajmiał jestem Wojciech Michałek – Grodzki. Skąd ta duma ? Co się za nią kryło ? Jakie dzieje rodzinne ? Nie wiem czy kiedyś się dowiemy, choć napisałam do biblioteki w Puszczykowie, która wydała tę piękną kronikę szkoły – do której link podał Jurek – może nadejdzie jakaś odpowiedź, a może czas zatarł wszystkie ślady .  Może Wojciech zabrał ze sobą do grobu jakąś rodzinną tajemnicę. Jaka szkoda, że tak mało o sobie wiedzieliśmy, zajęci studiowaniem i naszą bujną młodością ….

Nazwisko złożone z dwóch w tamtych czasach było rzadkością – nie znalazłam też w internecie innego Michałka – Grodzkiego …. 

A o poznańskiej pyrze i opisanych w kopiowanym tekście animozjach ludności na tzw. Ziemiach Zachodnich – napiszę później …..

UWAGA !!!

Wiadomość z ostatniej chwili

jak ten świat wirtualny potrafi zadziwić !!!

Wyszukiwarka Google w laptopie nie pokazała żadnego Michałka _ Grodzkiego – więc to napisałam powyżej

tymczasem przed sekundą nieomal otworzyłam google w smartfonie i…. pokazało się wiele źródłowych art włącznie z Wikipedią, gdzie jest wymieniany dr Stanisław Michałek – Grodzki , twórca pierwszego w Polsce oddziału chirurgii plastycznej w Polanicy Zdroju …..

niestety nie znajduję żadnej noty biograficznej – skąd pochodził np. ?

Wysoce prawdopodobne, że nasz zmarły Kolega Wojciech Michałek – Grodzki dlatego był tak dumny ze swojego nazwiska !!!

a najnowsze odkrycie  Jurka  – to dokument , że Wojtek był synem Stanisława !!!

jaką radość przynosi „odkopywanie ” zda się zaginionych śladów !!!

a oto ciąg dalszy relacji na żywo !!!

gdy tak dochodziliśmy do prawdy o życiorysie śp. Wojtka – naszego kolegi ze studiów – nagle odezwał się na messengerze Leszek Milanowski ( prawdę mówiąc liczyłam na Jego głos – gdyż jest chirurgiem plastykiem – ale stale zapracowany w Anglii ) .

Poniżej kopiuję fragment tekstu Leszka dotyczącą rodowodu Wojtka a całość  tej opowieści zamieszczę na stronie Jego Pamiętnika . Leszkowe słowa podaję pogrubioną czcionką  !

Kochani, sorry, but I was very busy (angielska woda sodowa uderza do głowy).

Ojciec Wojtka Dr Stanisław Michałek–Grodzki był twórcą słynnego szpitala chirurgii plastycznej w Polanicy.

Jego pierwszym uczniem był słynny prof. Krauss.

Gdy odrabiałem staże w Polanicy byłem dumny, że przyjaźniłem się z Jego synem. Piszę przyjaźniłem, może zbyt wielkie słowo ale imponowała mi Wojtka skromność, wyciszenie, spokój.

Nigdy nie obnosił się że jest synem twórcy chirurgii plastycznej w Polsce. W Polanicy wszyscy Go za takiego uważali.  Zresztą jest w annałach polskiej chirurgii plastycznej.   ( … )

Niestety bardzo szybko zmarł nagle.

Wojtek musiał się wychowywać  bez Ojca ( … )

dzięki, Leszku za to objaśnienie.  Jakże dramatyczne było nagłe  zakończenie życia  w młodym wieku – zarówno  Ojca – dr Stanisława Michałka – Grodzkiego i Jego Syna , też chirurga – a naszego Kolegi – Wojciecha .  Może przyczyną była jakaś patologia  naczyń mózgowych czy wieńcowych – którą w obecnych czasach można by wykryć i leczyć ? – pewnie nigdy się nie dowiemy.  … jedno pewne, że mieli jeszcze przed sobą długie lata życia , patrząc z naszej perspektywy choćby –  mogli pomagać ludziom i ulepszać swoje pomysły.

Tak się niestety  nie stało.

Niezbadane są tzw. ” wyroki boskie ” , niezrozumiałe i jakże niesprawiedliwe   ….

 

Zdjęcia przyrody i wejścia do katakumb kościoła w Popowie Kościelnym z własnym cieniem  są wykonane przez  autorkę bloga 🙂 .

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 20 ). Mariolka „ szybko śpi „ :)

Zdj własne – specjalnie dla Mariolki – bo morze jest jej  wielką miłością …

Od kilku dni z wielkim zdenerwowaniem i ogromną intensywnością szukam  –  jak na razie bez efektu –  ciekawych opowieści Mariolki o pierwszych latach pracy, które chyba „ diabeł ogonem nakrył”. Ale za to  odkryłam ten mail, który spokojnie drzemał na poczcie . Okazuje się, że nie nadążam – ale cóż o cierpieniach „ twórców” czy raczej „ odtwórców „ napisano wiele  :).

