Wnuczka opowiada o obrazie pradziadków.


to ten obraz …..
Kochana moja babciu. Pani nam zadała , a muszę przypomnieć że jestem już  w 5 klasie- masz tyle wnucząt i prawnuczkę że może zapomniałaś . Otóż  pani nam zadała bym opowiedziała coś o pamiątce rodzinnej. Długo się zastanawiałam i nagle spojrzałam na ten obraz. Wszystko sobie przypomniałam co mi babciu opowiadałaś. I to spisałam. Jeśli zechcesz poprawić czy coś dodać, napisz…

Oczywiście przeczytałam, wzruszyłam się podwójnie, bo wróciły opowieści moich Rodziców i ich ostatnie chwile na tym padole łez – ale wzruszyłam się  przede wszystkim dlatego,  że tak pięknie nam Wnuki rosną, są mądre i nasze opowieści nie padają na tzw.  jałowy grunt, tylko pięknie kiełkują..
Bez poprawek – bo cóż tu poprawiać ? –  zamieszczam  pracę Wnuczki


Moja prababcia Stefa była góralką. Urodziła się we wsi blisko dużej góry która nazywa się Skrzyczne. Do lasu który rósł na zboczach chodziła ze starszą siostrą na jagody. Wspinały się

 wysoko po dużych  kamieniach. Któregoś dnia prababcia spadła a miała wtedy 6 lat. Spadała w dół aż zatrzymała się na wielkim drzewie . Na szczęście nic jej się nie stało. Gdy wracały zawsze moczyły sobie zmęczone nogi w strumieniu którym płynęła bardzo zimna woda.
Gdy prababcia została nauczycielka wyjechała bardzo daleko do pracy. Było to aż za Wilnem. Jechała  pociągiem i dorożką w Warszawie z Dworca Głównego na Dworzec Wileński gdzie miała przesiadkę, a potem dalej furmanką.  Uczyła w szkole W Rakowie i tam poznała mojego pradziadka Wacława. Bardzo się zakochali i w 1932 roku wzięli ślub. Pradziadek wiedział że jego ukochana bardzo tęskni za swoimi górami a szczególnie za tą jedną najwyższą na której zbierała jagody. Kupił jej w prezencie ślubnym ten obraz , aby sobie oglądała gdy będzie smutna. Ale smutna nie była tylko szczęśliwa z pradziadkiem. Dopiero gdy wybuchła II wojna światowa , Niemcy aresztowali pradziadka często płakała bo miała wiele powodów. Zawsze wtedy patrzyła na ten obraz który do niej mówił by się nie martwiła bo wszystko będzie dobrze. Tak jak ta góra jest silna a strumień stale płynie.
Po zakończeniu wojny prababcia z synem wracała wagonem towarowym do Polski. Nie mogła dużo zabrać bo w wagonie miała tylko malutki kącik. Obok było bardzo dużo ludzi. Nie zapomniała o obrazie. Zapakowany leżał wysoko nad wszystkimi tobołami na których też stał tapczan. Pewnej nocy a jechali 2 tygodnie obraz spadł i uderzył o róg tapczanu. Został trochę uszkodzony. Nigdy nie zalepiano tej dziury bo była też pamiątką. Pradziadkowie spotkali się w Polsce a obraz zawsze wisiał w ich mieszkaniu na bardzo ważnym widocznym miejscu. Przypominał im młodość i siłę gór a także to, że pomimo uszkodzenia jest nadal piękny. Tak jak ich życie.
Obraz wędrował  razem z pradziadkami gdy zmieniali mieszkanie i potem przenieśli się do Warszawy.
W Warszawie wisiał naprzeciwko ich łóżka by mogli oglądać przed snem i po przebudzeniu.
Gdy umarła prababcia pradziadek leżąc w łóżku mówił. O widzę moją góralkę  jak siedzi na tym kamieniu. I był wtedy bardzo szczęśliwy że ją widzi w swojej wyobraźni bo nikt inny góralki tam nie widział.
A teraz obraz wisi w naszym mieszkaniu. I my sobie oglądamy bo bardzo kochamy góry i …widzimy nasza Prababcię jak zbiera jagody, spada z góry, moczy nogi w strumieniu i odpoczywa na tym wielkim kamieniu. My to widzimy bo też mamy wielka wyobraźnię tak jak nasz pradziadek.

Filozoficzny głos Hieronima ( Hirka ) Głowackiego w krótkiej rozmowie o emigracji .

 

Na wstępie chciałam przeprosić Mariolkę i Leszka, których opowieści spokojnie czekają w moim laptopie . Będą, na pewno będą. Ale na razie wrzucam teksty ” na gorąco”, tak jak powstają – bo wynikają z naszych rozmów w messengerowej Grupie…..

Otóż  przed dwoma dniami  rozpoczęła tam dyskusję  Ewa – może dopiero zajrzała do blogu i ponownie przeczytała to,  o czym mówił Hirek  ( http://zofiakonopielko.pl/?p=4391. ).

Albo myśl tam zasiana nie dawała Jej spokoju i zakiełkowała takimi słowy :  Przeczytałam  zebrane przez Ciebie, Zosiu,  pierwsze, mam nadzieję że nie ostatnie, wspomnienia Hieronima. Ciekawe spojrzenie na siebie i innych z perspektywy pracy na obczyźnie. Akurat ten temat mam u siebie prawie codziennie. Żyję przez tyle lat na Górnym i Opolskim Śląsku.

Gdybym nie znała „problemu” bliżej – to opowieści Hieronima mogłabym odebrać zgoła w inny sposób. Że to tak „łatwo” i „spokojnie”.

Zainteresowana tematem odparłam – ciekawam Twoich opowieści Ewo o ludziach, emigrantach z Opolskiego….

Ja tylko pomnę czas gdy rozpoczynały się wyjazdy za granicę .

Matki moich małych pacjentów opowiadały szczęśliwe że mężowie wyjechali, znaleźli pracę i jest super, pieniądze….

Potem przyjeżdżały coraz bardziej smutne

Że kontakty coraz rzadsze

A potem, że milczenie ….

Ewa na to :  Właśnie to ta druga strona medalu „emigracji”. I to każdej. Nie tylko tej „za chlebem”.

         I w tym momencie odezwał się Hirek – zda się,  że czasami nasze myśli się   przyciągają – może wyczuł o czym rozmawiamy  🙂  a może tylko przypadkowo zajrzał w tej samej chwili – najcelniejszej, by dodać swoją opowieść : 

Halo @Ewa Brykalska Szczęśliwy kto dobre pamięta a złe zapomina.

Tu zacytował słowa Ewy  :  „ Gdybym nie znała problemu bliżej –  to opowieści Hieronima mogłabym odebrać zgoła w inny sposób. Że to tak „łatwo” i „spokojnie „ .

Z punktu widzenia dzisiejszego  moja akcja była  łatwiejsza, aniżeli przed wyjazdem.

Myśli Hirka biegły wartko dalej i dalej i szkoda, że wtedy  nie wyłowiłam tego zdania – bo zapytałabym czy jednak  przeżywał rozterki wyjechać czy nie – i czy to było dla niego najtrudniejsze. Bo  potem  – gdy wykonał „ skok na główkę  do głębokiej wody „ musiał już płynąć do bliskiego lądu , nie zważając na wielkie fale , którym dzielnie  stawiał czoła… bo w tym czasie historycznym powrót do kraju już był raczej przed Nim zamknięty ….

Ale Hirek już „ odpłynął „ od tamtej myśli  i pisał dalej :  

 Na indywidualny sukces wpływa wiele przyczyn. Jednym i najważniejszym jest sposób widzenia. „Butelka w połowie pusta albo w połowie pełna”. Dalej jest ważna wiara w swoją wartość. To nie ma nic wspólnego z megalomanią.

I najważniejsze jest konsekwentne kroczenie w kierunku własnego celu. WŁASNEGO CELU , a nie w kierunku celu postawionego przez otoczenie, towarzystwo i nie daj Boże przez partię (PZPR albo ich następcy PiS)…. Przysłowie mówi „Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”.

Niemieckie przysłowie mówi „wo gehobelt wird, fallen auch Späne“ tłumaczenie :  „gdzie się drzewo hebluje tam padają wióry”. Sens identyczny.

Moja żona (Niemka) wcześniej by powiedziała – nie hebluj, bo narobisz bałaganu.

Moja odpowiedź – ale będziesz się przez całe życie z ładnej gładkiej deski cieszyć. Wióry się posprząta, wyrzuci i zapomni.

Zapomni? To zależy od nastawienia „Butelka w połowie pusta albo w połowie pełna”.

Ty możesz całe życie narzekać: „ale było ciężko” albo się będziesz cieszyć, że ci się udało.

W nawiasie: dzisiaj moja żona nie martwi się o bałagan, tylko postawi odkurzacz, który usunie natychmiast wióry 🙂 . To wspaniałe Hirek, że się dogadujecie –  a ten odkurzacz i wióry to na pewno duża pojemna przenośnia –  uśmiechnęłam się czytając

Tak , odpowiedział – Myśmy się nawzajem uczyli, bez nacisku. Wzajemna Obserwacja i stosowanie tego co lepsze…..

Wszystkiego najlepszego dla nas z okazji 100 lat .

I tak zakończył tę  rozmowę, już nie dając czasu na cisnące się rozliczne pytania i chęć rozwijania ostatniego tematu –  bo właśnie był 11 listopada i świętowaliśmy okrągłą rocznicę powstania Polski. Po 123 latach mroku niebytu – rozdarcia pomiędzy zaborcami przed 100 laty wróciła do nas Najjaśniejsza …..

         Muszę tylko dodać, że ciepło się zrobiło na sercu, gdy   Hirek napisał :

                                 „ wszystkiego najlepszego dla nas …”

– fajnie,  że pomimo tylu lat na obczyźnie – czujesz się nadal Polakiem, zawsze naszym kolegą ze studiów medycznych i że chcesz  z nami gawędzić, opowiadać o sobie i snuć  refleksje …..

Hieronim ( Hirek ) Głowacki – wytworny i uśmiechnięty Pan Doktor który jak  kiedyś napisał Jurek –  przed wielu laty, w Poznaniu w Klinice przy ul. Polnej odebrał poród  Jego drugiego Syna  – pewnie z taką samą lekkością, profesjonalizmem i gracją jaką widać na zdjęciu  – bo utrwalił się  w ciepłych wspomnieniach Rodzinnych 🙂 .  A długopis w dłoni, Hirku, to może znak – choć w tych komputerowych czasach tylko symbol , że coś ciekawego dla nas zaraz napiszesz 🙂 .  Zdjęcie z Facebooka.

