Artykuł dr Moniki Czachorowskiej nt epidemii choroby Heinego Medina w Polsce.

Iron_lung_CDC.jpg

Żelazne płuca. Zdj. z netu Art

 

 

 

A oto ciąg dalszy publikacji dr Moniki Czachorowskiej  nt historii wielkiej epidemii poliomyelitis , czyli choroby Heinego- Mediana w Polsce  sprzed półwiecza…może być to ostrzeżenie dla rodziców, którzy ulegając obecnej modzie nie szczepią swoich dzieci…

 

 

„… Dla chorych z zaburzeniami oddychania mieliśmy do dyspozycji aparaty działające na zasadzie ciśnienia ujemnego. Były to: żelazne płuca i aparat pancerzowy. Aparaty te miały szereg wad i nie każde dziecko mogło z nich korzystać. Ponadto pamiętaliśmy, że pacjenci leczenie w żelaznych płucach tworzą nierzadko grupę tzw. „ kalek płucnych”, tzn. całkowicie uzależnionych od aparatów oddechowych. Aby uniknąć uzależnienia, robiono coraz dłuższe przerwy w pracy aparatu, dążąc do całkowitego odstawienia wspomagania oddechu. Nie zawsze niestety było to możliwe. Takim smutnym przykładem był przypadek chorego czternastolatka , przywiezionego do szpitala w lipcu 1953 roku, prosto z plaży. Prawie samodzielnie wszedł do izby przyjęć, ale w oddziale musiał być szybko umieszczony w żelaznych płucach. Porażenia dotyczyły kończyn górnych i dolnych oraz mięśni międzyżebrowych. Nie było poprawy mimo intensywnego leczenia, chłopiec zmarł po 5 miesiącach.

      Inny dramatyczny przypadek to zachorowanie sześcioletniej dziewczynki przyjętej z pozornie banalnym porażeniem jednej rączki. Dzieci z porażeniami kończyn górnych od momentu przyjęcia były pod szczególnym nadzorem, ponieważ doświadczenie podpowiadało, że następnym etapem choroby bywa  porażenie mięśni oddechowych i porażenie opuszkowe. Tak też się stało i tym razem- po 12 godzinach od przyjęcia dziecko zmarło.

     Bywały okresy, że wszystkie aparaty żelaznych płuc były zajęte przez chorych i lekarz dyżurny stawał przed trudnym dylematem, kiedy zgłaszało się dziecko z zaburzeniami oddechowymi.

         Po roku 1958 żelazne płuca zastąpiono bardziej nowoczesnymi aparatami oddechowymi opartymi na zasadzie działania ciśnienia dodatniego. Oddział otrzymał kolejne nowe aparaty- poliomaty i spiromaty. Ze specyfiką działania nowej aparatury wiązała się konieczność szybkiego wykonania tracheotomii. W tym celu, nasz konsultant laryngolog pani docent Maria Góralówna, zawsze w trybie pilnym, przyjeżdżała do szpitala.

     Dla nas, lekarzy, oprócz normalnej opieki pediatrycznej, należała systematyczna ocena ustępowanie niedowładów i porażeń. W czasie sześciotygodniowego pobytu chorego co 10 dni wykonywaliśmy test mięśniowy według skali od 0 do 5…” cdn.

Zanurzenie w historii Kujaw ( 4 )

W grudniu 2013 roku byłam w Ciechocinku, uzdrowisku na Kujawach. I by ubarwić szary pejzaż i zabić nudę ,  czytałam w różnych miejscach w necie historię  czasów pradawnych , wyobrażałam sobie ludzi sprzed czternastu tysięcy lat, którzy przybyli w ślad cofającego się lądolodu skandynawskiego, znajdując tu tereny łowieckie , wędrujące z południa grupy trudniące się handlem bursztynowym złotem , widywane już w 1700 roku przed narodzeniem Chrystusa. A potem spokojnie  osiadające tu plemiona, które kształtowały swoją kulturę, zwaną przeworską. Żelazo wytopione z rud  Świętokrzyskich przywozili i ozdobne klamry szpile i inne metalowe przedmioty zostawili naszym zachwyconym archeologom . A potem zmiatały ich wojenne zawieruchy, obce agresywne plemiona ze wschodu dziesiątkowały.  I pewnie część z nich otrzymała w prezencie geny Hunów i została na naszych terenach. I nie pomogła świeża krew Słowiańska…..

