Artykuł dr ChmielewskiejJakubowicz. ” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” (cz. 5)

 

W „Pamiętniku Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego”  , który jest rocznikiem zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego( ukazuje się od 1837 roku) w tomie CXXXIV nr2/1998 zawarty jest artykuł  „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”, którego autorem jest dr Maria Barbara Chmielewska- Jakubowicz . To ciekawa opowieść o historii dawnego Szpitala im. Dzieci Warszawy przy ul. Siennej / Śliskiej . Pracowałam w nim przez 7 lat , uczyłam się tutaj pediatrii, podziwiałam moich nauczycieli i zostawiłam w nim część swojego serca. Zamieszczam tutaj odcinkami treść tego artykułu i mam nadzieję, że gdy zakończę , dla ułatwienia czytania ponownie wrzucę całość. Oto ciąg dalszy…Jest rok 1878…

 

Cz. 5. 

 

<<… W salkach chorymi dziećmi opiekowali się w ciągu dnia lekarze i posługaczki. Pielęgniarek do  pracy z dziećmi chorymi początkowo nie było. Pracę pielęgniarek- w obecnym rozumieniu- wykonywały młode, przyuczone do prostych zabiegów kobiety. W nocy przy chorych czuwali dobroczynni Żydzi, członkowie bractwa miłosiernego, którzy mieli niewiele wspólnego z opieką nad dziećmi, zwłaszcza chorymi. Nierzadko byli wśród nich żebracy, handlarze i miejscy tragarze….>>

 

 

 

 


Artykuł dr Chmielewskiej- Jakubowicz. „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”( 2 )

 

„Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego”  jest rocznikiem zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego .  Ukazuje się od 1837 roku. Warszawa 1998

Artykuł „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”, którego autorem jest dr Maria Barbara Chmielewska- Jakubowicz  znajduje się w rozdziale Szpitale Warszawskie  w tomie CXXXIV: nr 2/1998. A oto cd tego artykułu.

 

<<….   W drugiej połowie XIX wieku zaczynają pojawiać się pierwsze szpitale w miastach polskich pod zaborami. Pierwszy we Lwowie w r. 1845, liczący początkowo 16 łóżek, następny w Krakowie w 1874 r.- 34 łóżka, kolejny w Warszawie w r. 1869, przy ul. Aleksandrii ( później ul. Kopernika) i prawie równocześnie szpital dla dzieci w Poznaniu. Tak więc były już cztery szpitale dziecięce na ziemiach polskich.

     Jak doszło do budowy Szpitala im. Bersohnów i Baumanów ( po dziesięcioleciach Szpitala  im. Dzieci Warszawy- przyp. red. ) , jednego z najstarszych spośród 12 szpitali warszawskich, a drugiego szpitala dla dzieci na terenie Warszawy? Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy cofnąć się o sto kilkadziesiąt lat i uświadomić sobie, jak kształtowała się życie ludności Warszawy w tym okresie. Liczyła ona wówczas ponad 300 tys. mieszkańców, przy czym ludność żydowska stanowiła znaczną część i była w większości wielodzietna i uboga. Chorujące dzieci żydowskie w zatłoczonych mieszkaniach nie znajdowały pomocy w lecznictwie szpitalnym, gdyż Szpital Starozakonnych na Czystem nie przyjmował dzieci, a przy ul. Aleksandrii ( później ul. Kopernika-przyp red. ) nie było dość łóżek dla wszystkich zgłaszających się chorych mieszkańców. Koniecznością stało się więc wybudowanie specjalnej placówki w celu leczenia dzieci żydowskich, by przy dużej rozrodczości i znacznej umieralności ratować ich życie.

       Właśnie wtedy pojawił się człowiek światły, myślący dalej niż kres jego życia, znany przemysłowiec warszawski Majer Bersohn ( 1787-1873). Potentat finansowy, obywatel ziemski, społecznik, filantrop. W testamencie swym w roku 1872 zapisał znaczą sumę na fundusz wieczysty na utworzenie nowego szpitala dla dzieci. Do jego idei przyłączyli się bracia Bersohnowie i przekazali dalsze dotacje na ten cel. Następnie córka Bershonów Paulina i jej mąż Szymon Baumanowie dołączyli pewne kwoty pieniędzy na budowę szpitala……>> cdn.