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 9 ) . Przypowieść o tym jak Dobro rodzi Dobro.

Drogi Leszku !

Najpierw będzie o rozterkach ” redaktora „, – oczywiście to ostatnie określenie podaję w cudzysłowie – bo jestem tylko skromną gospodynią tego blogu 🙂

Od  dzisiejszego świtu,  a właściwie od wczorajszego dnia  przeżywałam wahania w rozmyślaniach i podjęciu decyzji bo :  po pierwsze wydało mi się, że nie powinnam pisać nic od siebie –  Twój tekst jest napełniony wszystkim co ważne – otwiera tak dużo dalszego myślenia , że każde moje słowo może być profanacją. A po drugie – rozważałam – jaki nadać tytuł tej kartce z Twojego Pamiętnika – czy Twoją jajecznicę która ratowała ? życie , czy słowa Bartoszewskiego , które cytujesz ? .  

Jednak ostatecznie ustaliwszy  sama ze sobą 🙂  , że pomimo wszystko  trochę pogadam i dam swój tytuł a cały  Twój tekst  znajdzie się  pod zdjęciem – wydaję „na światło dzienne” tę znakomitą opowieść od Dobru które rodzi Dobro …..

Licząc na wyrozumiałość w tych kwestiach – bo pomimo  bojowej natury jesteś Człowiekiem gołębiego serca – oddaję Ci głos :  

 

 

WARTO BYĆ ŻYCZLIWYM  (parafraza z prof. Władysława Bartoszewskiego) czyli :

JAK JAJECZNICA RATOWAŁA  ? ŻYCIE

 Nigdy nie wiemy jak nasze zachowanie może wpłynąć na nasze lub czyjeś losy. Jak nie wcześniej to może i po latach.

   Na początek listopada moja córka miała termin porodu. W połowie miesiąca pojedyncze skurcze, wydawało się, że wody odeszły, ale nie została przyjęta do porodu. Bardzo dobra I życzliwa ginekolog dr B. opiekująca się córką, dała skierowanie na stymulacje, bo było już  po terminie.  Przyjęta do Raszei (tak w skrócie nazywają poznaniacy  szpital im. Raszei – przyp. Z. K. ),  ale dyżurny ginekolog zignorował  Jej wskazania I kazał czekać. To był czwartek rano. Dzwoniłem do Niego z Londynu, przedstawiłem się, poprosiłem o opiekę, powiedziałem o skierowaniu ale zostałem zignorowany. 

Załatwiłem sobie zastępstwa I w czwartek wieczorem poleciałem z Londynu do Poznania. Na szczęście Pani dr B. zdecydowała że sama w piątek zacznie stymulację porodu.

Zatrzymałem się w “Hotelu Włoskim” I od razu wykupiłem pokoje dla Jej  Mamy, z którą byłem rozwiedziony –  by zamieszkała wspólnie z Córką z mojego  pierwszego małżeństwa oraz dla mojego Syna z Żoną. Jako samotny, odrzucony “byk” ( pozostałość po ksywie “Krowa” ze szkoły ) miałem osobny pokój.

W piątek szczęśliwy poród,  piękna Wnuczka.  Planowany wypis na poniedziałek. W sobotę hucznie obchodziliśmy razem z teściową I mężem Córki  “18”-te urodziny mojej byłej Żony a w niedzielę Jej imieniny.  Wnuczka była dla Niej najwspanialszym prezentem.

W poniedziałek rano okazało się że Wnuczka ma szmery I musi mieć  ECHO serca.  Konsultująca kardiolog dziecięcy, dr . G była poza Poznaniem na konferencji, a dopiero w czwartek przychodzi  dr M. Córka z Wnuczką muszą pozostać  w szpitalu.

Ja miałem bilet powrotny na wtorek po południu. Muszę wrócić koniecznie, ale przecież szmery u Wnuczki nie pozwolą mi wyjechać, a nie mogę być dłużej nieobecny. W Anglii pacjenci są zapisywani  z dużym wyprzedzeniem I co najmniej ponad 20-tu miałoby przełożony termin z mojej winy. Przedłużenie przyjęcia pacjenta z podejrzeniem nowotworu ponad 2 tygodnie oznacza, że szpital  nie dostanie za tego pacjenta pieniędzy. Straty tysięcy funtów dla szpitala z mojej winy. Nie ma usprawiedliwienia. Typowy “paragraph 22”.

Więc telefon do ważnego K., powiedziałem że jestem lekarzem, że Stryjek był  tam kiedyś ordynatorem chirurgii dziecięcej. Odpowiedź zaskoczyła. Nie ma ostrych wskazań, nie ma potrzeby przywiezienia niemowlęcia na badanie, ma czekać do czwartku.

To kto jest najważniejszym kardiologiem dziecięcym w Poznaniu?  Jakaś profesor Aldona Śliwińska.  Jestem za stary by znać młodych poznańskich lekarzy. Moje pokolenie prawie w całości się już wykruszyło. Telefon do sekretariatu, ale Pani profesor w poniedziałek nie ma czasu. Przyjmuje prywatnie ale zapisy są a kilkanaście dni naprzód. Podałem nazwisko I sekretarka ostatecznie umówiła mnie z Nią w Klinice w sekretariacie na popołudnie zaznaczając, że mam być punktualnie, bo Pani Profesor ma wykład.

Na trzęsących nogach wchodzę do gabinetu, bez większych nadziei  przedstawiam swoja gorącą prośbę o pilne ECHO w Klinice. Przecież Pani Profesor  najlepiej ocenia szmery u noworodka które w 90% mijają po kilku dniach (przewód Botalla ), ale nie można wykluczyć poważnej wady. Ważna jest dynamika I dlatego ECHO pozwala na rozpoznanie zagrożeń  i ew. wskazań  do interwencji.

  • Proszę usiąść.

Siadam na brzegu fotela z podkurczonymi nogami obawiając się odmowy. Musze jutro wracać, a ECHO dopiero za 3 dni. Pada pytanie:

  • Czy Pan ma coś wspólnego z doktorem Milanowskim?
  • Tak, On I mój Ojciec byli braćmi i przez całe studia mieszkałem u Stryjków na Obozowej.
  • Proszę Pana, opowiem Panu pewna historię, zaczęła Pani Profesor. Po skończeniu studiów dyżurowałam w Pogotowiu I na pierwszy dzień stażu na chirurgii dziecięcej po nocnym   dyżurze, zmęczona, śpiąca zgłosiłam się do ORDYNATORA. Ten popatrzył  na mnie, spytał  dlaczego jestem zmęczona .  – Dziecko, Ty przecież musisz odpocząć,  powiedział .  Wezwał
  • salową, poprosił o przygotowanie dla mnie JAJECZNICY I jakiegoś tapczana żebym wypoczęła.

Jak to usłyszałem – usiadłem głęboko rozparty w fotelu, założyłem nogę na nogę i powiedziałem, że teraz to już za tą jajecznicę nie może Pani Profesor odmówić mojej prośbie. Kazała zgłosić się wieczorem tego samego dnia do Jej prywatnego gabinetu.

Wypis na własne życzenie. W Jej poczekalni długa kolejka, przyjęcie poza kolejnością,  badanie kliniczne, ECHO I od razu rozpoznanie. Fizjologia.  Cała Rodzina szczęśliwa. Żadnych pieniędzy nie chciała przyjąć. Spokojnie mogłem wracać do pracy.

Poszliśmy do Cioci, Profesor Milanowskiej pochwalić się Wnuczką  i podziękować za Jej Męża, śp. Dr Zbigniewa Milanowskiego. Była już  bardzo chora. Odeszła po 3 miesiącach, ale ta wiadomość ogromnie Ją ucieszyła. Myślę, że wówczas jeszcze raz pomyślała jakiego miała wspaniałego męża.

 Zdjęcia przyrody jak i wszystkie w tym blogu – własne 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 21 ) . Fajna metoda :)

 

Uwielbiam te zdjęcia !!!! 🙂

Wczoraj moje urodziny, dziś śp. Krzysia Urbańskiego i refleksje smętnawe nad upływem czasu, nieuchronnym losem jakże często niesprawiedliwym….

I w takiej sytuacji przyszła mi z pomocą – kto? – oczywiście Mariolka i Jej lekkie teksty, z uśmiechem a jednocześnie z życia wzięte …..

Zapraszam do poczytania – miłego weekendu 🙂

któregoś dnia dostałam taki mailik od Mariolki :

witam w ten piękny ranek

Tadeusz jeszcze zmęczony śpi więc ja chcę być cicho by go nie budzić – nie kręcę się po mieszkaniu ( Mariolka kiedyś pisała, że Jej Połowa czyli Tadeusz bardzo intensywnie dyżuruje i chyba nadal jest ordynatorem oddziału neonatologii w mieście sąsiadującym z Kępnem – przyp. Z.K.)

co pozostaje w tej sytuacji ???? – komp

a przy kompie wpadło mi wspomnienie to opiszę – następna głupotka :

 był w szpitalu „sprytny”  pracownik od sprzątania terenu

chłop lubił odwiedzać bary i pić napoje wzmocnione w większych ilościach

mieszkał daleko , w polu

znalazł więc sposób na łatwiejsze powroty do domu

dzwonił z baru że w danym miejscu leży nieprzytomny  a potem tam się kładł i czekał

gdy przyjechała karetka kazał odwozić się do domu …. 🙂

… któregoś dnia mam dyżur, wezwanie do nieprzytomnego na drodze

zajeżdżamy na miejsce – Bernard

sanitariusz mruga do mnie, podchodzi do Bernarda, chwyta przegub i mówi : pani doktor – on nie żyje

podchwyciłam temat i mówię dajcie nosze, musimy zabrać – nie zostawimy go tutaj – Bernard nie żyje

  – dają nosze, kładą go – Bernard nie daje oznak życia

   gdzie wieziemy ?

   do kostnicy- nadal zwłoki

  podjeżdżamy do szpitala po klucze od kostnicy – nie ma zmiany – Bernard nie daje oznak życia …

   otwierają drzwi kostnicy – nadal nie ma reakcji – Bernard nie daje oznak życia …

 biorą nosze – są na schodach do wejścia  i nagle przerażony Bernard gwałtownie zeskoczył z noszy  – puścił soczystą wiązankę  i biegiem  się oddalił 🙂

nasz śmiech był nie do opanowania

ale telefony o nieprzytomnym się skończyły 🙂

                          no to pośmiej się trochę  dzisiaj bo wierzę że jak pomyślisz sobie o tej sytuacji i wyobrazisz sobie uciekającego z noszy Bernarda to uśmiech na twarzy Twojej i męża się pojawi

miłego dnia

Zdjęcia małej i dużej Mariolki są własnością Marii J. Nowakowskiej. A kotów- własne .

