Moje góry pamiętają, choć nieme (10)

zdjęcie własne, dla mnie symbol samotnej wędrówki mojej Mamy przez życie.

Poniżej ostatnie odcinki wspomnień Mamy do czasu poznania mojego Taty……

Opowieści mojej Mamy. Pierwsze spotkanie z bolszewikiem.

Moja Mama mając 18 lat znalazła się sennym kresowym miasteczku, Rakowie.  Nieopodal przebiegała granica z Rosją. Pas przygraniczny zajmował tereny pięknych lasów a granica w jednym miejscu zaginała się tworząc uchyłek.

Któregoś dnia Mama, zbierając grzyby zapuściła się w ten teren. I nagle zobaczyła nieomal przed sobą bolszewika w baniastej stożkowatej czapie z czerwoną gwiazdą nad czołem, który spoglądał na Mamę z wysokości swojego konia.

Przerażona uciekła, i potem wiele razy w nocy miała złe sny z bolszewikiem w tle.

Opublikowane w 19 października 2012 przez Zofia Konopielko

Opowieści mojej Mamy. Wieczorne zajęcia w wynajętym pokoiku.

Mama razem z młodziutką koleżanką też nauczycielką, która przybyła tutaj z Ukrainy , zamieszkała w wynajętym pokoiku niewielkiej chałupki. Gospodarze byli dobrymi, gościnnymi ludźmi  i Mama czuła się tam dobrze.

W długie jesienne wieczory siadywały z koleżanką przy stoliku, na którym ledwie się tliła lampa naftowa, poprawiały prace domowe uczniów a w wolnych chwilach wyszywały. Ukrainka nauczyła Mamę wyszywać krzyżykami, i po wojnie w naszym nowym gorzowskim domu mogłam podziwiać prace Mamy. Były to serwety, serwetki, bieżniki a nawet cudny bardzo kolorowy kilim  wyszyty na bordowej aksamitnej tkaninie .

Podziwiałam kunszt i precyzję tych prac a także fakt, że Mama uratowała je z pożogi wojennej i przywiozła do Gorzowa.

Opublikowane w 21 października 2012 przez Zofia Konopielko

Opowieści mojej Mamy. Zaprzyjaźnione myszki.

W pokoiku , który zajmowała moja Mama z koleżanką zamieszkały także myszki.

Mama wielokrotnie opowiadała, że siedziała cichutko i wówczas z norki wyłaniał się wąsaty nosek , potem następny i myszki wdrapywały się na stół, gdzie młode nauczycielki zostawiały im okruchy chleba.

Którejś nocy, mama usłyszała pisk , który się wydobywał spod jej poduszki. Uniosła poduszkę i prześcieradło i zobaczyła , że w sienniku ma swoje gniazdo rodzinka mysia. I właśnie urodziły się młode, co oznajmiały całkiem donośnym piskiem.

Podobno Mama wcale nie była przerażona i nie reagowała na takie sąsiedztwo.

Słuchałam z niedowierzaniem tej opowieści. Do tej pory nie mogę wyjść ze zdumienia, że można było przyjaźnić się z myszami.

Ale Mama opowiadała to z takim uśmiechem i sympatią dla tych stworzonek, że w końcu uznałam, że tak było naprawdę.

Opublikowane w 23 października 2012 przez Zofia Konopielko

Opowieści mojej Mamy. Niezapomniany ksiądz Żuk.

 W czasie pobytu w Rakowie, Mama przyjaźniła się z księdzem Żukiem, który uczył razem z Nią w szkole.

Zresztą nie było osoby w miasteczku, która by o nim powiedziała złe słowo.  

Był jedynym księdzem w tej parafii.

Drobnej postury, z ryżawymi włosami, wnosił wszędzie uśmiech i pogodę ducha. Emanował dobrocią i łagodnością. Był skromny, uczynny i biedny. Nosił sutannę gęsto połataną i wypłowiałą.

Opiekował się biedną młodzieżą, wszyscy do niego lgnęli i wielokrotnie szukali pomocy lub porad w rozwiązywaniu różnych problemów szkolnych i domowych.

Gdy był czas na lekcję religii, ksiądz Żuk przybywał do klasy . Tam czekały na niego z utęsknieniem dzieci wyznania katolickiego. Po małych Żydów przychodził rabin a po dzieci wyznania prawosławnego- pop. Te dzieci ociągając się nieco przechodziły do innych pomieszczeń na swoje zajęcia. Mówiły głośno, że też chciałyby posłuchać tego o czym opowiada ksiądz Żuk. Ale miały poczucie obowiązku i nie protestowały głośno.

Nikt się temu nie dziwił, wszyscy uważali, że różnorodność wyznaniowa jest normą. Dopiero dalsze karty historii  pokazały jak straszliwa może być nietolerancja. Ksiądz uczył  religii, ale też organizował zajęcia sportowe, w meczach piłki nożnej sam brał udział, zakasawszy uprzednio poły sutanny. Poza tym był animatorem różnych czynów społecznych. Na zachowanym zdjęciu z naszego rodzinnego albumu widać grupę młodzieży , która pod batutą  księdza sadzi nowe drzewka wokół szkoły.

On dawał moim Rodzicom ślub, przedtem musiał ośmielać Mamę, by się nie krępowała pójść do niego do spowiedzi, gdy mu to wyznała w rozmowie w szkole. Mój Tato  opowiadał, że ksiądz wygłosił do nich  piękne i mądre kazanie.

Taki był niezapomniany ksiądz rakowski- ksiądz Żuk.

Opublikowane w 25 października 2012 przez Zofia Konopielko

Opowieści mojej Mamy. Uczniowie…

 Mama dobrze się czuła w gronie pedagogicznym, lubiła swoich uczniów.

W to wierzę, gdyż miałam wielokrotnie okazję obserwować Jej gorzowskich uczniów. Bywało, że rano ktoś dzwonił do drzwi naszego domu, otwierałam , a za drzwiami stał maluch z tornistrem. Z bardzo poważną miną oświadczał, że przyszedł po swoją panią.

 Kilka lat temu rozmawiałam ze znanym starym ortopedą , profesorem Malawskim i zapytałam, czy pamięta moją Mamę, swoją rakowską nauczycielkę. Popatrzył na mnie bystrze i powiedział z uśmiechem –  oczywiście- miała takie piękne oczy – i  wymienił kilka szczegółów z życia Mamy, co świadczyło, że pozostała w jego pamięci jako osoba niezwykła, sam dodał, że pamięta też Zenona i Wacusia…..

Opublikowane w 27 października 2012 przez Zofia Konopielko

Opowieści mojej Mamy. Polacy, uciekinierzy z bolszewickiej Rosji..

Bardzo mocnym przeżyciem nie tylko dla mojej Mamy były nocne odwiedziny polskich uciekinierów  z Rosji. Ludzie ci, po utworzeniu państwa polskiego znaleźli się przypadkowo poza granicą ojczyzny.

 Panujący w Rosji terror i wszechwładny  głód a także tęsknota za Polską powodowały, że z wielkim trudem pokonywali oni zasieki graniczne cudem unikając śmierci z rąk bolszewików i szukali pomocy w tym kresowym miasteczku.

Oczywiście władze polskie zgadzały się na przyjmowanie tych ludzi, starały się dać im zatrudnienie i zapewnić godziwe warunki życia.

Jednak w pierwszej chwili , po przekroczeniu granicy, zwykle nad ranem  pukali do drzwi mieszkańców prosząc o kawałek chleba. Byli wynędzniali, obdarci, brudni i głodni. Ludziska starali się jak mogli, by im pomagać. Jednocześnie byli przerażeni tym, do czego są zdolne władze radzieckie.

Mama długo nie mogła zapomnieć, a właściwie nigdy nie zapomniała, wracając w swych opowieściach do obrazka samotnej kobiety w łachmanach, która uciekając z Rosji , przerzucała kolejno przez kolczaste graniczne zasieki  swoją piątkę małych  dzieci. Każde z nich było zapakowane do worka ….

7 maja 2012 przez Zofia Konopielko

Ukraiński haft krzyżykowy.