 

BersohnMajerGrĂłbPOL_JCP_grob_majer_bersohn.jpg

 

Grób Majera Bershona, fundatora tego szpitala

 

 

BaumanPaulinaGrĂłb.JPG

Grób Pauliny Bauman,  córki Majera Bershona, fundatora tego szpitala

 

SalomonMichałBaumanGrób.JPG

 

Grób Salomona Baumana, fundatora tego szpitala

 

Zdjęcia z Wikipedii, fundatorzy są pochowani na Cmentarzu Żydowskim w Warszawie.

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz. „Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” cz.1.

 ” Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” jest  rocznikiem  zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego.   Ukazuje się od 1837 roku. Artykuł ” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”  znajduje się w rozdziale : Szpitale Warszawskie w tomie  CXXXIV: nr 2/1998. Jego autorem jest dr  Maria Barbara Chmielewska- Jakubowicz , 

 

” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 1 ).

 

 << Zagadnienie lecznictwa dziecięcego praktycznie do XIX wieku nie istniało. Dzieci ludzi bogatych leczone były sporadycznie przez lekarzy internistów, młodsze zaś przez lekarzy położników. Natomiast chorujące dzieci biedoty miały z góry wypisany wyrok na życie. A właśnie te najczęściej zapadały na zdrowiu z powodu biedy, głodu, żyjąc w zatłoczonych, wilgotnych mieszkaniach, w złych warunkach sanitarno- epidemiologicznych.

     Istniejące od lat domy dla podrzutków, dzieci niechcianych, panieńskich, okrytych hańbą, przyjmowały te istoty, nierzadko upośledzone fizycznie czy umysłowo. Te zakłady filantropijne lub organizowane przez fundacje religijne ( zakony) czy społeczne były ubogie, cieszyły się złą sławą. Z powodu skąpych środków finansowych dzieci żyły w brudzie, niedostatku, wśród szerzących się chorób zakaźnych. Następowały liczne masowe zgony wśród wychowanków.

     Wysoka śmiertelność, niedożywienie, złe warunki bytowe przy wzrastającej liczbie porzucanych dzieci w wiekach XVII i XVIII stawały się zagadnieniem społecznym nie tylko w Polsce, ale także w wielu krajach europejskich. Dotychczasowe domy dla podrzutków, zakłady u zakonnic dla sierot starano się przekształcać w oddziały szpitalne w celu leczenia dzieci.

     Pierwszy szpital dla dzieci powstał w Londynie w 1779 roku, a więc już w końcu XVIII wieku , w ślad za nim w Paryżu ( 1802) i tak w rozwoju pediatrii od początku XIX wieku prym wiodła Francja. Następne szpitale dziecięce powstawały w Wiedniu ( 1837) , Sztokholmie ( 1845) , Padwie ( 1882), Petersburgu i w innych miastach europejskich….>>

Pożegnalny spacer po Uniejowie (5)

 

To już ostatni wpis o historii zamku uniejowskiego, więcej nie będę zanudzała tych, którzy się zanudzili 🙂

W kolejnych latach Uniejowski zamek ulega zniszczeniom przez pożary i jest cierpliwie odbudowany.

W latach 1525-1534 odbudowa wiąże się  z dużą modernizacją, co powoduje utratę większości cech gotyckich.

I nadchodzi rok 1655. Fala szwedzka zalewa nasz kraj. Jest to okres, kiedy doszło do jednej z największych dewastacji  kraju.

Jak trudno sobie wyobrazić tych chłodnych Skandynawów w szale  niszczenia, grabienia i zawłaszczania obcych ziem. Co wyzwoliło w nich takie emocje. Pewnie historycy już to wiedzą, ale oczywiście ja nie. Może nadejdzie czas na czytanie opracowań historycznych. I dlatego warto jeszcze żyć…

zamek uniejowski tonie w powodzi szwedzkiej. Mieszkańcy cierpią a może pokornie pochylają głowy i jedynie spełniają swoje obowiązki.

