Naparstnicowe wspomnienie…

SAM_6334.JPG 

 

 

 

Właśnie niedawno zauważyłam, że zakwitła naparstnica. Jej kwiatki białe i różowe w ciapki kształtu naparstka, ułożone na jednej łodyżce, grzecznie, według wzrostu, wyglądają  niewinnie i milusio. Ale to pozory. Ta roślinka potrafi leczyć ale też śmiertelnie zatruć…

 

     I zawsze gdy ją widzę, przychodzą do mnie wspomnienia. Już kiedyś o tym pisałam, ale ten temat stale  do mnie wraca i pozwalam sobie przypomnieć w tym miejscu. Myślę, że zostanie mi to wybaczone….

 

Były wczesne lata 70 XX wieku , a ja raczkowałam w zawodzie i  właśnie z wielkim przejęciem rozpoczęłam pierwszą  pracę w przychodni rejonowej na Wrzecionie.

 

To bielańskie osiedle pod Hutą Warszawa zamieszkiwały różne ciekawe osoby. Od pospolitych drobnych handlarzy na miejscowym bazarze, drobnych złodziejaszków, pijaczków do ludzi z dyplomami i ciekawym życiorysem. Poznawałam ich problemy, bo chętnie się zwierzali, lekarz rejonowy był czasem niby spowiednik. I dobrze, bo znając przynajmniej częściowo ich życie, można było zrozumieć różne dolegliwości.

 

Mieszkały też tam  stare samotne kobiety. Całkiem niedawno zostały wysiedlone  z własnych domeczków z podwarszawskiego Annopola, bo tam powstawały blokowiska. W zamian  otrzymały kawalerki i tam sobie mieszkały wśród uratowanych  ukochanych zwalistych starych mebli, polegiwały na szerokich łożach zajmujących pozostałą powierzchnię jedynego pokoju  i pewnie czekały końca. Biedne były te panie , przesadzone  z ogrodów na kamienną cuchnącą spalinami i dymami z pobliskiej huty pustynię.

 

Odwiedzałam je , bo miałam pod opieką blok, w którym mieszkały, pamiętam nazwę ulicy i numer domu, ale nie podam, bo może żyją tam jacyś ich potomkowie, chociaż  one już dawno przemierzają zielone ogrody rajskie .

 

Starałam się jak umiałam, młodziutka byłam wtedy, ledwie po studiach i stażu.

 

Biegałam na wizyty domowe te zgłoszone przez chorych i planowe  tzw. patronażowe  do ludzi niesprawnych i starych . Badałam, wypisywałam  recepty, najczęściej na takie leki,  które zalecił im jakiś specjalista. Aż któregoś dnia odkryłam, że nie wiedzą jak brać leki a w dodatku nie czytają tego, co im na karteczkach inni lekarze a potem ja wyraźnie pisałam. Naprawdę się starałam, by moje zwichrowane pismo wyrównać uporządkować.

 

Stało się to wtedy gdy jedna z pań wylądowała w szpitalu i wróciła z rozpoznaniem zatrucia naparstnicą. Tak, tą miłą roślinką, która właśnie sobie dziko zakwitła pod płotem naszej działki nad Bugiem. I wówczas doszłam do może mylnego  wniosku, że te panie chyba w ogóle nie umiały czytać. Bo pokazywałam owe karteluszki z zaleceniami lekarskimi, prosiłam o przeczytanie a one nic. A tekst z książeczki do nabożeństwa czytały. Może jednak znały go na pamięć – tak sobie dzisiaj rozmyślam. Tak więc niezależnie od tego, czy umiały czytać czy nie chciały, leki sobie dawkowały wg własnego pomysłu. Nalewkę z naparstnicy, która musiała być bardzo precyzyjnie dawkowana, w bardzo małych dawkach- max 7 kropli dziennie myliły z innymi tzw. lekami nasercowymi, które pewnie przynosiły usłużne sąsiadki. Bo na szczęście były sąsiadki, widywałam je, pomagały staruszkom i było to budujące dla mnie. Nigdy jednak nie widziałam u nich dzieci czy wnuków, może nie miały, nie pytałam przez delikatność. Otóż staruszki te chcąc się ratować, wkraplały sobie preparat z naparstnicy zamiast owych 7 kropli, solidne co najmniej 30 jak w tych innych lekach nasercowymi też popularnie zwanymi. Chyba chronił je Anioł Stróż, bo żadna nie zakończyła  życia, były sobie dalej po swojemu szczęśliwe czy nieszczęśliwe. Tylko jedna wylądowała jak napisałam w szpitalu. Muszę jeszcze raz wspomnieć, że tych kropli z naparstnicy ja nie zlecałam, bo ja byłam od jakiś prostych uznanych za mało szkodliwe leków a jedynie kontynuowałam zalecenia kardiologa .

 

    I po tym wydarzeniu, któregoś dnia  pomaszerowałam na kolejną wizytę do którejś z pań i zebrawszy się w sobie, poprosiłam o zgodę na zajrzenie do szafki nocnej, bo zapytana, odpowiedziała, tam trzyma leki. W tamtych czasach , tj ponad 40 lat temu ludzie sobie wzajemnie ufali i pacjenci lekarzom i lekarze pacjentom. Nikt nawet nie pomyślał , że istnieje ochrona danych osobowych czy jakiś innych zachowań zastrzeżonych we wzajemnych kontaktach. Świat był czystszy, prostszy, jedynym wspólnym wrogiem dla większości społeczeństwa byli komuniści ….