Gdy zobaczyłam chorągwie w cerkwii Lwowskiej, a na nich haft krzyżykowy, doznałam rozczulenia serca. Odezwały się we mnie najpiękniejsze i najczulsze wspomnienia opowieści mojej Mamy. Miałam wtedy niewiele lat, siadywałam na podłodze przy łóżku często chorującej Mamy, w naszej złocistej poniemieckiej gorzowskiej sypialni i słuchałam. Mama lubiła opowiadać. Jej opowieści były barwne i zawsze miały wyraźny początek i ciekawe zakończenie.

Teraz został przywołany obraz dwóch młodziutkich nauczycielek, które rzucił los na Wileńszczyznę. Były tutaj samotne, więc wieczory spędzały w swoim maleńkim pokoiku i przy chybotliwym świetle dziergały sobie coś tam. Mama pochodziła z Beskidzkiej wsi, ukończyła seminarium nauczycielskie w Bielsku- Białej a koleżanka była Ukrainką. Mama uczyła ją ściegów, które poznała do zakonnic- Niemek, które prowadziły jej seminarium. Ale Ukrainka odkryła przed Mamą zupełnie nowy, barwny i piękny świat haftów krzyżykowych.

Koleżanka nauczyła Mamę  tej sztuki, i potem w gorzowskim domu rodzinnym mieliśmy sporo serwetek tak zdobionych.

Gdy miałam może 3-4 lata, krawcowa uszyła mi płaszczyk z białego sukna, który Mama obszyła z przodu dwoma pasmami tkaniny z wyhaftowanym krzyżykowym barwnym wzorem.  Całość była przepiękna, płaszczyk bardzo lubiłam . Nie był zapinany, ale miał dwa splecione kolorowe sznureczki, zakończone niewielkimi pomponikami.

I gdy teraz  tak stałam  przed chorągwią w tej lwowskiej cerkwi, przed oczami przesuwały  mi się obrazy z młodości mojej Mamy i z mojego dzieciństwa, zamglone już ale bardzo bliskie sercu i ciepłe.

Po powrocie ze Lwowa , zajrzałam do Wikipedii. I znalazłam nieco informacji nt tego haftu.

Ma on na Ukrainie zadziwiająco długą historię .

Otóż już Herodot, opisując najazd Dariusza w 513 r. p. n.e. na ludy trackie i dackie, , mieszkające na terenie dzisiejszych Bałkanów oraz Zach. Ukrainy, wspomniał o niezwykłych ozdobach stroju tych ludów. Opisał jak wygląda ów haft krzyżykowy.

W trakcie wykopalisk prowadzonych na terenie dzisiejszej Ukrainy, znaleziono haftowane stroje z I wieku n. e., ozdabiane właśnie takim haftem.

Inne wczesne przykłady  haftów, obejmujących motywy bogini przedchrześcijańskiej, takiej jak bogini Berehynia

Na XI wiecznych freskach i miniaturach w Soborze Mądrości Bożej w Kijowie, też znajdujemy ten element zdobienia szat.

Współczesne rękodzieła hafciarskie  wykazują wyraźne podobieństwo do lokalnego haftu tworzonego przez wieki.

Na Ukrainie, w XIX wieku, haftowanie było codziennym zajęciem mieszkańców.

Dekorowano nim stroje, tkaniny oraz domy i kościoły. Ozdobione haftem przedmioty , takie jak ręczniki, mają znaczenie symboliczne w wielu ceremoniach  i rytuałach na Ukrainie.

Haft wg wierzeń ludowych wiązał się z wierzeniami , mitami i przesądami, w tym również dotyczącymi ochrony przed złymi mocami jak również  płodności.

Teraz gdy pomyślę-  Lwów- mam przed oczami zdjęcia , które tutaj zamieściłam  –  chorągiew ze lwowskiej cerkwi z pięknymi krzyżykami oraz dzieciaki pląsające pod cerkwią z bliżej nam nie znanego powodu, w towarzystwie rodziców i pod uśmiechniętym okiem  kapłanów.  Dzieciaki mają bluzki i koszule zdobione haftem krzyżykowym. Udało mi się uchwycić takie ozdoby tylko u pojedynczego dziecka. I widać to na zdjęciach. Bałam się wykonywać zdjęcia , bo nie znałam miejscowych zwyczajów …..I gdy pomyślę Lwów, widzę dwie młodziutkie dziewczyny na Wileńskich polskich kresach , pochylone nad płótnem, w migotliwym światełku lampki , wyczarowujące haftowane kolorowe szlaki.

Krzyżykowe szlaki ……

6 listopada 2012 przez Zofia Konopielko

Losy moich Rodziców. Jedyny taki karnawał Roku Pańskiego 1926.

Przy granicy z Rosją drzemie małe polskie miasteczko, a groźni bolszewicy czuwają za miedzą.

To Raków. Miejsce urodzenia pradziadka-Bolka Rodziewicza i Babci-Stanisławy Rodziewicz i Tomasza  Łukaszewicza i ich syna, mojego Taty- Wacława a także brata Zenona….

Ta Kresowa gałąź moja mocno się trzyma swojej ziemi. Czerpie z niej miłość do ojczyzny, nienawiść do zaborców, poetyckie wzloty i romantyczne spojrzenia.  

W tym  miasteczku wszyscy się znają i wydaje się, że są zamknięci w swoim kresowym świecie i może nawet nie czekają na jakieś nadzwyczajne wydarzenia. Chłopcy mają swoje krasne dziewczyny, miłe i znajome.

Wszystko jest ułożone , w jakiś sposób przewidywalne i oswojone.

I właśnie rozpoczyna się niezapomniany rok 1926.

Nadchodzi styczeń wlokąc za sobą syberyjskie wielkie mrozy . I przyfruwa radość z ferii szkolnych .

Nowa mieszkanka Rakowa, Stefa Jakubiec,  młodziutka nauczycielka urodzona na obcej ziemi, w dalekich górach  , która porzuciła rodzinne strony , od września 1925 roku pracuje w miejscowej szkole .  Jest tak zajęta nowym środowiskiem, swoją pracą i gromadzeniem funduszy na pomoc rodzinie, że chyba nawet nie myśli o sprawach swojego serca.

I wówczas do Rakowa wpada na ferie młodzieniec, Wacław Łukaszewicz, który jeszcze się uczy  w Szkole Technicznej w Wilnie. Właśnie się  grzeje w domowym ognisku, konsumując smakołyki, którymi raczy go Mama.  Gdzieś w Wilnie jest jego świat- kolorowy ciekawy ozdobiony pięknymi pannami, które krążą jak barwne motyle  wokół  wychowanków Szkoły Technicznej. Raków to tylko cicha, spokojna i miła rodzinna przystań.

Ale  teraz jest karnawał, czas potańcówek w miejscowym kasynie Wojsk Ochrony Pogranicza.

Zapraszane są miejscowe nauczycielki i różni miejscowi młodzi ciekawi chłopcy.

Stefa się ociąga, ale wreszcie namówiona przez koleżankę, jeszcze nieświadomie podąża ku przeznaczeniu.

Wacława chyba też wyciągają koledzy, mimo, że nie ma ochoty, bo zna miejscowe dziewczyny i żadna nie wydaje mu się dość ciekawa. Nie to co wileńskie panny, myśli, idąc ospale w stronę kasyna.

 4 listopada 2012 przez Zofia Konopielko

Opowieści mojej Mamy. Zamknięcie tego rozdziału.

I tak doszłam w opowieściach rodzinnych do momentu, który rozpoczął nowy rozdział.

Bo nadszedł rok 1926 i razem z nim czas spotkania  moich Rodziców.

I od tej pory  dzieje Stefy Jakubiec i Wacława Łukaszewiczów  stały się wspólne .

Tym było  ich zauroczenie, zakochanie  i wytrwanie razem do bardzo późnej starości, mimo wielu trudności .

Dla mnie jest to pewnego rodzaju fenomen. Było to małżeństwo z wielkiej, chyba częściowo wyidealizowanej miłości, ale potem pewnie już tylko wierność ideałom wyniesionym z domów rodzinnych .