 

I po potopie szwedzkim znowu nadszedł czas odbudowy Polski, Uniejowa i jego zamku.  

Jednak w 1704 roku wkraczają tutaj wojska saskie i dokonują kolejnej dewastacji.

 W głowie mi się kręci od dat, od informacji, istny zamęt…oj biedni my biedni, Polaczki, narażeni na liczne najazdy obcych, przypadkowo grabieni, gdyż położeni na trasach wojennych, pomiędzy sobą skłóceni, walczący o prywatę – tak sobie myślę przy okazji wczytywania się w historię Zamku Uniejowskiego.

W 1736 roku zanotowano kolejne pożary, które go zniszczyły.

W 1745 roku arcybiskup Krzysztof Szembek dokonał częściowej restauracji zamku.

W 1796 roku Zamek Uniejowski został upaństwowiony przez zaborcę pruskiego.

I znowu obrót koła historii

W 1836 roku, gdy upada powstanie styczniowe, carski generał  Aleksander Toll, pochodzący z Estonii wsławia się tym, że rozgramia wojska polskie pod Ostrołęką. W dowód uznania car rosyjski ofiarowuje mu Zamek Uniejowski i tytuł hrabiowski. 

Jednak Uniejów ma  trochę szczęścia w tym nieszczęściu.

Otóż żona tego generała rzuca projekt, by stworzyć wokół zamku park. Ma tyle energii i pieniędzy, że wkrótce powstaje piękny, podziwiany do dziś park krajobrazowy, będący chlubą Uniejowa. I tak to zło, które się stało obraca się w dobro. Niezbadane są prawa historii i boskie ścieżki.

Po 1918 roku zamek przejęli Polacy.

Działało tutaj gimnazjum a później pensjonat.

W  czasie działań wojennych, w 1939 po raz kolejny znacznie zniszczono zamek .

Później mieścił się tutaj magazyn zboża i nawozów.

W latach 1957-67 rozpoczęto prace konserwatorskie, w 1995 otrzymała go Rada Naczelna Zrzeszenia Studentów Polskich, która nie miała odpowiednich środków dla utrzymania tak wielkiego obiektu. Zamek więc powoli, ale systematycznie niszczeje.

Wydaje się, że ostatecznie przegrał walkę z losem.

Pożegnalny spacer po Uniejowie ( 4)

Pożegnalny spacer po Uniejowie.

Ale niedługo potem jest zamek jest ponownie  plądrowany powodu roszczeń majątkowych, prywatnych wojenek- jakże dobrze nam znanych,

W połowie XV wieku zamek gruntownie przebudowano i wzmocniono jego fortyfikacje. Jednak i to nie zapobiegło kolejnemu zawłaszczeniu przez wielkopolskiego szlachciura Wawrzyńca Kośmidera Gruszczyńskiego, który toczył prywatną walkę z arcybiskupem Zbigniewem Oleśnickim o Koźmin.  Wydarzyło się to w 1492 roku.

Już wtedy budowla ta poza tym, że była rezydencją arcybiskupa i pełniła  funkcje obronne ,  zawierała ważne kościelne archiwum i bibliotekę.

To tutaj odbywały się zjazdy duchowieństwa, a w trakcie wojny trzynastoletniej przechowywano  Uniejowie  cenne kosztowności i relikwie.

Pewną  ciekawostką jest zapis, że mieściło się też tutaj więzienie dla innowierców i nieposłusznych księży ale także innych skazanych. Jednym ze świeckich więźniów był znany gdański rzeźbiarz Hans Brandt. W 1485 roku, ten słynny człowiek dostał zlecenie wykonania nagrobka św. Wojciecha dla katedry gnieźnieńskiej. Gdy otrzymał zaliczkę od Zbigniewa Oleśnickiego na tę pracę, po prostu wywiał. Może miał  straszliwe długi czy inne ważne powody, by zniknąć, ale fakt pozostał faktem. Schronił się ów nieszczęśnik lub szczęśnik w Prusach, ale go dopadli, mimo, że w tamtych czasach nie było policji, CBA CBŚ ani …Złapano go i osadzono właśnie w więzieniu Uniejowskiego zamku. W ten sposób został zmuszony do ukończenia dzieła, które nadal możemy oglądać zwiedzając katedrę gnieźnieńską.

