Po zamieszczeniu tu pamiętnika mojego teścia – Jana Konopielko, gorzowska przyjaciółka napisała – szkoda, że nie znamy powojennych losów Jana. I wtedy przyszła do mnie myśl, że są opisane, już dość dawno. Wprawdzie tylko dla moich dzieci i wnuków , ale Mirek który zawsze ma łzy w oczach – jak mówi – gdy czyta , powiedział – wrzuć do blogu też Posłowie, które napisałaś. To nic, że jest tam trochę wyznań intymnych . Bo życie także się z nich składa. Z pewnymi oporami, przyznam – podaję tekst ten w całości . Właśnie, zastanawiałam się czy nie podzielić na części, ale uznałam, że jeśli Ktoś będzie zainteresowany dziejami nie tylko Jana ale też obu naszych rodzin, tak niezwykle splecionych , to przebrnie ….
A zdj własne z tęczą i ukochanym lasem nadbużańskim , to jakby symbol przetrwania …
Posłowie
Ten dobry, ufny i radosny Człowiek i bardzo przez nas kochany nasz Ojciec, Teść Dziadek i Pradziadek- Jan Konopielko,
nauczyciel i Sybirak, wielokrotnie zaznaczał w tekście, że pisał swój pamiętnik z myślą o Dzieciach , Wnuczętach
i Prawnukach.
Kontynuując tę myśl, chcemy
w tym miejscu zamieścić kilka informacji na temat Rodziny i wydarzeń z nią
związanych . Będą to zapamiętane opowieści Rodziców oraz własne przeżycia , obserwacje i oceny. Może uda się też zamieścić
tutaj trochę zdjęć rodzinnych.
A więc zapraszamy….
Pierwsza część
pamiętnika , powstawała „ na gorąco”. Czytamy tam o mrocznym dzieciństwie , widzimy oczami dziecka pierwszą wojnę światową i możemy podziwiać uporczywe dążenie do wiedzy
i chęć wyjścia poza granice rodzinnej wsi .
Jesteśmy
wdzięczni Jego Żonie, jedynej Miłości, pięknej Helenie , naszej Mamie i Babci ,
za to, że uratowała ten pamiętnik z
pożogi II wojny światowej.
Przecież była już od roku sama, z małymi dziećmi – trzyletnim
wówczas Pawłem i 10 letnim Mirkiem. Jej męża- Jana w 1944 roku aresztowali
Rosjanie i wywieźli w nieznane.
Zachowała ten pamiętnik podczas wielotygodniowego transportu
w bydlęcych wagonach , gdy sama z synami opuszczała po zakończeniu wojny rodzinne
kresowe polskie strony, nazywane od tej pory Republiką Białoruską .
Tak bardzo nienawidzili sowietów, że sama myśl o mieszkaniu
na terenach związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, w tzw. zwanym ZSRR
była im obrzydliwa.
I dlatego , pomimo, że mogli
pozostać, jechali tam, gdzie ich
kraj. Zostawiali swoje domy i groby bliskich.
Podążali w strony które nazywać się będą Polską, gdzie będą mogli na co dzień słyszeć
język ojczysty .
Nie wiemy, czy do końca mieli świadomość, że ta ich wymarzona Polska teraz
nie będzie się wiele różniła od miejsc, które
opuszczali. Przecież tutaj też panował terror sowiecki. Ale o tym nie
wiedzieli.
Wyjechali z wiarą i ufnością, że dobrze robią, co na pewno
dodawało im sił.
I jechali, jechali w obce strony, do cudzych miast i domów, jechali w nieznane, oni, wygnańcy zmieniali
swoje życie, które i tak okrutnie zdeformowała wojna.
Jechali z bagażem traumatycznych przeżyć, z kilkoma
sprzętami zabranymi z własnego domu, jakimiś dokumentami i swoją samotnością
Pamiętnik ten był z
nimi też wtedy, gdy ostatecznie
zamieszkali w Lidzbarku Warmińskim, i
wielokrotnie zmieniali mieszkanie ( z ul. Wiejskiej na Mazurską i wreszcie na własny domek przy
ul. Nowej).
Wyobrażam sobie, że ten Pamiętnik był Ich wiernym
Przyjacielem, Talizmanem i Nadzieją , że
Mąż i Ojciec wróci. Przecież tak bardzo na niego czekali. Synowie ochraniali Mamę
przed wielbicielami, którzy próbowali ją zdobyć, bo była młodą ładną kobietą , podtrzymywali ją na
duchu i utrzymywali w wierze, że Tatko wróci….
I udało się .
Po 12 latach wrócił Jan do domu.
Synowie już wyrośli- Mirek miał wtedy 21 lat i kończył
studia na Wydziale Budownictwa Politechniki Wrocławskiej a Paweł , chłopak 14
letni był w Liceum.
Helena, zmuszona okolicznościami, stała się niezależną
kobietą, zdobyła studia, pracowała zawodowo w Liceum Pedagogicznym , miała
doskonały kontakt z młodzieżą.
I co jest niezwykłe u pedagoga, potrafiła wspaniale wychować
Synów. Akceptowała ich pomysły, potrafiła się zachwycać każdym sukcesem, a
jednocześnie darzyła ich wielkim zaufaniem, i dawała pełną samodzielność. Obdarowała ich własnym ciepłem, miłością i
pogodą ducha, w takim stopniu, że wyrośli na odpowiedzialnych i czułych mężów i
ojców. Jako mężczyźni nie mieli żadnych kompleksów , nie byli podejrzliwi i
nieufni. Takich ludzi akceptowali inni i chętnie z nimi przebywali. Piszę w
czasie przeszłym, bo niestety Paweł przed 13 laty poniósł niezawinioną śmierć w
wypadku samochodowym pod Elblągiem. A miał tylko 55 lat.