 

    Tak więc, bez specjalnych oporów zapytałam tę panią, czy mogę zajrzeć do jej szafki, gdzie trzyma leki. Po otwarciu drzwiczek wysypały się pudełka, pudełeczka, buteleczki oraz kartki na których inni lekarze zapisywali dawkowania leków. Rozpoczęłam mrówczą pracę, by wybrać tylko te leki, które jeszcze miały aktualną datę ważności, a następnie tylko te, które były potrzebne w tym czasie. Pozostałe zapakowałam osobno oczywiście informując panią, że może kiedyś się przydadzą, o czym ją z pewnością poinformuję. Na lekach rysowałam kolorowymi długopisami ( przypomniałam teraz sobie, że wtedy jeszcze nie było flamastrów) szerokie wyraźne paski. Leki które należało spożywać rano były zaznaczone na różowo, na czerwono południowe i czarne na noc…..i okazało się, że to zadziałało….wszyscy byli zadowoleni o czym dowiedziałam się w czasie następnej wizyty…

 

     Ależ się rozpisałam, a miało być o naparstnicy.

 

    Właśnie kwitnie sobie dziko na obrzeżach działek. Należy do rodziny babkowatych ( Plantaginaceae) i obejmuje ponad 20 gatunków. Uwielbia Afrykę Północną, ale też chętnie gości w Europie i Azji. Najbardziej popularnym gatunkiem jest Digitalis purpura czyli naparstnica purpurowa ( pomimo takiej nazwy najczęściej bywa biała lub różowa) .  Jest byliną, ale czasem żyje jedynie dwa lata. Kwitnie od czerwca do września i dlatego teraz mogłam ją sfotografować nad moim Bugiem.

 

Cała roślina jest trująca ale w małych dawkach ma  własności lecznicze . Odkrył je w  XVIII wieku szkocki lekarz Whitering. Poza saponinami i śluzami posiada ona przede wszystkim glikozydy o działaniu nasercowym z których najsilniej działa digitoksyna stosowana w leczeniu nerwic i chorób serca. Glikozydy kumulują się w mięśniu sercowym gdzie wpływają leczniczo zwalniając pracę serca i poprawiając jego wydajność ale spożyte w większych dawkach powodują zaburzenia rytmu serca a nawet zapaść i zejście śmiertelne.

 

Do niedawna w dni słoneczne zbierano liście, suszono a następnie przygotowywano nalewki.

 

Aktualnie nie jest stosowana w ziołolecznictwie, gdyż niewielkie przekroczenie dawki było bardzo toksyczne. Teraz są jeszcze wykonywane preparaty lecznicze z mniej niebezpiecznej  naparstnicy wełnistej ale najczęściej podawane są  odpowiedniki syntetyczne o kontrolowanym  składzie i działaniu …

 

Tak więc powoli opisywane przez mnie wydarzenia sprzed prawie półwiecza związane z tą miłą rośliną przechodzą do lamusa…podobnie zresztą jak osoba, która wspomina….

 

Gdy jak co roku zakwitnie naparstnica  może ktoś przypomni sobie tę młodą , pełną entuzjazmu i zaangażowania lekarkę. A może nikt nie wspomni…..….najpewniej tak będzie….

 

 

SAM_6336.JPG

 

 

SAM_6338.JPG

 

 

Digitalis_lanata_003.JPG

Naparstnica wełnista. W odróżnieniu od pozostałych, to zdjęcie jest z Wikipedii.

 

 

SAM_6335.JPG.

 

 

 

” Dmuchawce, latawce, wiatr”

 

Dmuchawce0.JPG

 

 

 

„… dmuchawce, latawce, wiatr.
Daleko z betonu świat…..”

Chciałoby się śpiewać za  Urszulą. Z wiatrem jesienno nieomal zimowym ale wiosennym bo majowym przychodzi ta melodia.

Patrzę na nasz przeddomowy trawnik , gdzie pozostawiono nieskoszone niby klomby z żółtymi mniszkami . Tak, wszyscy wiedzą, że je uwielbiam i dzisiaj sprawili mi taki piękny prezent, nie kosząc tam trawy….

A ja widzę mojego Tatę, Boże jak dawno to było- ponad 30 lat, który wsiewa do zakładanego właśnie nadbużańskiego trawnika małe spadochroniaste nasionka.

A może dowiedziałam się o tym dopiero wtedy, gdy zakwitły….a sąsiadka prosiła, żebyśmy ten chwast wykopali, bo zanieczyści jej ogród.

Teraz sobie przypomniałam, że już kiedyś o tym wspominałam…ale to takie miłe, że pozwalam sobie na powtórkę.

…a wówczas Tata  obrażony, zniesmaczony choć jak zwykle elegancko dyskretnie wyważony cicho spokojnie ale zdecydowanie odparł, że specjalnie zebrał nasiona na   Sadach Żoliborskich i tutaj je zasiał….

Moje piękne, wspomnienioworzewne wiosenne uśmiechy- mniszki pospolite …..

 

 

DmuchawceMlecze.JPG

 

 

Dmuchawce.JPG

 

 

Dmuchwace00.JPG

Jak dobre panie Ukrainki ratowały mi życie.

 

UkrainaO.JPG

 

 

 

Były późne lata 90 ubiegłego wieku.

Moi  90 letni Rodzice stopniowo odchodzili od nas. Los nie szczędził im cierpień, znacznego zniedołężnienia i bezradności i równocześnie okrutnie pozostawił Im jasny przenikliwy młodzieńczy  umysł . To zderzenie zaniku sił fizycznych przy mentalności jasnej i przejrzystej było trudne do zniesienia nie tylko dla Nich ale i dla nas, którzy na to patrzyliśmy bezradnie.