 

 

Pożegnalny spacer po Uniejowie (3)

Pożegnalny spacer po Uniejowie (3)

Ale wracam do naszego skryby, pamiętnikarza, kronikarza, czy jak mu tam.

Z jakim zapałem ten  czternastowieczny skryba  skrobał on swoim gęsim  piórem  po pergaminie, że jeszcze  dziś  słyszę to skrzypienie i zgrzyty. Właśnie z mozołem  rejestruje  zniszczenia znajdującej się tutaj dwunastowiecznej drewnianej warowni .

Może opisuje też to, co  się działo w  1331 roku, gdy zawitali w te strony słynni agresorzy, zwani  Krzyżakami.

Może nie on to opisuje, może już inni, jego następcy-  jak  ci  ludzie o stalowych spojrzeniach, i  znanych nam z filmów czarnych krzyżach na płaszczach zakrywających zbroje  z obłudnymi religijnymi hasłami na ustach, wolno zbliżali się do miasteczka. Ludzie już wiedzieli, słyszeli, nasłuchiwali z lękiem jak dudni pod obcymi ziemia, ich ziemia ojczysta. Pewnie  uciekali gdzieś w knieje, by się ukryć , może ginęli pod końskimi kopytami. Niemieccy najeźdźcy zagarniali  nasze  ziemie, zdobywając je ogniem i mieczem. Przeszkadzała im ta polska uniejowska warownia, strzegąca przeprawy przez Wartę. Więc wrzucali tam zapalone głownie i chyba nawet nie oglądając się za siebie, by zobaczyć jak płonie, szli dalej.

Ale w 1333 roku na polskim tronie zasiada 22 letni wówczas Kazimierz Wielki. W 1343 roku zawiera z Krzyżakami rozejm, odzyskuje zajęte przez nich opisane  tereny. Ten projektant  Polski murowanej ma dużą wyobraźnię i zapęd, by marzenia o wielkiej Polsce wcielać w czyn.

Z jego polecenia człowiek nazywany wielkim budowniczym-  arcybiskup Jarosław Bogoria wznosi  murowane warownie broniące dostępu do państwa od północy i północnego wschodu. Poza zamkiem w Łowiczu, Opatówku pod Kaliszem, Łęczycy, Sieradzu, Kole , Uniejów wyznacza ten krąg twierdz granicznych.

Tak więc w założeniu zamek ten  ma  charakter wybitnie militarny.

 

Historia Uniejowa.

Uniejów historia

Ależ się rozpisałam, rozmarzyłam. Już nieomal popłynęłam do mojego Gorzowa. Ale czas się obudzić z tego pięknego snu i wrócić do rzeczywistości. Poważnej, ale niezbędnej w tym miejscu.

Tak więc pora na garść informacji historycznych o Uniejowie i Zamku.

Ale by nie przynudzać, w wielkim skrócie wrzucam to co znalazłam w Wikipedii.

Pierwsze wzmianki o Uniejowie znaleziono w starych dokumentach z 1136 roku.

W XIV-XV wieku powstała tam rezydencja arcybiskupów gnieźnieńskich.

 Od tej pory miasto rozrastało się , rozwijało  się rzemiosło a dzięki swojemu bardzo korzystnemu  położeniu geograficznemu kwitł handel.

Po drugim zaborze Polski, od 1793 roku miasto znalazło się w zaborze pruskim, w granicach Państwa Prus.

 Od 1807 roku, było w granicach Księstwa Warszawskiego a od 1815 roku – w zaborze rosyjskim w granicach Rosji na terenach Królestwa Polskiego.

W 1870 roku Uniejów został pozbawiony praw miejskich.

Miejscowa ludność wielokrotnie podejmowało liczne protesty  przeciwko rusyfikacji oświaty.

W 1918 roku miasto znalazło się w granicach niepodległej Polski.