 

 

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 5 ). Mediacje i opowieści z humorem .

Kochani, do poczytania w weekend list od Leszka !!!! Dla mnie wyśmienita to lektura 🙂

 Któregoś dnia dostałam list od Leszka – niewinną próbę mediacji ” opakowaną ” w barwną, pełną humoru opowieść ze swojego życia . I oczywiście zaśmiewałam się w głos, choć może w tamtych czasach temat był poważny – ale teraz  – jak kiedyś pisałam – przefiltrowany przez Pesel i w dodatku fantastyczną narrację Leszka – ma koloryt, zapach a nawet przedni smak .

To co pisze Leszek – zwyczajowo  pogrubiam czcionką – zachowując Jego autentyczną wypowiedź , bo” smakuje” niczym ” owoc  z Jego drzewa, zerwany Jego ręką i nam podany” –  i nie mogę się powstrzymać, by nie dodać Uśmiechu tam gdzie mnie Leszku szczerze rozbawiłeś. Masz fantastyczne poczucie humoru i dystans do siebie ( tylko nie mów, że jestem nudna i że się powtarzam 🙂

Leszek Milanowski – zdjęcie z internetu – specjalnie pojawia się w blogu po raz drugi , byśmy mogli popatrzeć Mu w oczy …. tam jest Wszystko zapisane –  powaga  stale aktywnego zawodowo  chirurga plastyka onkologa – który kobietom  ( niestety angielskim ) z rakiem piersi przywraca kobiecość  – Wspaniały Ojciec i Dziadek – po prostu – nasz Leszek ….

od którego dostaję taki list , którego autentyczna treść podana jest pogrubioną czcionką ( jeszcze raz przypominam ) a także moje są  ” pochyłe” uzupełnienia ( wybacz Leszku ) , uśmiechy i tytuł rozdziału ( mogę zmienić, jeśli się  nie podoba )  :

Spieszę Was obie pogodzić. ( to ad uwagi  Ireny, która z wielką stanowczością i  dokładnością jak u najprawdziwszego historyka , przekonywała nas, że nie byliśmy z Leszkiem w grupie na anatomii, choć obydwoje tak twierdziliśmy 🙂. Zresztą czy to ważne, ja nawet nie pamiętam nr własnej grupy – dla mnie ważne są klimaty i to co razem przeżyliśmy  )

Byłem i w 15-tej i 1-szej grupie.

Wiąże się z tym historia, która dopiero 2 lata temu się wyjaśniła w Baranowie. Po prostu mam zaleganie afektu (może Jacek Wciórka by pomógł)  🙂  .  ( Jacek jest naszym kolegą ze studiów, znanym psychiatrą przyp. Z.K)

Zaczynałem w grupie 15-tej razem z Zosią i Irenką. Może pamiętacie jak się spóźniłem pierwszego dnia i Woźniak chciał mnie wyrzucić? Opowiem kiedyś….( oczywiście pamiętam jak stanąłeś w drzwiach z płonącą  buzią – może tylko zgrzany i  spocony z powodu  biegu na uczelnią ?- podczas gdy wszyscy siedzieliśmy jak trusie przy naszym stole – ale co było dalej – nie wiem– już kiedyś  pisałam, że ten właśnie Twój  obrazek mam w oczach – bo siedziałam naprzeciwko   drzwi wejściowych do naszej Sali  w Anatomicum w pamiętnym 1965 roku )

 Po 2 tygodniach przyszedł  do nas Andrzej Roszak, którego późniejszy Kierownik Katedry Anatomii, Profesor Woźniak również chciał uwalić. Zresztą udało mu się z Basią Pawelą.  Stanąłem w Jego obronie, przez 2 tygodnie zakuwaliśmy wstecz i na bieżąco i już nie mógł. Andrzej Kiersz  był naszym asystentem. Potem z Nim pracowałem na Przybyszewskiego.

( może sam napiszesz  Leszku – jak broniłeś Andrzeja – opowiadałeś mi przez telefon –  wyśmienita opowieść – proszę Cię, napisz )

Na zajęciach z histologii kiedyś pochyliłem się nad mikroskopem jednej z naszych Koleżanek ( zamilczę nazwisko), która się o coś spytała. Naprawdę. Nie miałem jeszcze wtedy (prawiczek) żadnych sprośnych myśli. Chciałem Jej pomóc i coś wyjaśnić! 

I nagle – bęc-  bez żadnego słowa i wiadomego mi powodu dostałem siarczysty policzek na odlew. Jeszcze mnie  ( i jak dotychczas) nikt w twarz nie uderzył i do tej pory  mnie to piecze.

Nie zabolała gęba  – ile całe moje jestestwo .

Zrobiłem się czerwony, zatkało mnie. Przecież nie oddam kobiecie! To ja bilem w pysk za kłamstwa, oszczerstwa, ale żeby mnie? za co? Przecież mi przez głowę nie przeszła najmniejsza niezdrowa myśl! 

Ale ukarałem Ją najsrożej jak można.  🙂

Po pierwsze primo  – zamilkłem.

Po drugie primo  – postanowiłem się do Niej już nigdy w życiu nie odezwać. Powietrze.

Po trzecie primo  – wstydziłem się wobec całej  15/16 grupy i przeniosłem się do 1/2 grupy z Andrzejem Hyżym (był pierwszy na liście przyjętych na studia ze 120 punktami! )

Po czwarte primo  – nie mogłem znieść że ktoś mnie tak znieważył a ja nie mogłem odpowiednio zareagować. Za nic! Za szczere dobre chęci! Żebym choć na milimetr w czymś uchybił!  Wtedy jeszcze nie wiedziałem co to Kobieta.! Trauma i strach przed kobietami zostały do końca życia . 🙂

                 I wyobraźcie  sobie że w tym twardym postanowieniu wytrzymałem do Baranowa. PONAD PÓŁ WIEKU!  Zobaczyłem mojego odwiecznego wroga na balu 2 lata temu. No cóż, stoję nad grobem, to czas się z „babskiem” pogodzić. Poprosiłem do tańca i nie odmówiła. Oczywiście z mety padło moje pytanie: – za coś mnie na histologii nad mikroskopem w twarz uderzyła? – Bo chciałeś mnie pocałować!  O ja głupi ! Gdybym wiedział że za to –  to bym od razu się na Nią rzucił i wymusił prawdziwy pocałunek . Żeby miała prawo mnie za to prać po gębie!. Uśmialiśmy się.

A mimo mojej rzuconej na Nią klątwy zaszła bardzo daleko zostając dyrektorem jednego ze Szpitali w Poznaniu. Jej mąż, anestezjolog pracował  z  siostrą mojej Mamy w innym Szpitalu, bardzo Go lubiłem za rajdy i Ciocia miała o Nim wysokie mniemanie. Trochę mi Go było żal że dostał taką jędzę, ale chyba do dziś się na Niej nie poznał.

                      Teraz po latach myślę, że to nie ja ale Ola miała pocałunek na myśli i tylko moje dziewictwo nie pozwoliło mi trzeźwo rozpoznać głębokiego podświadomego marzenia tej wspaniałej i kochanej dziewczyny. 

Gdyby nie ten policzek, to kto wie… może by nosiła moje nazwisko.

W sumie dobrze się stało że Jej nie skrzywdziłem swoim małżeństwem z Nią i trafił się Jej wspaniały mąż. 🙂

      Mam nadzieję , że przy okazji następnego Zjazdu poproszę Ją, jeśli się zgodzi, o braterski pocałunek.  

Olu, wybacz mi moja głupotę i przerost „ego”. Serdeczne pozdrowienia dla Męża !

    Ale skutkiem publicznego spoliczkowania były moje przenosiny do grupy Andrzeja Hyżego, bo potem razem z Nim studiowaliśmy równolegle chemię na drugim roku w Collegium Chemicum i trochę później prawie 2 lata psychologii – bo Andrzej Hyży  i Kajtek Petrykowski też tam poszli. Poszedłem za Nimi. Nie chciałem być gorszy.  🙂

    Zresztą  psychologia się przydała.  Moją pracą na zaliczenie roku była dysertacja o osobowości. Wybrałem temat „Osobowość Niemowlęcia”.  Do dziś jestem przekonany, ze niemowlę  trzeba traktować jak dorosłego z szacunkiem, rozumieć i spełniać jego potrzeby. Teraz nad tym problemem  głowi się Pani Profesor  Monika Brzezińska w Poznaniu ( posłuchajcie Jej wykładów na SWPS ! ).

Ale ja bylem prekursorem tej dyscypliny ponad pół wieku temu !  Zresztą chyba dzięki temu jedna z moich Córek poszła i skończyła psychologię. Wejdźcie na stronę „Cayman Isles Crisis Centre”. 

           Ile dobrego się zdarzyło dzięki temu praśnięciu mnie w pysk przez Olę !!  🙂

  Olu ! jesteś Wielka! Będę Ci wdzięczny do końca moich dni i uwiecznię to zdarzenie dla potomnych – jak to przypadek i nieporozumienie zmieniają świat. A jak to zrozumiałem za co – to nie omieszkam zarobić na kolejne uderzenie w twarz. Teraz będę wiedział  za co !

PS .

Moje najukochańsze Irenko i Zosiu! ( już nie wiem –  która bardziej Kochana). Napisałem by prawda historyczna Was pogodziła. Niech PRAWDA WAS WYZWOLI!. I mam nadzieję, że dojdzie do wydania książki ( chodzi o pamiętniki kolegów naszego rocznika – przyp. Z. K. ) przez Irenę co nie przeszkadza Zosi snuć wspomnień na blogu. 