I oglądając nasze ulice czy zachowania polityków zastanawiam się ile w nas , w  potomkach  tych wszystkich ludów, zostało cech tamtych charakterów, zachowań łagodnych czy porywczych gwałtownych brutalnych….

A to, co sobie zapisałam przed miesiącem, ale nie wrzuciłam do blogu, bo inne tematy wciskały się na klawiaturę…Poprzednie odcinki znajdują się w rozdziale Ciechocinek….

 

 

Zanurzenie w historii Kujaw ( 4 )

I wreszcie nastał inny czas dla dawnych ziem Polski. , w tym dla  Kujaw a także terenów gdzie rozkłada się obecnie Ciechocinek …Wielka Wędrówka Ludów trwała….

W VI wieku n.e. pojawili się tutaj Słowianie. Ten bardzo liczny lud indoeuropejski nadciągał z Azji, prawdopodobnie znad terenów położonych pomiędzy Dniestrem, Dnieprem a Prypecią. Czy uciekał stamtąd przed innymi plemionami jak np. Hunami,  czy miejscowy klimat się zmienił niekorzystnie. Bo chłód tam zapanował i susza i ziemia rodzić nie chciała …

Tak więc podążali za ciepłem, słońcem z nadzieją, że ich brzuchy nie będą burczały z głodu a bydło nie umrze z braku jedzenia . A może  ciekawość świata wtedy się w nich budziła i pierwotne instynkty grały. Kto to wie?

Fakt jest taki, że wcześni Słowianie zwani Skawlenami docierali nad Wisłę.

Przybywali stopniowo, rozglądali się i jak widać coś im się w tych Kujawach  spodobało. Czyżby  te rzewne nizinne smętne krajobrazy przerywane nieraz gwałtownie widokiem nagle wyłaniających się wysokiego  wzgórza ze stromym zboczem.

A może nadciągali tutaj gdy noc bardzo księżycowa wstawała, a pełnia powodowała, że magnetyzm wielkiej tutaj Wisły ich zniewolił. I zapatrzeni w tę rzekę , zakochali się w tym miejscu. A gdy przyszedł ranek, pobiegli na brzeg rzeki i wielką moc ryb zobaczyli i łowili i piekli nad ogniem. Jedzenie więc było, zdrowe ,tak  jak do tej pory uważamy. A następnego, a może tego samego dnia zauważyli jakieś pulsujące poletka wody na łące, zbliżali się tam zaciekawieni, i któryś z nich zanurzył w niej palec i spróbował. Zadziwiony wykrzyknął do kamratów, że słona jest. Radość zapanowała wówczas, bo sól to przecież skarb prawdziwy….i nie musieli długo przekonywać plemieńców,  decyzja o pozostaniu była podjęta jednogłośnie. I dlatego teraz nasze dziewczyny mają płowe włosy i bławatkowe oczy i mówimy o nich, że uroda w nich słowiańska…..Oj te geny, i znowu geny się kłaniają. I w tym miejscu i czasie, gdy piszę te słowa, nagle przychodzi do mnie L., dziewczyna typowo słowiańska ze słowiańską szeroką duszą….

Wieść o korzystnym położeniu obecnego Ciechocinka i nie tylko, rozchodziła się nieomal lotem błyskawicy, co zadziwia w dobie naszych technicznych wynalazków. Nadciągały nowe rodziny  i jak poprzednicy ludzie stawali w zachwycie, gdy Wisła ich czarowała a potem zniewalał niecodzienny im do tej pory smak ryby pieczonej  przyprawionej solanką zebraną z ziemi…

Rodziny Słowian ( Slawenów) były sobie przyjazne. Ludziska się lubili i postanawiali żyć obok siebie, bo tak łatwiej i bezpieczniej. W ten sposób powstawały osady.

Niedaleko nisko położonego obecnego Ciechocinka było łagodne obniżenie przeciwległego brzegu Wisły( nieopodal obecnego Torunia) , więc miejsce to dogodne dla przekraczania rzeki było cenne dla nowych mieszkańców tych ziem.  Ale też wymagało pilnowania, by nikt obcy się tą drogą nie przedarł  . I dlatego ludziska się skrzyknęli i dużą grupą postanowili się osiedlić  tuż przy przeprawie. Tak więc  tam zamieszkali tam tworząc silną osadę , pracowali ale równocześnie  mieli baczenie na ten ważny wiślany bród.