W czasie działań wojennych, w 1939 roku Polacy walczyli  zaciekle z Niemcami, broniąc przeprawy przez Wartą. W wyniku tych działań zginęło wielu mieszkańców Uniejowa i okolic.

W 1942 roku Niemcy wymordowali miejscową społeczność żydowską.

W 2012 roku premier RP nadał miastu oraz sąsiadującym sołectwom w Spycimierzu, Spycimierzu- Kolonii, Zieleni i Człopie prawa uzdrowiska.

Tak więc młodziutkie jest, jeszcze nieśmiałe  to uzdrowisko i dopiero  wszystko przed nim…Jak dobrze, że zobaczyłam je teraz, trochę senne ale jeszcze nie zadeptane i świeże…

 

Na medycznej ścieżce. O szczepieniach…

Pomimo własnych wątpliwości dotyczących  bombardowania młodego ustroju tak wielką liczbą obcych antygenów podawanych w postaci szczepionek i jakiś mglistych odległych skutków immunologicznych,  jednak nie można zaprzeczyć że szczepienia zmieniły życie wielu istnień.  

Nie widujemy już czarnej ospy a  wiele innych chorób zakaźnych występuje sporadycznie  i to w populacji dzieci nieszczepionych .

Jeśli nawet chorują te zaszczepione, to przebieg choroby jest łagodny i nie zostawia trwałych śladów.

Ponieważ aktualnie wśród rodziców na całym świecie, panuje moda na nie podawanie dzieciom żadnych szczepionek,  wyprzedzając wyobraźnią kolejne wydarzenia, można się spodziewać kolejnych fal zachorowań nawet na choroby uważane za już nie występujące.       Dodatkowym problemem są ludzie zakażeni wirusem zaburzeń odporności, tzw. HIV, którzy zwłaszcza ci nie leczeni mogą być rezerwuarem wszystkich drobnoustrojów, rozsiewać je wokół i zarażać zdrowych.

W takiej sytuacji choroba poliomyelitis może wrócić w każdym momencie.

Tak więc chyba te moje wpisy- poprzedni i aktualny są głosem za celowością szczepień.

W necie znalazłam opracowanie Ireny Janas, które przedstawia historię odkrycia wirusa i opracowywania różnych szczepień p/ tej chorobie. Podaję to we własnym skrócie.

Polio

Schorzenie nazywane nagminnym porażenieniem dziecięcym wywołuje wirus poliomyelitis. Wirus ten potrafi przetrwać w środowisku , jest odporny na temperaturę i chemikalia i potrafi zaatakować po wielu latach.

Początkowo sądzono, że atakuje jedynie dzieci, ale okazało się, że mogą chorować także osoby dorosłe.

Pierwszy opisał ją ortopeda niemiecki Jakob von Heine( 1800-1879), a wkrótce po nim pediatra szwedzki Karl Oskar Medin ( 1847-1927) i stąd się wzięła nazwa jej nazwa: choroba Heinego- Medina.

W 1916 roku choroba nawiedziła Nowy Jork, zabijając około 2000 osób. W 1921 roku powaliła Franklina Delano Roosvelta, który miał wtedy 39 lat. Pomagało mu pływanie w naturalnych ciepłych wodach ze źródła w stanie Georgia, więc  w 1926 roku kupił tam hotel i założył charytatywny ośrodek leczenia polio.

W 1946 roku padali jej ofiarą głównie nastolatkowi i ludzie młodzi, a w roku 1952 dzieci . Zachorowało wtedy 50 tys Amerykanów, z których około 12% zmarło. Wybuchła panika, całe rodziny zamykały się w domach, zamknięto baseny pływackie, odwołano wszystkie imprezy.

Już dawno było wiadomo, że schorzenie jest wywoływane przez określony wirus, ale dopiero w 1949 roku naukowcy G. Anders, T. Weller i F. Robbins nauczyli się go namnażać w hodowlach tkankowych za co w 1954 roku otrzymali nagrodę Nobla.