Nie umiałam sprostać prośbom mojej głuchej ślepej i bezwładnej Matki, by skrócić Jej życie. Wielokrotnie mówiła: jesteś lekarzem, to wiesz jak to zrobić bym się już nie męczyła. Spanikowana odpowiadałam, że jeśli tak uczynię, pójdę do piekła a tymczasem Mama zajmie pozycję wypoczynkową w niebie. Na jakiś czas ta argumentacja docierała do Mamy, ale nie na długo. Nigdy, nigdy nie miałam pomysłu, by dokonać tego o co prosiła. Czy było to z mojej strony okrucieństwo, czy lęk , nie wiem.

Do tej pory nie znajduję odpowiedzi.

Jednego tylko byłam pewna i to obiecywałam- szczególnie Tacie, który po odejściu Mamy prosił, aby nigdzie Go nie oddawać . Udało się bez szpitala, chociaż taki był w domu- kroplówki, leki, zabiegi pielęgnacyjne.

Płynęły lata.

Starsi ludzie mają zwykle odwrócony rytm dobowy. Śpią w dzień, podczas gdy czarna noc staje się czarną dziurą dla nich i dla otoczenia. Próby podawania odpowiednich leków spełzły na niczym, gdyż działanie ich było opaczne, odwrotne do zamierzonego. Nawet po niewielkich dawkach leków uspokajających czy nasennych Mama miała omamy, była pobudzona i oczywiście nadal bezsenna nocami.

      Dlaczego o tym opowiadam? Pewnie by przelać na papier swoją przebytą traumę i doświadczenia, ale też po to, by przedstawić trudności z którymi spotkałam się w życiu. Tkwiłam rozdarta pomiędzy dużą rodzinę ( na szczęście dzieci były już duże, same się obsługiwały a także pomagały w opiece nad Dziadkami, których darzyły miłością, szacunkiem i przyjaźnią) .

Początkowo syn , który  zamieszkał u Dziadków przez całe noce dyżurował przy Babci. W tym czasie Dziadek jeszcze w miarę sam się obsługiwał. W dzień chłopak pędził na zajęcia studenckie. Doprowadził do tego, że Mama wreszcie się zgodziła się  na zakładanie pampersa, bo przedtem co dwie godziny czując parcie na mocz prosiła o zawożenie do toalety. Wiąże się z tym nawet zabawne wydarzenie. Otóż przełom w myśleniu Mamy się pojawił po namowach wnuka. Użył on argumentacji , która była trudna do podważenia. Oznajmił, że gdy pracował we Francji , widział jak wszyscy wsiadając do samochodu zakładają pampersy, by przy wielogodzinnych korkach nie mieć problemów.

Nie wiem jak wytrzymywał taki napór męczących obowiązków, ale dzielny był bardzo. Pewnie przydało mu się takie doświadczenie, gdy już został lekarzem i stawał twarzą w twarz z chorymi ludźmi.

Najmłodsza kilkunastoletnie wtedy córka wpadała często do Babci, pełniła dyżury w dzień i pomimo swojej mikropostury potrafiła posadzić bezwładną babcię na tapczanie, nakarmić .     Potem , gdy sytuacja nabrzmiewała a uznałam, że dzieci muszą normalnie żyć, ja przeniosłam się do Rodziców i noce były moje.

Nie zapomnę tych chwil, kiedy usiłowałam się zdrzemnąć a po chwili Mama prosiła by Ją podrapać po nosie lub przełożyć Jej rękę, etc. Można sobie wyobrażać jak się czułam rano, czekając na oschłą obojętną polską pielęgniarkę, która  mnie zmieniała i domagała się coraz większych kwot pieniędzy nie robiąc właściwie nic.

     I w szczytowym momencie tych trudów , gdy czułam się jak w matni , w sytuacji beznadziejnej, bez wyjścia rozpoczęłam  marzyć  by zasnąć snem wiecznym i pozbyć się problemów. Nie miałam już siły tak żyć.

      I wówczas mąż przyniósł informację od  znajomego, że jemu w podobnej sytuacji bardzo pomogły dziewczyny z Ukrainy. Postarał się o numer telefonu do polecanych pań mieszkających za naszą wschodnią granicą, w okolicach Stanisławowa, zadzwonił i całkiem niespodziewanie już następnego dnia zjechała do nas Pani Natalia.

Byliśmy zdziwieni tak szybkim przybyciem, ale pewnie była wolna, w potrzebie finansowej i miała pewne wiadomości od tych znajomych jak wygląda nasz dom . Uwierzyła, że da radę.

Ładna czarna energiczna kobieta ,jeszcze zmęczona podróżą , od razu stała się moim wybawieniem.

To był przełom w moim życiu. Bez wahania mogę powiedzieć, że uratowała mi życie a jeśli nie życie to na pewno zdrowie. Bo jak długo można było tak żyć. Po upiornych nocach codzienne dojazdy ponad 3o km trasą do pracy i tam działanie przez wiele godzin. Oczywiście o żadnych wyjściach z domu, rozrywkach urlopach czy weekendowej działce nie było mowy.

Teraz wszystko nabrało innego kolorytu. Był czas na spanie, bezstresową pracę z pacjentami . A oczywiście codzienne  wizyty u Rodziców tak bardzo nie bolały, bo wiedziałam, że jest z nami Duch Opiekuńczy.

To Pani Natalia była stale obok , ciepła, troskliwa, zaangażowana , dobra, bliska.

Przecież mogła byle jak wykonywać swoje czynności, bez zaangażowania, brać pieniądze i niewiele dawać w zamian. Było inaczej. Mieszkanie lśniło, sama sobie gotowała jakąś strawę i Rodzice byli zadbani, bez odleżyn i innych objawów przewlekłego leżenia.