Wówczas ta osada obsługująca bród na Wiśle nieopodal obecnego Ciechocinka została nazwana Otłoczyn . Do dziś istnieje tam miejscowość, która zachowała swą pierwotną nazwę . Otłoczyny to nazwa zbutwiałego, wymoczonego lnu. Tak, Słownianie  znali wartości tej rośliny, wyszukiwali całe poletka a i pewnie specjalnie uprawiali. Wiedzieli jak uzyskiwać jej cenne włókno a następnie wymyślili krosna, na których tkali materiał i szyli z niego odzież. Uwielbiam tkaninę lnianą. Nieco chropowata jej struktura nie przeszkadza, a skóra nią okryta  nie gromadzi potu. Tkanina ta, zgnieciona, zachowuje te wszystkie powstałe fałdki i ten pognieciony sznyt jest czarujący….

 Niezwykłe jest to, że na nadwiślańskim  rozlewisku tej okolicy do dziś  rośnie sobie len, prawdziwy i dziki… .

Słowianie odziani przez swoje kobiety w lekkie i przewiewne lniane koszule z chęcią zajmowali się  pracami, które dawały im możliwość dobrego życia. Tak więc poza łowieniem ryb w Wiśle, uprawiali ziemię i hodowali bydło….

Powoli ziemie te podnosiły się z upadku, obserwowano wzrost gospodarczy. Słowianie organizowali się we wspólnoty rodowe, wznosili pierwsze grody obronne….

 

Losy moich Rodziców. Pierwsza praca Mamy w powojennej Polsce i pierwsza miłość mojego Brata.

 

W czasie trzymiesięcznej  podróży do Polski , pociąg sapie, sypie iskrami i zmęczony kilkakrotnie zatrzymuje się  w polu.

Wygnańcy już wiedzą, już się dowiedzieli, że w takiej sytuacji należy się zrzucić na alkohol dla maszynisty. Ktoś zachomikował sporo spirytusu i teraz sprzedaje. Mama wyciąga z supełka resztki moniaków, które pewnie i tak są już bez wartości.

Ale to wystarcza , napojony maszynista odzyskuje werwę i ochoczo rusza w dalszą podróż. Ta sytuacja się regularnie powtarza, ale w końcu dobijają do Krakowa.

 Tam przenoszą ich do przejściowego obozu dla wygnańców.

Mama jest jak zwykle bardzo aktywna, nie może siedzieć bezczynnie.

Pragnie pracować , tym bardziej, że nie wiadomo jak długo będzie czekała na transport do Godziszki bo tam jeszcze jest niespokojny czas wojenny. Postanawia więc poszukać pracy. W tym celu podąża na spotkanie ze starostą , które niestety jest  niesympatyczny. Zaraz na wstępie zapytał co ona tutaj robi, po co przyjechała ze wschodu. Poczuła się co najmniej dziwnie , może tego nie okazała jak bardzo zabolało serce. Przecież ten urzędnik był Polakiem, a ona tak bardzo tęskniła za Polską. Całe długie lata wojenne zaborcy, obce władze , szkoła, gdzie język rosyjski potem niemiecki i znowu rosyjski i tylko konspiracyjne nauczanie dzieci polskich . Jednak w końcu starosta coś zrozumiał, może jednak Mama próbowała wyjaśnić, a może ktoś mu zwrócił uwagę , bo w krótkim czasie zawiadomił Mamę, że jest praca w Rybnej pod Krakowem.

Oczywiście od razu skorzystała z tej propozycji i przeniosła się z Zenonem z obozu przejściowego do Rybnej. Tam zamieszkali w pałacu zabranym przez władze komunistyczne właścicielom. Poznali miłych młodych ludzi z córeczką Zosią. Okazało się, że łaskawie pozwolono im zostać, oferując mieszkanie w oficynie. A byli to dawni właściciele tegoż pałacu… Równolatek Zosi,  Zenon , który miał wtedy 11 lat, zapraszał dziewczynkę na spacery i ona chętnie z nim przebywała. Była podobno piękna i mądra .

Ta sielanka nie trwała długo, bo po niespełna roku zawiadomiono Mamę, że może już bez przeszkód podróżować dalej. I wkrótce opuściła gościnne progi pałacowe, pożegnała się z uczniami , starała się nie widzieć smutnej miny Zenona, który przeżył rozstanie ze swoim pierwszym zauroczeniem….Gdy po dwóch latach się urodziłam, Zenon wyprosił Rodziców, by nazwali mnie Zosią….