Gdy Jan wrócił do domu, niełatwe było przyzwyczajenie się do
tak wychowanych chłopców i samodzielnej żony. Helena i synowie też mieli
problemy z przyjęciem Jana takim, jakim się stał w czasie rozłąki. Po tylu
latach i tak długiej nieobecności oraz straszliwych przeżyciach w czasie katorgi
był innym, trochę zdziwaczałym , surowym i obcym człowiekiem.
Ale zwyciężyła Miłość w tej rodzinie.
Po wstępnych trudnościach stanowili piękne radosne i czułe stadło . Przy tej rodzinie ogrzewali
się inni……
Pod koniec
życia Jan rozpoczął pisanie drugiej części pamiętnika. Zawarł w niej przejmujące opowieści o wydarzeniach wojennych , czasach więzienia, losach katorżników i wiecznych zesłańców.
Relacje Jana nie są ubarwiane rozwlekłymi słowami, nie
wymagają komentarza.
Ta oszczędność słów powoduje, że czytając uruchamiamy własne
pokłady wyobraźni. Obrazy, klimaty same się tworzą i powstaje przekaz jednej z
najstraszliwszych historii dziejów współczesnych . Były to działania Sowietów
prowadzących planowe wyniszczanie
inteligencji polskiej. Do tego należało stawianie nieprawdziwych kłamliwych
zarzutów, fikcyjne procesy sądowe z
fałszywymi świadkami i ferowanie znanych
już wcześniej wyroków. A potem zesłanie bogu ducha winnych ludzi na syberyjską katorgę.
Jan tego doświadczył , przeżył, opisał i dał dowód prawdzie.
Jesteśmy Mu bardzo wdzięczni za tę prawdę.
Całość Pamiętnika,
w formie rękopisu, nasz Jan przekazał swojemu
najstarszemu Wnukowi, Łukaszowi, synowi Pawła, z którego namowy Dziadek
kontynuował spisywanie swoich dziejów.
Potem pamiętnik został przepisany, przyjmując formę maszynopisu
przez Zosię Czubalę – siostrę żony Pawła, Grażyny. Zosia wykonała iście
benedyktyńską pracę, za co Jej serdecznie dziękujemy.
Kolejną osobą w tym
łańcuchu byłam ja, Zofia z domu
Łukaszewicz, żona Mirka, najstarszego syna Heleny i Jana.
Pracowałam już z komputerem , ponownie przepisałam całość i teksty
wrzucałam krótkimi fragmentami,
tworzącymi niewielkie tematyczne odcinki , do blogu zatytułowanego :
jankonopielkoseniorpamiętnik.
Obecna forma,
książkowa, jest spełnieniem marzenia
najstarszego Syna Jana- Mirka, a mojego Męża.
Tak pisze Mirek:
„ Chciałbym by ta
książeczka pełna uczuć, przeżyć i dla nas szczególnie ważna dotarła do
wszystkich członków Rodziny i Bliskich , by zagościła w ich Domach.
By w tych Domach wiecznie żyła pamięć o Tym Wspaniałym
Człowieku- Janie .
I stanowiła źródło siły dla nas w chwilach zwątpień, bo
jest dowodem, że tak wiele można przeżyć myśląc, tęskniąc i wierząc w miłość do
swoich Najbliższych.
Ta wiara potrafi skruszyć mury i pokonać okrucieństwo ludzi
i przyrody a potem zakiełkować na nowo
dając szansę powrotu do tego co dobre.
Dziś wydaje nam się to nieprawdopodobne, niemożliwe, dziś
żyjemy w spokojnym i dostatnim świecie .
– Jestem najstarszym synem Jana. Gdy Ojciec został
aresztowany, byliśmy mali. Ja miałem 9 lat a mój Brat- Paweł tylko dwa .
Przez 12 lat, wychowywała nas tylko Mama . Dwanaście długich lat samotnej walki o
byt, rozwiązywania problemów rodzinnych i tęsknoty za mężem. Bardzo kochaliśmy
naszą Matkę i stale ją podziwialiśmy i podziwiamy.
Tato wrócił do nas w 1956 roku, po 12 latach katorgi i zesłania .
Wówczas już byłem studentem ostatniego roku Wydziału Budownictwa Politechniki
Wrocławskiej. Rok później otrzymałem dyplom mgr inżyniera.
1.06.1968 roku ożeniłem się z Zosią Łukaszewicz, córką przyjaciół moich Rodziców,
która wówczas była studentką Akademii Medycznej. Jeszcze w czasie trwania
studiów urodziła dwoje dzieci potem kolejnych dwoje, zrobiła specjalizacje,
doktorat, pracowała pełną parą dyżurując, prowadząc prace naukowe i opiekując
się domem. Do tej pory się zadziwiam, jak dała temu wszystkiemu radę. Muszę też
dodać, że posiada Ona znakomitą intuicję jako lekarz . Dzięki Jej wczesnej
interwencji uniknąłem zawału serca i wylazłem z choroby nowotworowej .
Ja też byłem pochłonięty pracą zawodową, awansując na
kolejne stanowiska kierownicze, ale przeżyłem też i załamanie, by potem wyjść z
podwójnymi siłami na prostą i zostać szefem własnej prężnej firmy.