 

I jak tu Leszku Ciebie nie kochać ????  🙂  Dzięki, że jesteś, że podtrzymujesz na duchu tak zręcznie, jakby mimochodem a  równocześnie  opowiadasz o sobie z werwą i przednim humorem – jesteś Cudownym Gawędziarzem …..( tylko nie mów, że jestem nudna i się powtarzam ) 🙂

PS 🙂

1. Leszek wyraził zgodę na publikację swoich listów  do mnie wysłanych  ( lub wybranych fragmentów )

2. ad zdjęcia :  są własne – „same” tu” wpadły – jakoś skojarzyłam z tekstem – symbole ? –  kot Tygrys i chmura – anioł to czy czarownica na miotle ? 🙂

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 4 ). Omdlenia na „wesoło” .

Ponownie to samo zdjęcie  które zamieściłam  w Pamiętniku  Jurka  – może to my , młodzi – jako te  ” brzydkie kaczątka” ?

Leszek Milanowski z Wnukiem zajęci pracą , głowa w głowę …. piękne, klimatyczne to Wasze zdjęcie …. Dzieci, Wnuki to najcenniejszy Dar otrzymany od Życia – kontynuacja …. .

Jerzy T. Marcinkowski, chyba w Bangkoku, z twarzą zwilżoną  złotą wodą ?. To może stąd ta wyśmienita kondycja ? Może kiedyś nam opowiesz o tej swojej wyprawie …. oczywiście zdjęcie jest własnością JTM. 🙂

Oj, Kochani wczoraj fajnie się tu działo.

Może mi wybaczycie, lub po prostu czytać mojego nie będziecie . Ale muszę zwyczajowo pogadać, a może też chcę oddalić to co „ najsmaczniejsze”- podać na końcu- jak najbardziej wysmakowany deser – tak mam –  gdy czytając bardzo ciekawą, inspirującą myślenie i malującą w głowie obrazy – książkę – czynię to wolno, coraz wolniej – bo żal ją odłożyć na półkę ….

A więc zaczynam raz jeszcze :

Oj, Kochani wczoraj fajnie się tu działo.

Najpierw miałam przyjemność „ wrzucenia” pamiętnikowej opowieści Jurka Marcinkowskiego i przez cały dzień sobie „ fruwałam „ z tej radości – wprawdzie malutkiej  – ale  wszak z małych Radości składa się życie…

Byłam najnormalniej  szczęśliwa, że Nasz Profesor Dostojny Jurek , choć czasem  żartobliwy, ale w gruncie rzeczy chyba introwertyk  – uchylił nieco „ przyłbicę” – czy jak się TOTO zasłaniające twarz  nazywa w szermierce  którą to uprawiał we wczesnej młodości ( nawet był mistrzem polskich  juniorów ) ?.

 Dzień sobie trwał, na naszym Grupowym Messengerze dziewczyny gadały przeszkadzając Ewie w pracy a Leszek  odzywał się tylko czasami – choć raczej lakonicznie – głównie milczał i nie zgłaszał się do telefonu  – jak zdążył napisać  – był   mocno  zajęty operacjami w tej swojej Anglii . Jurek podobnie wędrował po meandrach  licznych zajęć i zaglądał do mess rzadko.

Ogólnie więc, było spokojnie, ba, nawet pogodnie nudnawo.  

Tradycyjnie poszłam spać” z kurami” i wstałam  przed świtem…

O tej porze, jak zawsze Cisza była dookolna i we mnie spała jeszcze Cisza – ale tym razem spała krótko. Bo niecierpliwy smartfon tak kusił i nęcił , jakby tylko czekał na ” zaopiekowanie „ i wzywał tak, że po chwili tuliłam i ogrzewałam go w dłoniach, jak bliskiego przyjaciela 🙂 . Gdy zajrzałam do tego, co chciał mi powiedzieć , najpierw smuta, że nie odebrałam późnego jak na mnie,  telefonu od Leszka ale niebawem, gdy tylko  „przekroczyłam progi” Messengera  „poderwałam się do lotu”.

Odkryłam bowiem późnowieczorną rozmowę Leszka z Jurkiem. ….

Leszek, pomimo tego, że praca kradła Mu czas 🙂 , zdążył przeczytać ostatnią , tu zamieszczoną , „ kartkę” z Pamiętnika Jurka Marcinkowskiego. I w dodatku napisać swoje. Nie tylko zdążył nam tyle opowiedzieć, momentami żartując  ( tak, po latach człek nabiera dystansu do siebie  i nawet tzw. czarny humor przefiltrowany przez nr Peselu – po prostu cieszy) ale też wysnuć mądry, choć odwiecznie prawdziwy  wniosek . Dzięki Leszku …..

A oto ta rozmowa – opowieść, kopiuję w całości, wrzucając ( może niepotrzebnie ?) jedynie swój „ uśmiech „ i wykrzykniki  :

 Leszek :

Ciekawa opowieść Jurka o omdleniu.

A jeszcze cenniejsze reakcja Jego Ojca.

Kiersz był głupi. ( to ad wspomnianego w Pamiętniku Jurka naszego asystenta na anatomii prawidłowej – przyp. Z.K.) 

Po pierwszym roku praktykę odrabiałem w Kutnie u Ojca na chirurgii. Pozwolił mi stanąć na czwartego do cholecystektomii. Wystarczyło trzymać ręce na stole. Po ok 45 minutach nagle ciemno przed oczami i walnąłem głową o posadzkę (to od tego uderzenia jestem zwariowany).  🙂

Ojciec nie komentował – jak następnego dnia znów stanąłem i znów walnąłem. Ojciec tylko kazał jednej salowej uważać –  co by za mną stała – bym więcej nie niszczył posadzki.  🙂

 Obok przygotowany był wózek na który mnie kładli z uniesionymi nogami.  🙂

Oczywiście pełnia śmiechu i kompromitacja (?) dla ordynatora.

Ich śmiech kazał mi pokazać.  Że się nie dam.

Po kilku dniach przeszło i się nie powtórzyło nigdy….

Nie zapomnę kilkugodzinnej trepanacji czaszki w czasie tej praktyki i zakładania koleżance z klasy gipsu na złamaną miednice. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem żywą kobietę i to jeszcze pięknej budowy.  🙂 To będzie inna opowieść …

Na złość losowi musiałem zostać chirurgiem.

W czasie operacji najlepsze jest to, że nic więcej Cię nie obchodzi.

Sam najdłuższą robiłem 13 godzin. Redakcja żuchwy z dnem jamy ustnej i rekonstrukcja płatami uszypułowanymi. Oboje przeżyliśmy. J  Inna historia o której napiszę. Trzeba walczyć do samego końca.  ( !!! )

A najdłuższa, do której asystowałem w Warszawie to 25 godzin resekcja po kawałkach wątroby i częściowo trzustki z rekonstrukcją nowych dróg żółciowych motocyklisty z Kutna zresztą. Nie został dawcą organów.  ( !!! )

Jerzy

O, Leszku, ale piękna ta Twoja opowieść!!!

Leszek

Jurek, Twój Ojciec zrobił to samo co mój. Pozwolił Ci pokonać samego siebie.

Jerzy

No widzisz Leszku, podobnie nam się przytrafiało

Leszek

Dla mnie wniosek jak wychowywać swoje dzieci by same dawały sobie radę w życiu.

 

 

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 12 ) . Czas studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu.

Wykadrowałam ze zdjęć przysłanych przez Mariolkę – Maria J. Nowakowska i wspomniana w tej opowieści Teresa Tułecka .  Och, nasze czasy studenckie …

       Gdy któregoś dnia Mariola zapytała w której grupie byłam na I roku studiów tj. w 1965 roku – nr nie pamiętałam, ale kolegów tak – więc wymieniłam. Na to Mariola przysłała list i kolejną opowieść :

no to świetną grupę mieliście

z  Leszkiem Milanowski  spotykaliśmy się bo mieszkał u cioci blisko nas czyli Teresy Tułeckiej  i mnie – wspólne tramwaje a potem koncerty

no i śmieszna historyjka

ze mną do grupy chodził  P. S.

mieszkał w akademiku na Grunwaldzkiej czyli blisko nas a wiodło mu się często różnie jak to studentowi

opowiadałam o różnych rzeczach w domu o jego sytuacji też

któregoś dnia przyszedł do mnie  Leszek Milanowski   (mnie w domu nie było)

mama myślała że to S. i nałożyła mu, mimo jego lekkich protestów to, co zostało po obiedzie

grzeczny Leszek  zjadł wszystko

wróciłam do domu, załatwiliśmy co należy z  Leszkiem  i poszedł

mama opowiedziała mi całą sytuacje a ja pękałam ze śmiechu  – wyobrażasz sobie wszystkie te godziny ….  🙂

a jak mówię o Leszku  – to przychodził do nas potem często bo uczyłam się z Teresą Tułecką   a  Leszek  podkochiwał się w niej mocno

często sprzeczali się  – takie zaczepki

któregoś dnia  Leszek mówi do Teresy  : dlaczego my się kłócimy – moja ciocia z wujkiem żyją ze sobą tyle lat a nie kłócą się

Teresa zrobiła WIELKIE  oczy i odparowała : ale przecież my ze sobą nie żyjemy!

 było to przy moich rodzicach –  wszyscy się roześmieli głośno i krążyła ta opowieść długo w rodzinie …

Czuprynka jak jasna chmurka , od wczesnego dzieciństwa, co widać na wszystkich zdjęciach  no i te buty !!! 🙂

 

„Anioły spotykają się o Brzasku „z cyklu „Opowieści o ziemskich Aniołach” ( 5 )


zdjęcie własne….

Ale kiedy ja już byłam umarła na tym świecie.

Nieprawda, żyłaś ze mną, czułem jak bije twoje serce . Było trudno, ale widziałem tylko tamtą dziewczynę z podwórka, której,  kiedyś gdy już ją zauważyłem, położyłem głowę na kolana.

Ożywiła się, niemożliwe że pamiętasz. To było tak dawno. Pamiętam, to co było z tobą,  wszystko pamiętam. Tak Mileńki, siedzieliśmy na trawie pod tą topolą i wyjmowałam z twojej czarnej czupryny topolowy puch.

Poczuł dreszcz, bo pamiętał tamten dotyk wybierania puchu topolowego, muśnięcia długich palców, nieśmiałe i zalotne w okolicy swojego ucha. Tak, czuł wtedy jak jego męskość którą już poznał wcześniej , ale sam musiał się z nią uporać, jak jego męskość pragnie zaspokojenia. I tylko widział ją, swoją jedyną kobietę w życiu, tylko ją tak czuł i tylko jej pragnął. Ale wtedy nic nie powiedział, bo wtedy o takich sprawach nie rozmawiano, tylko stłumił w sobie chęć nieomal gwałtu, stłumił pożądanie wielkie  i pokornie położył głowę na jej udach, gdzie już pachniało kobietą.