Opowieści mojej Mamy. Polacy, uciekinierzy z bolszewickiej Rosji..

Bardzo mocnym przeżyciem nie tylko dla mojej Mamy były nocne odwiedziny polskich uciekinierów  z Rosji. Ludzie ci, po utworzeniu państwa polskiego znaleźli się przypadkowo poza granicą ojczyzny.

 Panujący w Rosji terror i wszechwładny  głód a także tęsknota za Polską powodowały, że z wielkim trudem pokonywali oni zasieki graniczne cudem unikając śmierci z rąk bolszewików i szukali pomocy w tym kresowym miasteczku.

Oczywiście władze polskie zgadzały się na przyjmowanie tych ludzi, starały się dać im zatrudnienie i zapewnić godziwe warunki życia.

Jednak w pierwszej chwili , po przekroczeniu granicy, zwykle nad ranem  pukali do drzwi mieszkańców prosząc o kawałek chleba. Byli wynędzniali, obdarci, brudni i głodni. Ludziska starali się jak mogli, by im pomagać. Jednocześnie byli przerażeni tym, do czego są zdolne władze radzieckie.

Mama długo nie mogła zapomnieć, a właściwie nigdy nie zapomniała, wracając w swych opowieściach do obrazka samotnej kobiety w łachmanach, która uciekając z Rosji , przerzucała kolejno przez kolczaste graniczne zasieki  swoją piątkę małych  dzieci. Każde z nich było zapakowane w worek ….

Na medycznej ścieżce. O profesorze Witoldzie Orłowskim, ojcu Tadeusza- mojego profesora interny.

 W poprzednim wpisie przypomniałam swoje czasy studenckie i zajęcia w Klinice którą kierował profesor Tadeusz Orłowski.

Wiedziałam, że był synem człowieka wielkiej sławy , również profesora medycyny- Witolda Orłowskiego( ur. w 1874 roku w Norwidpolu , zmarł w 1966 w Warszawie).

Niedawno  przeczytałam w Pulsie, gazecie wydawanej przez Izby Lekarskie o niezwykłych jego losach. Oto najciekawszy moim zdaniem fragment tych dziejów związany z tworzeniem się nowego państwa Polskiego, który przedstawiam we własnej wersji redakcyjnej. 

 

W czasie pierwszej wojny światowej władze rosyjskie wydały zgodę na tworzenie wojska polskiego w różnych regionach kraju. We wrześniu 1918 roku w Kazaniu nad Wołgą rezydował sztab niedawno utworzonej  formacji wojska polskiego.

 Prof. Witold Orłowski otrzymał  wezwanie, by zorganizować u jej boku służbę sanitarną. Gdy  dotarł tam z rodziną,  niebawem  bolszewicy ponownie zajęli  to miasto i wówczas cofnęli zgodę na tworzenie tam wojska polskiego. W tej sytuacji sztab musiał opuścić Kazań .

Profesor pozostawił żonę z czworgiem dzieci w Kazaniu, gdzie ponoć mieszkali w bezpiecznym miejscu, a sam wyruszył z wojskowymi, w letnim płaszczu, mając jedynie 100 rubli w kieszeni.

Prof. pisze w swoim dzienniku „Zapewniono mnie, że gdy wojsko radzieckie w nocy wejdzie do Kazania, na pewno popije się, a wtenczas będzie wycięte. Tak się już stało w Syzraniu. Za parę dni zatem wrócimy” – wyjaśnia.

Ale do Kazania nie wróci już nigdy. Wędrują pieszo lub na zarekwirowanych koniach. Noclegi i żywność zdobywają, grożąc użyciem broni. Sterroryzowany naczelnik małej stacji kolejowej wystawia im pociąg do Ufy. Jednak tam zastają miasto z porozlepianymi afiszami, wzywającymi ludność do ewakuacji gdyż zbliżają się tam czerwonoarmiści.

Profesor postanawia jechać na opanowaną przez” białych” Syberię, do Tomska. Stacjonuje już tam polska dywizja, utworzona do walki z Niemcami.
Dzięki wstawiennictwu ministra w rządzie admirała Kołczaka, który zarządza Syberią profesor otrzymuje tam etat uniwersytecki. Przez 10 miesięcy , które spędził w Tomsku, sprawuje opiekę medyczną nad polskimi żołnierzami.