Zastanawiam się na jakiej zasadzie trwają stare małżeństwa i nie znajduję jednej odpowiedzi. Prawdopodobnie składa się na to wiele czynników, większość z nich to tylko ich tajemnica, którą ci ludzie zabierają ze sobą do grobu.   

No cóż, nie ma co filozofować. Życie pędzi dalej, więc czas, bym spisała kolejne , trudne losy moich Rodziców.

Zapraszam więc do rozdziału pt. Losy moich Rodziców, a właściwie to sama przenoszę się w tamte czasy ….

20 czerwca 2014 przez Zofia Konopielko Jaśminowe zakochanie…

Gdy czerwcowa noc zapala za moim czarnym do tej pory oknem domku w Gulczewie nad Bugiem, wielki lampion, z jarzącymi tajemną bielą światełkami  jaśminowych kwiatów, czuję, że nadeszła pora na zakochanie. Nie moje, bo moje było stokrotkowe, frezjowe przypieczętowane gerberami, ale zakochanie moich rodziców.

I cofam się do roku 1926 i jestem w maleńkiej polskiej kresowej mieścinie, tuż przy granicy z Rosją, w Rakowie, gdzie jest 19 letnia Stefa, bo tyle lat miała gdy przybyła w dalekie dla niej strony by uczyć polskie dzieci . I jest Wacław, miejscowy chłopak w tym samym nieomal wieku, absolwent wileńskiej Szkoły Technicznej. I spotykają się na potańcówce, na którą iść nie miała ochoty, ale zaciągnęła ją koleżanka. On właśnie przyjechał do rodziców, a od kilku lat bywał w Rakowie  rzadko. I zobaczył tę beskidzką góralkę o niespotykanej tu surowej urodzie i wielkim błękicie trochę nieśmiałych oczu . I popłynął do niej z przeciwległego krańca sali, a miejscowe panny tylko patrzyły i było im żal, że nie do nich. tak płynie.  I ona zatonęła w jego szarozielonych dobrych i łagodnych oczach. I tańczyli do rana, razem, tylko sami na parkiecie , bo tak im się zdawało.

A rano ktoś zapukał w okienko izby w której mieszkała. Jeszcze senna, gorąca od marzeń, wyjrzała …

Pod oknem stał Wacek, ten, którego dłoń jeszcze czuła i ramię opiekuńcze i który zamęt spowodował w jej głowie …bez słowa podawał jej czapkę wypełnioną kwiatami jeszcze wilgotnego po nocy jaśminu. Krótkie były jego łodyżki, jak to jaśmin ma – jeśli się nie chce łamać całych gałęzi, łatwo zerwać te krótkie łodyżki.

Nigdy kwiatów od nikogo nie dostawała, a może dostawała, ale nie opowiadała. Tylko o tym jaśminie w czapce i tamtym dniu wspominała. I tato nieraz wspominał. I żyli razem długo i szczęśliwie. Chyba do pełni szczęścia dużo im brakowało. Opisywałam już kiedyś ich losy. Ale do końca swoich dni jaśmin ten wspominali….

     A teraz pozostał we mnie, jaśmin, symbol zakochania i jest i co roku zapala noc czerwcowa białoświetlisty lampion na ciemnym niebie za moim oknem ….

Pamiętnik mojego teścia- Jana Konopielko ( 18 ). Dramatyczne losy siostry , szwagra , ich maleńkich dzieci i reszty rodziny.


  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Szwagier i siostra

    Partyzanckie  oddziały ( sowieckie- przyp. Z.K..) były najczęściej małe – po trzy osoby.

W nocy przebywali w lasach, a na dzień wychodzili do wiosek, w których zdobywali pożywienie i często wiadomości o ruchach wojsk niemieckich.

Często rozmawiali z chłopami tych wsi. Werbowali młodych do wstąpienia w ich szeregi i nieraz zmuszali młodych chłopców do pójścia z nimi razem. Niewielu było ochotników- ale byli.

Mój szwagier, z zawodu krawiec, nawiązał z nimi kontakt bliższy. Szwagier i rodzice moi mieszkali w mojej rodzinnej  wsi- Kołpiei otoczonej wokół lasami i położonej o pięć kilometrów od miasteczka Smorgonie- gdzie była stacja kolejowa prowadząca z Wilna do Moskwy.

Szwagier często przychodził do mnie i pytał mnie o zachowanie się wojsk na drogach. Zrozumiałem, że on te wiadomości przekazuje swoim partyzantom- towarzyszom.

Pewnego dnia przyszła moja siostra w odwiedziny. Rozmawiałem z nią o tych ich conocnych gościach.

Przy tej okazji przekazała mi kartkę od partyzantów- którą przeczytałem i podarłem.

Z oburzeniem powiedziałem jej, żeby do nas więcej nie przychodziła. Bo u nas moc szpiegów i mogą donieść o tym Niemcom, a oni nas rozstrzelają.

Po tygodniu Niemcy wieś naszą rodzinną spalili. Podczas pożaru, każdy z wioski uciekał gdzie mógł.

    Do naszego mieszkania wpadł wspomniany szwagier  i krzyknął: Janku ratuj.

Głos echa jeszcze nie umilknął, kiedy wskoczył do mieszkania żołnierz w niemieckim mundurze i głośno zakrzyczał: „ Kto tu przed chwilą wszedł”, patrząc na nas dwóch stojących przed nim.

 Szwagier ubrany w całości, a ja w półkoszulku z temblakiem na ręku i spodniach.

Szybko żołnierz się zorientował i chwycił nowoprzybyłego za ramię i wyprowadził na podwórko.

Za nim- żołnierzem wszedł jeszcze jeden gestapowiec z kobietą- tłumaczką i patrząc na mnie zapytał po niemiecku, czy ja tam nie figuruję na liście współpracujących z partyzantami. Tłumaczka stanowczo stwierdziła, że nie.

Szwagra poprowadzili do gestapo.

W tejże chwili wjeżdża na nasze podwórko wozem  moja siostra z niemowlęciem  przy piersi i  drugim też małym  dzieckiem.

Podbiegają do niej gestapowcy i gdy ona już wyszła z wozu – pytają ją o dokumenty i aresztowują ją.

Zostawiają  nam dzieci ze słowami : „ Bierzcie te dzieci bandyckie”.

Siostrę sadzają na wóz , którym przyjechała i z dwoma gestapowcami odjeżdżają na gestapo.

Chcąc wyratować siostrę i szwagra udałem się po poradę do znajomego mi tłumacza kolegi Woltmana. Ten zaprosił komendanta miasta do naszego mieszkania.

Tu, częstując go, błagaliśmy, by wstawił się w sprawie aresztowanych w gestapo. Nazajutrz dał nam znać kolega Woltman, że komendant miasta był w gestapo i tam mu odpowiedzieli, że na nich są donosy na piśmie, że kara ich nie ominie.

Tegoż samego dnia ciocia Wiera poniosła aresztowanym jedzenie.

 Gestapo przyjęło posiłek i powiedziało, żeby przyniosła dziecko na nakarmienie piersią matki, bo strasznie ją bolą sutki przepełnione mlekiem.

Ciocia przyniosła trzytygodniową dziewczynkę. Pozwolono ją nakarmić. W tym czasie matka, szepnęła ze łzami w oczach: „ Błagam, opiekujcie się dziećmi , bo nas już nie puszczą żywych” .

Rzecz zrozumiała, że oboje szwagier i siostra przyznali się do kontaktów – współpracy z radzieckimi partyzantami. Nie wytrzymali kaźni, jaką stosowało niemieckie gestapo- przyznali się.

Co robiono z takimi, którzy się przyznawali do wrogiej działalności przeciwko Niemcom? Najczęściej wywozili do lasu po dwóch- trzech i kazali skazanym kopać dół. A gdy ten już był gotowy, stawiali ofiary twarzą do wykopanej jamy i z tyłu strzelali w głowę. Jamę zasypywali, równając ją z powierzchnią ziemi.