Pomimo tylu służbowych obowiązków, przy całym rozgardiaszu
domowym, na bieżąco spisywałem dzieje naszej czwórki dzieci, notowałem
wszystkie stadia ich rozwoju, pierwsze ich słowa i osiągnięcia. Powstała
kronika składająca się z trzech części i
przy okazji wspólnych spotkań w czasie świąt rodzinnych odczytuję odpowiednie
fragmenty. Wszyscy to lubią , porównują swoje czasy dzieciństwa z tym co teraz
obserwują u swoich dzieci . I tak nieprzerwanie trwa rodzinny , silnie
spleciony łańcuch.
Poza tym od bardzo wielu lat mam zwyczaj zapisywania w
kalendarzykach, dzień po dniu , wydarzeń, podaję wszystkie daty, godziny,
okoliczności towarzyszące oraz inne informacje- np. adresy ludzi, u których
bywaliśmy ich telefony, etc. W ten sposób, zawsze możemy tam zaglądać i
znajdować niekiedy zapomniane, a aktualnie potrzebne informacje. Mamy cały zbiór tych
kalendarzyków. Jest to naprawdę kopalnia wiedzy, przydająca się wszystkim w
rodzinie …
Muszę też wspomnieć
o tym , że jestem bardzo wdzięczny moim Teściom, którzy mieszkając w tym samym
bloku, sprawowali opiekę nad całym naszym stadłem.
Nasze dzieci są
już bardzo dorosłe.
Oto one:
Najstarsza córka -Justyna ukończyła pomaturalne liceum
pielęgniarskie, studium handlu zagranicznego i wszystkie etapy kursów języka
niemieckiego w Instytucie im.Goethego ,
uzyskując maksymalnie dobrą ocenę. Po odejściu męża, Roberta, dzielnie,
najlepiej jak umiała, zajmowała się niewielkimi wtedy dziećmi. Od kilku lat jest
z Arturem- architektem. Teraz Jej Córki
są już dorosłe . Weronika z zielonymi oczami, które odziedziczyła po babci Zosi
i Mamie, jest studentką biologii,
pomaga Zosi rozwiązywać problemy z
komputerem, ma talent w nawiązywaniu kontaktu z
małymi dziećmi , w wolnych chwilach bywa u naszej najmłodszej Córki i
opiekuje się Siostrzeńcami, którzy Ją
uwielbiają. Dorota o marzycielskich
migdałowych oczach jest maturzystkę Liceum Sióstr w Szymanowie , należy do
przodujących uczennic i mamy nadzieję, że dobrze wykorzysta swoje humanistyczne
talenty.
O rok młodsza od Justyny, nasza Córka-Ewa ukończyła
Politechnikę, podobnie jak ja i Jej Mąż
Marcin . Jest wiecznie młodą żywiołową i bardzo wrażliwą dziewczyną. Ma
artystyczne zdolności i pasję,
którą jest tworzenie oryginalnej i
ciekawej biżuterii. Obydwoje z mężem prowadzą udaną działalność biznesową. Ich dwoje bardzo zdolnych , błękitnookich ,
urodziwych Dzieci, to Jula – uczennica LO im. Zamojskiego oraz Michał – nieomal gimnazjalistę. Cała
czwórka kocha przeróżne sporty,
szczególnie wodne i aktywnie je uprawia .
Nasz, młodszy od Ewy o 2 lata i trzy miesiące, Syn- Marcin poszedł w ślady Mamy i został
lekarzem. Wybrał bardzo trudną, bodajże najtrudniejszą specjalizację,
został neurochirurgiem. Zosia mówi, że mimo ciągot by zostać
chirurgiem, nie odważyła się na taki krok i została pediatrą, nefrologiem . Żona Marcina, Magda, też wybrała trudną, zabiegową
specjalizację, jest ginekologiem. Zaledwie kilka miesięcy po urodzeniu
Córeczki, Majeczki, uzyskała tytuł doktora nauk medycznych. Majka ma teraz 4
lata i dwuletniego Braciszka- Mikołajka.
Przypominają wyglądem dzieci z obrazów Wyspiańskiego. Mają płowe włosy i
wielkie błękitne oczy, w których można czytać co w ich duszy gra . Uwielbiają czytanie książek
, pływanie , różne zabawy z piłką oraz psami, które mieszkają razem z nimi.
Najmłodsza nasza Córka o szarozielonych oczach po Zosi , Paulina
, jest psychologiem i ciepłą, opiekuńczą, wrażliwą Matką. Właśnie kończy
opracowywanie doktoratu , pracuje na uczelni gdzie realizuje swoje pedagogiczne
pasje. Jej Mąż- Albert, mgr
administracji , jest fachowcem w
dziedzinie Ochrony Środowiska . Mają
dwóch uroczych Synków- 4 letniego Wiktorka
i pół rocznego Patryka. Wiktorek ma śniadą karnację po Ojcu, uwielbia wszelakie urządzenia mechaniczne i
elektryczne. Na spacerach, stale odwiedzamy miejsca, gdzie można obejrzeć przeróżne klimatyzatory, czujniki, bankomaty,
z których mimo bardzo bardzo młodego
wieku już potrafi korzystać. Obsługuje
też komputer i rozmontował sporo
odbiorników radiowych. Patryk , milusi półroczniak, jest bardzo ruchliwy , towarzyski, ale sam
potrafi się bawić, gdyż Rodzice mają dla niego mniej czasu i bardzo chce
uczestniczyć w zajęciach Brata.
Z przyjemnością
obserwujemy, że małżeństwa naszych dzieci są partnerskie, co jest znakiem
czasów. My zostaliśmy wychowani inaczej, w naszej rodzinie był wyraźny podział
ról .