Tym razem rzecz będzie o „szybkim śnie”  Marioli – zaskoczyło mnie to świetne Jej sformułowanie , o którym tak pisze :

 

Maria J. Nowakowska. Zdjęcie jest Jej własnością i już kiedyś je tu pokazywałam. Fajne dla mnie – co w tym uśmiechu i oczach się kryje ? – powoli Ją poznajemy – co jest wielką frajdą , jak kiedyś się nazywało dużą radochę czy coś podobnego 🙂

witam Cię
jak zobaczysz o której piszę to uwierzysz że szybko śpię
miałam to od zawsze –  czym denerwowałam rodziców którzy spali jak normalni  ludzie ale w życiu skorzystałam na tym :
dyżury nie były nigdy dla mnie uciążliwe, śmiały się pielęgniarki że nie zdążyły zadzwonić a już byłam bo słyszałam
słyszałam też płacz dzieci ale często to czego nie powinnam też
🙂
mam nawet dowód  na to dyżurowe niespanie –
–  zrobiłam  na dyżurach dwa albumy
— jeden rodzinny niby drzewo – od moich  dziadków ale wkleiłam małe opisy z datą urodzenia, zgonu i miejscem pochówku – wnukowie będą mieli przypominajkę –  tym bardziej że są to miejsca od morza do Tatr
—  a drugi który obecnie krąży po szpitalu – szpitalny : powklejałam chronologicznie zdjęcia począwszy od czasów z pielęgniarkami – siostrami zakonnymi
a że w szpitalu pracowaliśmy ale też były wspólne spotkania wigilijne, wielkanocne w dyrekcji a w  „klubie” zabawy sylwestrowe  poza tym spotkania , zjazdy konferencje – to zdjęć nazbierało się na gruby album
oczywiście  wszystkie opisane a że wiele osób już nie żyje – to młodzi mają co oglądać
często  się śmiałam  że te albumy są dowodem że czuwałam na dyżurach
🙂

czyli znowu potwierdza się reguła że nie ma tego co by na dobre nie wyszło !
W życiu też mi niespanie  pomogło bo dzieci – lekcje, mąż  ( który bardzo długo chorował i odszedł przed wielu laty – przyp. Z. K. ) – zabiegi, ćwiczenia, dom jak każda kobieta a potem nocami książki i nauka
czyli w górze wiedzą co człowiekowi dać  🙂

w rodzinie średnia snu  jest stała krajowa – brat mógłby zarabiać spaniem  🙂
– dwanaście godzin snu to dla niego mało …

… szukałam zdjęć bo wiem że miałam dziadka przed sklepem obok swojej fabryki likierów  i drugie z  wnętrzem sklepi, inne z babcią w aucie  i nie mam w szufladzie z albumami a nie chcę po nocy kręcić się by młodych nie budzić….

i tak zakończył się ten list – pewnie Jej myśl gdzieś dalej pobiegła, albo w końcu Mariolka zasnęła snem sprawiedliwego – więc już Jej nie budziłam odpowiedzią 🙂 – bo pewnie każdy mail sygnalizuje swoje przybycie  do smartfona jakimś mniej lub bardziej paskudnym – zwłaszcza w ciszy nocnej –  dźwiękiem …

Więc teraz piszę : Jesteś Wspaniałą Dziewczyną – z Wielkim Poczuciem Humoru – to samo mogłabyś opowiedzieć w zwykły, a nawet nudny sposób – a tu tyle moich uśmiechniętych buziek musiałam wrzucić – co na pewno mi wybaczasz 🙂

aż żal, że nie pracowałyśmy razem …

ale i tak jest cudnie, że Ciebie spotkałam i na pewno Koledzy myślą tak samo …

  • Mariolka wśród panów 🙂 zdjęcie z Jej albumu , już kiedyś tu wrzucone – ale tyle dynamiki w tej Dziewczynce – już wtedy !!!

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 20 ). Wspomnienie o Krzysztofie Urbańskim.

Pożegnanie doktora Krzysztofa Urbańskiego (1947-2014)

 Dnia 20 kwietnia 2014 r. zmarł po długiej i ciężkiej chorobie dr med. Krzysztof Urbański – specjalista chorób wewnętrznych, kardiolog, wieloletni pracownik Wielospecjalistycznego Szpitala Miejskiego im. Józefa Strusia w Poznaniu przy ulicy Szkolnej 8/12, a ostatnio przy ulicy Szwajcarskiej 3, który wyróżniał się pośród praktykujących w tym zawodzie najważniejszą i najbardziej pożądaną umiejętnością, z głębi serca płynącą, jaka jest całościowe (używając modnego dzisiaj słowa: holistyczne) postrzeganie swych pacjentów, czyli nie tylko zajmował się chorobami swych pacjentów, ale także dostrzegał ich sferę społeczną – i to co najważniejsze – psyche, duchową. To było nader widoczne w bezpośrednich Jego kontaktach ze swymi pacjentami, czyli, co tak się szumnie i naukowo określa, budował właściwe, nader pożądane relacje pacjent-lekarz. Tym właśnie się wyróżniał w środowisku lekarskim – a widoczne to było w tych jakże bardzo ludzkich odruchach Jego pacjentów. Oni po prostu bardzo lubili doktora Krzysztofa, który miał wszelkie cechy dobrego lekarza. A dobry lekarz to ten, do którego pacjent jak przyjdzie po pomoc, po poradę, to już z tej wizyty wychodzi zdrowszy.

Doktor Urbański, urodzony 29.09.1947 r. w Poznaniu, był absolwentem „Marcinka”, czyli I Liceum Ogólnokształcącego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu – z 1965 roku, kiedy to jeszcze do tego liceum chodzili wyłącznie chłopcy. Koedukację wprowadzono w tym liceum dopiero później. Uczył się bardzo dobrze i po zdaniu matury podjął studia na Wydziale Lekarskim ówczesnej Akademii Medycznej w Poznaniu, obecnie Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego. Ukończył ją w 1971 roku z wyróżnieniem – a więc przed blisko 43 laty – i ten tak długi okres czasu, to Jego nader staranna i z pełnym poświęceniem wykonywana praca lekarza.