W sierpniu 1919 roku wyrusza do Irkucka z zamiarem utworzenia szpitala Czerwonego Krzyża dla rannych żołnierzy. Ale tam dociera do niego telegram od komisarza wojska polskiego przy admirale Kołczaku z informacją, że został mianowany profesorem zwyczajnym medycyny wewnętrznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pisze: „Nie wierzyłem własnym oczom. Zostałem profesorem najstarszego uniwersytetu polskiego i jednocześnie otrzymałem pierwszą wiadomość o rodzinie”.

Rozważa różne możliwości wydostania się z Rosji do Polski.

Polski komitet narodowy w Irkucku próbuje zaangażować w te starania Romana Dmowskiego, który przebywa w Paryżu. Jednak po pewnym czasie Dmowski odpowiada, że mu się nie udało załatwić tej sprawy.

Profesor postanawia szukać okazji we Władywostoku, ale tuż przed wyjazdem zapada na dur osutkowy. Opuszcza Irkuck dopiero na początku lutego 1920 roku.

W tym czasie w placówce japońskiej w Czycie odbiera pismo z Ministerstwa Wyznań religijnych i oświecenia publicznego RP , zawiadamiające o nominacji na profesora UJ ( z 19.06.1919r) oraz list od żony, która pisze, że odnalazła go dzięki pomocy żony premiera Ignacego Paderewskiego- Heleny.

Wraca do kraju rosyjskim statkiem „ Jarosław” zarekwirowanym przez Anglików po wycofaniu się Rosji z wojny. Płynie z resztą polskiej dywizji syberyjskiej i rodzinami żołnierzy. Statek ten za caratu  przewoził galerników z Odessy na Sachalin, więc były tam bardzo trudne  prymitywne warunki a w dodatku   były kłopoty z zaopatrzeniem w żywność. I wkrótce z zapasów pozostała sól i cukier. Pasażerowie stawali się coraz bardziej zmęczeni i sfrustrowani.

Prof. Witold Orłowski jak zwykle starał się swoją aktywnością pobudzić lepsze nastroje wśród pasażerów. Organizował  kursy i wykłady dla dzieci i dorosłych. A trasa była bardzo długa. Płynęli poprzez Hongkong, Singapur, Kolombo. Adem, Port said, Gibraltar, Londyn, Kopenhagę do Gdańska.

To co zobaczył tak opisywał:
„Miasta, które zwiedziłem, miały piękne dzielnice europejskie i brudne, ciasne tubylcze, w których mieściła się masa miejscowej ludności o pożałowania godnym trybie życia”
– pisze. – „Niemile uderzał stosunek białych do kolorowych. Kolorowi nie kryli się z nienawiścią do białych. Tylko nas, Polaków, traktowali inaczej”.

Wreszcie 1 lipca 1920 roku statek zawinął  do Gdańska.

 

Profesor podejmuje pracę w Krakowie, Profesorowie Wydziału Lekarskiego przyjmują go życzliwie. Poza pracą kliniczną ma zajęcia ze studentami 4 i 5 roku, organizuje w klinice zebrania naukowe krakowskich internistów.

Po 5 latach przyjmuje propozycję objęcia katedry diagnostyki i ogólnej terapii na Wydziale lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Klinika ta wówczas mieściła się w Szpitalu św. Ducha przy Elektoralnej.

W 1927 roku obejmuje katedrę szczegółowej patologii i terapii chorób wewnętrznych w Szpitalu Dzieciątka Jezus przy Nowogrodzkiej, którą prowadzi do 1947 roku. Dokonuje tam, ogromnych przeobrażeń. Wg obecnej opinii mądrych ludzi działa jak menadżer XXI wieku. Korzystając z pomocy wiceprezydenta miasta urządza oddział przemiany materii, który będzie obsługiwał wszystkich chorych szpitala. Organizuje znakomicie wyposażone pracownie biochemiczne, zdobywając fundusze od firm farmaceutycznych i Kasy Chorych oraz różne dotacje.

Stara się rozwiązać problem przewlekłej niewydolności krążenia poprzez rozpoznanie zaburzeń biochemicznych ustroju, które jego zdaniem wyprzedzają chorobę. Zauważyli to prof. z zagranicy a nawet prof. Gregersen z Nowego Jorku, ale miejscowi nie doceniali znaczenia badań swojego profesora. Dopiero po wojnie słysząc wykłady zapraszanych naukowców z zagranicy, zmienili zdanie.