Wszystkie nasze
Dzieci i Wnuki, tak jak my, uwielbiają poznawać świat, ale też kochają łazęgi
po lesie, grzybobranie i potrafią cieszyć się życiem . Pamiętają o wszystkich
naszych rocznicach, urodzinach i imieninach oraz świętach . Pielęgnują tradycję
wspólnych rodzinnych spotkań, co raduje nasze serca.
Starsze Wnuki już osiągają sukcesy sportowe, mają dobre wyniki w
nauce, są ciekawymi obserwatorami życia a nawet piszą poezje. Najmłodsza
czwórka też posiada wyraźne zadatki na bardzo ciekawych dorosłych.
R o d z i n a s t a n
o w i d l a n a s w i e l k ą r a d o
ś ć i d u m ę .!
Młodszy syn Jana,
a mój Brat-Paweł, był prawnikiem oraz dobrym, łagodnym , ciepłym
, uczynnym i bardzo lubianym przez
innych Człowiekiem . Niestety odszedł od
nas przedwcześnie, w wieku 55 lat, w sposób gwałtowny i
niezawiniony.
Ta śmierć położyła się cieniem na całą naszą Rodzinę.
Ale Jego Najbliższym
po prostu zawalił się świat, do tej pory bezpieczny i przewidywalny.
Wszystkie obowiązki domowe z konieczności przyjęła na swoje barki Jego
żona, Grażyna – filolog, redaktor w wydawnictwach naukowych. Nie poddała się,
dźwiga swój ciężar z niebywałą siłą. Jest aktywna ,
chętnie bywa w kinach, teatrach i na zajęciach naukowych.
Dobrze, że zawsze wspiera Ją najstarszy Syn- Łukasz . Gdy
odszedł Paweł, Łukasz miał już tytuł doktora ekonomii, rodzinę , był
dojrzały i odpowiedzialny . Teraz jest wykładowcą na uczelni . Jego Żona – Dorota
jest krytykiem teatralnym. Posiadają dwoje dzieci – Dominikę i Gerarda. Mają zdolności aktorskie, pięknie śpiewają i już od
dawna występują na deskach teatrów, pomimo bardzo młodego wieku.
Młodszy syn Grażyny i Pawła , Jan, w chwili śmierci Ojca,
był młodym nastolatkiem. Widzieliśmy z jakim trudem starał się podtrzymywać Matkę , mimo, że był to chyba ciężar ponad Jego siły . Ma zdolności humanistyczne, znakomicie zna historię,
geografię i posiada talent pedagogiczny.
Potrafi być opiekuńczy, rodzinny i naprawdę imponuje posiadaną wiedzą….
Mój Ojciec- Jan
, wkrótce po zakończeniu pisania pamiętnika, odszedł do innego, pewnie
ciekawszego świata.
Zmarł 22 grudnia 1985 roku , nagle w Szpitalu Olsztyńskim,
gdzie miał planowo przetaczaną krew z powodu przewlekłej białaczki szpikowej.
Do końca zachował jasność umysłu, radość życia , wiarę w
ludzi i nigdy nie wspominał źle swoich oprawców, co nas zadziwiało. Ponadto kochał
ogród i pszczoły no i oczywiście zawsze wielbił swoją jedyną Wielką Miłość- Helenę…
Ona niedługo potem poszła za Janem . Jak mawiała po Jego
śmierci, używając przenośni- ich wspólny dzban życia pękł … . Zmarła 2 marca
1987 roku, w dzień swoich Urodzin i Imienin.”.
Tutaj kończy się opowieść Mirka. A teraz ja, ich synowa,
Zosia, znowu wracam do mojej opowieści.
Helena i Jan, moi
Teściowie spoczywają na Cmentarzu w
Lidzbarku Warmińskim, w tzw. Alei Zasłużonych. Wiatr ich kołysze do snu , gdy
wpada pomiędzy pięknie, zielone zadrzewione wzgórza .
Po pogrzebie Heleny, odjeżdżaliśmy późnym wieczorem z
Lidzbarka. Myśleliśmy, że tam , w tym
niewielkim nieco sennym i pięknym miasteczku zostały tylko groby. Ale
tak nie było. Na ostatnim wysokim zakręcie odwróciłam się , patrząc na
oddalające się miasto i nagle ujrzałam jarzące się światełka na konarze
wielkiego przydrożnego drzewa. Były to dwie sowy, siedzące blisko siebie, tyłem
do miasta i patrzyły w naszym kierunku. Nigdy przedtem ani później nie
widziałam tych nocnych ptaków….
Na
marginesie opowieści o Janie, Helenie i ich synach nie sposób pominąć pewnej
niezwykłej przyjaźni dwóch rodzin-
Konopielków i Łukaszewiczów uwieńczonej naszym małżeństwem. Losy te, tak bardzo
nietypowe, przedstawię poniżej.
Wspólna historia zaczyna się w Smorgoniach.
Ale przedtem, moja Mama – Stefania Jakubiec, po ukończeniu Seminarium Nauczycielskiego w
Białej ( wówczas było to odrębne miasto- obecnie jest połączone z Bielskiem) wyjechała
na dalekie kresy, niosąc tam przysłowiowy kaganiec oświaty.