Bezpośrednio po studiach rozpoczął staż lekarski w Szpitalu Miejskim im. Józefa Strusia w Poznaniu, gdzie wkrótce – dostrzegając Jego umiejętności i zaangażowanie w pracę zawodową – zaproponowano Mu etat. Pracował pod kierownictwem prof. Leszka Przybyła (ordynatora II Oddziału Wewnętrznych) – prowadząc m.in. zajęcia i wykłady z podstawowej opieki zdrowotnej dla studentów Akademii Medycznej w Poznaniu.

Warto wspomnieć o Jego hobby – kupował mnóstwo książek i czasopism.

Ci, co Go widzieli w ostatnich miesiącach Jego pracy zawodowej, widzieli lekarza uśmiechniętego, pogodnego, nader życzliwego – i w olbrzymiej zapewne większości Jego pacjenci nie mieli pojęcia, że ich lekarz toczony jest śmiertelną chorobą. To była heroiczna postawa zawodowa – oddawanie się sprawom swoich pacjentów z całym sercem i zaangażowaniem aż do samego końca, bez oglądania się na siebie i swoją chorobę. Umarł nieprzeciętny lekarz, wielkiego serca i charakteru, kochający życie i ludzi, osieracając mnóstwo swych pacjentów i środowisko lekarskie – pozostawiając w naszych sercach pustkę i żal. Można o Nim powiedzieć, że stosował się do zasady podanej przez Władysława Biegańskiego, lekarza i filozofa: „Jest to złota zasada w życiu: wymagać mało od świata, a dużo od siebie.”

Doktor Krzysztof Urbański, który w otoczeniu wielu przyjaciół i pacjentów został pochowany w dniu 25 kwietnia 2014 r. na zabytkowej poznańskiej nekropolii – Cmentarzu Parafii Bożego Ciała przy ulicy Bluszczowej 14 w Poznaniu – pozostanie na zawsze we wdzięcznej naszej pamięci. Żegnamy Cię, Wspaniały Doktorze Krzysztofie, Mistrzu, Nauczycielu wielu pokoleń lekarzy, Przyjacielu i Serdeczny Kolego!

W imieniu Koleżanek i Kolegów z roku – Jerzy T. Marcinkowski

 

Ocalić od zapomnienia ….

Jurek przysłał mi ten tekst, by pochylić się  nad pamięcią o zmarłym przed 4 laty – Kolegą  – Krzysiem Urbańskim .

Odszedł za wcześnie, nie dożył naszych 70 lat – tyle jeszcze mógł zdziałać, ile istnień ludzkich uratować. Ale jak mówi przyjaciółka , której mąż niedawno zmarł śmiercią nagłą – widocznie był potrzebny Panu Bogu…

Może tak , może nie. Nigdy się nie dowiemy. Tzn. nie dowiemy się będąc na tym świecie…

Tymczasem tu, na tym ” padole łez” ocalmy od zapomnienia tych, których już między nami nie ma. I Jurek tak pięknie to robi – dba o pamięć   pisząc i zamieszczając  wspomnienia – ma to niewątpliwie w genach , choćby po swoim Ojcu….

Może Ktoś pamięta Krzysia Urbańskiego – ma w oczach jakikolwiek obrazek, w pamięci wydarzenie czy jakieś zachowane zdjęcie – bardzo proszę – zamieszczę … to nasza ziemska rola, jedna z wielu …

Ja pamiętam tak niewiele – gdy pomyślę Krzyś Urbański wyświetla mi się tylko obraz 18 latka jakim wtedy był , na tym naszym pierwszym roku Akademii Medycznej w Poznaniu –  niewysokiego blondyna o chłopięcej buzi – Jasnego Chłopaka, którego spotykałam na korytarzach Anatomicum. Chyba nigdy nie miałam okazji pogadać. Mam  tylko w oczach Jego sylwetkę i twarz. To mało, bardzo mało ….

Tekst Jerzego T. Marcinkowskiego  był zamieszczony w Biuletynie Wielkopolskiej Izby Lekarskiej .

Zdjęcia przyrody własne .

PS.

Dzisiaj pozwalam sobie skopiować dwa bardzo ciekawe i ważne komentarze – które wczoraj znalazły się po tym tekstem  …

Może Ktoś do nich nie dotrze , bo czytać tekst można, ale chcąc wpisać komentarz lub przeczytać już tam zawarte – należy kliknąć na tytuł i dopiero wtedy otwiera się pod wpisem jakby szufladka komentarzowa …

Komentarz Mariolki :

 

  • Pamiętam Krzysia doskonale. Mieszkał na ul. Marcelińskiej – ja kilka domów dalej (narożnik Marcelinskiej i Grochowskiej ) więc często jeździliśmy razem na wykłady z tego samego przystanku autobusowego.

    Wesoły, pogodny – zawsze miał coś dobrego do powiedzenia.

    A wiedza wielka – wydawało się że znał książki na pamięć.

    Uczynność to jego ważna cecha. Po wielu latach spotkałam Go w szpitalu na ul. Strusia zupełnie przypadkowo. Poznał. Pomógł załatwić wszystko.

  • W gazecie „Głos Wielkopolski” opublikowano dnia 23.04.2014 następujący nekrolog:
    „Z głębokim żalem żegnamy
    Dr. n. med. Krzysztofa Urbańskiego
    wieloletniego pracownika
    Rejonowej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Poznaniu,
    lekarza oddanego pacjentom i cenionego przez współpracowników.
    Wyrazy głębokiego współczucia
    Rodzinie oraz Bliskim
    składają
    Dyrektor i pracownicy”.
    Otóż Krzysiu Urbański przez wiele lat jeździł w karetce Pogotowia Ratunkowego, którą to pracę bardzo lubił, a jak pojawiał się na miejscu zdarzenia to emanował od Niego wielki spokój, skupienie i zdecydowanie w podejmowanych szybko działaniach. Dlatego Go powszechnie szanowano a w chwili składania trumny z Jego ciałem do grobu nad tymże grobem utrzymywał się w powietrzu śmigłowiec Pogotowia Ratunkowego oraz „wyły” karetki Pogotowia Ratunkowego – bo wielkiego lekarza chowano!