Z Kasy Chorych otrzymuje pieniądze na urządzenie zakładu elektrokardiograficznego i dotacje na jego działalność. W rewanżu codziennie ma badać 6 chorych kierowanych przez kardiologów. Jednak zauważa, że żaden lekarz z Kasy Chorych nie skorzystał z tej oferty. …

 

Zapamiętano profesora z czasów okupacji, gdy z wielkim zaangażowaniem narażając się na niebezpieczeństwo zajmował się tajnym nauczaniem młodych kadr medycznych.

W latach 1928- 1948 był redaktorem naczelnym uznanego wydawnictwa :” Polskiego Archiwum Medycyny Wewnętrznej”

Otrzymał liczne  tytuły doktora honoris causa m. in. Akademii Medycznej w Łodzi i Uniwersytetu Jagiellońskiego.

 

.

Napisał znakomity 8 tomowy podręcznik chorób wewnętrznych .

Kiedyś otrzymałam od dr Kaczmarka z Gorzowa te książki, wydane na nieciekawym szarawym papierze, pachnące starym kurzem. Budziły mój  ogromny szacunek i wzruszenie. Gdy się zaczytywałam, treści wtedy wydawały mi się ponadczasowe…niestety ofiarowałam te tomiska młodej lekarce i poszły sobie w świat. A szkoda….

Śladami mojego Taty. Oczekiwanie na Polskę

Nic z tego nie wynikało, że w 1941 roku podpisano” układ majski” i ludzie zesłani na Syberię czy Kazachstan mogli czuć się wolni.

Nie mieli dokąd wracać.

Bo nie było Polski.

Tereny naszego kraju zajmowali Niemcy i Rosjanie. Dopiero po zakończeniu drugiej wojny  światowej łaskawie ofiarowano nam ojczyznę. Okrojoną o wschodnie tereny, poszerzoną na zachód ale przede wszystkim całkowicie kontrolowaną przez sowietów.

Jaka była ta Polska Ludowa, taka była, ale była ojczyzną, o której śnili zesłańcy.

Ale zanim wojna się skończyła, musieli nadal żyć w trudnych warunkach i codziennie walczyć o przetrwanie. To były jeszcze pełne cztery lata i potem rok starań o zgodę na opuszczenie terenów ZSRR. Wg zasad radzieckich byli oni skazani na „ zsyłkę na wsiegda” albo nazywano to” wieczną zsyłką” co oznaczało, że nie mogą wrócić do swojego kraju ani miejsca poprzedniego stałego zamieszkania.

 

Na medycznej ścieżce. Dzieje dializoterapii.

Wspominając moje tamte studenckie czasy, lata 1965- czytam w Internecie na temat historii dializoterapii.

   Początek tej historii, to działania Willera Kolffa, który w czasie drugiej światowej przeprowadził w Amsterdamie pierwszą na świecie dializę. .

Wówczas to Willem Kolff  wykonał w Amsterdamie pierwszą na świecie dializę. Wyprowadził on krew z ustroju pacjenta , przepuścił przez błonę celofanową umieszczoną w specjalnym aparacie i krew już oczyszczoną wprowadził z powrotem do ustroju. To była właśnie pierwsza sztuczna nerka.

W 1946 roku prof. W.Kolff ofiarował sztuczną nerkę Polsce, ale nigdy nie została wykorzystana. Prawdopodobnie zabrakło odważnych lekarzy, bo prowadzenie dializ to jest nie lada wyzwanie.

W 1957 roku powstał ośrodek dializ w Pradze czeskiej. Leczono tam kilku pacjentów z Polski.

W 1958 roku Prof. Jan Roguski ( nasz poznański profesor!)  i wtedy jeszcze doc Witold Orłowski z Akademii Medycznej w Warszawie przekonali polskie władze , że wożenie pacjentów do Pragi jest wstydem dla naszego kraju.

Nie było to łatwe, ale obaj lekarze byli uparci, ogarnięci ideą i co najważniejsze nie mogli patrzeć jak umierają ich chorzy, którym można było pomóc. Wyobrażam sobie ich determinację.

I  wreszcie  nastąpił moment dawno oczekiwany i podniosły. Zakupiono dwie sztuczne nerki .