Było to w 1925 roku, państwo Polskie było bardzo młode i
potrzebni byli nauczyciele, szczególnie w tych rejonach. Początkowo pracowała w
miasteczku przy granicy z Rosją – w Rakowie, gdzie poznała mojego Tatę, Wacława
Łukaszewicza. Ich wielka miłość, taka od pierwszego wejrzenia, dojrzała w postaci małżeństwa zawartego w 1932
roku. Ponieważ Tato ukończył Szkołę Techniczną w Wilnie, otrzymał pracę na
kolei w tym mieście. Po urodzeniu 14.05.1934
roku syna- Zenona , Rodzice starali się
o pracę dla Mamy w pobliżu Wilna. I w
rezultacie w 1938 roku, Mama zamieszkała w Smorgoniach.
Jakże
dziwnie splatają się losy ludzkie. Mama
odbyła tak długą drogę ze swoich gór, by spotkać miłość swojego życia i wkrótce
poznać Konopielków. Po przyjeździe do Smorgoń, , uczestniczyła w zebraniach
nauczycielskich . I tam po raz pierwszy zobaczyła Jana. Zwracał uwagę urodą
oraz elokwencją i wiedzą. Należał do czołowych dyskutantów. Wówczas jeszcze nie
poznali się osobiście i nawet ze sobą nie rozmawiali.
W przeddzień
wybuchu wojny, dokładnie 31 sierpnia 1939 roku , mój Tato , jako kolejarz
został zmobilizowany i wysłany nakazem pracy w poznańskie. Gdy zdążał na
miejsce, Niemcy zaczęli atakować polską ludność cywilną . Wybuchła panika i
chaos. Tato próbował wracać do domu, ale po drodze został aresztowany i po
kilku miejscach uwięzienia ostatecznie osadzony w obozie koncentracyjnym pod Berlinem
w Sachsenhausen. Mama została sama z 5 letnim Zenonem, w trzymiesięcznej ciąży.
W lutym 1940 roku, urodziła Synka, który otrzymał imię Ojca- Wacław. Swojego
Ojca nigdy nie poznał.
Nieco wcześniej,
bo 21 września 1939 roku, Mama się
dowiedziała od sąsiadów o nie dającej się opisać słowami tragedii, którą
przeżyła żona Jana- bandyci zamordowali całą Jej Rodzinę. Jan pisze o tym
straszliwym wydarzeniu w swoim pamiętniku. Całe miasteczko wyległo na ulicę gdy
dwa dni później odbywał się tragiczny pogrzeb formujący się w wielki pochód.
Rozpoczynało go siedem trumien z ciałami zamordowanych, które spoczęły na miejscowym cmentarzu. Teraz jest
tam nadal pomnik na Ich grobach i opiekuje się nim życzliwa daleka krewna,
mieszkanka Smorgoń.
Któregoś dnia, po
kilku tygodniach od tego wydarzenia , Mama jak zwykle zabrała Zenona i udała się
do stołówki szkolnej, gdzie jadali
obiady.
I wówczas dostrzegła siedzącą w rogu sali nieznajomą
kobietę. Była przeraźliwie blada,
właściwie przezroczysta , bardzo szczupła w właściwie wychudzona . Miała piękną
twarz o nieruchomych oczach. Wyglądała jak Madonna z
obrazów. Obok niej siedział kilkuletni chłopczyk i z wielkim zainteresowaniem przyglądał
się wchodzącym .
Gdy Mama z Zenonem usiedli przy stoliku, chłopczyk nie
wytrzymał , zerwał się i podbiegł do Zenona. Zaczął go zaczepiać i po chwili obaj
hasali po stołówce.
Wówczas Panie
wymieniły uprzejmości, przedstawiły się sobie i od razu poczuły do siebie
sympatię.
Okazało się, że ów wesolutki chłopczyk nazywa się Mirek,
jest o rok młodszy od Zenona a ta pogrążona w żałobie pani, nazywa się Helena
Konopielko i jest żoną Jana.
T o b y ł m o m e n t d z i e j o w y w h i s
t o r i i n a s z y c h r o d z i n.
Panie zbliżyły się do siebie, często odwiedzały
się w domach a chłopcy lubili wspólne
zabawy.
W tym czasie Konopielkom powodziło się dość dobrze. Mieli
jeszcze folwark, młyn i kamienice w Smorgoniach i chyba w Wilnie. Mama była
sama z dwojgiem dzieci. Jan często podrzucał Mamie jakieś wiktuały, zabierał
Zenona do swojego domu, gdzie chłopiec miał dobre wyżywienie, opiekę i ciepło
domowe.
W 1942 roku miał przyjść na świat kolejny potomek
Konopielków. W tym czasie mieszkali oni w Sukniewiczach, pod Smorgoniami, trwała
wojna, obowiązywała godzina policyjna i zakaz
włączania światła o zmroku. Dlatego Panie uzgodniły, że będzie bezpieczniej, by poród
odbył się w Smorgoniach. Mieszkała tam zaprzyjaźniona położna i niedaleko był
szpital, niezbędny w razie komplikacji. Mama zaproponowała, by Helena rodziła w Jej
mieszkaniu.
Tydzień przed terminem tego wydarzenia, Jan zabrał Zenona do
swojego majątku, gdzie razem z Mirkiem przebywał pod opieką służącej . Mały dwuletni
Wacuś pozostał w domu i tam też czasowo
zakwaterowano ciężarną Helenę .
Ponieważ Panie się lubiły, to czas mijał na przyjemnych
rozmowach. Ale któregoś dnia, wieczorem, Mama zrobiła podręczne pranie i przypadkowo
wylała nieco wody na podłogę w kuchni. Do wycierania wody wydelegowała Helenę,
uzasadniając, że kobieta, która jest aktywna fizycznie, łatwiej urodzi. I
faktycznie po kilku godzinach rozpoczęła się akcja porodowa. Znacznie
później Helena lubiła wypominać Stefie,
że przez nią urodziła Syna. Oczywiście to były takie sympatyczne żarty .