Kiedyś zauważyłem na podwórku nie dzieciaka ze strzechą włosów tylko małą kobietkę.

Tak tak, pamiętam jak podszedłeś do mnie, i powiedziałeś, że mam oczy jak dwa jeziora. To było długo po tym jak całowałeś się z Julką.

Przecież ja się z nią nie całowałem, no może dotykaliśmy się ustami, wtedy nic nie wiedziałem o całowaniu. A najpewniej to ona zaczęła. Wiesz jakie są dziewczyny.

O tak, tak, wiem. Ja nigdy nie zaczynałam pierwsza. Tylko podglądałam zza krzaków albo ze śmietnika. Byłam od ciebie młodsza, no może trochę, ale w tym wieku to przepaść. Aż nagle postanowiłam stamtąd wyjść, porzucić dziecięce śmieszne  zabawy w ciuciubabkę albo skakanie na skakance.

Oooo skakankę dobrze pamiętam.

No pewnie, odebraliście ją nam, bo była wam potrzebna do trenowania sprawności, aż poskarżyłyśmy się mamom i wtedy musieliście oddać

Ech, kupiliśmy sobie nową, bo każdy miał jakieś groszaki odłożone, a wtedy wszystko było tanie, tylko w sklepach nie zawsze można było łatwo kupić, bo sklepy były pustawe.

AAA co ty tam wiesz, pustawe sklepy były dopiero potem, gdy już byliśmy małżeństwem, a wtedy wszystko było. Powiedz raczej, że woleliście zabrać tę skakankę nam, małym dziewczynkom.

Opowiedz lepiej jak mnie dostrzegłeś.

No więc było tak. Jeszcze nie rozpoczęliśmy treningu bokserskiego bo właśnie wiązałem sznurówki trampek.

Ooo pamiętam te twoje ze śmiesznym gumowym brudnoszarym kółkiem przy kostce.

Aż dziw, że pamiętasz.

Nie dziw się, przecież byłeś najładniejszym i najsprawniejszym chłopakiem na naszym podwórku. Od pewnego czasu obserwowałam ciebie , bo czułam się kobietą.

Ale ja dopiero wtedy gdy zawiązywałem sznurówki złoszcząc się  jak zwykle, że kokardka wychodzi z zza długimi wąsami, nagle zobaczyłem obok siebie zjawisko. Smukłe, dwie, szczupłe w kostkach, opalone i kolana . Zauważyłem nogi które od razu zadziałały mi na zmysły i wyobraźnię .
Stałam przy tobie blisko, faktycznie miałam gołe nogi i bardzo opalone. Nie wiedziałam, że zrobiły na tobie wrażenie, aż takie wrażenie.

Bo ja wtedy po raz pierwszy zauważyłem kobietę która stała tak blisko, że czułem jej zapach i słyszałem jak oddycha.

Ale nie podniosłeś głowy, by spojrzeć wyżej, na to co nad kolanami, a miałam bardzo krótką  szeroką spódniczkę, pod którą właśnie wpadł  wiatr i zdmuchnął prawie  na głowę tak, że chyba mogłeś zobaczyć moje majtki.

Ooo, szkoda, ale  słyszałem szum jakiś nad sobą, i nie miałem odwagi spojrzeć do góry, na ciebie,  bo bałem się że zjawisko umknie. Byłaś już wtedy moim Aniołem. Bo myślałem że to Anioł Stróż o którym tyle opowiadała mi mama i obrazek z tym opiekuńczym duchem wisiał nad łóżkiem siostry , chociaż równocześnie czułem że jesteś kobietą.

Tak Mileńki byłam kobietą która do ciebie przyszła.

Tak ukochana byłaś kobietą Aniołem, który zszedł do mnie na ziemię i zostałaś ze mną.

Nie, pokręciła smutno głową, to o tobie mówili że jesteś szaleńcem albo Aniołem trwając przy mnie przez te lata kiedy moje ciało było puste.

Bo nie patrzyłem na ciało, patrzyłem wtedy na niebo i stamtąd docierał do mnie twój anielski głos , więc wiedziałem, że twoje puste ciało z tętniącym przecież sercem,  muszę pielęgnować aż do końca, jak przyrzekałem w kościele i dopiero wtedy odejdę, by być z tobą, tam w górze.

Pokazał wymownie palcem na Niebo, a ona, piękna jak nigdy w jasno błękitnej sukience ze sznurkiem maleńkich pereł na szyi i oczami jak dwa jeziora , odstawiając filiżankę z resztką kawy i już nie patrząc na słońce które już dawno przetarło oczy i stało w zenicie,  popatrzyła na niego, swojego odwiecznego jedynego, na swojego męża , wzruszyła ramionami i rzekła a ….po co nam niebo, niebo jest w nas mój Mileńki, mój ty Aniele…..

 

 

 

„Anioły spotykają się o Brzasku” z cyklu „Opowieści o ziemskich Aniołach” ( 3 )


Poruszyła się , poczułem zapach jej perfum. Ulubionych, zawsze tych samych. Próbowałem przywozić inne z podróży służbowych, ale ona wracała do tamtych pierwszych.

Pewnie dostałaś je ode mnie?

I znowu ta pamięć męska . Kupują kobietom prezenty i nawet nie pamiętają jakie której, pomyślała . Przywiozłeś mi z Paryża Antylopę. Perfumy jakich w kraju nie było. I stale ich używam, gdy chcę ciebie zwabić.

AAA coś mi świta, tak Kochany Aniele przywiozłem ci z Paryża Antylopę. Oczywiście pamiętam, że gdy wchodziłaś do pokoju i wnosiłaś z sobą ten zapach,  od razu ogarniało mnie wielkie pożądanie.

O, śmieje się ona do tych wspomnień. I turlaliśmy się po dywanie…

Było rozkosznie, przyznaje on.

Ale tedy na podwórku , zaczyna ona

No już nie mów

Nie będę już o rudej Julce, ale chcę powiedzieć, że ciebie uwielbiałam. Byłeś taki zręczny silny bojowy z tą swoją czarną czupryną. Inni chłopcy to ciamajdy. Mówili, tata nie pozwolił się boksować. Bo można potem chorować na głowę. A ty się tylko śmiałeś.

I jak widzisz głowę mam do tej pory zdrową,

Nie to co ja, spochmurniała na chwilę. Ale to przez to białko w mózgu. Nie wiem skąd się wzięło, pewnie jakiś demon podrzucił złośliwie.

Tak tak Aniele, wokół tak dobrych Aniołów zawsze kręcą się złe demony bo czują że warto zarazić swoją czarcią mocą , warto złamać najlepszego z Aniołów tu na ziemi jakim niewątpliwie  byłaś.

I mnie złamał, niewiele pamiętam, bo żyłam już w innym świecie. Ale nawet stamtąd widziałam jak się ze mną męczysz, pielęgnujesz, pokazujesz jak trafić do łazienki i dotykasz dłonią, bym się uspokoiła.

O nie mów Kochany mój Aniele, dłonie to ty miałaś niezwykłe. Nie zapomnę twojego dotyku. cdn.

 

„Anielski dotyk” z cyklu „Opowieści o Ziemskich Aniołach.”..

Kochani moi- jak zapowiedziała redakcja WP, cała platforma bloog.pl znika z netu z dniem 31 marca 2018. Wszystkie teksty przepadają, można je skopiować i wrzucić w inne miejsce….zobaczymy , czy mi się to uda- na pewno zawiadomię. Dlatego dziś cały tekst, bo czas się kurczy…

zdj. własne

Jerzy T. Marcinkowski, zdj. otrzymane od Niego….

To Człowiek, który mnie zainspirował do pisania  tych Opowieści i nie tylko. Pomnę nasz drugi rok studiów na Akademii Medycznej, kiedy się trochę przyjaźniliśmy łażąc do Zakładu Medycyny Sądowej, gdzie Jego ojciec, Tadeusz był chyba już docentem. I tam wykonywaliśmy wspólnie doświadczenia z kroplą krwi rzucaną pod różnym kątem i z różnej odległości na bibułę, rejestrując ślad. Z rozczuleniem znalazłam opis tego doświadczenia w rozdziale podręcznika…..z Jurkiem odbywaliśmy wielogodzinne wieczorne ( bo zajęcia trwały długo) marszobiegi po okolicach Junikowa, gdzie mieszkaliśmy- On w domku swoich Rodziców przy ul. Dziewińskiej ( którego nigdy nie widziałam i który niestety Rodzina oddała w obce ręce  ) a ja z Bajką u jej cioci całkiem niedaleko. Nie zapomnę też, jak Jurek mnie namówił, bym , w domyśle zamiast balowania na fajfach , kontynuowała treningi koszykówki- zrobił to jakoś tak, że nie brzmiało jak imperatyw – jakoś łagodnie, ale zdecydowanie , jednoznacznie – że nie zdążyłam się nastroszyć po swojemu, tylko  bez chwili wahania pognałam na boisko 🙂 . Właściwie nie wiem dlaczego tym wszystkim piszę- ot, takie fajne skojarzenie i wspomnienie mi przyszło, gdy odnalazłam wreszcie ten wpis  zagubiony w trakcie przeprowadzki blogu na to miejsce .

Jurek Marcinkowski, którego Pamiętnik niedawno tu zamieściłam, kolega z pierwszych lat studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu, potem prawie zapomniany- przed 1,5 rokiem ponownie ” spotkany” dzięki Facebookowi, gdy szukałam dawnej przyjaciółki  …

Ponieważ jest neurologiem  i przez długie lata, jak my, lekarze widywał różnych ludzi, niektórych szczególnie zapamiętał, bo byli Niezwykli- przed rokiem opowiedział to, co poniżej – i rzekł- opisz po swojemu … Spisałam więc to,  co usłyszałam  i pofrunęłam…..a to jest wstęp do mojej Opowieści  :

 Była prostą kobietą, która po ciężkich przejściach zdrowotnych zachorowała na narkolepsję. Gdy zapadała w nagły głęboki sen, wszyscy widzieli jej tajemny uśmiech.  Nigdzie nie chciano jej zatrudnić, aż w końcu została pomocą w hospicjum. I wówczas uaktywniła się jej właściwość rozumienia umierających , uspokajania swoim dotykiem pobudzonych i potrzeba towarzyszenia im do końca życia. Ze skromnej swojej pensji utrzymywała męża alkoholika aż do jego śmierci . Wychowała dwóch dorosłych już synów, którzy całują jej dłonie. Wykorzystywana przez sąsiadów i rodzinę do opieki nad starymi i chorymi , sama zapadła na raka i jest smutna.