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 19 ). List od Szymona Kaczmarka, syna Tadeusza.

Tadeusz Kaczmarek. Zdjęcie otrzymałam od Jurka.

A teraz bardzo piękny, mądry, wzruszający, pełen czułości i wielkiego szacunku do Ojca ale i do Jurka – adresata – list od syna Tadeusza Kaczmarka , Szymona …  na pewno  nasz nieżyjący Kolega jest dumny z takiego Syna …

Szanowny Panie Profesorze

Przesyłam Panu Profesorowi życiorys mojego kochanego ojca i kilka moich refleksjio nim. Na wstępie pozwolę sobie na prozaiczne stwierdzenie – proszę wybaczyć za śmiałość mojego zdania – ale jestem w pełni przekonany, że przesyłam te informacje chyba jedynemu jego prawdziwemu przyjacielowi, pomijając najbliższą rodzinę. Ojciec za takiego Pana Profesora uważał, darzył Pana olbrzymią sympatią, poważaniem i szacunkiem. Dużo mi o Panu Profesorze i o waszej koleżeńskiej współpracy opowiadał, zawsze z wielkim humorem i atencją.

Pozwolę sobie jeszcze nadmienić, że osobiście nie mogę się z samymi, niedawno zaistniałymi faktami pogodzić, i że jest mi chwilami bardzo trudno zaakceptować zaistniały stan rzeczy i bieg na jego skutek dalszych życiowych wydarzeń, ale wzorując się na przykładzie sposobu funkcjonowania w życiu i traktowania czy też radzenia sobie w tzw. trudnych życiowych sytuacjach mojego ojca wiem, że muszę przetrwać i z determinacją żyć dalej i wałczyć ze wszystkimi zawirowaniami życiowymi, jakie ironiczny los może zawsze człowiekowi zaoferować.

Mój ojciec – był przede wszystkim, jest i pozostanie na zawsze jednym z tych, którzy całe swoje życie poświęcili w imię jakiejś jednej nadrzędnej dla siebie idei – w jego przypadku było to służenie zawsze i wszędzie tzw. słusznej, ważnej, uczciwej i przyzwoitej jakiejś sprawie, zarówno w sferze życia prywatnego jak i stricte zawodowego. Jako człowiek był nadzwyczaj skromny, uczciwy i prawy – powiem patetycznie, dla mnie był szlachetny, – jako ojciec wspaniały i kochający, jako lekarz zawsze sumienny, zdyscyplinowany i w pełni poświęcający się każdej wykonywanej pracy w różnych dziedzinach i dyscyplinach zarówno klinicznych jak i administracyjnych, w których funkcjonował.

Życiowe losy mojego ojca Pan Profesor zapewne dobrze zna z jego opowiadań, tak mi się przynajmniej wydaje, dlatego też tylko pozwolę sobie przypomnieć jeszcze o jego osobistych pasjach i zainteresowaniach. Największą życiową pasją ojca była jak sądzę chirurgia, której dalszą karierę we wczesnych latach pracy, przerwał na progu dramatyczny wypadek – złamanie kręgosłupa na skutek spadnięcia ze schodów w drodze do szpitala na odział chirurgiczny. Po tym zdarzeniu ojciec musiał radykalnie zmienić obrany kurs w zakresie pracy lekarza w inne dziedziny medycyny.

Ojciec był typowym intelektualistą – bibliofilem, kochał książki, które zbierał całe życie i nigdy się z nimi nie rozstawał. Szczególnie zafascynowany był w prozie morskiej a zwłaszcza w twórczości Josepha Conrada. „Lorda Jima” Josepha Conrada – ojciec znał praktycznie na pamięć. Opublikował w 2004 r. książkę pt.: Joseph Conrad – Refleksje o Morzu i Statkach, Życiu i Ludziach – w której ujął całokształt poglądów i myśli Josepha Conrada o wszystkich aspektach ludzkiej egzystencji. Zawarte w książce 450 cytatów, zarówno bardzo znanych jak i dotychczas nieczęsto zauważanych, pochodzi ze wszystkich dzieł Conrada które ojciec osobiście przeczytał.

Ojciec całe życie był dla wszystkich bardzo wyrozumiały – zawsze postępował w imię zasad godności i przyzwoitości ludzkiej – pojęciom które w dzisiejszym brutalnym świecie wydają się archaiczne. W swojej chorobie traktujący siebie samego w sposób niezauważalny w sensie niezwracania niczyjej uwagi na swoje dolegliwości i cierpienia, wręcz przeciwnie zachowując się przez cały czas od momentu zachorowania na nią w sposób nadzwyczaj gorliwy i żywotny, wiedząc i zdając sobie sprawę z rzeczywistości jaką niosła ona za sobą, do samego końca aktywnie żyjąc i walcząc z nią. Ojciec jako lekarz doskonale sobie zdawał sprawę z kolei dalszych losów, jakie życie mu zafundowało na skutek jego choroby. Leżąc
w szpitalu po pierwszej operacji jaką przeszedł, powiedział: „wyrok zapadł – tylko egzekucja została oddalona”. Ojciec ofiarnie i z wielką determinacją walczył z okrutna chorobą kilka lat – na początku 2009 roku trafił do szpitala w Pile, potem rozpoczął się długotrwały i trudny proces leczenia, stanowiący jego heroiczne zmagania z nieuleczalnym i śmiertelnym schorzeniem nowotworowym.