Tak też rozprawili się gestapowcy ze szwagrem Bazylim i siostrą Anną.

   Sowiecka armia po rozgromieniu Niemców pod Stalingradem- Wołgogradem- szybko szła na Zachód, chociaż faszystowska armia ustępując zniszczyła wszystkie drogi i mosty.

W miesiącu sierpniu 1944 już była na ziemiach Białorusi.

Tam, gdzie zjawili się bolszewicy , zaraz rozpoczęły się aresztowania- czystka niebłogonadziożnych- tj niepewnych obywateli.

       Ja nie spodziewałem się, że i mnie do nich zaliczą.

Ale zaliczyli i aresztowali w końcu sierpnia 1944 roku w miasteczku Smorgonie, gdzie mieszkałem.

Mieszkając w tym miasteczku, nie współpracowałem z Niemcami, gdy oni ten teren okupowali.

Nie miałem też kontaktów z partyzantami bolszewickimi, którzy mnie namawiali do współpracy z nimi, przysyłając kartki przez siostrę Ankę, bym się z nimi spotkał. Jak wspomniałem siostra moja mieszkała w rodzinnej mojej wsi Kołpiei, znajdującej się za rzeką Wilią, o 5 km od Smorgoń.

      W tych okolicach, koło Kołpiei było dużo lasów i tam właśnie przebywali sowieccy partyzanci grupami. W nocy przychodzili do gospodarzy i zaopatrywali się w żywność. W dzień, czasami też przychodzili i zaciągali siłą w swoje szeregi młodych zdatnych do służby wojskowej.

Dlaczego nie nawiązałem kontaktu z partyzantami sowieckimi ?

Dwie były przyczyny. Po pierwsze, byłem mocno zaangażowany w remont młyna po zamordowanych teściach, a po drugie- to , że bałem się gestapa niemieckiego, które rozstrzeliwało bez pardonu podejrzanych i jego rodzinę.

 Szkoda mi było żony i synka Mirka i drugiego synka – jeszcze maleńkiego Pawełka.

Jak przedtem pisałem – gdy Niemcy się dowiedzieli, że w wiosce Kołpiei często przebywają partyzanci, urządzili blokadę tej wsi i spalili ją doszczętnie.

Był to dzień Zielonych Świąt, 1943 roku.

Spalił się i mój rodzinny dom, który przecież i ja pomagałem budować, zaraz po skończeniu pierwszej wojny światowej.

Ludność tej wsi, gdy zobaczyła, że przybyło wojsko niemieckie i zaczęło podpalać domy, uciekała do pobliskich lasów, albo sąsiednich wsi.

Szwagier wraz ze swoją rodziną, także uciekli ze strachu do nas, do Smorgoń. Gdy tylko szwagier Bazyli przekroczył próg naszego domu, za nimi wpadło dwóch Niemców i go aresztowało. Siostrę  Annę, aresztowano na podwórku, a dzieci oddano nam.

Tymi Niemcami, którzy zabrali siostrę i szwagra byli własowcy, odziani w mundury niemieckie.

Następnego dnia ciocia Wiera zaniosła do więzienia małą córeczkę siostry Anny do nakarmienia piersią.

Ciocia Wiera widziała ją zbitą, zmaltretowaną . Prosiła wtedy cichym głosem, by wszyscy krewni zaopiekowali się dziećmi, gdyż oni już nigdy do nich nie wrócą- zostaną zabici. Już o tym pisałem wcześniej.

Od tłumacza niemieckiego dowiedziałem się , że na nich pisali donosy, a głównie gospodarz wsi, któremu partyzanci rozbili piec w mieszkaniu za to, że gdzieś wysłał swoich synów, których oni chcieli zabrać w swoje szeregi. 

Ten gospodarz, którego prześladowali partyzanci, uciekł do Smorgoń i tam zamieszkał z zemstą w sercu. Gdy szwagier uciekał z podpalonej wioski, ten natychmiast dał znać gestapo , że jedzie- ucieka z rodziną.

I że są to ludzie, którzy współpracowali z partyzantami. Oddział żandarmerii natychmiast otoczył nasz dom i tu złapali szwagra i siostrę  z dziećmi.

   Dzieci, które Niemcy nam rzucili, były z początku u nas, a później zabrała je babcia z dziadkiem do siebie i wychowali je w małej chałupinie, którą dziadek pobudował na zgliszczach spalonego dużego domu.

W wychowywaniu tych sierot pomagała i ciocia Marysia, która razem zamieszkała z rodzicami w tej nieszczęsnej wsi Kołpiei.

Ciocia Marysia nie objęła  żadnego stanowiska w kołchozie, chociaż ją namawiali, by została księgową.

Została zwykłą kołchoźnicą, bo nienawidziła ( i nienawidzi do dzisiejszego dnia) władzy radzieckiej. Miała wykształcenie szkoły zawodowej i mogła pełnić obowiązki, które jej proponowali, ale ona za nic na świecie nie chciała współpracować z pijanicami i złodziejami.

Tak więc wolne chwile poświęcała tym biednym dzieciom i już dość starym swoim= naszym rodzicom.

Gdy zmarł ojciec, ona z matką wychowywała chłopczyka, który już uczęszczał do szkoły i pomagała doglądać dziewczynki- Heli. Uczyła ją chodzić, mówić, a gdy Helence minęło siedem latek, oddała ją do szkoły i czuwała nad jej nauką i wychowaniem.

Gdy wróciłem z obozu sowieckiego- z łagru- sierotka miała już ponad dwanaście lat.

Braciszek jej odbywał służbę wojskową w armii sowieckiej.

Po śmierci babci ( mojej mamy), kiedy ja już byłem w Polsce, ciocia ją oddała do domu dziecka, gdzie skończyła szkołę podstawową i skierowano ją do Instytutu Pedagogicznego w Mińsku. Z pomyślnymi wynikami skończyła ten Instytut i obecnie pracuje w przedszkolu. Wyszła za mąż i ma już dwóch synów.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 17 ). Remont młyna bo żyć trzeba na przekór trwającej wojnie.


Młyn w Cicinie o którym mowa- zdjęcie z albumu Heleny i Jana Konopielko. Ponoć jeszcze teraz miejscowi mówią że jadą do młyna Wojciulów ( nazwisko panieńskie Heleny)

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Remont młyna zamordowanych rodziców małżonki

  O sześć kilometrów od mojej szkoły w Sukniewiczach znajduje się posiadłość Wojciulów, moich teściów, zamordowanych – jak już opisywałem poprzednio –  przez bandytów.

Na tej posiadłości przedsiębiorczy i niezmiernie pracowity teść pobudował młyn na rzeczułce swojej. Miał już z tego młyna niezłe dochody.

W czasie panowania Bolszewików, w młynie tym woda uszkodziła zaporę wodną i młyn już stał – nie pracował.

 Potrzebny był remont.

Wyszukałem specjalistę od młyna. I z nim pojechałem obejrzeć jego stan i możliwość naprawy. W pierwszym rzędzie trzeba było zrobić tamę- zaporę na szerokość prawie dwóch metrów. Na naprawienie zapory trzeba było 3-4 metrów drzewa, kloców o długości 3,5 metra.

 Pierwszy wóz takiego drzewa przywiózł mój brat- Michał, mieszkający o 8 km od tego folwarku o nazwie  Cicino.

To była praca zbyt uciążliwa dla jednego dostarczyciela, a ponadto za daleko było do wsi i niewygodnie było przeprawiać się przez rzekę Wilię, która nie miała mostu.

Ludzie dobrej woli, znajomi, poradzili mi, bym się udał na stację kolejową w Zalesiu o 4 km od Cicina, gdzie leżą sterty drzewa i tam rozpytał, czy tych kloców nie mógłbym stamtąd wziąć na reparację mostu – zapory. Długo nie zwlekając, udałem się do tej stacji, gdzie rzeczywiście leżały te kloce.