Od 1946 roku nad wynalezieniem odpowiedniej szczepionki pracował nasz rodak Hilary Koprowski.  Urodził się w rodzinie o żydowskich korzeniach, dorastał w Warszawie, gdzie ukończył LO im. Mikołaja Reja a następnie na Uniwersytecie Warszawskim uzyskał tytuł lekarza medycyny. Studiował też w konserwatorium muzycznym oraz Akademii w Rzymie. Znalazł on zwierzę, był nim szczur bawełniany, który w warunkach naturalnych nie choruje pomimo zakażenia. Doświadczalnie podawano mu wirusa, pobierano jego wycinek mózgu , wstrzykiwano następnemu szczurowi i po kilkunastu takich zabiegach uznano, że wirus jest nadal żywy, ale osłabiony. Koprowski opowiadał o tym w 2001 roku dziennikarzom gazety Wyborczej.

Gdy uznał, że wirus jest już wystarczająco osłabiony, szczepionkę wypróbowywał na sobie. Spożywał ją doustnie i nawet stwierdził, że smakuje jak tran. Było to w roku 1949.

Nie zachorował, więc odważnie zaczął podawać ją dzieciom, początkowo niedorozwiniętym przebywającym w zakładzie dla dzieci niedorozwiniętych a następnie innym z tego samego środowiska. Opisywał swoje uczucie szczęścia, że szczepionka działa i nie wywołuje powikłań.

Dyskutował z innymi to zjawisko i oni uważali, że masowe szczepienie osłabionym zarazkiem  powoduje stopniowe wypieranie tego złośliwego. Wierzyli w to, że ten złośliwy całkowicie zniknie ze świata.

Potem zaszczepiono kobiety z więzienia w stanie New Jersey a następnie szympansy w Stanleyville oraz zajmujący się nimi personel , potem dzieci w Ruandzie i Kongo.

W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku w Polsce wybuchła epidemia polio, szczególnie nasilona w Szczecinie, gdzie powtarzała się trzykrotnie, w latach: 1951, 1955, i 1958.

Nikt nie wiedział ile osób chorowało i ile zmarło. Samo rozpoznanie choroby nie było łatwe, gdyż nawet do tej pory nie ustalono u ilu chorych występuje porażenie mięśni. Nie prowadzono żadnych statystyk, nie z powodu zaniedbania, ale z braku wiedzy. Wiadomo tylko, że spośród tych, którzy przeżyli tylko w Szczecinie i okolicach  750 porażonych dzieci wymagało rehabilitacji i na zawsze zostało inwalidami.

Prawdziwa panika wybuchła wtedy, gdy zaczęli chorować młodzi żołnierze, gdyż uważano, że jest to schorzenie wieku dziecięcego. Przestraszone pielęgniarki odmawiały pracy w szpitalach wojskowych.

Wtedy dyrektor Państwowego Zakładu Higieny, Feliks Przesmycki zwrócił się o pomoc do Koprowskiego.  Ten postanowił działać. Jak wspominał Koprowski, akcja szczepień w Polsce trwała od jesieni 1959- do maja 1960 roku. Firma Wyeth przygotowała 9 mln szczepionek a firma okrętowa Moore McCormick przetransportowała szczepionkę do Polski. Po masowych szczepieniach liczba zachorowań spadła ze 1112 przypadków w roku 1959 do około 30 w 1963, a liczba zgonów ze 111 do dwóch. Polska otrzymała szczepionkę za darmo.

Niestety ta szlachetna działalność spowodowała głosy krytyki. Jeden z lekarz głosił, że  polskie dzieci są królikami doświadczalnymi. W wyniku afery został zdymisjonowany dyrektor Państwowego zakładu Higieny – Przesmycki, a jego miejsce zajął ów głoszący złe opinie lekarz.

 Trzy lata po Koprowskim, Albert Sabin a także Jonas Salk rozpoczęli swoje prace nad szczepionką .

Salk( 1914- 1995), urodzony w Harlemie w Nowym Jorku od 1942 roku na zlecenie swojego sponsora, armii USA, pracował z dobrym skutkiem nad szczepionką przeciwko grypie.