Mama rozpaliła w piecu, nastawiła kocioł z wodą i pobiegła
po położną.
Ponieważ obowiązywało zaciemnienie, została zapalona
świeczka , którą Mama oświetlała drogę przychodzącemu na świat , umożliwiając jakieś
działanie przy położnicy. Helena rodziła na naszym tapczanie, który potem
przyjechał z Mamą do Gorzowa.
I po kilku godzinach, bez komplikacji , w nikłym świetle
pełzającego ognika świeczki, przyszedł
na świat duży dorodny chłopiec.
Było to 29.03.1942 roku. Otrzymał On imię zamordowanego małego braciszka Heleny- Paweł.
Rano przybył do nich Jan. Przywiózł jakieś ciuchy i zapytał
gdzie jego żona . Mama pokazała odpoczywającą na tapczanie Helenę z niewielkim
tłumoczkiem u boku. Jan się zaśmiał.
Żarty sobie robicie, lalkę jakąś widzę. Ale w tym samym momencie lalka wydała z
siebie ogromny wrzask świadczący o wielkim głodzie noworodka, który od razu
przyssał się do piersi, a na szczęście miał tam dużo jedzenia. Mirek był
karmiony sztucznie, bo pokarmu nie stawało, ale Paweł był wychowany na piersi ,
zdrowo, tak jak trzeba.
Trudno było nie uwierzyć, że to nie jest lalka, a drugi syn Konopielków.
To była wielka radość. Pomimo wojny, ludzie chcieli żyć
normalnie, kochali się, powiększali rodziny i wierzyli w dalsze dobre życie.
W sierpniu 1944
roku na te tereny weszli ponownie Rosjanie. Przywlekli ze sobą czerwonkę. Wówczas zmarł mój 4,5 letni
braciszek Wacuś .
Jan pomógł zorganizować pogrzeb, trumienkę i oboje z Heleną
opiekowali się moją Mamą, która była pogrążona w apatii i rozpaczy.
Jednak już pod
koniec tego samego miesiąca sowieci wkroczyli do domu Konopielków i aresztowali Jana. Nie był
winny zarzucanym czynom, przedstawiał świadków, którzy dawali mu pełne
alibi, ale to nie pomogło. Spreparowano zarzuty, zastraszono ludzi, którzy
zeznawali przeciwko i zapadł wyrok. Otrzymał 10 lat katorgi. W pamiętniku
opisał te dzieje, miejsca w których był więziony nawet ich urok, ciężką
katorżniczą pracę i tułaczkę w
straszliwych warunkach po całej Rosji od krańca do krańca kontynentu.
Mama zawsze
wspominała, jak Helena woziła paczki dla
swojego uwięzionego męża, gdy przed ostatecznym wyrokiem przez wiele miesięcy
przebywał w straszliwym, słynnym
więzieniu w Wilejce. Ta delikatna, wątła kobieta , obciążona tobołami z
jedzeniem i odzieżą, pieszo przemierzała wielokilometrową drogę do dworca,
długo wyczekiwała na peronach na pociąg, który nie zawsze nadjeżdżał albo był tak
przepełniony, że nie zabierał słabych kobiet. Potem przez wiele godzin stała
pod więzieniem, czekając na łaskawe otwarcie okienka, za którym strażnik
przyjmował paczki. Ostatnio widziałam taką scenę na filmie –serialu” Anna
German”- nie muszę ukrywać, że łzy same płynęły….
Helena była bardzo dzielną kobietą.
Nie wiem, czy w tych czasach któraś żona byłaby zdolna tak
się poświęcać dla męża. Jan wspomina o tych paczkach, ale właściwie mimochodem,
jakby to było normalne. Ale dla mnie to nie było zwykłe. To było bohaterstwo.
Kiedy po wojnie
Mama z Zenonem i Helena z synami wrócili do Polski- Mama zdecydowała na wyjazd
w Beskidy, gdzie była jej rodzina a Helena do Lidzbarka, gdzie już byli jej
kuzyni.
Na marginesie powszechnego zjawiska, jakim było opuszczanie
rodzinnych terenów, które po zakończeniu wojny należały do Związku
Radzieckiego, w miarę upływu lat rozważam, co było większym bohaterstwem. Czy
opuszczenie swoich rodzinnych stron i wyjazd w obce i nieznane w celu poszukiwania Polski czy
pozostanie na miejscu, trwanie przy
ziemi swoich przodków i zachowanie w sercach polskiego ducha a nawet
walka o polskość wbrew temu, czego chciały rosyjskie władze. Obie sytuacje nie
były godne pozazdroszczenia i często tragiczne , nie było złotego wyjścia.
W 1946 roku
wrócił z obozu mój Tato, ale Jan był nadal w syberyjskiej głuszy, nie docierały
od niego żadne wieści, a nawet w 1949
roku dotarła do rodziny informacja, że zaginął bez śladu.
Gdy Mama i Helena znalazły się w Polsce, od razu nawiązały
kontakt.
Okazało się, że ich wojenna przyjaźń była silna i trwała .
Tym razem Mama, mając już u boku męża chciała jakoś pomagać
Helenie, która musiała ukończyć studia pedagogiczne, by kontynuować pracę w
szkole.