    Po miesiącu nieustannego czuwania, tak jak było w planie przyjechała kolejna Ukrainka, Pani Olga. Ta duża, łagodna kobieta wniosła swoją delikatność i pracowała tak jak Pani Natalia przez całe dni i noce. Panie zmieniały się co miesiąc. Dotrwały do końca życia najpierw Mamy, potem Taty. Towarzyszyły mi przy umieraniu Rodziców., wspierały obecnością, pomocą i dobrym słowem.  Pani Natalia bardzo przeżywała pogarszanie stanu zdrowia i odejście mojego Taty. Mówiła, że przypominał się Jej ojciec, którego bardzo kochała i też pielęgnowała do czasu śmierci.

Poza wymienionymi zaletami Pań z Ukrainy , co wynikało z ich pracy, wielokrotnie opowiadały o życiu w ich kraju. Słuchałam z zainteresowaniem, zapamiętałam i teraz to do mnie wraca, gdy Ukraina walczy.

      Pani Natalia opowiadała, że w swoim rodzinnym mieście  pracowała w banku, niewiele zarabiając i w dodatku pensje były wypłacane bardzo nieregularnie. Podjęła więc decyzję przyjazdu do Polski. Opłacała edukację córki , pomogła synowi wybudować dom. Od dawna była wdową samotnie wychowującą troje dzieci. Dzielna walcząca kobieta.

Opowiadała mi o czasach które wspominali jej starsi sąsiedzi na Ukrainie. Podobno powszechnie się mówiło, jak to było dobrze w czasach „za Polski”. Potem  zgodnie w wytycznymi władz komunistycznych  na urodzajny czarnoziem ukraiński wjechały ciężkie traktory i uszkodziły cienką warstwę pięknie rodzącej do tej pory ziemi.

 Przyszła przerażająca  nędza…

I gdy widzę ukraińską flagę czuję ciepło. Bo pani Natalia mi objaśniła dlaczego  są na niej takie kolory.

Niebieski-  to niebo nad Ukrainą a żółty – to dojrzała pszenica pod nim…

piękne…

     I myślę o ludziach mi bliskich na niedalekiej walczącej teraz Ukrainie i życzę im spełnienia marzeń wolności . I by ta wolność nie przysłoniła innych haseł takich jak równość i braterstwo, czego zabrakło u nas….Trzymajcie się kochani!

Pozdrawiam moje Wybawicielki, panią Natalię i Panią Olgę oby dobry Bóg odpłacił Im za serce, wysiłek i pomoc….

 

 

 

 

Ukrainaoo.jpg

 

Bratki z mojego ogrodu w barwach flagi Ukraińskiej i z przesłaniem braterstwa…

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza.( 7 )

List do Jacka ( 7 )

 

Jacku !!!

Piszę do Ciebie, bo taką mam wewnętrzną potrzebę. Bo kto do Ciebie może tak pisać.     Widziałam dużo, zapamiętałam i teraz utrwalam tamte czasy. Niech nie odejdą w cień zapomnianej przeszłości. Tak więc dopóki są we mnie, dopóki żyję jeszcze, to posłuchaj….

    Wiedzieliśmy o Tobie dużo, Twoja mama- Gerta pisywała regularnie listy do Rodziców. Zapamiętałam Jej rozwichrzony charakter pisma, te duże litery stawiane z rozmachem. Było tam o życiu australijskim, o Waszych losach i losach Twoich dalekich kuzynek, które już wcześniej wylądowały na tym dalekim kontynencie…Wiem, że te listy były dużym wydarzeniem w życiu moich Rodziców, a Twoich dziadków. Przecież na tym etapie życia, w tej późnej starości żyli jedynie światłem odbitym od swoich dzieci, ale przede wszystkim wnuków….

    Minęło kilka lat i gdy tylko stało się to możliwe,  Twoja Mama  zaczęła odwiedzać Polskę. Pozostawiła tutaj swoją rzeszowską rodzinę, jeszcze żyli Jej rodzice. Miała wielu przyjaciół no i nas…

Mieszkaliśmy już wtedy w Warszawie i gdy Twoja mama, Gerta przylatywała z Australii do Polski zatrzymywała się na kilka dni w domu moich Rodziców, a Twoich Dziadków.

Spotkania były serdeczne, chociaż już wtedy nie była żoną mojego Brata….

Wspominam Jej wizyty. Pojawiała się jak radosny huragan, miała w sobie tyle energii…Obładowana tobołami, stawała w drzwiach i swoim nieco zachrypłym głosem, który jej pozostał, pomimo tego że już  dawno przestała palić, komunikowała, oto jestem…

Po powitaniach, rozsiadała się na wersalce w dużym pokoju moich Rodziców, a Twoich dziadków i od razu otwierała którąś z dużych toreb, wydobywając prezenty. Myślałam o tym jak długo i starannie musiała się przygotowywać do tej wizyty. Każdy z nas otrzymywał jakiś australijski prezencik, o wszystkich pamiętała. Zapamiętałam  malutkie,  pluszowe misiaczki koala , i inne regionalne pamiątki, i zawsze jakieś ciuszki. W tych latach Polska była szara, przaśna i te kolorowe ciuszki zachwycały. W czasie ostatniej wizyty zdumiała się, że ten kraj się bardzo zmienił, stał się bardziej kolorowy i  owe ciuszki już nie budziły takiego entuzjazmu. Chociaż my cieszyliśmy się nieodmiennie bo docenialiśmy Jej pamięć o nas i wysiłek włożony w kompletowanie prezentów. Zachowałam niewielkie słynne australijskie opale, które przekażę kiedyś swoim dzieciom. Na opakowaniu napisałam od kogo i skąd są, może ktoś przeczyta…przypomniałam sobie też, że gdy Twoja Mama przybyła do nas z Australii po raz pierwszy przywiozła piękny wieniec z kwiatów chyba gardenii, który miejscowi w Bangkoku zakładali podróżnym na szyję  gdy ci przesiadali się tam z samolotu z Sydney do samolotu do Warszawy …a kiedyś , chyba gdy się u nas zjawiła po raz pierwszy poprosiła o wódkę z pieprzem. Miała jakieś dolegliwości gastryczne po tych samolotowych posiłkach. Okazało się jednak, że pieprz co prawda był, ale gorzej z wódką. Zadowoliła się więc naparem z dziurawca, który zaserwował Jej Twój dziadek i też pomogłoJ …..