Ojciec nigdy się nie poddawał w życiu i nie poddał się, także w tym najtrudniejszym dla niego okresie życia – w listopadzie zeszłego roku jeszcze chodził do pracy i przyjmował pacjentów w pilskim Oddziale Wielkopolskiego Centrum Medycyny Pracy. Pod koniec listopada 2012 r. po raz ostatni, znowu trafił do szpitala w którym zakończył swe zmagania
z życiem. Jak na ironię przewrotnego losu, mój ojciec był inicjatorem i współtwórcą pierwszego wybudowanego w Pile hospicjum. (…)

Podsumowując tak ujęty życiorys mogę jeszcze dodać, że ojciec w całym swoim zawikłanym życiu, zawsze kierował się jedną z naczelnych zasad etycznych w medycynie – „Primum non nocere”.

Dołączam parę zdjęć ojca wykonanych w czerwcu i wrześniu 2012 r. – w tym czasie ojciec jeszcze był w tzw. kondycji….

Pozdrawiam Pana Profesora bardzo serdecznie –

Z poważaniem

Szymon Kaczmarek

Popiersie Hipokratesa  z Collegium Anatomicum. Zdjęcie wykonał i przysłał Jerzy T. Marcinkowski.

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 18 ). Wspomnienie o Tadeuszu Kaczmarku.

Dr n. med. Tadeusz Kaczmarek w plenerze – czy relaks to, czy rozmyślanie o wielu problemach, którym się zajmował i o kolejnej książce do potężnego księgozbioru ….?

Tadeusz Kaczmarek był naszym Kolegą na tym samym roku  studiów , które odbywaliśmy w latach  1965 – 1971 na Akademii Medycznej w Poznaniu. Niestety, studiowaliśmy razem za krótko ( bo ja tylko przez 3 lata) , nie mieliśmy okazji się poznać , ba, nawet zapamiętać.   Jego Niezwykłą Osobowość poznałam dopiero wtedy , gdy Jurek przysłał mi ten artykuł, napisany po śmierci Tadeusza. Został już zamieszczony w 2012 roku w czasopiśmie Hygeia ( dane poniżej ) , ale chyba tylko w wersji papierowej .  Przeszukałam też  internetowe  archiwum biuletynów Wielkopolskiej Izby Lekarskiej  nie znajdując w żadnym z numerów  2012 roku zapisków dotyczących Pamięci naszego Kolegi. Jeśli ktoś posiada jakieś dane na temat innych miejsc publikacji – bardzo proszę o kontakt – uzupełnię informacje.  

A tak Jerzy T. Marcinkowski wspomina swojego bliskiego Kolegę i doktoranta – jest to opowieść osobista, ciepła z  dużą dozą szacunku i podziwu dla niestety już śp. Tadeusza …

Dr n. med. Tadeusz Kaczmarek .

Dr n. med. Tadeusz Kaczmarek (1947-2012) we wspomnieniach

Upalny dzień czerwca 2002 roku, duszno i gorąco pomimo szeroko otwartych okien w Dziekanacie Wydziału Lekarskiego I Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu przy ul. Fredry 10. Trwa egzamin w przewodzie doktorskim „Zatrudnienie osób niepełnosprawnych w świetle obowiązujących przepisów i orzeczeń lekarskich oraz opinii wybranych grup społecznych”. Egzaminowany z wielkim zapałem odpowiada na pytania Komisji doktorskiej… i w pewnym momencie jedna z pań, profesor, wstaje, nalewa wodę do szklanki i podaje doktorantowi ze słowami „Proszę się napić, bo przecież zaschło Panu w gardle”. Po kolejnym pytaniu druga pani profesor czyni podobnie, ponownie podając egzaminowanemu szklankę wody. Potem Komisja stwierdza, że już naprawdę dosyć usłyszała, prosząc aby teraz doktorant zaczekał na korytarzu na werdykt, ale ten ociąga się z wyjściem, bo chce jeszcze tyle powiedzieć! Wreszcie drzwi za doktorantem się zamykają, a Dziekan mówi „No i co?” A członkowie Komisji: „Niesamowity był! Celująco…!” Taki właśnie był dr n. med. Tadeusz Kaczmarek, a mnie wtedy rozpierała duma, bo to mój kolega z roku, doktorant, przyjaciel…

Tadeusz ukończył Wydział Lekarski Akademii Medycznej w Poznaniu w 1971 roku. Jego największą życiową pasją była chirurgia, której dalszą karierę we wczesnych latach pracy zawodowej przerwał dramatyczny wypadek – złamanie kręgosłupa na skutek upadku ze schodów w drodze do Oddziału Chirurgicznego Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Pile, w którym wówczas pracował. Po tym zdarzeniu musiał radykalnie zmienić obrany kurs w zakresie pracy lekarza w inne dziedziny medycyny. Stał się twórcą i kierownikiem Wojewódzkiego Ośrodka Doskonalenia Kadr Medycznych w Pile (1975-1983). Był lekarzem okrętowym (1982), zastępcą dyrektora ds. lecznictwa Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Pile, pracując tamże (1984-1985) na Oddziale Nefrologii,  organizatorem i kierownikiem nowej Przychodni Międzyzakładowej przy Z.S.O. „Polam” (1985-1990), dyrektorem Zespołu Opieki Zdrowotnej w Pile (1991-1997), twórcą i prezesem Spółki Lekarskiej „Labor-Med” w Pile (1992-2009), Głównym Lekarzem Orzecznikiem Oddziału ZUS w Pile (1997-2001),  przewodniczącym Komisji Lekarskich Oddziału ZUS w Pile (2005-2009),  od 2001 kierownikiem Działu Organizacji, Nadzoru i Szkolenia Wielkopolskiego Centrum Medycyny Pracy w Poznaniu, gdzie pracował niemalże do końca życia pomimo ciężkiej, nieuleczalnej choroby.