Od 1949 roku interesował się pracami nad polio. W 1955 roku opracował swoją szczepionkę, która początkowo powodowała u niektórych szczepionych  dzieci objawy paraliżu. Na 440 tys dzieci, zachorowało po niej 250 dzieci , u 150 z nich wystąpił częściowy lub całkowity paraliż, a 11 zmarło. Z tego powodu tę szczepionkę wycofano. Jednak Salk się nie poddał, kontynuował prace i w roku 1962 otrzymał udoskonaloną szczepionkę, odbudowując swój autorytet. Zaszczepił nią siebie i swoich synów. Od tego roku zaszczepiła się połowa mieszkańców USA, a zachorowalność spadła o 86%. Podaje on zabite wirusy drogą pozajelitową, tj podskórnie co powoduje powstanie odporności u szczepionego. Jednak nie ma tutaj działania bezpośredniego na jelita, gdzie wirus lubi się namnażać. Dlatego nie powstaje w tym miejscu ochronna Immunoglobulina, Iga, co jest wadą szczepionki.

Innym naukowcem, który prowadził badania nad przygotowaniem szczepionki, był

Albert Sabin

Urodził się w Białymstoku, w tradycyjnej rodzinie żydowskiej noszącej nazwisko Saperstein. . W 1921 roku razem z rodziną wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Tam ukończył studia medyczne, przyjął obywatelstwo amerykańskie i zmienił nazwisko na Sabin.

W 1960 wymyślił szczepionkę, która całkowicie zabijała wirusa polio.

Za akceptacją władz ZSRR przeprowadził na ich terenie szczepienia na wielką skalę.

Uzyskał międzynarodową sławę i 40  doktoratów honoris causa na uczelniach całego świata.

Przekazał swoją szczepionkę ZSRR i zaszczepiono nią ponad 2 mln mieszkańców tego kraju. Potem zatwierdzili ją Amerykanie.

Pomimo ogólnego przekonania, że Salk i Sabin pierwsi wymyślili szczepionkę, jednak tym pierwszym był wymieniony już powyżej nieco zapomniany  Polak- Koprowski.

Obecnie stosuje się dwie szczepionki. Salka, w której podaje się pozajelitowo tzn. w zastrzykach, zabite wirusy. Powoduje to odpowiedź całego ustroju, powstają odpowiednie przeciwciała,  ale nie tworzą się immunoglobuliny A , działające  na powierzchni jelit.

Szczepionka Salbina zawierająca żywe, pozbawione złośliwości czyli atenuowane wirusy jest podawana doustnie. Powoduje ona powstanie przeciwciał, które się tworzą w miejscu podania. Stanowią tam najważniejszą barierę ochronną przed wnikaniem wirusa do zakażonego ustroju . Jedyną wadą jest możliwość namnażania się tam wirusa używanego do szczepień i jego złośliwienie. Działo się to najczęściej w przypadku wrodzonych zaburzeń odporności. Jednak zachorowania poszczepienne zdarzają się bardzo rzadko .  Jak wspomniałam w poprzednim wpisie, widywałam takie dzieci, które były leczone w moim dawnym Szpitalu Zakaźnym przy ul.  Siennej. Przebieg choroby był zwykle łagodny.

W Polsce, od 2012 roku obowiązuje Program Szczepień Ochronnych i wg zaleceń  stosuje się szczepienie kombinowane. We wczesnym okresie niemowlęcym  podaje się szczepionkę  Salka ( 3 dawki w injekcjach ) a następnie , w 6 roku życia, pojedynczą dawkę doustną szczepionki Sabina.

 

Na medycznej ścieżce. Historia szpitala przy Siennej / Śliskiej…

 

Wiedziałam, że historia mojego pierwszego szpitala była niezwykła .

Ale dopiero później dowiedziałam się o jej szczegółach.

Chociaż do tej pory mam niedosyt wiedzy na ten temat. Szukam jakiś wspomnień, czy innych dawnych śladów, ale jak na razie bezskutecznie. Odeszli ci, którzy mogli powiedzieć najwięcej, dym ich ciał wchłonęły bezkresne międzygwiezdne przestrzenie, tamtych Żydów już nie ma…..

Piszę więc to, co znalazłam w Wikipedii.

Szpital Dziecięcy Bersohnów i Baumanów w Warszawie przy ul. Siennej 60, był w latach 1878- 1942 żydowską placówką medyczną .