    Opowiadaniom o Waszym życiu, oczywiście o Tobie ale też o specyfice waszej nowej ojczyzny, nie było końca. Wszystko nas interesowało bo Gerta opowiadała ciekawie. Nic dziwnego, przecież była dziennikarką z zawodu, więc potrafiła wyłapywać najbardziej interesujące historie…

Potem odwiedzała koleżankę która mieszkała gdzieś niedaleko nas, na Żoliborzu, wyjeżdżała do Rzeszowa, zwykle leciała tam samolotem z Warszawy, w planach miała jeszcze Zieloną Górę i wracając ponownie była u nas. Chyba jej pobyt w Polsce trwał  około dwóch miesięcy, ale nie jestem pewna….

To by było  na razie na tyle, Jacku. Pomimo tego, że tamte czasy dawno odeszły , i tamci bliscy mi Ludzie też przenieśli się do innego, ponoć lepszego świata i żyją już Wiecznie, wspomnienia moje  są stale żywe i chciałabym je zachować, utrwalić. Może się uda….

Pozdrawiam Ciebie Jacku i Twoich bliskich gdzieś tam daleko sobie żyjących , Twoja ciocia Zosia.

 

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza ( 6 )

List do Jacka ( 6 )

Jacku!!!

I oto kolejny list do Ciebie, bo pogadać by się chciało, ale daleko jesteś. Zresztą nie zawsze bezpośrednia rozmowa jest tak przyjmowana jak nieruchome słowo na papierze ( w tym wypadku monitorze). Nie budzi takiego sprzeciwu, nie może  odparować ciosów, po prostu  jest….

    Nie pomnę dokładnie, ale chyba miałeś 13 czy 14 lat, kiedy razem z matką wyemigrowałeś do Australii. Nie spodziewaliśmy się takiego przebiegu wydarzeń, chociaż już wiedzieliśmy, że tam wybyła żona naszego kuzyna ( syna brata  Twojego dziadka Wacka- Witolda Łukaszewicza, tego, który się urodził na syberyjskim zesłaniu ). Już kiedyś o nim wspominałam w tym blogu …zabrała ze sobą dwie córki, pozostawiając ich ojca w głębokim szoku i żałobie…. Ta kobieta porzuciła ciekawą pracę w Zielonej Górze, tak ładnie układała się jej kariera zawodowa, ale wybrała inne życie. Pochodziła z tych samych stron, w których urodziła się Twoja matka. Mieszkając w Zielonej Górze, przyjaźniły się , w pewnym sensie też stanowiły elitę tego miasta. Tak więc ich decyzje były szeroko omawiane w ich środowiskach. Echa docierały aż do Gorzowa.      

Podobno Ty bardzo chciałeś wyjechać. Nie wiem co Tobą kierowało, może tylko chęć przygody, a może oddalenie się od tego miasta, gdzie nadal mieszkał Twój ojciec  ale już z nową żoną, a jej syn był Twoim klasowym kolegą. Chyba nie darzyłeś go sympatią, bo jego matka zabrała Ci ojca…Tak więc zamknęło się koło wzajemnych pretensji. Pewnie zapamiętałeś to,  co  kiedyś wykrzyczała do Ciebie Iwonka . I teraz przyszła kolej na Ciebie, a teraz   Ty stawiałeś ten sam zarzut innemu chłopcu….Brutalny świat dorosłych zadeptywał Wam, biednym, porzuconym dzieciom, ich piękny niewinny i naiwny świat…

    Tak więc Gerta, Twoja mama zostawiła swoją radiową redakcję , gdzie była ceniona i nagradzana i poszła za Tobą, za Twoim pomysłem a może marzeniem. Wiernie Ci towarzyszyła, roztaczając opiekuńcze skrzydła. My już przestawaliśmy się dziwić tym decyzjom, musieliśmy zaakceptować i  tę sytuację, bo przecież nie mieliśmy wpływu na życie Zenona , jego żon i dzieci. Piszę, my, bo uczestniczyłam w rozmowach Twoich Dziadków, i razem z nimi próbowałam to wszystko objąć rozumem….  

I tak ten zły świat dorosłych osaczył mnie na początku mojego młodzieńczego życia. Pewnie dlatego budowałam potem tak swoją rodzinę , starając się by była silna i spoista, wielokrotnie rezygnując z własnych ambicji , potrzeb , jakby zatracając swoje ego. A wszystko dlatego, by zachować spokój i jakiś ład w mojej rodzinie . Teraz, po bardzo wielu latach patrzę na siebie z odpowiednim dystansem czasu, przyglądam się swojemu życiu jakby było to życie innej, obcej kobiety . I wiesz co , Jacku, pomimo jakiejś odrobiny  żalu, że czasami gubiłam swoje ego w swoim związku, czuję się z tym dobrze. Małżeńskie życie to wielokrotnie rezygnacja , akceptacja i tolerancja….i oceniając z tak bardzo odległej perspektywy jaką jest 45 lat w związku, takie postępowanie po prostu się najzwyczajniej opłaca ( wybacz, że używam tak brzydkiego, prawie merkantylnego  sformułowania) …

Mój Brat tego nie wiedział, może dopiero gdy się zestarzał, gdy był już schorowany, zrozumiał, że życie to nie wieczny bal. To ciężka harówa, czasem w pocie czoła i łzach, ale  warto . Wytrwał przy swojej trzeciej żonie do końca swoich dni. Był przy niej, gdy wielkie jego uczucie wygasło, bo przecież zawsze wygasa, był w chorobie, starości. A może to ona bardzo kochała i umiała tak kochać, że stanowiła niewidzialny magnes dla mojego niedojrzałego emocjonalnie brata. 