Pozostawił po sobie około 30 publikacji, głównie w „Orzecznictwie Lekarskim”, „Przeglądzie Epidemiologicznym”, „Archiwum Medycyny Sądowej i Kryminologii” oraz „Problemach Higieny i Epidemiologii”.

Inne obszary jego działalności, to: przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Służby Zdrowia przy Szpitalu Miejskim, potem Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Pile (1973-1980), przewodniczący Zarządu Wojewódzkiego Polskiego Towarzystwa Lekarskiego (1984-1990), delegat na I Zjazd Polonii Medycznej w Częstochowie w 1990 roku, członek Ogólnopolskiego Komitetu Organizacyjnego Izb Lekarskich, pełnomocnik ds. organizacji izby lekarskiej na terenie województwa pilskiego (1989-1990), sekretarz Okręgowej Bydgosko-Pilskiej Izby Lekarskiej (1990-1995), członek Polskiego Towarzystwa Higienicznego.

Przede wszystkim pozostanie na zawsze w naszej pamięci jako jeden z tych, którzy całe swoje życie poświęcili w imię służenia zawsze i wszędzie tzw. słusznej, ważnej, uczciwej i przyzwoitej jakiejś sprawie – zarówno w sferze życia prywatnego jak i stricte zawodowego. Jako człowiek był nadzwyczaj skromny, uczciwy i prawy, jako lekarz zawsze sumienny, zdyscyplinowany i w pełni poświęcający się każdej wykonywanej pracy w różnych dziedzinach i dyscyplinach – zarówno klinicznych, jak i administracyjnych, w których funkcjonował.

Był typowym intelektualistą – bibliofilem, kochał książki, które zbierał całe życie i nigdy się z nimi nie rozstawał. Szczególnie zafascynowany był w prozie morskiej, a zwłaszcza w twórczości Josepha Conrada. „Lorda Jima” Josepha Conrada znał praktycznie na pamięć. Opublikował w 2004 roku książkę pt. „Joseph Conrad – refleksje o morzu i statkach, życiu i ludziach”, w której ujął całokształt poglądów i myśli Josepha Conrada o wszystkich aspektach ludzkiej egzystencji[1]. Zawarte w tej książce 450 cytatów, zarówno bardzo znanych jak i dotychczas nieczęsto zauważanych, pochodzi ze wszystkich dzieł Conrada, które dokładnie poznał.

W swojej chorobie traktował siebie samego w sposób niezauważalny w sensie niezwracania niczyjej uwagi na swoje dolegliwości i cierpienia, wręcz przeciwnie zachowując się przez cały czas od momentu zachorowania w sposób nadzwyczaj gorliwy i żywotny, wiedząc i zdając sobie sprawę z rzeczywistości jaką niosła ona za sobą, do samego końca aktywnie żyjąc i walcząc z chorobą. Jako lekarz doskonale sobie zdawał sprawę z kolei dalszych losów, jakie życie mu zafundowało na skutek choroby. Nigdy się nie poddawał w życiu i nie poddał się także w tym najtrudniejszym dla niego okresie. W listopadzie 2012 roku jeszcze chodził do pracy i przyjmował pacjentów w pilskim oddziale Wielkopolskiego Centrum Medycyny Pracy. Pod koniec listopada 2012 roku po raz ostatni trafił do szpitala, w którym zakończył swe zmagania… a był inicjatorem i współtwórcą pierwszego wybudowanego w Pile hospicjum.

Załączone zdjęcia ukazują tego wspaniałego lekarza, kierującego się zawsze zasadą  „Primum non nocere”, w czerwcu i wrześniu 2012 roku, kiedy to, pomimo ciężkiej choroby, był nadal intensywnie zaangażowany w pracę zawodową.

Jerzy T. Marcinkowski; Szymon Kaczmarek.

[1] Joseph Conrad: Refleksje o morzu i statkach, życiu i ludziach. Wyboru dokonał Tadeusz Kaczmarek. Bonami, Poznań 2004.

 

Wg   https://polona.pl/item/dr-n-med-tadeusz-kaczmarek-1947-2012-we-wspomnieniach,Mzk0MDI2Mzk/0/#info:metadata – artykuł ten ukazał się w wersji papierowej w czasopiśmie Hygeia. T.47.nr 4 ( 2012) s. 390  1509 – 1945

 

Zamieszczone tu zdjęcia Tadeusza Kaczmarka dostałam od Jerzego T. Marcinkowskiego.

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 17 ) . Tajemniczy mail i znak zapytania.

 

Był taki dzień, jeszcze sierpniowy, tajemniczy dzień z Mariolką zakończony niewyjaśnioną zagadką … przypłynęły wówczas od Niej trzy maile w których snuła swoją myśl poczętą we śnie …. .