Opowiada o niej neurolog, bo pamięta i zda się doświadcza jej wpływu w codziennym życiu.

Na podstawie tej Jego opowieści powstała moja fantazja ?, a może prawda?- kto wie?  na temat tej kobiety i jej choroby….

Anielski dotyk, czyli prawda i fantazja ? o kobiecie z narkolepsją  z cyklu  Opowieści o Ziemskich Aniołach 

 W przychodni zwykle przyjmowało kilku lekarzy,  więc nikt nie zwracał na Nią uwagi. Po prostu siedziała w kąciku , cichutko, tuż obok rozgadanych a właściwie rozgdakanych  pacjentów, zwykle stałych bywalców tego miejsca. Musieli bowiem sobie opowiedzieć, bo może już który zapomniał,  na co chorują, ale właściwie to już nie wiadomo na co, jakie mają objawy, o lekach które otrzymują i nawet czasami zażywają, że  one właściwie nie działają, nie mówiąc o objawach ubocznych i że w ogóle doktor niewiele może pomóc, nawet się nie stara, co widać od razu gdy się wejdzie a on sobie siedzi za biurkiem rozparty, z obojętną miną i obraca w palcach długopis, że może lepiej homeopatia, nie, nie podobno homeopatia truje, to może zioła, też trują, ot, panie , świat już całkiem zatruty, jak tu żyć. I potem zauważają Ją i już rozprawiają ciszej,  bo może usłyszy, pomimo tego, że śpi od pół godziny.  Co, przyszła tu spać, co ona robi w nocy? Pewnie, panie, gdzieś się szlaja, kto wie. Lafirynda jakaś orzekła ta gruba. A jegomość czerstwy i rubaszny zauważa, że za chuda na szlajanie, kto by taką chciał, chyba, że po ciemku. O nie, zaprotestowała ta chuda z długim nosem, właściwie ma trochę ciała, ale jakaś myszowata jest. Niby blondynka, ale myszowata. . I dalej życzliwie o niej, nadal po cichutku wszyscy, bo trafiła im się  gratka nie byle jaka, taka w przychodni to rzadkość . Więc życzliwie, jak dobrze, że usiadła przy tym stole, i dobrze, że ten stół jest tu w ogóle. Właściwie niepotrzebny, ale jednak się przydaje, zaśmiał się jakiś dowcipniś. I ona w dodatku się uśmiecha przez sen, zauważyła jedna z uczestniczek owego „ klubu” .

I tak sobie gadali, bo doktor coś za długo badał, a może go jeszcze nie ma, o, pewnie jeszcze w ogóle nie dotarł, jak zwykle spóźniony. Oczywiście że tak, jak on w ogóle gdzieś zdąża do pracy, bo jeszcze wczoraj w nocy oglądał mnie w Izbie Przyjęć szpitala, który jest stąd daleko. Może pracował do rana, i dlatego jeszcze go nie ma ? Ktoś usiłował wytłumaczyć przyczynę notorycznego spóźniania się pana doktora do ich przychodni. Bo to była ich przychodnia, osiedlowa, więc mogli tu przychodzić, zwłaszcza gdy padał deszcz albo śnieg  , no i dlatego, że ten doktor wcale mi nie pomógł, gdy byłam w tej  Izbie Przyjęć, nadal boli mnie ten „woreczek” , chociaż od wczoraj już nic tłustego nie jadłam, chyba że te trzy jajka na twardo, ale przecie to nie taki tłuszcz jak boczuś ukochany. Jak to, żachnął się ten jowialny, przecież jajka na „ woreczek” szkodzą, wiem coś  o tym. Pewnie zmienię doktora, jest taki jeden stary wprawdzie, ale daleko przyjmuje. Już tam byłam, rzuciła chuda, ale też nie pomógł ….

          A Ona siedziała , jakoś dziwnie jaśniała, chociaż unoszącej się nad Nią poświaty nikt nie zauważał, ale na pewno jaśniała . W swoim kąciku, nadal  spała z głową na blacie stołu, który był ustawiony  pomiędzy automatem z  puszkami ponoć niezdrowej  Coca—coli tudzież z kawą o smaku popłuczyn i herbatę, chyba z jakiegoś słodkiego i brązowawego proszku o przenikliwym zapachu jednak chyba herbacianym. Siedziała oparta o tę maszynę wydającą oczywiście za monety także różne smakołyki  i  uśmiechała się przez sen.  

         Kilkakrotnie widziałem ją w przychodni, ale do mojego gabinetu  nie wchodziła. Któregoś dnia spoglądając na wykaz pacjentów  zapisanych do mnie na ten dzień , zauważyłem nazwisko osoby, która się nie zgłosiła. Wyszedłem na korytarz, który był dziwnie pusty, widocznie już koledzy zakończyli pracę i pognali do domu by sprawdzić czy są wszyscy w domu, gdyż pracowali non stop przez 3 doby, a telefonów komórkowych jeszcze wówczas nie było. Zresztą żona przyzwyczajona do tych dłuższych nieobecności męża ale także lekarza,  organizowała swoje życie walcząc w długich kolejkach o jakiś ochłap mięsa, piorąc, gotując, sprzątając, chociaż mąż tego nie zauważał, bo gdy tylko znalazł się w domu zwalał się na kanapę i włączał telewizor oglądając wszystko” jak leci”. Czasami dzieciaki wdrapywały się na jego kolana i bywało, że palcami usiłowały podnieść jego zamknięte powieki, by na nie chociaż spojrzał . Nawet już nie marzyły o wspólnej zabawie. Zwykle po chwili rezygnowały, tylko wracały do kuchni, do mamy, by otrzymać ciepłe słowo i czasem przytulenie. Tymczasem ich ojciec dalej  chrapał snem sprawiedliwego, ale przynajmniej czuły jego bliskość, dziwny zapach szpitalny który z nim wchodził do domu i mama otwierała szeroko okna by wywietrzyć ten lizol, bo w tamtych latach 70 ubiegłego wieku innych środków odkażających w tym kraju chyba nie było. I tak wywietrzeni do cna, zmarznięci, bo noc nadchodziła zimna, ale szczęśliwi bytowali w tym swoim mieszkanku zwanym wtedy M ileś tam.  Około północy ojciec –„ potrójnieustanniedyżurowy „lekarz nagle ożywał, zaglądał do kuchni a nawet do ich sypialni małżeńskiej. Może działo się to dopiero nad ranem, kiedy żona już w papilotach i w grubej warstwie kremu na twarzy naturalnie odmawiała posługi małżeńskiej, bo może bolała ją głowa, albo nogi zmęczone codzienną bieganiną, a może śniła piękny sen o tym, jak byli młodzi bardzo zakochani, a może broniła się, bo nie chciała mieć więcej dzieci. Dwóch synów wystarczyło za kilkanaście córek, jak mawiała jej mama, góralka, powtarzając z kolei słowa swojego ojca. A że czasy tych lat 70 ubiegłego wieku były „ cienkie” w skutecznej antykoncepcji , więc żona tego lekarza dobrze wiedziała, czym się może skończyć ta maleńka chwila rozkoszy którą ofiarowywał jej mąż, bo z powodu przemęczenia kochał się byle jak , a może nie miał czasu, by się nauczyć inaczej. Tak więc ta chwila hipotetycznej rozkoszy a może w ogóle bez tego doznania, była tak nieważna w jej życiu, że natychmiast o tym zapominała stojąc przy garach i szykując kanapki poranne dla całej rodziny. Potem on wychodził, trzaskał drzwiami, jeszcze słyszała jak pracuje silnik samochodu, którym odjeżdżał i właściwie znikał z jej życia.

 I tak mijało życie tego doktora, jak i życie bardzo wielu innych.

        Tego dnia gdy Ją zauważył , wreszcie dostrzegł, że siedzi w pustej poczekalni oparta o automat wydający także bardzo słodkie batoniki pt. Mars i różne dziwne egzotyczne napoje. Albo śpi z  dziwnie uśmiechniętą twarzą oparta o blat stolika, gdzie się poniewierały „ zaczytane” pisma kolorowe.  A może tak nie było, bo jak sobie teraz przypomina, w tamtych latach 70 ubiegłego wieku jeszcze takie automaty nie dotarły do Polski, a Coca- colę przywożono jako rarytas z zagranicy. Zresztą tak mu się pomieszały te lata, tak szybko biegł czas, że już niczego nie jest pewien. Może nawet miał pięcioro dzieci, które rodziła mu jego bardzo dzielna bohaterska żona.

Tak więc, tego dnia gdy Ją zobaczył w pustej poczekalni odniósł wrażenie, że ona jednak zasnęła a nie tylko odpoczywa. Podszedł do kobiety, delikatnie położył dłoń na ramieniu i zapytał najpierw cicho, potem głośniej- czy nie powinna pani wstać i pójść do domu. Bo ja już wychodzę, zamykam drzwi wejściowe, pielęgniarki już dawno zwolniłem, bo one też ciężko pracują na kilku etatach, jedynie pani rejestratorka siedziała spokojnie za swoim blatem i czytała Harlequina, czyli powieść o wartkim przebiegu akcji, napisana lekkim przystępnym stylem i zwykle wyciskająca łzy szczęścia lub żalu. Wszystko jedno co czytała , byle było o miłości, bo o miłości pani recepcjonistka lubiła czytać najbardziej.

Pan doktor nadal stał nad śpiącą kobietę, zanim się zorientował, chociaż był neurologiem, że pomimo słyszalnego lekkiego oddechu i wyglądu osoby żywej, ta kobieta jest nieprzytomna. Delikatnie dotknął szyi, by sprawdzić tętno na tętnicy szyjnej, kobieta nie zareagowała, tętno było ok., więc przebiegł szybko w myśli cały podręcznik neurologii, który już był wytarty od częstego używania, bo wszak musiał się tego uczyć kilka razy. Najpierw do kolokwiów przed specjalizacją, potem do egzaminu praktycznego a następnie teoretycznego. A potem gdy przybywało podręczników, ale wiedza właściwie była zawarta w tym jednym, pierwszym , najważniejszym bo ze śladami tłustych łap dzieci i wielką brązową plamą rozlanej kawy, musiał powtarzać tę edukację, wlokąc się tą samą ścieżką, którą gnał do tzw. jedynki, czyli I stopnia specjalizacji, bo chciał posiadać stopień wyższy, tj. drugi za który to miał właściwie tylko satysfakcję, bo podwyżka zarobków była maleńka. Pewnie teraz pomyślał, że mądrze się stało, że wprowadzono tylko jeden stopień , tak jak za dawnych czasów bywało, kiedy to stary profesor medycyny, kształcony tym systemem,  nie mógł wytłumaczyć urzędniczce w kasie chorych czy NFZ dlaczego posiada tylko jeden stopień specjalizacji.