A więc skierowałem kroki do Komendy niemieckiej, bo już Niemcy weszli,  z prośbą o   5 m3 drzewa na remont mostu, przez który jeżdżą niemieckie samochody. Niemiec dał zapiskę, że mogę korzystać z tego drzewa. W ciągu dwóch dni nawiozłem tego drzewa tyle, ile mi było potrzeba.

 Znalazłem też i majstrów, którzy się podjęli załatać dziurę w zaporze. Z opłatą umówiłem się – zbożem, albo mąką po puszczeniu młyna w chód.

Największymi trudnościami w tym remoncie było wyżywienie 4- ch robotników przez tych 7 dni pracy. Nie mniejszym kłopotem było wciąganie kafara- baby na kołowrotku w górę za pomocą linek- ręcznie. Ta praca tak mnie wymęcza , że nigdy w życiu nie podejmę się podobnej  pracy.

 Oprócz wyżej wspomnianej pracy przy łataniu zapory- tamy zjawiła się druga sprawa. Było nią znalezienie naliwki do kamienia młyńskiego. Przeszperałem cały swój rejon bez rezultatów.

Ktoś poradził mi, bym się udał do wsi znajdującej się za Wilejką. Chyba około 30 km od domu. Jazda przez 10 km przez las za rzeką Wilią i tyleż km przez las za miastem wojewódzkim Wilejką, nie wzbudziła we mnie strachu, chociaż wiedziałem, że w tych lasach przez które będę jechał na rowerze, grasują sowieccy partyzanci.

Jadąc przez miasto Wilejkę wstąpiłem do kolegi ze szkolnej ławy. Ten opowiedział mi, że w tych lasach, przez które będę jechał po materiał- nalewkę, pełno jest partyzantów i mogą mnie wcielić do swoich szeregów, bym pomagał bić Niemca.

No i tak przestroga kolegi nie powstrzymała mnie do dotarcia do zamierzonego celu, znajdującego się o 12 km od Wilejki.

Więc jadę, mknę ścieżką dla pieszych. Za pół godziny jestem we wsi, celu mojej drogi. Gospodarz, do którego przyjechałem, oświadczył mi, że już nie ma tego urządzenia” naliwki” do kamienia młyńskiego. Smutno mi się zrobiło, bo ponadto powiedział, że w tym rejonie u nikogo tego materiału nie ma.

Zostało mi z niczym wracać do domu , a już i szarzeć zaczęło na dworze.

Ale jechać wąską ścieżynką na rowerze przy takim świetle, było prawie niemożliwe,

Więc znalazłem sobie nocleg u sołtysa, który napoił mnie mlekiem i położył spać w przedpokoju. Tylko zasnąłem, aż to słyszę łomot do drzwi i krzyk : „ Gospodarzu- otwieraj drzwi”- po rosyjsku. Gospodarz otworzył drzwi w sieniach. A oni, partyzanci sowieccy prędko pytają : kto do was obcy przyjechał? Gospodarz odpowiada, że jakiś pan przyjechał ze Smorgoń i szuka naliwki do kamieni młyńskich. Na rozkaz ich otwiera drugie drzwi, a oni w tym czasie krzyczą: „Ręce do góry”.

Szybko zrywam się z pościeli i stoję z rękami w górze.

Wchodzą jeden za drugim do przedpokoju z bronią gotową do strzału. Pierwszy  ma nagan a trzech za nim postępujący – karabiny ręczne.

 Podchodzi do mnie bliżej brygadier tej grupy i mówi ostro:” Dokumenty wasze”. Wyciągam dowód osobisty, wydany przez władze radzieckie. Stoi w dowodzie” dyrektor- niepołnośredniej szkoły w Sukniewiczach, rejon Smorgoń”.

Drugi partyzant robi kontrolę w moich kieszeniach i teczce, którą miałem ze sobą.

Trzeci towarzysz stoi z bronią na pogotowiu o krok od tych dwóch i uważnie śledzi moje zachowanie. W końcu dają rozkaz, abym opuścił ręce.

Już zupełnie w innym tonie pyta mnie, dlaczego nie idę do partyzantki.

Odpowiadam mu, że dlatego, iż Niemiec jeszcze jest silny, a jak osłabnie, to będziemy go trzepać.

Wszyscy słyszą moje słowa.

Jeden z nich robi swojemu starszemu wyrzut, że on mówił, iż Niemiec jest już słaby.

 Ich dowódca pyta jeszcze mnie, jakie ja znam języki.

Odpowiadam: polski, rosyjski, białoruski.

A litewski język czy znam.- mówię, że nie.

Gospodarz podał sowietom kolację , a po kolacji grupowy mówi gospodarzowi: Was ten człowiek ( wskazując na mnie) może sprzedać Niemcom, za to że wy przyjmujecie w swoim domu partyzantów sowieckich, i że macie z nimi łączność.

Gospodarz nie stchórzył i odpowiada mu, że ten obywatel na pewno nie zamelduje w komendzie niemieckiej, bo on nienawidzi Niemców- ja za to ręczę. No to w takim razie miejcie żal do siebie, jeśli Wasz dom i Waszą rodzinę spalą Niemcy. Pomyślałem, a nuż nie będzie mnie bronił ten uczciwy człowiek- sołtys. I mnie wezmą ze sobą i gdzie w krzakach zastrzelą. Po tej rozmowie grupowego z sołtysem wstają od stołu , dziękują mu za kolację i odchodzą.

Jeden z nich zwrócił się do mnie, abym oddał mu zegarek, bo jego jest zepsuty.

Ja mu tłumaczę, że i mnie jako nauczycielowi jest potrzebny zegarek.

On jednak chwycił mój nowy zegarek i prędko pobiegł za towarzyszami.

Ja ciężko westchnąłem ale ucieszyłem się, że tak pomyślnie wszystko się skończyło. Jeszcze było za ciemno na dworze, żeby ruszyć do domu, więc leżąc na swojej pościeli czułem nienormalne bicie serca.

Strach teraz nawet wzmógł się, bo gdy stałem z podniesionymi rękoma, zamarło we mnie wszystko- czułem tylko, że nadszedł koniec mojego życia. Gdy tylko trochę rozwidniło się , że można było ścieżką powoli jechać na swoim rowerze, obudziłem gospodarza, którego serdecznie ucałowałem i najserdeczniejsze mu złożyłem dzięki. Przecież on uratował mnie od zguby.

W 40 minut byłem już w Wilejce. Nie wstąpiłem już do kolegi, ale czym prędzej mknąłem przez Wilejkę do domu.

Gdy byłem już za wspomnianym miastem, dopędziłem furmankę i poznałem siedzącego w mundurze niemieckim- policjanta białoruskiego- dobrze mi znanego.

Pozdrowiłem go- a on nie odpowiadając na moje pozdrowienie chwyta za karabin i krzyczy:

 „ Nie jedźcie blisko mnie, bo zastrzelę”. Przycisnąłem mocniej na pedał i oddaliłem się od niego. Pomyślałem, że zwariował, albo był mocno zalany.

Resztę drogi przez niebezpieczny partyzancki las przejechałem aż do promu na rzece Willi,  bez zatrzymywania się i bez żadnych przeszkód, jednym słowem- szczęśliwie.

W domu powitali mnie radośnie żona i synek Mirek.

Po obiedzie i odpoczynku żona powiedziała mi, że mistrz od młyna zdobył nalewkę na kamień i już pojechał do Cicina- do młyna, żeby nalewać kamień. Dowiedziałem się również, że roboty stolarskie we młynie są już na ukończeniu. To mnie bardzo ucieszyło.

 Po kilku godzinach i ja opowiedziałem małżonce o swoich przygodach za Wilejką z partyzantami, jak byłem bliski śmierci, albo zabrania mnie do szeregów partyzanckich. Nie aprobowała tego mojego wyjazdu , bo wszyscy dobrze wiedzieli ,  że są tam partyzanci sowieccy.

Na drugi dzień po lekcjach w szkole, pojechałem do młyna, żeby przekonać się o zakończeniu prac remontowych przy młynie. Stwierdziłem, że dziura w zaporze już załatana i woda przez otwarty wylot płynie prawidłowo. Mistrz , który nalewał kamienie zameldował mi , że młyn można będzie puszczać w ruch za 3 dni.