 

#  oj łobuzy moje kochane  ( było to do mnie i do Jurka ) – nie spałam dzisiaj przez was ? dzięki wam? wcale …

dlaczego –  napiszę jutro po powrocie do domu bo muszę coś sprawdzić – coś miłego dla mnie 

pozdrawiam

 

# Oczywiście zaglądałam do twojego bloga a że otwiera się tylko drugi odcinek z Leszka a pierwszego nie mogłam odnaleźć to zabrałam się za sprzątnie i tak mi zeszło J

 

# …. a śniło mi się  że była ciemna noc  ale tak ogromnie ciemna że morze było jednością z niebem – na brzegu stałam z Tobą i Jurkiem patrząc  w dal a tam pojawiło się maleńkie światełko

zbliżyło się do nas wolniusieńko  a gdy było blisko  okazało się ze płynie na książce „Złote  myśli ludzi serca ”  2001 r….

 

…. po powrocie do domu zaczęłam  szukać tej książki bo wiedziałam że też taką miałam ( w takiej byłam ujęta ) – przewróciłam wszystkie półki  by sobie odświeżyć tamten wpis i …nie mam!

tak sobie myślę  że COŚ kazało mi przypomnieć sobie stare dzieje a za przewodników  miałam Ciebie i Jurka jak to ostatnio w moim życiu  jest …

 

… napisałam z trudem bo jak zauważyłaś komputer mi źle pisze,  więc muszę za niego ostro się wziąć i naprawić

czyli znowu do roboty!! 🙂

 

# Zosiu   – to tę książkę  widziałam w nocy gdy stałam z Tobą i  Jurkiem nad brzegiem ciemnej wody ….

…. do dzisiaj zastanawiam się  jak się tam dostałam ( do książki nie nad wodę 🙂

– byłam zdziwiona gdy dostałam zaproszenie na Zamek w Warszawie po odbiór  –  było nas tam dużo z różnych profesji – próbowałam dowiedzieć się ale nie powiedzieli ….

…. kilka miesięcy poprzedzających wręczenie otrzymałam pismo z fundacji ” Zdążyć z pomocą” bym przysłała moje „myśli”, znowu za jakiś czas chcieli zdjęcie  (w tej fundacji  – działał też Religa który był obecny na wręczaniu ) i w końcu otrzymałam zaproszenie na wręczenie książki ale kto dał im moje namiary – skąd  się o mnie dowiedzieli to zagadka do dziś  ….

 

Zapytałam, jakie Jej  Złote Myśli są w tej  księdze –  by nam je podała – ale odpisała enigmatycznie – że zbierała różne 🙂

Pozostawiamy więc Mariolkę zadumaną nad zagadką ….

Bo nagle , już niedawno podsumowując nasze opowieści o omdleniach , pod wpisem z pamiętnika Mariolki Jurek wrzucił komentarz :

„Okazuje się, że wielu z nas, studentów medycyny, miało problemy z przyzwyczajaniem się do widoku krwi, pola operacyjnego… robiły się nam „miękkie nogi” a nawet mdleliśmy. Ale najważniejsze, że poszliśmy na medycynę aby pomagać drugiemu człowiekowi w chorobie, powrocie do zdrowia. I to wyraźnie widać z pamiętników Mariolki, także mocno zaangażowanej społecznie na terenie Kępna. Lekarz-społecznik – to jest to.”

Brawo Jurek – oto znalazłeś klucz do zagadki  nad którą głowi się Mariola – pozwalam sobie rozwinąć tę myśl – byłaś wspaniałym pediatrą, ordynatorem oddziału dziecięcego w Kępnie ale poza tym musiałaś działać aktywnie społecznie  na rzecz chorych – tak wielce – że ludzie Cię postrzegali jako Siłaczkę – i w dodatku ( podejrzewam ) lubiłaś mówić pięknie – może sama napisałaś te  Złote myśli – może ktoś spisał Twoje Złote Myśli i podał ww. Fundacji ?

Niestety ta Złota księga już nie jest dostępna  w internecie ( sprawdzałam )….

Może Mariolko uchylisz rąbka tajemnicy , jak to było ?????

Może chociaż przepiszesz  swoje Złote myśli z Księgi i nam wyślesz  ?

Czekamy !!!!

Ostatnie dwa zdjęcia otrzymałam od Marii J. Nowakowskiej.  Księgi ani Mariolki opisywać nie muszę 🙂

Pierwsze zdjęcie – własne

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 15 ). Obrazek z anatomii patologicznej.

zdjęcie własne

Moi Drodzy ! Jak zauważyliście, kartki z Pamiętników naszych Kolegów ze studiów na AM w Poznaniu  ( 1965- 1971)  tu się  nieustannie przeplatają. Ale tak ma być. One tak chcą, te nasze WSPOMNIENIA  chcą się spotykać, rozpoznawać, czasem identyfikować i czule dotykać , po czym  fruną w dal – podążając za NAMI –  bo tak naprawdę mieszkają w NAS – tu są tylko jako te przelotne ptaki, które usiłuję złapać w blogowe sieci 🙂

Maria J. Nowakowska, czyli nasza Mariolka, w czasie Sesji Rady Gminy, Kępno, 1991 rok. Wielce skupiona, a może się czai z jakimś pomysłem jak uzdrowić swoje miasto ? Zdjęcie z internetu.