W wakacje 1947
roku Helena miała sesję na swoich studiach zaocznych. Musiała zorganizować
opiekę nad synami. Wówczas mój Tato
pojechał do Lidzbarka Warmińskiego po Pawła i Mirka. Dopiero wtedy miał okazję poznać Helenę, gdyż wcześniej
w tym pamiętnym roku 1939 , gdy nawiązała się przyjaźń Mamy i Heli , przebywał
już w obozie koncentracyjnym.
Jednak widocznie pomiędzy rodzinami krążyły jakieś dobre fluidy, bo od razu się polubili.
Pawełek miał 5 lat, a Mirek 12.
Następnego dnia, po przyjeździe do Gorzowa , Mirek ze starszym o rok Zenonem pojechali sami w góry, do ciotki
mieszkającej w Łodygowicach . Moi Rodzice przestrzegali, by chłopcy w czasie
podróży z nikim nie rozmawiali, bo mogła to być osoba niebezpieczna. I wówczas
Mirek zapytał figlarnie- a jeśli to będzie ładna dziewczyna?
Taki był już od dzieciństwa, aktywny, wesoły, ufnie
wychodzący do ludzi. I to Mu pozostało. Chłopcy spędzili w górach dwa miesiące.
Wujek uczył ich strzelania z łuku. Mój brat, Zenon trafił od razu w środek
tarczy i odszedł a Mirkowi się nie udawało. Ćwiczył zapamiętale do wieczora, aż
osiągnął cel. Wzbudził tym podziw wujka. Te cechy, upór , cierpliwość w dążeniu
do zrealizowania zamierzeń pozostały mu do tej pory….
Mama tym czasie była w ciąży ze mną i przesiadywała
w domu z Pawełkiem, który bardzo tęsknił za swoją mamuśką, nie chciał jeść. Ponieważ
chętnie biegał do pobliskiego sklepu po bułeczki, Mama się cieszyła, że
przynajmniej to zajada. Ale niestety po
Jego wyjeździe, wszystkie ponadgryzane bułeczki wymiotła spod szafy. Pawełek ożywiał
się jedynie widząc z balkonu wracającego z pracy mojego Tatę. Wołał wówczas- „
proszę pani, proszę pani- tatuś idzie”. Aż kiedyś jakaś sąsiadka zapytała Mamę –
a cóż to za dziecko u państwa, które na panią mówi pani a na pana- tatuś”. To
świadczyło, ile w tym dziecku było pragnienia by posiadać ojca, ile tęsknoty za
nieobecnym. Przecież Jana zabrano gdy Pawełek miał zaledwie dwa latka….
Potem wielokrotnie
spędzaliśmy wakacje wspólnie z Pawłem.
Pamiętam, jak przybywał do nas, gdy byliśmy nad morzem, na
wczasach wagonowych. Spotykaliśmy go na dworcu, albo siadywałam na schodkach
przed naszym wagonem i wypatrywałam .
Mój brat był dużo starszy ode mnie i miał swoje życie, więc
byłam sama. Źle się czułam jako jedynaczka i zawsze bardzo się cieszyłam, gdy
przyjeżdżał Paweł .
Lubiłam, gdy się zbliżał do wagonu, wysoki, nieco przygarbiony , chudy, z
nieodłącznym siermiężnym plecakiem. Zwykle
przebywał z nami przez cały turnus i ochoczo pałaszował swoje porcje a także to ,
czego nie mógł jeść ojciec z powodu poobozowych
dolegliwości gastrycznych .
Wzajemna sympatia Pawła i mojego Taty przetrwała od
znamiennego pobytu chłopca w Gorzowie. Teraz mieli wiele wspólnych pasji, ale
chyba największą było skupianie się nad grubaśnym Rozkładem Jazdy Pociągów i planowanie jakiś fikcyjnych podróży.
Tato dbał o Jego sylwetkę i zawsze zwracał uwagę, by chodził prosto a nawet czasami
sugerował, by w celu wyprostowania pleców zakładał poprzecznie kij pomiędzy plecami a ramionami .
Paweł był bardzo opiekuńczy. Pamiętam, jak w tym
niezapomnianym czasie wspólnych wakacji
nad morzem, uwielbiałam poranne kąpiele. Budziłam Pawła, ale On odwracał się na
drugi bok i dalej smacznie chrapał. Ale, jak opowiadała Mama, po chwili się
zwlekał z łóżka mrucząc- pójdę, bo jeszcze się utopi. A ja, taplając się w
morskiej fali, obserwowałam pustą o tej
porze wydmę i z radością witałam znajomą
wielką i chudą sylwetkę na jej szczycie….
Paweł był mi jak Najprawdziwszy Brat….
Gdy wrócił Jan
z Syberii, Konopielkowie od razu odwiedzili nas w Gorzowie.
Znajomość i przyjaźń trwała. Lubiłam jeździć do Lidzbarka,
spotykać tych Ludzi, którzy mimo bardzo ciężkiego życia zachowali wielką
radość, optymizm i ciepło. Grzałam się u ich boku. Zresztą podobnie odczuwał
mój brat Zenon, i wielu młodych ludzi, którzy lgnęli do tego domu…..
Po latach spotkałam dorosłego Mirka.
Przedtem nasze drogi się rozmijały, studiował, rozpoczął pracę w Warszawie i do
Lidzbarka przyjeżdżał rzadko.