Nareszcie nadszedł dzień puszczenia wody przez zastawę na koło młyńskie. Siła wody ruszyła koło i młyn odżył. Mąka zaczęła się sypać spod kamieni młyńskich.

Nazajutrz już było pełno klientów ze zbożem do zmielenia. Wydałem polecenie, żeby w pierwszej kolejności mielić gospodarzom , którzy przychodzili do pracy gdy odbywał się remont. Parę dni we młynie pracował – mełł zboże mistrz naprawy, a po nim szwagier jeszcze niepełnoletni – uczyli się tej pracy. Prędko oni opanowali tę robotę i mistrza zwolniłem z tej pracy.

Solidnie zakropiliśmy ten remont, rozpłakałem się z nim i odszedłem do swego domu w Smorgoniach.  

Młyn pracuje, ale dochodu wielkiego nie daje.

Nie mogę się rozliczyć ze swoimi pracownikami.

 Winą takiego stanu rzeczy jest i to, że brat i szwagier piją, więc nie mogą na tydzień zebrać worka mąki na pokrycie długu. Trzeba częściej kontrolować ich pracę i likwidować przestoje młyna, no i mniej przepijać zarobionych kilogramów.

Już i Niemcy się dowiedzieli ,że młyn pracuje, więc domagają się podatku. Na razie udało mi się usprawiedliwić swoje „ nie mogę płacić”, bo muszę spłacać długi swoim robotnikom. Ale często i robotnicy przyjeżdżają upominać się o zwrot długu.

Pewnego dnia spotkałem na targu w Smorgoniach sąsiada mieszkającego 1,5 km od młyna- Kamińskiego, gospodarza zamożnego i niegłupiego, który przyznał się mi, że bandyci- chłopcy przychodzili do niego w nocy, chyba po to, żeby go zabić.

Uciekł on przed nimi przez strych i pobiegł do swego brata, mieszkającego o pół kilometra od niego. Powiedział przy tym, że jak jeszcze  raz go odwiedzą , on im sprawi niespodziankę, ponieważ kupił sobie karabinek skrócony i ich tym uczęstuje.

Pytał, czy ja tam w Cicinie często nocuję. Odpowiedziałem, że czasami, a w samej rzeczy to chyba jeszcze żadnego razu tam nie nocowałem.

Radził mi, żebym zaopatrzył się w jakąś broń, bo tam u nas grasują jacyś partyzanci – a może to tylko „ obieraki”.

Prawdą było , że po lasach organizują się grupki partyzantów, ale oni nie dokonują morderstw na tutejszej ludności. Tylko robią szkody wrogom- Niemcom. Zrywają koleje żelazne, mosty na głównych drogach no i zakładają dynamit na szlakach, którymi zaborcy dowożą na front amunicję.

Partyzanci, to żołnierze sowieccy, którzy nie zdążyli uciec z tych terenów, które Niemcy zajęli w szybkim czasie.

 Niemcy z początku spędzili ich do miasta Mołodeczno za druty, gdzie nie było co jeść, a więc umierali oni z głodu.

 Po paru tygodniach wojny, Niemcy pozwolili tutejszej ludności zabierać ich do pracy na roli. Jakiś czas pracowali i to niektórzy nawet bardzo dobrze i uczciwie.

Po paru miesiącach , kiedy nawałę wrogów wstrzymali pod Moskwą, Stalin wydał polecenie – prikaz – żeby nierolnicy radzieccy łączyli się w grupy , brygady i rozpoczęli bić Niemca na tyłach jego armii.

Niemcy staczali walki z partyzantami, nieraz ciężkie. Musieli na tyłach obstawić bory swoimi żołnierzami, żeby się chronić .

 Obowiązkiem partyzantów sowieckich było powiększać swoje szeregi przez włączanie młodzieży , która mieszkała na terenach okupowanych przez Niemców. Tak też i czynili.

Ale grasowały też bandy” wolne”, które zajmowały się grabieżą dóbr mieszkańców.

Partyzanci takie grupy niszczyli, bo one psuły im opinię.

By się obronić przed tymi bandami, chciałem zaopatrzyć się w broń, ale to mi się nie udało.

 Więc postanowiłem jechać do młyna bez broni i tam przenocować, by móc zarobić mąki na spłacenie długów. Brata i szwagra wysłałem do domu, a sam zająłem się mieleniem zboża. Umiałem mleć, więc szło mi w pracy przez cały dzień bez przeszkód.  Zarobiłem parę worków mąki i chyba worek kaszy. Pracowałem tak długo, jak długo była woda w stawie.

Przyszedłem na noc do pokoju, w którym bandyci wymordowali całą rodzinę małżonki. Przygotowując się do spania, pomyślałem o tamtym napadzie i że coś podobnego może się stać i teraz.

Rozmawiałem przedtem z  tymczasowym gospodarzem, który mieszkał z rodziną obok w drugim pokoju, potwierdził, że grasuje tu dużo band i radził  , że jeśliby ktoś w nocy zastukał, nie należy otwierać ni okien ni drzwi. Pozamykałem więc wszystkie okna i drzwi. Wziąłem sobie od gospodarza siekierę i wróciłem do swego pokoju. Siekierę postawiłem przy łóżku, uchyliłem jedynie trochę okno, żeby w razie czego bezszelestnie wyskoczyć z pokoju. Położyłem się, ale od razu nie zasnąłem.

Gdy tylko się zdrzemnąłem, dał się słyszeć głos stukania z pokoju za ścianą i słowa:

 „ Gospodarzu dajcie chleba”. Szybko zerwałem się z pościeli, chwyciłem topór stojący przy łóżku i cichutko wszedłem do pokoju, w którym stukano do okna.

Wyszedł do mnie i gospodarz , któremu cichutko powiedziałem, żeby wziął pół chleba z naszego składzika.

Gospodarz tłumaczył bandytom, że tu nie ma właściwego gospodarza, a syn zamordowanego pojechał do Smorgoń.

Ja w tym czasie stoję blisko ściany i widzę za oknem , że przed  drzwiami domu stoi człowiek z karabinem, w czapce i w spodniach Galie. Obok okna stoją  przytuleni do ściany dwaj mężczyźni, z których jeden trzyma nagan, a drugi- nie widać dokładnie co . ( Noc była widna). Odchodzę od okna do swojego łóżka, a gospodarz w tym czasie otwiera okno – przez szparę rzuca chleb i natychmiast zamyka okiennicę na haczyk.

Ja z jedną nogą postawioną na krawędzi łóżka słyszę : „ wsiorawno, dawaj chaziaina

( gospodarza)” i gdy to słowo jeszcze wisiało w powietrzu, ja już skoczyłem przez uchylone moje okno i pomknąłem co sił w kierunku dojrzewającego sadu i pola, do którego było około stu metrów.

Gdy znalazłem się w życie, chyba o 15 metrów od brzegu pola , zatrzymałem się klęcząc na jednym kolanie i nasłuchiwałem, czy bandyci za mną nie gonią.

Okazało się, że nie. A głosy było słychać od drzwi we młynie. Chcieli otworzyć drzwi we młynie, ale nie dali rady. Więc wracają na dróżkę, która prowadzi do wsi Draki.

Dróżka prowadzi z początku w dół, akurat gdzie ja skryłem się w życie. Serce mi zamiera, gdy słyszę kroki coraz bliżej i bliżej. Aż nareszcie w dolince tej dróżki słyszę odgłos butów, oddalających się w prawo.

A więc poszli do bogatego gospodarza mieszkającego na górze, około 1,5 km ode mnie.

Staję na dwie nogi, żyto szumi tak cichutko, jakby chciało mi powiedzieć, że mnie obroniło od tych złoczyńców- bandytów.

Wreszcie na dworze staje się widnieje, więc idę do swojego łoża.