Jedną umieszczono w II Klinice Chorób Wewnętrznych w Poznaniu , kierowanej jeszcze przez Prof. Adama Biernackiego a następnie prof. Jana Roguskiego   , a drugą w I Klinice Ch.  Wewnętrznych w Warszawie, gdzie działał Prof. Witold Orłowski .

 Aparaty  działały przez kilka lat, potem polscy lekarze i inżynierowie wprowadzili kilka istotnych usprawnień w szwedzkich urządzeniach a właściwie skonstruowali je od początku.  

To była data rewolucyjna w polskiej nefrologii  . Od tej pory w Polsce uratowano życie wielu pacjentom  z przewlekłą niewydolnością nerek . 

 

Jak już pisałam wcześniej, miałam szczęście oglądać to urządzenie w poznańskiej Klinice , niespełna 8 lat po  zainstalowaniu. Już wtedy było nieomal w całości zrekonstruowane przez polskich inżynierów z poznańskich zakładów Cegielskiego.

I dostąpiłam   zaszczytu  poznania Wielkiego Człowieka Polskiej Medycyny, wspaniałego Lekarza i Nauczyciela , niewysokiego szczupłego o arystokratycznych rysach, pasji w oczach i wielkiej klasie Profesora Jana Rogulskiego.

A po trzech latach, w czasie zajęć w Akademii Medycznej w Warszawie  oglądałam dializy i z lękiem postrzegałam bardzo surowego Profesora Witolda Orłowskiego.

To byli Wspaniali Ludzie, niesamowicie zaangażowani zawodowo, których działania na pewno wspominają tysiące uratowanych pacjentów i ich rodzin. Dzięki Nim można uwierzyć w piękno Człowieka – Lekarza !

 

 

 

Śladami mojego Taty. Polonez.

A o północy zapowiedziano poloneza. W tym momencie ożyły serca Polaków….

Nastąpiła przerwa. Panowie pomimo mrozu , wyszli na ganek, gdyż nie wypadało przy pannie młodej palić  modnych już wówczas papierosów a tak naprawdę liści tytoniowych zwyczajowo zwanych tutaj machorką .

W tym czasie panie pomknęły do sąsiedniego pokoju.

Podejrzewam, że w tym, co nastąpiło  potem maczała przysłowiowe palce mama Michaliny. Wszystko obmyśliła zawczasu i uzgodniła z gośćmi. Weselisko miało być nowoczesne, panowie we frakach, panie w długich kreacjach. I tak było do czasu…

Panna młoda zniknęła w swoim pokoju, chyłkiem wymknął się też pan młody. Muzyka grała cicho, unosiły się jakieś wariacje nt Chopina.

I nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszyscy znaleźli się ponownie w głównym pokoju, gdzie było centrum uroczystości.

Ksiądz Eustachy, który był bardzo wyczerpany , z wrażenia  zdrzemnął się na chwilę za stołem. Gdy otworzył oczy, nie dowierzał. Ujrzał bowiem  obraz jak z ubiegłego wieku.

Do poloneza ustawiały się pary.

Ci sami ludzie, ale jak zmienieni.  Zdążyli się przebrać. Teraz byli ubrani w stare, wyjęte z rodowych kufrów kontusze. Przecież tradycji musiało się stać za dość. Byli szlachtą, to nic, że większość tylko zaściankową. To był najprawdziwszy polski ślub , ślub polskiej szlachty.

Pachniało naftaliną, mieniły się kolory.

Panna młoda w swoim stroju przybranym tradycyjnym białym futerkiem, z cudną linią kroju, cieniutka w talii patrzyła zdumiona na Bolka. Ubrany w tym samym , szlacheckim stylu wpatrywał się w oczy swojej żony z uwielbieniem i bezgraniczną radością. Była najpiękniejsza i była jego. Na wieczne czasy….

Poloneza czas zacząć.

I ruszyły pary .

Ksiądz Eustachy przez zamglone ze wzruszenia oczy oglądał to widowisko. Wydało mu się, że czas się cofnął. Widział czasy napoleońskie, gdy marzenia o Polsce nabrzmiewały jak wiosenne pąki a ludzie z przejęciem tańczyli ten magiczny taniec myśląc o swoim kraju, wolnym i szczęśliwym…..

Nie wiadomo, czy Bolek  tej nocy zobaczył swoją żonę w cudnej nagości, jak to sobie wyobrażał patrząc niedawno na rzeźbę Rodina. Może dopiero później…..

 

Kontusz,strój szlachecki. XVIII wiek, zdjęcie z Wikipedii