Ale  Jacku, zatrzymałam się w tym miejscu pisaniny mojej do Ciebie, bo się opamiętałam , że przybrała ona jakby formę kazania . Ale wybacz, mam prawo, bo właśnie skończyłam 66 lat. A wiek to słuszny…Nie muszę tego Tobie mówić, bo jesteś jeszcze barwnym motylem i pewnie zrozumiesz dopiero wtedy, gdy zamienisz się w nieciekawą ćmę. O ile jest to możliwe, bo przecież w przyrodzie niczego takiego nie widziano. Ale za to można zobaczyć motyle z uszkodzonym skrzydłem….może więc mój list stanie się dla Ciebie przyczyną do rozważań nad Twoim własnym  życiem, gdzie chyba sporo błędów, jak mi się wydaje…

 To już kończę, bo wyczerpałam siły na tych rozważaniach. A pewnie i Ty masz już dosyć czytania tego, co stara ciotka wypisuje….pozdrawiam Ciebie jak zwykle bardzo serdecznie, Twoich synów i w ogóle ten piękny daleki  kontynent- Twoja ciocia Zosia

 

List do Jacka ( 4 )

 

List do Jacka ( 4 )

Jacku!

W ostatnim liście zaczęłam opowieść nt naszego pierwszego spotkania. A oto dalszy ciąg tej historii….

 

Gdy tak jechaliśmy z Zenonem do Zielonej Góry służbowym redakcyjnym samochodem, nie pamiętam swojego lęku, czy choćby niepokoju, zresztą w przypadkach podbramkowych zawsze zachowywałam zimną krew. Więc sympatycznie gawędziliśmy z Bratem i coraz bardziej się radowałam w sercu z tego spotkania i czekających mnie kolejnych.

Wasze mieszkanie przy ul. Staszica  było położone pięknie. Chyba czteropiętrowe domy wybudowano na szczycie i zboczach wzgórza, wśród wielkich starych drzewa. Uwielbiałam takie miejsca.

Drzwi otworzyła nowa Żona mojego Brata, a Twoja Mama. Ciepła była ta kobieta, serdecznie mnie przytuliła i od razu wszystko było proste. Miała krótkie brązowe włosy, duże brązowe oczy, dłonie kształtne, duże ale budzące zaufanie. Zawsze zwracałam uwagę na dłonie ludzi, których poznawałam. One tak dużo dla mnie mówiły o właścicielach. Miała barwną , szeroką,  miękką wirującą spódnicę, spiętą w pasie szerokim paskiem. Okna mieszkania były duże i jasne, za nimi ta wielka zieleń. Od razu poczułam się tutaj dobrze.

Wkrótce pojawił się maleńki blondynek. Właśnie wstał po dziennej drzemce. Początkowo tulił się do swojego Ojca i nieśmiało na mnie zerkał. Widziałam te wielkie błękitne piękne oczęta i delikatne włoski. Zasieliśmy do jakiegoś smakowitego dania. Było pyszne, choć nie pamiętam co jadłam. Gerta gotowała chyba bardzo dobrze.

Potem zabawiałam się z tym moim maleńkim Bratankiem- Jackiem. Chyba miał niewiele ponad rok.  Pamiętam jak gnał  przed siebie szaleńczo, hamując na przeciwległej ścianie dużego korytarza. Jakimś cudem nie był poobijany, pewnie jak mały kociak miał właściwość miękkiego lądowania.

Siedziałam na kanapie w przeciwległym pokoju, gdy podszedł do mnie i oglądał mój pierścionek. Pierścionek był srebrny i bardzo ładny. Duży, owalny miał kształt i podłużne oczko w kolorze ametystowym. Właśnie niedawno otrzymałam go od przyjaciółki mojej Mamy- Heleny Konopielko. Szpanowałam tym pierścionkiem wśród koleżanek i byłam z niego dumna. Przecież to były czasy przaśnego polskiego nibykomunizmu. Ładne przedmioty były jak okazjonalne perełki.

Dopiero długo potem się wydało, że był to prezent, który moja przyszła Teściowa otrzymała od pierwszej żony jej syna Mirka.

I oto nastąpiło coś, co postrzegane z perspektywy czasu mogło mieć znaczenie symboliczne. Otóż zdjęłam ten pierścionek z palca i dałam go Jackowi dla zabawy. On go złapał i bez zastanowienia pognał z nim przez ten duży korytarz do łazienki, wrzucił do wc i spuścił wodę. Pobiegłam zatrwożona, oczywiście po pierścionku już śladu nawet nie było. Jacek patrzył na mnie figlarnie, uśmiechał się czarująco. Jakże mogłam się gniewać. Przecież mój Bratanek był taki słodki…po kilku latach, gdy spotkałam Mirka na swojej drodze i wzięliśmy ślub, zawsze wspominałam ten dar od teściowej, a właściwie od pierwszej żony Mirka i  Twój, mały blondasie czyn- finalne ostateczne pożegnanie z tym pierścionkiem i jakby symboliczne z przeszłością. Jacku, chyba byłeś wykonawcą jakiegoś odgórnego zlecenia. Pewnie los Ciebie wyznaczył, byś wpisał się w symbolikę tego czasu….Czyż nie fajna to historia?