Na podwórku spotykam Iwana, który u nas pracuje. Mówię mu, że wracam z ucieczki od bandytów. Zachodzę do swojego pokoju i tu opowiada mi Natasza- dziewczyna ze Związku Radzieckiego, służąca, kucharka dla robotników: że i ona uciekła z pokoju, gdy usłyszała, że ja wyskoczyłem. Bandyci chodzili do młyna, ale i tam nic nie wskórali. Z powrotem szli koło domu i poszli do wsi Drak.

 Na podwórko wjechała furmanka z bagażem do młyna. Zatrzymała się i gospodarz tego wozu wszedł do nas, do pokoju, gdzie ja prowadziłem rozmowę z towarzyszką niedoli. Na pytanie moje, co tam słychać w okolicy, opowiedział, że bandyci postrzelili P. Kamińskiego. To mnie poruszyło, toż to ci sami byli u nas.

Prędko zmełłem mu zboże na mąkę i pomknąłem do tego rannego p. Kamińskiego.

Tam na podwórku zobaczyłem już  ciężarówkę, na której przyjechali jeden Niemiec i policjant białoruski, znajomy mi doktor- Żydek i także dobry przyjaciel- tłumacz- Woltman.

Po przywitaniu zobaczyłem trzech mężczyzn leżących z rozłożonymi  na bramie rękami. Opowiedziałem, że i u mnie w nocy dziś byli bandyci. Przyglądam się im leżącym i nie mogę nic powiedzieć, czy to ci sami, czy też nie. Charakteryzuję to co widziałem :  jeden stał przy drzwiach do sieni, wysoki trzymający długi karabin w pogotowiu  w spodniach Galie, drugi znajdował się tuż pod oknem z naganem, a trzeci był tak przytulony do ściany, że jego nie było widać.

To wszystko co opowiedziałem, zapisali do protokołu w obecności Niemca.

Na podwórku słychać było jęk i stękanie. Wszedłem do wnętrza domu chorego. Poznał mnie i powiedział, że mój teść zamordowany pożyczył  od niego za życia osiemdziesiąt rubli w złocie na budowę młyna. Przy tym przypomniał, że ci sami bandyci, którzy już napadli na jego dom i wtedy on uciekł, przyszli we trzech do niego ponownie. Pożegnałem go serdecznie i zwróciłem się do lekarz, który stał obok jego łóżka: „ czy on wyżyje?”. Zaprzeczył głowę i cichutko powiedział, że „ nie”, ponieważ kula trafiła go w płuco. Wyszedłem z pokoju z oczami pełnym łez.

Siadłem na rower i z bólem serca potoczyłem się do domu, jeszcze w tym czasie do szkoły. Z nieopisaną radością spotkali mnie żona z synkiem, którzy już byli powiadomieni, że Janek- Pan uciekł od bandytów.

    Po kilku dniach Niemcy objęli szkołę i my musieliśmy wyjechać do Smorgoń i tam zamieszkać. Szkoła przestała być czynna, bo Niemcy osiedlili w tej szkole litewską milicję, która miała bronić przyczółka dla partyzantów, którzy przedzierali się przez rzekę Wilię i szli w głąb gęsto zasiedlonymi osiedlami i wioskami, wśród których łatwiej było zdobyć żywność.

Parę miesięcy żyli tam litewscy milicjanci, a później opuścili te swoje „ kryjówki”, które „ porobili przed partyzantami”.

Skoro dowiedzieli się partyzanci, że w tym domu- szkole nikogo nie ma, spalili ją doszczętnie. Zostało tylko żałosne pogorzelisko.

Szkoły już w tym miejscu nie ma i dotychczas nie zbudowano przez władze sowieckie ( dziesięć lat temu wstecz przejeżdżałem tędy).

Gdy już mieszkałem w Smorgoniach, też często jeździłem do tego młyna, ale nocować już nie nocowałem. Szukałem legowiska w stogu siana na dworze lub w stodole. Zadowolony jestem , że rozliczyłem się ze swoimi dłużnikami.

Pisałem 1.II.1984 roku

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 15 ). Życie ludzi i przygody w szkole białoruskiej .

Z albumu rodzinnego Heleny i Jana Konopielko. Jan elegancki nauczyciel okresu międzywojennego …..

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Chyba nie od rzeczy będzie, Moje Kochane Wnuczęta, że poświęcę parę słów tej szkole w Sukniewiczach.

Była ona nie tylko szkołą dla dzieci, ale także ośrodkiem kulturalnym i oświatowym.

Tu odbywały się przedstawienia i tańce młodzieży, narady z rodzicami itp., imprezy szkolne.

Przy władzy radzieckiej – też spełniała ona rolę miejsca zebrań mieszkańców tych wiosek rozsianych gęsto wokół niej.

W tym budynku odbywały się  też wybory kandydatów do komisji w Mińsku, która zajmowała się  sprawą  przyłączenia Zachodniej Białorusi do Białorusi Wschodniej- Republiki  Białoruskiej.

Tu też wybierano kandydatów do rad narodowych.

Mnie do tych wyborów nie zapraszano.

Na kandydatów wybierano tylko biedotę. Takie było polecenie przedstawiciela władz radzieckich.

Żeby ściągnąć na wybory jak największą ilość obywateli, zorganizowano z jednej z klas szkolnych sklepik, gdzie można było kupić: cukier, ciastka, czekoladę i inne słodkie rzeczy, których brakowało w sklepikach wiejskich zorganizowanych niedawno.

Charakterystyczną rzeczą było to, że przedstawiciel radziecki  zaproszenia do naszego domu  nie przyjął, mówiąc, że wolno jemu tylko bywać u biedaków na noclegu i posiłkach. Ślepo wypełniał rozkazy swych władz.

        Ciekawi Was, Kochane Wnuczęta,  na pewno, jaki nastrój panował wśród tutejszych mieszkańców?

Otóż- różny. 

Bogaci bali się władzy radzieckiej, biedni- cieszyli się , że ta władza przyniesie im lepsze życie. I że, oni biedacy, zagórują nad kułakami. Że będą mogli uczyć w szkołach wyższych swoje dzieci oraz , że będą mieli darmowe leczenie i będę mieli prawo do odpoczynku. Bogatsi bali się, że im odbiorą gospodarstwo – krowy, świnie i owce i włączą ich do wspólnych gospodarstw- kołchozów, o których słyszeli od swoich krewnych przebywających w Związku Radzieckim, a teraz ich odwiedzających. Perspektywa ich życia była niewesoła. Żeby nie oddać swojego dobytku w całości do kołchozu, zaczęli zarzynać krowy, owce, świnie i solić mięso na przyszłość.

Radziecka władza po włączeniu Zachodniej Białorusi do Związku Radzieckiego – zaczęła żądać podatku za ziemię- podatku w naturze: mięsa, zboża, kartofli oraz mleka do mleczarni. Kto nie miał tych produktów , kupował u sąsiadów i zdawał.

Nieraz chłopi organizowali całe karawany tych wozów i odprawiali na punkt zbiorczy z orkiestrą – harmoszką na czele.

A więc nastrój wśród ludzi był mieszany- jedni się cieszyli- drudzy smucili.

A dla nas, nauczycieli, ogólnie biorąc, przybycie bolszewików było zaskoczeniem, a nawet wstrząsem. Ani jeden z nas nie był pewny swojej pracy, swego życia.

Wiedzieliśmy, że nas zamienią ich nauczyciele, a nas wywiozą na Syberię, Kazachstan. Tak się też i stało.

                Z nadejściem wiosny 1940 roku zaczęły się wywozy.

Najpierw wywozili z całą rodziną pozostałych urzędników polskich, osadników po pierwszej wojnie światowej, gajowych i niektórych nauczycieli urodzonych na południu Polski.

Mnie pozostawili, chociaż moją osobę omawiali na zebraniu aktywistów.

Do mnie mieli pretensję, że „ obkułaczyłem się” , bo się ożeniłem z córką bogatych rodziców, którzy posiadali folwark, własny dom w Smorgoniach i zbudowali młyn na swoich połaciach.

Obronili mię od wywozu inspektor szkolny Brudzina i dyrektor średniej szkoły – Siedachow. Oni mi sami powiedzieli, że póki oni tu będą pracowali, nikt mię nie ruszy.