Gdy ów doktor wracał do tych podręczników, których liczba z latami lawinowo rosła, że już nie mógł na nie patrzyć, gdyby nie sentyment do swojej neurologii. Ale wracał . Teraz też widząc śpiącą przeleciał myślami po tych podręcznikach, chociaż nie musiał , bo przecież wiedział , że jest to kobieta chora na tajemnicze schorzenie, dotąd nie w pełni wytłumaczalne, nie poddające się dostępnym lekom, nawet tym z zagranicy. I że ona może mieć problemy nie tylko w życiu prywatnym, ale pewnie nikt nie chce jej przyjąć do pracy, bo co będzie jak zaśnie w trakcie szycia na maszynie, palce sobie przyszyje, albo za kierownicą autobusu, ludzi zabije albo gdy będzie coś pisała, to atrament rozleje albo takiej na przykład kazać umyć okna, to na pewno spadnie i będziemy mieli kłopot  i  tak w ogóle to nigdzie jej nie chcemy, mówili. Bo już wiedzieli, bo niestety lekarz musiał zebrać dokładny wywiad by wydać zgodę na podjęcie pracy. I otrzymała takie zaświadczenie, z którym nikt jej nie chciał.

Gdy Ją zobaczył ten wysokiej klasy specjalista, w  przychodni,  gdy popatrzył na Jej lśniące jakimś niebiańskim blaskiem oczy i jeszcze ślad uśmiechu na jej twarzy , pomimo tego, że umówił się z żoną na koncert, bo wreszcie miał mieć wolny wieczór, a ona bardzo czekała, od dawna, pewno od kilku miesięcy na to wspólne wyjście z domu, lekarz  zdecydował bez wahania. Proszę do gabinetu, to na pewno jest pani karta, którą miałem już oddać pani rejestratorce, ot, tej, którą ledwie widać, bo nachylona nad romansidłem, na pewno nad romansidłem , bo ją znam, nie wiedziała co się dzieje, a mąż już pewnie na nią czekał pod przychodnią i będzie bura, że tak długo przesiaduje w pracy i za takie pieniądze.

Ona , ta która spała w przychodni, a teraz się obudziła i wyglądała na szczęśliwą, miała wątpliwości, ależ panie doktorze, może przyjdę jutro, jutro jestem po nocnej zmianie, więc przyjdę i poczekam. Ale doktor był nieprzejednany, o koncercie obiecanym zapomniał, bo miał przed sobą osobę potrzebującą pomocy. Zawsze tak miał, gdy widział pacjenta, zapominał o swoim życiu i wynikały  z tego różne awantury domowe, może tylko pretensje, ale potem już tylko wzruszenie ramionami swojej połowicy. I czasem nawet ją podziwiał za ten spokój i wierność i wychowywanie dzieci i porządek w domu i kwiatki w swoim gabinecie. Ale tylko czasem i to przez moment, bo już dalej pędził do różnych prac, zahaczając czasem o jakieś wykłady, bo  trzeba być zorientowanym co się dzieje w medycynie,  czy spotkania bywało, że towarzyskie, a jakże, bo życie ucieka i może być za późno by jeszcze spotkać kolegów, bo tak szybko odchodzili jeden za drugim, że aż strach brał.

Więc powiedział do Niej, bo właśnie samoistnie wróciła do rzeczywistości-proszę wejść, proszę usiąść zaprosił, gdy stała niepewnie po drugiej stronie biurka, proszę opowiadać. Już ośmielona, przełamawszy swoją delikatność i nieśmiałość, siadała na krześle i opowiadała. Doktor słuchał, obserwując jej zachowanie, a może myślał sobie, że jest właściwie ładna i ma coś takiego w oczach, że zapominał o obiecanym koncercie a nawet dzieciach, które na pewno czekają, patrzył na Nią i słuchał. Była jasną blondynką, o regularnych rysach, włosach gładko opadających na policzki, rozczesanych równo na dwie strony, jak króliczek wyglądała, myślał, ale co Ona ma w środku. Że mieszka w niej tajemna narkolepsja wiedział i poza nagłym zasypianiem nie ma chwil kiedy słabną mięśnie tak, że nie można wstać , co też  bywa w narkolepsji. Kiedyś widział konia, który też nagle zasypiał. Mówił o tym stajenny, gdy lekarz przychodził do swoich koni, które uwielbiał. Tak, jazda konna była dla niego, ale tak rzadko mógł tam bywać, by dosiadać konia i pędzić. Więc nie widział jak jeden z koni zapada w opisany przez stajennego stan narkolepsji, tylko sobie wyobrażał. Pewnie z litości trzymano tu tego konia, bo w przeciwnym wypadku ktoś by go oddał do rzeźni, gdyż nieprzydatny,  zasypia z jeźdźcem na grzbiecie i tamten spada, łamiąc rękę lub nogę, a może kręgosłup. Tak więc nikt go nie chciał, tylko chciał stary stajenny, ukrywał przed wzrokiem ludzi, którzy mogli tego konia zabrać i w ogóle zrobić porządek w tej stajni. Bo stajenny kochał swoje konie, wszystkie, bez wyjątku, chociaż tego z Narkolepsją chyba najbardziej.

Doktor tak sobie myślał, a mając podzielną uwagę, co się przydawało w tym zawodzie, zresztą także w każdym innym, nawet przy zamiataniu podłogi , słuchał jak Ona opowiada. Bo panie doktorze ja chcę żyć, bo mam dla kogo, dwóch synów mu urodziłam a on pije i nie chce pracować. Kiedyś się w nim zakochałam, ale on wybrał wódkę, a teraz nawet , wyobraża pan sobie, kupuje Wodę Brzozową, no, taką do pielęgnacji włosów. Na pustych półkach, bo nie wiem, czy pan panie doktorze kojarzy, przyszły takie czasy, że nic nie ma na półkach tylko ta woda brzozowa w kiosku, a na półkach ocet. Więc ten mój, na zawsze, bo mu przysięgałam, pije wszystko co ma nawet odrobinę alkoholu, mówią, że nawet denaturat, ale już nie sprawdzam co on pije, bo leży w komórce. Niech leży, mówię, niech sobie poleży, jeśli tak musi, jeśli nie widzi dzieci ani mnie, nie widzi jak płaczemy. On ciężko chory, panie doktorze, jemu trzeba pomóc, tylko on nie chce pomocy, a nie mnie. Ja jestem zdrowa, no może poza tym nagłym zasypianiem, ale mam dużo siły i chcę pracować. Synowie mnie kochają, to tacy dobrzy chłopcy. To pan Bóg mi dał takich dobrych chłopców. Doktor jednak musiał jej przerwać, bo należało , należało wypytać o zdrowie. No cóż, panie doktorze, tu uśmiechnęła się błogo. Muszę panu zdradzić, tylko panu, bo pan mi uwierzy, komuś chciałam powiedzieć, ale od razu się ze mnie śmiał, a ja nie lubię gdy ktoś się ze mnie śmieje, bo ja mówię jak jest, całą prawdę, panie doktorze. Miała błogą minę, doktor nie śmiał przerywać, bo poczuł się jakby wielka siła , zewnętrzna brała go za rękę mówiąc, słuchaj tego, co Ona mówi, to ważne. Nabrała powietrza do płuc , i powiedziała na jednym oddechu. Bo ja, panie doktorze w tym czasie, kiedy zasypiam to wracam tam skąd przyszłam. Patrzyła na doktora, czy słucha i ciągnęła. Śpiewamy na trzy głosy, my anioły tak umiemy, nie tylko ludzie tak potrafią , bo ja, panie doktorze należę do chóru Aniołów, zostałam wybrana. Stoimy więc wokół Pana Boga, który siedzi na tronie i ma bardzo dużą brodę i do nas się uśmiecha, nie to co ludzie, panie doktorze, uśmiechają się tak rzadko do siebie, nawet gdy się znają, to rozmawiają, ale uśmiech mają gdzieś pod kluczem, czy jak. A ja, panie doktorze się uśmiecham, prawda? Pan doktor przyznał jej rację, tak, lubię, gdy pani się uśmiecha, a ludzie faktycznie rzadko. A Pan Bóg nas wcale nie zna, tyle Aniołów mieszka w niebie, więc kto by ich spamiętał? Ale uśmiecha się tak, jakby do wszystkich a każdy Anioł, opowiadały mi inne, myśli, że tylko do niego. I śpiewamy mu za to Te Deum, czy zna pan, panie doktorze tę pieśń, mogę zaśpiewać. To może innym razem delikatnie w miarę delikatnie przerwał Jej pan doktor. I jak to jest, że Pani wraca tam skąd przyszła? A tego to ja nie wiem, wiem tylko, że wracam do swojego prawdziwego domu, gdzie mąż mnie kocha i nie pije, gdzie mogę pracować ile siły, gdy tylko odśpiewamy Te Deum, to zaraz łapię za miotłę, bo ja jestem pracowita, proszę pana doktora. Pyta pan, jak wracam tam, skąd przyszłam? Chyba sam pan Bóg zabiera mnie do nieba na tę jedną chwilę, krótką, ale dla mnie bardzo ważną, wtedy tu na ziemi zasypiam, a budzę się w niebie . Bo tam jest mój dom, ten dobry. Zaśpiewać Panu może to Te Deum, a może woli pan inną pieśń. Nie, powiedziałem, że na razie dziękuję, bo już za oknem gwiazdy, żona poszła spać i dzieci posnęły, a ja siedzę z tą osobą i nie mogę się oderwać od jej opowieści, choć wiem, że ona ma zwykłe omamy, częste u chorych z narkolepsją, dobrze, że miłe chociaż, myślę, ale gdzieś na dnie myślenia odczuwam niepokój, a może Ona ma rację, może jest coś poza nami, poza naszym rozumem, szkiełkiem i okiem naukowca?