Ależ się rozpisałam. Pewnie przynudzam. Ale wybacz ciotce gadulstwo, tyle wrażeń się ciśnie do klawiatury…

Na razie to tyle wspomnień z tamtych czasów, tych bardzo wczesnych lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Są stale świeże, o dziwo w ogóle się nie zestarzały, jak zresztą i my…..pozdrawiam Ciebie bardzo, bardzo serdecznie , kłaniaj się australijskim kangurom, Twoja ciocia Zosia

 

 

Pożegnanie…

Właśnie dzisiaj, gdy otworzyłam pocztę, znalazłam niezwykły list. Jest to tekst , który tak dawno a zda się niedawno napisała Ela Lisowa, współpracownica i prawdziwy przyjaciel  Brata mojego Męża, Pawła Konopielko. Odnalazła to „ Pożegnanie” , które zamieściła kiedyś  w zakładowej gazecie  i teraz mogłam przeczytać z prawdziwym wzruszeniem.

Tak sierpień dla naszej rodziny był miesiącem pamiętnym. W tym miesiącu moja Mama uwolniła się od ziemskich cierpień , mając 94 lata, 77 letni mój brat Zenon  ale też odeszli młodzi – mój wojenny Braciszek- 4,5 letni Wacuś i Paweł. Jakże niesprawiedliwy i okrutny wydaje się los, gdy zabiera nam młodych…

 

 PawełZenonDorotaja.JPG

 

Ostatnie takie spotkanie rodzinne . Dwa lata przed tragicznym odejściem Pawła, który jest na pierwszym planie, po prawej Zenon.

 

 

 

 

 

<< Pożegnanie

 

Pożegnaliśmy wspaniałego człowieka, Kolegę Pawła Konopielko Dyrektora Departamentu Zasiłków Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Zginął tragicznie w dniu 6 sierpnia 1998 r. w wypadku drogowym zawinionym przez nieodpowiedzialnego człowieka. Jechał w służbową podróż do Oddziału ZUS w Gdańsku. Była to Jego ostatnia podróż, a miał dopiero 55 lat i wiele niezrealizowanych planów.

Urodził się 29 marca 1943 r. w  Smorgonie na Wileńszczyźnie w rodzinie nauczycieli. Po przesiedleniu stamtąd rodziny mieszkał w Lidzbarku Warmińskim i właśnie z domem w  Lidzbarku związany był uczuciowo, jako z domem rodzinnym. Tam też kończył szkołę średnią. Studiował w Uniwersytecie Warszawskim na Wydziale Prawa, gdzie uzyskał tytuł magistra.

Miał żonę i dwóch synów, wspaniałą rodzinę, z której był dumny i o której dobro dbał szczególnie starannie. 

Całe Jego dorosłe życie to nieustająca  praca i bez żadnej przesady można powiedzieć – praca w służbie ubezpieczeń społecznych. W Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych przepracował bowiem więcej niż ćwierć wieku. Dyrektorem Departamentu Zasiłków był 20 lat. Miał najdłuższy staż dyrektorski w Centrali ZUS. Był więc dziekanem “korpusu dyrektorskiego”. Ale nie staż pracy był powodem szacunku, uznania i sympatii, jakimi był otoczony. Przede wszystkim był człowiekiem mądrym, wybitnym fachowcem prawa pracy i ubezpieczeń społecznych. Dzielił się swoją wiedzą uczestnicząc w pracach nad projektowaniem przepisów prawa, dokonując ich wykładni, szkoląc pracowników Zakładu, pracodawców, publikując liczne opracowania. Równocześnie liczył się ze zdaniem innych i w różnych sprawach prosił o opinię. Za osiągnięcia w pracy był wielokrotnie odznaczany: Brązowym, Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Złotą Odznaką “Zasłużony dla Ubezpieczeń Społecznych”.

Lubił swoją pracę i ludzi, z którymi pracował. Często wizytował oddziały, wiedział bowiem, że dobra współpraca wymaga osobistych kontaktów. Również z tego powodu organizował chętnie  narady kierowników wydziałów zasiłków, do których nie chciał docierać wyłącznie za pomocą pisemnych instrukcji.

Był niezwykle wyrozumiały dla ludzkich słabości. Szanował ludzi za ich zalety, usprawiedliwiając albo pomijając wady. Ciepły i życzliwy stosunek miał do wszystkich ludzi, niezależnie od tego, czy pracowali w Zakładzie, czy poza nim, niezależnie od tego, jakie zajmowali stanowisko. Ujmujący sposób bycia, żartobliwe słowa zjednywały mu ludzką sympatię, pomagając w pracy, między innymi w trudnych nieraz negocjacjach z partnerami zagranicznymi.

Był naszym szefem, kolegą, przyjacielem.  W  dniu, w którym zginął tragicznie był jeszcze z nami. Pracował. Telefonował do oddziałów ZUS w Pile, we Wrocławiu, załatwiał sprawy i nieoczekiwanie wspominał  stare dzieje. Pilnie podpisywał korespondencję. Przysiadł jeszcze na parę minut w jednym z wydziałów, aby – jak sam zapowiedział – trochę poplotkować z kolegami z Departamentu. Żartował.  Był w bardzo dobrym nastroju, jakby chciał po sobie pozostawić wyłącznie ciepłe wspomnienia i uporządkowane sprawy.

I odjechał. Na zawsze…

Teraz, gdy już Go nie ma, przypisujemy specjalne znaczenie nawet zwyczajnym zdarzeniom. Bo przecież nie byłby to dzień pracy różniący się szczególnie od innych dni, gdyby nie ten straszny wypadek. Wśród codziennej pracy, mimo licznych zadań, Dyrektor zawsze  znajdował czas na wsłuchanie się w problemy innych, na rozmowę, komplement, na podziękowanie za dobrze wykonaną pracę.

Takiego Go zapamiętaliśmy.

Pozostało puste miejsce i żal.