W latach 70 XIX wieku powstał pomysł, by wybudować taką placówkę dla biednych dzieci żydowskich.

W 1873 roku dwie bogate rodziny : Majer i Chaja Bersohn oraz Salomon Bauman zakupiły teren pod budowę szpitala. Był on położony pomiędzy dwoma równoległymi ulicami: Sienna i Śliską- stąd podawany jest podwójny adres- Śliska 51 albo Sienna 60.

Całość zabudowy zaprojektował Artur Goebel .

W latach 1876- 1878 powstał ten urodziwy kompleks szpitalny.

Podczas I wojny światowej uległy zmianie zasady zapisów testamentowych , ograniczono możliwość sponsorowania i sytuacja finansowa szpitala zmieniła się dramatycznie.

W rezultacie , w roku 1923 szpital został zamknięty.

Walką o ponowne jego uruchomienie podjęła lekarka Anna Braude- Hellerowi.

Dzięki niej Zarząd Fundacji Bershonów i Baumanów przekazał te zabudowania szpitalne Towarzystwu Przyjaciół Dzieci.

W szybkim czasie rozbudowano kompleks szpitalny w oparciu o finanse gminy żydowskie oraz organizacji Joint.

Podczas II wojny światowej szpital ocalał.

W 1940 roku znalazł się w granicach getta warszawskiego.

Gdy ograniczono tereny getta, w sierpniu 1942 roku, szpital wraz z pacjentami przeniesiono do budynku znajdującego się na rogu ulic Leszno i Żelazna. Jednak trzy dni później nagle Niemcy zlikwidowali  ten szpital a cały personel i chorych wywieźli  do Treblinki.

    Jeszcze w czasach wojny, w opuszczonych zabudowaniach szpitala przy Siennej, ulokowano Klinikę Dziecięcą, która działała do czasów Powstania Warszawskiego.

Od  sierpnia do października 1944 roku szpital był jedyną profesjonalną placówką medyczną w centrum Warszawy.

    Po wojnie, w okresie 1946-1952 na terenie szpitala mieściła się siedziba Centralnego Komitetu Żydów Polskich.

Potem powrócono do idei szpitala w tym miejscu i hospitalizowano tutaj dzieci chore zakaźnie.

Placówce nadano piękną, pełną wyrazu nazwę: Szpital im. Dzieci Warszawy. 

Byłam dumna, że  mogę pracować w szpitalu tak pięknie refleksyjnie nazwanym.

Byłam świadkiem uroczystych obchodów 100 lecia szpitala.

Później, już po moim odejściu , 20 kwietnia 2001 roku na ścianie budynku ulokowano tablicę pamiątkową poświęconą pamięci Anny Braude-Hellerowej, lekarza i w latach 1930-1942 dyrektora szpitala.

 

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 21 )

Ten rakowski przygraniczny las uwielbialiśmy.

Dla mnie był wszystkim co wiązało się z moim dzieciństwem.

W opowiadaniach Mamy wracał temat tego lasu, historii jej rodziców a moich dziadków – Michaliny i Bolka Rodziewiczów. Bolek  był sierotą po powstańcu styczniowym i został wychowany przez księdza Karpińskiego. Był organistą w miejscowym kościele, czytał wielkie księgi , sprowadzał gazety z Wilna. Spragniony czułości zbudował piękną rodzinę z Michaliną. W takiej atmosferze wychowywała się moja Mama- Stanisława.

Rodzina mojego ojca- Tomasza Łukaszewicza też była dobra, silnie ze sobą związana. Wierzyłem, że mając ich geny też będę dobrym mężem, może kiedyś ojcem i potrafię zwyciężyć trudności.

W refleksyjnym i optymistycznym nastroju wróciliśmy do swoich domów.

        Następnego dnia o świcie  wyjeżdżałem do Wilna , do pracy.

Kończyły się ferie świąteczne , szkoła otwierała podwoje, więc Stefa też wpadła w wir zajęć. 

       Więc rozpoczęły się dla nas dni zwykłe, wszystkie takie  same ale nasączone wielkim oczekiwaniem.