W opowieściach Mamy a może w mojej pamięci pozostało tylko
jedno wcześniejsze wspólne spotkanie . Gdy
miałam może cztery albo pięć lat , pojechaliśmy
jak zwykle do Lidzbarka. I wtedy ponoć Mama
żartowała że ja jestem dobrą
partią , gdyż dostanę ładny posag, bo
Rodzice oddadzą mi przepiękne poniemieckie meble, które mieli w
gorzowskim mieszkaniu. Faktycznie były ładne duże i ciekawe. Wówczas Mirek, który wtedy już był
młodzieńcem, ale nie pozbawionym poczucia humoru i dystansu do siebie, przyklęknął na jedno kolano i oznajmił, że w takiej sytuacji On prosi Zosię o rękę. Ale ja natychmiast bardzo poważnie odpowiedziałam, że niestety wyjdę za mąż za lekarza świń i krów. W
sąsiedztwie, przy ul. Kosynierów Gdyńskich w Gorzowie, mieszkał dość pulchny
młodzieniec, który był weterynarzem. Bardzo go lubiłam….Tego wydarzenia Mirek nie
zapamiętał, a jedynie jakąś inną migawkę z tego czasu. Otóż tam, gdzie wówczas mieszkali Konopielkowie, przy ul.Mazurskiej na pięterku, wucecik był na parterze, w mrocznym
miejscu. Sama się bałam tam schodzić,
tym bardziej, że schody były wysokie i kręte. Mamie nie bardzo chciało się ze
mną tam ze wędrować i wówczas Mirek
zadeklarował swoją pomoc .. Potem już się nie widywaliśmy.
Gdy się spotkaliśmy po kilkunastu latach , jakimś dziwnym trafem ulegliśmy wzajemnej
magii.
I nadal jesteśmy pod jej wpływem. ….
Tylko zdążyły wyrosnąć nasze dzieci i wnuki…..
I dalej tak napisał Mirek:
„ Wszystkie nasze dzieci się urodziły i wychowały w
niewielkim żoliborskim mieszkaniu z szerokim widokiem na Warszawę .
Dziś mieszkamy sobie w wymarzonym domku w Michałowicach w pobliżu naszej Córki- Ewy, która wyszukała
dla nas działkę i zdopingowała do budowy domu.
Od ponad 30 lat
wyjeżdżamy do Gulczewa , gdzie mamy domek letni przytulony do cudnie
meandrującego Bugu i Puszczy Białej będącej częścią Puszczy Kurpiowskiej.
8 lat temu wróciliśmy w góry , gdzie urodziła się Mamy Zosi-
do Godziszki. I tam w pięknym miejscu, u podnóża Skrzycznego z widokiem na całą
Kotlinę Żywiecką i dookolne szczyty jak m.in. dostojną, rozłożystą Babią Górę-
prawdziwą babę, Pilsko, Romankę i inne, wyrosła nasza drewniana, niewielka ale urocza
chatka . Miejsce jest urokliwe, chętnie i często tutaj wyjeżdżamy. Lubią tam
też przebywać nasze Dzieci i Wnuki, co nas bardzo raduje.
Ja , mimo poemerytalnego wieku i znacznej naturalnej
dominacji młodych, nadal współpracuję jako doradca z dużą korporacją cementową,
z czego jest bardzo dumna moja Rodzina.
. Zosia czasami konsultuje dzieci z chorobami nerek, udziela porad
internetowych oraz prowadzi nasz rodzinny pamiętnik i wspomnienia ze swojej
medycznej ścieżki , wkładając te treści do blogu. Może powstanie z tego dość obszerna saga rodzin
Konopielków i Łukaszewiczów .
Jesteśmy zadowoleni z naszych osiągnięć i czujemy się
spełnieni zawodowo.
Cieszymy się szczęśliwym życiem naszych Dzieci a przede
wszystkim Wnucząt i staramy się im pomagać.
Ich życie, ich sukcesy, problemy, dzień po dniu są naszymi
radościami i kłopotami.
I wyobrażamy
sobie, że nasza Rodzinna Gromadka, która już się uwolniła od ziemskich problemów, rezyduje w Zaświatach
i spędza tam razem mile czas, tak jak
kiedyś…Jest tam nasz Jan- Sybirak w towarzystwie swojej Ukochanej ( jak zawsze podkreślał) Helenki , są Wojciulowie, pomordowani Rodzice i
Rodzeństwo Heli, są Rodzice Zosi- Łukaszewiczowie z Synkiem
maleńkim Wacusiem, bardzo dorosłym Synem-
Zenonem a także nasz Brat- Paweł.
Oni Wszyscy patrzą na nas ze swoich dalekich galaktyk i widząc, jak rosną nasze dzieci i wnuki, kochają się i są sobie życzliwi…wielce się radują.
A Jan pewnie tak
sobie myśli-
„ warto było się urodzić, pięknie żyć, kochać z całego serca-
bo bez tego nie byłoby tak licznej
rodziny, która wywodzi się z mojej
gałęzi naszego silnego i wielkiego drzewa rodowego .
I warto było walczyć o przetrwanie syberyjskiej katorgi, by jeszcze się spotkać po latach, odbudować
więzy rodzinne , zobaczyć Wnuki i Wami Wszystkimi
się cieszyć…. „
Może nasi potomkowie, kolejne młode pokolenia wezmą do ręki
tę książeczkę i wspomną ciepło swojego praDziadka, Sybiraka, pomyślą o tym, jaki
On był i będą pielęgnować w sobie Jego
cechy charakteru- wszak mają w sobie Jego silne i dobre geny.
Pozdrawiamy Ciebie Janie i dziękujemy za Twój piękny
przykład życia i postaramy się żebyś był z nas zadowolony”.
Mirosław i Zofia Konopielko z d.Łukaszewicz Michałowice
k/Warszawy marzec 2013