 

                                                                      Cześć Jego pamięci

 

Warszawa, dnia 8 sierpnia 1996 r. >>

 

 

Śladami mojego Taty. Niezwykły gen opanowania w jedzeniu i piciu….

Tato był delikatnego zdrowia, ale to były pozory, gdyż przetrwał lata dzieciństwa, gdy  chorowano bez pomocy i umierano często. Dwaj jego bracia zmarli w okresie wczesnego dzieciństwa. Tato też często chorował, ale nadspodziewanie szybko wracał do zdrowia.

Nie lubił tłustych dań, tak popularnych w stronach kresowych. Nawet z szynki starannie odpreparowywał tłuste elementy .

Wydaje się ,że to było tak niedawno, nieomal wczoraj, gdy Rodzice jeszcze żyli , a przecież od śmierci Mamy  28 sierpnia tego roku minie 12 lat a Tato odszedł w grudniu 2002 roku. Obydwoje osiągnęli tzw. piękny wiek, gdyż zmarli mając  ponad 90 lat.

I widzę Tatę, jak siedzi  przy stole w kuchni ostatniego mieszkania Rodziców  w warszawskim żoliborskim bloku ( ul Broniewskiego 22 m 121) .  

Szczupły, z całkiem sporą resztką falistych starannie uczesanych włosów  wyprostowany jak struna, mimochodem demonstruje swój  piękny profil  i z namaszczeniem konsumuje. Robi to bardzo wolno,  dostojnie, i starannie przeżuwa każdy kęs, tworząc  właściwie misterium konsumpcji.

Nigdy nie  jadł łapczywie, byle jak i nie zjadał byle czego .  

Zawsze mówił, że wstaje od stołu z uczuciem niepełnego nasycenia i z łatwością mógłby zjeść jeszcze jedną porcję .

To było niezwykłe u człowieka urodzonego na wileńszczyźnie. Tam jadano wielkie , ociekające tłuszczem posiłki, np. jego brat potrafił skonsumować bez zmrużenia oka  jajecznicę z 50 jaj.  

Ciekawe od kogo mój Tato dostał w spadku takie cechy, kto mu wpisał taki gen opanowania  w jedzeniu i piciu.  Tego się nie dowiemy.  Ale we wspomnieniach rodzinnych tak zapamiętano  mojego Dziadka- Tomasza Łukaszewicza.

Niestety nie odziedziczyłam tych wartości. Jem byle co i byle jak , a często w nadmiarze.

 

 

 

 

 

Śladami mojego Taty. Witold zakłada rodzinę…

 

 

Zdjęcie ze starego rodzinnego albumu. Niezapomniane Bobowicko, ja ( 19lat) z Witoldem…

 

Mój kuzyn Witold Łukaszewicz, o którym od pewnego czasu piszę, urodzony na Kazachstanie, jeszcze w czasie studiów poznał Kazię, medyczkę. Wydawało się, że łączyła ich wielka miłość.

Kiedyś już opisywałam, że w czasie studiów medycznych byłam higienistką na kolonii w Bobowicku. Otóż tę kolonię prowadził Witek – był kierownikiem a jego żona – Kazia była tam lekarzem. Zaprosili mnie tam, zatrudnili. I dzięki temu poznałam smak pracy pomocy pielęgniarskiej.

Już wtedy mieli maleńką córeczkę – Małgosię, której byłam matką chrzestną. Potem urodziła się Joasia.

Po latach Kazia zabrała kilkunastoletnie córki i wyjechała do Australii. Cóż tu dużo mówić, dzieci wykradła i uciekła.

Witek dowiedział się o jej decyzji już wtedy, gdy jego kobiety opuszczały Austrię. Pierwotnie było wiadomo, że pojechały tam w celach turystycznych.

Na medycznej ścieżce. Asystent anatomii

 Na pierwszym roku studiów medycznych wszystko  było niezwykłe. Nagle znalazłam się w ogromnym mieście jakim się jawił Poznań , mój Gorzów został daleko – jazda pociągiem z przesiadką w Krzyżu trwała ponad cztery godziny .  Mieszkałam u obcych ludzi na dalekich peryferiach miasta. Pierwsze zajęcia na uczelni i ilość materiału do zakuwania powodowały zamęt w głowie. Jednym słowem wszystko było niezwykłe….

Jednak pierwszy asystent z którym mieliśmy zajęcia z anatomii był  zwykły . Inni asystenci mogli zachwycać urodą lub wiedzą a nasz  był niewysokim brzydalem.  Był synem znanego profesora, kierownika innej katedry Akademii Medycznej. Nazywał się Andrzej K.  My pomiędzy sobą  mówiliśmy o nim – nasz Andrzejek.  Koledzy podejrzeli, że przychodził czasami delikatnie mówiąc,  zawiany. Gdy pojawiał się na horyzoncie, zastanawialiśmy się, czy swoim wówczas tanecznym krokiem trafi do drzwi naszej Sali sekcyjnej. Bywało różnie, kiedyś przymierzał się aż cztery razy. Nie trafiał, cofał się pod przeciwległą ścianę , odbijał i lądował poza wejściem. Odetchnęliśmy z ulgą , gdy wreszcie dotarł do właściwej klamki .

Ale po przekroczeniu progu Sali błyskawicznie przytomniał i zajęcia prowadził w zupełnie niezłym stylu. Jeśli stylem można nazwać zwykłe szkolne sprawdzanie listy obecności , odpytywanie z zadanego materiału, którego objętość z dnia na dzień wynosiła średnio 250 stron podręcznika anatomii po redakcją Bochenka. Wystawiał oceny i przystępował do demonstracji preparatów i objaśniania .

Prawdopodobnie jego przypadłość powodowała, że nie wydawał nam się bogiem jak inni asystenci, a zwykłym ułomnym śmiertelnikiem i  trochę mniej się go baliśmy .