Na dzisiaj koniec wizyty, Ona sama energicznie ją kończy, przecież wiem, że i tak żadnych leków nie otrzymam, bo mnie jest dobrze z tą chorobą i mam dobrą pracę, gdzie mnie przyjęli i mnie lubią, a i tak żadnego leczenia na to nie ma, sam pan kiedyś mówił, a może mówił inny doktor, albo w gazecie pisali, nie wiem.

Podnosi się z krzesełka, odmieniona, rozpromieniona, że pan doktor nie wyśmiał, że wysłuchał i że nadal siedzi i rozmyśla, może jednak go przekonałam, że jest Niebo, Anioły i ze dobry pan Bóg zabiera mnie tam na chwilkę , bym pośpiewała z chórami Aniołów Te Deum a potem zamiotła podłogę w tym niebie, bo to przecież mój prawdziwy dom, może pan doktór teraz się zastanawia nad innym światem, innym życiem, nie wiem, do widzenia panie doktorze, mówi i wychodzi tak cicho jak weszła i już jej nie ma i pan doktor siedzi w fotelu i chyba widzi te anioły, a na pewno jednego, który właśnie wraca do wiecznie pijanego męża i synów, którzy ją całują po rękach i mówią, nie płacz mamo…..

Wreszcie doktor wraca do domu, idzie pustymi już ulicami, światła miasta zasłaniają mu niebo, więc gwiazd nie widzi, też dobrze, bo nie trzeba, ma w oczach jeszcze jasność Tej z narkolepsją. Cicho otwiera zamek w drzwiach, ona tak lubi, zawsze prosi, nie hałasuj jak przychodzisz, dzieci obudzisz, więc wchodzi cicho, zwraca uwagę, żeby było cicho, bo ona, jego żona tak lubi, przypomina z trudem, bo już dawno zapomniał co ona lubi, ta jego żona, nie zakłada kapci by nie szurały, w skarpetkach wchodzi do pokoju dzieci, jak słodko śpią, ufne, dopiero na początku życia, myśli o nich z czułością i troskę, żeby tylko zdrowo rosły i były mądre i kochały ludzi, myśli, dotyka ich czół, są chłodne, na szczęście, nigdy nie dotykał gdy spały, bo robiła to jego żona, anioł, myśli o niej, chciałby może krzyżyk na ich czołach zakreślić, jak robiła to jego matka, a może babcia, ale nie jest zdecydowany, może to nie ma znaczenia, czy nakreślę, ważne, że przypomniałem te kobiety swojego życia, a tak dawno o nich nie myślałem , bo dzień był za krótki i chciałem nakreślić, mamo mówi . A ona śpi, ta jego kobieta, a może czuwa i może czeka na niego, ale nie chce przeszkadzać. Więc wchodzi do pokoju gdzie ona sama, już od dawna sama, myśli, dlaczego nie przytulona do mnie, jak kiedyś, tak dawno. Ona leży na wznak i ma szeroko otwarte oczy, bo zawsze wie, kiedy on przychodzi, i zawsze czuwa, nie chce żeby zachowywał się głośno, żeby dzieci się nie zbudziły. Jest zdziwiona, że on wchodzi do jej pokoju. Oczekuje, może oczekuje gwałtownego przypływu męskiej chęci nagłej krótkiej i bezwzględnej tzw. miłości, a raczej pożądania łatwego do nasycenia, może on chce się nasycić, myśli i się boi, że tak jest, że tak teraz jest. Ale on podchodzi do niej inaczej niż zwykle, gdy pożąda, jest czuły, ona to czuje, jak dawno on nie był czuły, myśli, podchodzi i głaszcze ją po głowie, delikatnie bierze jej twarz w swoje dłonie  i całuje. Ona się poddaje, równie miękko jak jego wargi całują. I są razem, inaczej niż zwykle, mniej drapieżnie , tak jak kiedyś, gdy wszystko pomiędzy nimi się zaczynało, jak kiedyś szepce, a on powtarza, miła moja….

 Rano w pracy koledzy patrzą z niepokojem, gdzież ten ich szef który od drzwi rzuca zalecenia, sprawdza kto jest na „ posterunku” i w ogóle widać, że jest szefem. Sekretarka im daje porozumiewawcze znaki, coś jest nie tak. Może szef niezdrów, myślą, może ma jakieś problemy. Ale chyba  nie, bo się uśmiecha, do pacjentów o, do nich to  się uśmiechał, ale nie do swojego zespołu, nawet do tej najładniejszej i najseksowniejszej pod słońcem pielęgniarki też nie,  a teraz do nich tak, do wszystkich. Zadziwiające i niepokojące jakby . Nieświadomy sytuacji rezydent wchodzi z hałasem do pokoju, szef podnosi głowę i się uśmiecha, rezydent przeprasza, ż e to drzwi same się zatrzasnęły, szef się uśmiecha. Rezydent coś mówi, oficjalnie relacjonuje i patrzy na rozpromienioną twarz szefa i nie wierzy, czy ktoś go zamienił? I od tej pory tak już jest. Wszystko „idzie jak z płatka” i pacjenci szybciej zdrowieją i atmosfera miła, choć każdy zna swoje miejsce w szeregu. Ciekawe jak długo tak będzie? Wszyscy się zastanawiają, ale o dziwo tak jest i nadal trwa….

 Któregoś dnia zaprasza pana doktora jego  kolega ze studiów , który prowadzi  hospicjum. Doktor wielce go poważa, bo to serce nie człowiek a mógł zrobić tak wielką karierę naukową, bo był najlepszy a pracuje tylko w hospicjum, przez długie lata tylko tam. Doktor nigdy mu nie odmawia, chociaż to praca gratis, ma taki gest, dla biednych , biednym daje serce i swój czas. Więc zmierza właśnie do tego obiektu, gdzie chorzy umierający znajdują swoją ostatnią przystań. I gdy przemierza korytarz, spotyka Ja, swoją pacjentkę chorą na narkolepsję lub nie chorą a tylko chwilami wstępującą do nieba ( jak teraz o Niej myśli) . Ona idzie korytarzem roześmiana, dźwigając jakieś wiadro, kłania się z daleka i znika za drzwiami brudownika. Po chwili się wynurza a już pokrzykuje na nią pielęgniarka, że trzeba zmienić pościel, bo jak wiadomo coś się takiego stało, że trzeba. Wraca więc do szafy z pościelą, zabiera świeżą i wchodzi do pokoju jakiegoś chorego. Doktor patrzy na nią z przyjemnością, jak zręcznie się uwija i z taką pogodą ducha. A to przecież taka prosta, niewykształcona kobieta, jest tylko pomocą pielęgniarską, aż pomocą, jak dobrze, że ją przyjęli do pracy, bo chyba ją lubią i doktor czuje, że tu jest jej miejsce, że się sprawdza. To nic, że czasem gdzieś przyśnie, o dziwo tutaj ta chwila trwa krócej, niż w przychodni, bo jest wyluzowana, bo tu jest jej ziemskie miejsce, tu nikomu krzywdy nie zrobi swoim zaśnięciem, dobrze o tym wie i wiedzą inni.

Doktor zmierza do gabinetu swojego kolegi, gdzie dowiaduje się o problemach chorego, którego ma konsultować. Że oczywiście ostatnie stadium, że pobudzony, może jakieś leki, bo cierpi i pobudzony, nikt już nie wie jak pomóc. Doktor wchodzi do sali, gdzie ten chory. A przy jego łóżku widzi swoją Jasną, pacjentkę z narkolepsją, która właśnie przysuwa niski stołeczek do łóżka chorego , bierze jego bezwładną rękę i tak zastyga. Może zasypia? Doktor patrzy jak chory powoli bierze z niej przykład, wyostrzone rysy łagodnieją, powoli powoli odchodzi cierpienie, wreszcie całkiem rozluźniony powtarza zachrypłym głosem za swoją przewodniczką mentorką Te Deum. A ona cicho śpiewa, tym razem słychać, doktor słyszy gdy ona śpiewa tę swoją anielską pieśń. I wszystko nieruchomieje, już nawet wiatr za oknem przestał wyć, bo to  dżdżysta późna jesień, gdy ona śpiewa a coraz bardziej niknącym zachrypłym głosem powtarza za nią chory słowa tej pieśni. I ona czuje i wie, że on odchodzi, a ona jest z nim, najbliższa mu, nie jakieś lamentujące dzieci czy osłupiała wnuki, które też czasem, choć bardzo rzadko go odwiedzają, że ona jest z nim, on wie, bo ona jest Aniołem który zszedł do niego z samego nieba, tu na ziemię,, na ten padół łez, by być z nim, i tylko z nim, do końca….

zdj. własne

 Ta prawdziwa historia kobiety o niezwykłym darze dawania siebie ludziom, przeprowadzania na drugi brzeg cierpiących gdy tego potrzebowali działała intuicyjnie, przez nikogo nie szkolona, patrzyła sercem i dawała swoją energię umierającym, by mieli odwagę przekroczyć próg życia , co jak mówiła czuła i oni czuli….po prostu była ziemskim Aniołem

Doktor po bardzo wielu latach wspomina tę chwilę, gdy była z umierającym jak i wszystkie chwile poprzednie, od kiedy Ją spotkał, gdy otrzymał od niej spokój, to Ona sprawiła, że ponownie poczuł swoje człowieczeństwo, tę piękną i dobrą jego stronę i dzięki Niej inaczej patrzył na świat…

A ona, no cóż, uzyskała rentę, gdyż praca okazała się ponad jej siły, co nie spowodowało, że mąż zaczął pracować,  zmarł jako bezrobotny, nie chcący terapii alkoholik, jej dzieci już dorosłe nadal tulą się do niej a doktor widzi z jak wielkim szacunkiem atencją i miłością patrzą na swoją matkę.

Cała rodzina uznała, że jest ona Aniołem, więc podrzucali jej kolejnych bardzo starych wujków , którymi się opiekowała samotnie walcząc o ich zdrowie i towarzyszyła gdy decydowali się wybrać na ten drugi świat , znajomy jej przecież przez chwile narkolepsji , które były powrotem do miejsca z którego wyszła….

Potem zachorowała na raka, zastosowano bardzo oszczędzającą, właściwie symboliczną chemioterapię, którą zniosła znakomicie i pomimo choroby żyje….przez wiele lat żyje…..

widać ziemskie Anioły nie umierają, nigdy nie…..