Obaj byli członkami partii komunistycznej i właśnie od nich to zależy, kogo należy wywieźć. Te protokoły na wywóz oni ustalali i zatwierdzali.

Dwóch aktywistów znających obywateli wyznaczonych na wywóz składali swoje podpisy, stwierdzając , że to są obywatele niebezpieczni dla władzy radzieckiej.

Takie zapewnienie wyżej wspomnianych „ towarzyszów” uspokoiło mnie.

Zbieranie „wrogów „ na wywóz ciągnęło się nieraz miesiąc i dłużej, aż nazbierali- napełnili wszystkie   wagony podstawione na stacji kolejowej w Smorgoniach . Wagony miały w środku piece żeliwne, które przy paleniu kopciły. Ludzie nazywali te piece „ kopciłowkami „ . W tych właśnie wagonach-   kopciłowkach wieźli niewinnych obywateli polskich do Kazachstanu i na Syberię.

Z naszej szkoły nikogo nie wywieziono, ale z sąsiedniej zabrano dwóch nauczycieli z rodzinami.

Po odejściu transportu ze stacji uspokoiło się życie nauczycieli i zamożniejszych chłopów.

W czasie wakacji władze szkolne zorganizowały  kurs dokształcający dla nauczycieli nie znających języka białoruskiego i rosyjskiego.

Inspektor szkolny , o którym już wspominałem, powiedział mi, że musi polskich nauczycieli przerobić na nauczycieli radzieckich, bo od niego na Zjeździe partii zażądano zwolnić tych pedagogów z pracy, którzy nie są zwolennikami władzy radzieckiej.

Po wywozach dużej ilości ludności nawet i wiejskiej, nastąpił jakby spokój.

Po  kursie dokształcającym , nauczyciele zaczęli pracować normalnie, ale często odwoływali się do dzieci, swoich uczniów o poprawienie ich nieprawidłowej mowy białoruskiej.

Parę słów o sobie.

   W pierwszych miesiącach władzy radzieckiej miałem kilka przykrych spraw. Oto pewnego dnia zachodzę do klasy i widzę, że kilku uczniów- chłopców klasy piątej stoi przed portretem Stalina i jeden z nich pokazuje palcem i czyta : „ ….”to było brzydkie słowo- nie chcę  tutaj cytować

Reaguję na to natychmiast, szybko podchodzę do portretu Stalina. I rzeczywiście, takie słowo jest napisane wyraźnie. Natychmiast sięgam do kieszeni po gumkę i delikatnie ścieram ten wyraz.

Będąc na zebraniu  dla rodziców następnego  dnia starałem się to wszystko zatuszować, bo wiedziałem, że gdyby o tym zajściu dowiedziała się władza radziecka , natychmiast i chłopcy ale przede wszystkim  ja byłbym pociągnięty do odpowiedzialności- mnie na pewno by aresztowali  i wywieźli jako wroga komunizmu.

    Drugim grzechem przeciw władzy socjalistycznej było to, że nie pozwoliłem urządzić zabawy tanecznej dla młodzieży w szkole po wyborach do rad gromadzkich.

Młodzież poskarżyła się inspektorowi szkolnemu.

I ten na drugi dzień wezwał mnie do swego gabinetu i pytał dlaczego tak postąpiłem ? Wyjaśniłem mu, że w szkole polskiej nie wolno było urządzać zabaw tanecznych, tak i w szkole radzieckiej.

W moich oczach inspektor porwał donos i powiedział : „ lepiej byłoby pozwolić”. Jeśliby ten donos nie trafił w moje ręce, mógłbym mieć wielką przykrość za tamowanie radości młodzieńczej po takich wyborach.

    Trzecim uchybieniem było to, że po wygłoszeniu w szkole mowy pierwszomajowej, na której byli obecni : inspektor szkoły i dyrektor średniej szkoły ( obaj partyjni) wzniosłem okrzyk na cześć pierwszego maja mówiąc: „ Niech żyje  trzeci – zaraz poprawiłem –  pierwszy maja”.

To zająknięcie” trzeci….” Komsomolcy interpretowali jako kpinę z władzy radzieckiej.

 I z tego też można było wysnuć dużo wniosków wrogiego nastawienia od obecnego reżimu.

  W drugim roku szkolnym 1940- 1941, pomimo okupacji,  praca w szkole poszła raźniej.

Przestali nękać wywozami, w sklepach pojawiło się trochę więcej towarów.

Mnie osobiście, było lżej pracować.

Ba, nawet kuratorium w Obłispołkomie ( w kuratorium szkolnym )  zatwierdzili mnie ponownie na dyrektora niepełnośredniej szkoły. 

Już szykowałem materiał na tynkowanie swojej szkoły, bo ona była zbudowana z opilonych bierwion- klocków.

Zdawało się jak gdyby  wszystko było na dobrej drodze do niezłego życia.

c.d.n.

Opowieści mojej Mamy. Wyjazd na kresy…

Po uzyskaniu dyplomu nauczycielki Mama od razu rozpoczyna poszukiwanie pracy. Nie jest o nią łatwo. Miejscowe szkoły mają już stałą kadrę nauczycieli, zresztą Mamę kusi świat daleki.

I dlatego, gdy się dowiaduje, że są wolne etaty  na Wileńszczyźnie, od razu podejmuje decyzję wyjazdu. Jest rok 1925, niedawno powstała Polska i nowe polskie szkoły na terenach wschodnich  bardzo potrzebują nauczycieli.

 I Mama mając poczucie misji, że niesie tam kaganiec oświaty, opuszcza rodzinny dom i rozpoczyna wędrówkę na dalekie kresy.  

Czy rodzina Ją tkliwe żegna, nie wiemy. Pewnie się już wszyscy przyzwyczaili do Jej nieobecności w domu.  Starsze przyrodnie siostry są zajęte swoimi sprawami, są już zamężne, albo przygotowują się do ślubu. Młodsze rodzeństwo może zazdrości, może podziwia. Ale poza Mamą żadne dziecko z tej rodziny nie opuściło stron rodzinnych , więc pewnie ta zazdrość i ten podziw dla starszej siostry, jeśli w ogóle były, były niewielkie.

Ale  tego dnia wyjątkowo  Ojciec dowozi ją i jej niewielki kuferek na stację w Łodygowicach. Podróż pociągiem trwa około dwóch dni.

Z Łodygowic znajomy pociąg unosi Mamę  do Bielska,  potem podróż jest nowością. Nowe krajobrazy za oknem, inne klimaty. Jej góry zostają daleko. ..

W Bielsku Mama wsiada do innego już, obcego pociągu, który kończy bieg w Warszawie. O czym myśli ta młoda osiemnastoletnia dziewczyna, gdy siedzi sama w tłumie innych podróżujących. Czy ma lęk i niepewność w sercu? Pewnie nie, bo już jest zahartowana, przecież od 10 roku życia żyje wśród obcych.

Gdy dobija do Warszawy, wie, że musi pokonać znaczą trudność. Gdyż  Jej pociąg dojeżdża do dworca głównego, a kolejny, do Wilna wyrusza  z  warszawskiej Pragi.  By tam dojechać  trzeba przemierzyć kawał Warszawy. Ale i to pokonuje.

Z Warszawy do Wilna podróż jest nieomal komfortowa, mimo ,że twarde deski wpijają się w pupę. Ale Mama ma odporną na niewygody pupę góralki i twardy charakter ….

W Wilnie ostatnia już  przesiadka do pociągu na Petersburg .

Teraz trzeba uważać, by nie przegapić maleńkiego miasteczka nieopodal Rakowa,  gdzie jest docelowa stacja Mamy.

Stamtąd zabierają Ją wozem dobrzy ludzie.

I wkrótce ląduje w Rakowie, małym sennym miasteczku, pachnącym gnojem i brudem a także łagodnymi uśmiechami miejscowych. Mowa ich zaśpiewna, miękka, trafia prosto do serca. Mama jest zadziwiona nowymi dla niej wrażeniami, ale  ogólnie od razu czuje, że jest w domu.