Ale teraz już wracajmy do Pamiętnika Mariolki, ponieważ Jej świetny tekst  się  bardzo niecierpliwi, czekał dość długo, więc widzę, jak przestępuje z nogi na nogę 🙂 tzn. ja mam poczucie winy, że jeszcze go nie wrzuciłam … –

A było tak, ponieważ z niecierpliwością wypatrywałam  zdjęć od Autorki Pamiętnika  – w którymś momencie zasugerowałam, żeby  zrobiła zdjęcia ze zdjęć , nie czekając na czas wolny Syna – bo jak wiadomo młodzi czasu nie mają w ogóle. Za dobrze pamiętamy  nasz czas intensywnej pracy zawodowej czy „tylko hodowania ” dzieci …

Mariola nieomal od razu tak odpisała – a co najważniejsze, rozwinęła opowieść, która nagle przyszła Jej do głowy  – czym mnie , zresztą nie po raz pierwszy mile zaskoczyła  :

witaj

dzięki za pomysł że mogą być całe strony – zaraz idę do fotografa by mi zrobił …

… ponieważ dzięki Tobie myślę o  naszych wspólnych chwilach  wpadło mi do głowy wspomnienie :

 pierwsze zajęcia z anatomii patologicznej na Przybyszewskiego – prowadził doc. Łukaszewski ( pamiętam nazwisko bo przyjaciel Ojca i potem wiele mi pomógł w chorobie męża – sprowadził endoprotezę ze Szwecji bo u nas jeszcze ich nie było – oczywiście my musieliśmy zapłacić 1000 dolarów) …

…. no więc sala, stół a na nim zwłoki oczywiście nagie

zawołany jeden z kolegów ( oczywiście nazwiska nie podam )   zaczyna zestresowany referować ale zapomniał powiedzieć płci

docent go pyta : a płeć?

        mężczyzna

        nie – kobieta

        nie  – mężczyzna

 cisza  wielka –  w końcu kolega podchodzi od strony stóp chwyta i siłą rozchyla nogi nieboszczyka i podaje płeć

 rozbroił wszystkich – śmiech był gromki

 takie głupotki zostają gdzieś w zakamarkach mózgu i nagle wychodzą …

Mariolko

Wyobraziłam sobie Was, co jest łatwe, bo sama przeżywałam podobne sytuacje – ciężka jak przysłowiowy ” topór „atmosfera powagi ale też przerażenia – może już nie takiego jak w czasie zajęć na pierwszym roku z Anatomii Prawidłowej – ale choćby z powodu stałego nas odpytywania, zaliczania – i poczucia, że czegoś nie doczytaliśmy ( bo np. fajf wieczorny zaburzył pochłanianie wiedzy ) –  a w końcu i tak niemożliwe jest wiedzieć wszystko  …

A tu nagle kolega uparciuch  – w akcie odwagi a może tylko desperacji zdobył się na opisany przez Ciebie czyn – by udowodnić swoją rację – zaimponował mi – ciekawe czy potem został profesorem 🙂  ?

                      I jakby przy okazji dotknęłaś jeszcze jednego problemu – wieloletniej choroby Męża …. Ale pewnie to dla Ciebie bolesne wspomnienie, więc nie pytam …..

zdjęcie własne

 Mariolko , prosimy o jeszcze – „ odwiedzaj „ swoje zakamarki mózgu jak najczęściej  – czekamy na Twoje opowieści, każda z niespodziewanym , często humorystycznym „ zakrętasem „, jak nazywam Twoje nagle wrzucone do tekstu stwierdzenia,  krótkie komentarze ,  „ odbicia” od tematu, które są jak najpyszniejsza przyprawa ….

zdjęcie własne

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 11 ) . Jeszcze jedna opowieść z Gniezna .

Mała Mariolka  m.in. w sytuacji poważnie intymnej ( lewy górny róg pierwszego zdjęcia 🙂 .  Na kolejnym-  w otoczeniu panów nieźle sobie radzi, jak widać – miejsce centralne zajmuje 🙂 . Zdjęcia z Rodzinnego Albumu Marii J. Nowakowskiej. 

a to ode mnie dla Marioli- dmuchawiec –  tak piękny delikatny jak ludzkie życie – ot takie mi przyszło skojarzenie, nie wiadomo skąd

Świetna historyjka, tak kiedyś napisałam  po kolejnej opowieści Marioli …pisz dalej…cokolwiek Ci się przypomni…z dzieciństwa, czy szkół, zawodu.. może nie być chronologii

Niebawem  przyfrunął list od Marioli

 jeszcze leżałam a już męczyła mnie moja niewiedza

otóż jak już pisałam mam dziury w mózgu czy pamięci – na jedno wychodzi

męczyło mnie jedno : napisałaś że pisze się Zofia a mówi  ????? ( Marioli chodziło o to, że na FB używam imienia Klara J )

no właśnie jak

to jak się mówi wpadło do tej dziury i nie pamiętam

pomóż !! proszę !!!!!!!!

wysłałam  poprzedni  list a chociaż pytałaś ,  nie napisałam kto mieszkał w tych domach, w Gnieźnie mojego dzieciństwa.

Różne wyznania

przeważnie katolicy – właściciel, który  z fotelem

chodził do katedry na uroczystości z prymasem

 kolejno mieszkali wyznawcy 4 religii a  dwie rodziny byli przywódcami i u nich odbywały się  ceremonie

jako dzieci podglądaliśmy wszystkich lub nawet braliśmy udział

koledzy  byli ciekawi jak jest w  naszym kościele więc trzeba było im to umożliwić

zorganizowaliśmy komeżki trochę chłopcy – ministranci podszkolili i akcja ruszyła

dotarliśmy do kościoła ale w  zakrystii ksiądz się zorientował

nie rozumiał naszej postawy , nie znał ekumenizmu  🙂  ,  nakrzyczał, wezwał rodziców  i  później bacznie nas obserwował  ….

 

i jeszcze raz – a to ode mnie dla Marioli- dmuchawiec –  tak piękny delikatny jak ludzkie życie – ot takie mi przyszło skojarzenie, nie wiadomo skąd ….

Wielbię  Cię, Mariolko, choćby za ten błysk w tekście – że ksiądz „nie  rozumiał naszej postawy, nie znał ekumenizmu  ” 🙂