Moje góry pamiętają, choć nieme (10)

zdjęcie własne, dla mnie symbol samotnej wędrówki mojej Mamy przez życie.

Poniżej ostatnie odcinki wspomnień Mamy do czasu poznania mojego Taty……

Opowieści mojej Mamy. Pierwsze spotkanie z bolszewikiem.

Moja Mama mając 18 lat znalazła się sennym kresowym miasteczku, Rakowie.  Nieopodal przebiegała granica z Rosją. Pas przygraniczny zajmował tereny pięknych lasów a granica w jednym miejscu zaginała się tworząc uchyłek.

Któregoś dnia Mama, zbierając grzyby zapuściła się w ten teren. I nagle zobaczyła nieomal przed sobą bolszewika w baniastej stożkowatej czapie z czerwoną gwiazdą nad czołem, który spoglądał na Mamę z wysokości swojego konia.

Przerażona uciekła, i potem wiele razy w nocy miała złe sny z bolszewikiem w tle.

Opublikowane w 19 października 2012 przez Zofia Konopielko

Opowieści mojej Mamy. Wieczorne zajęcia w wynajętym pokoiku.

Mama razem z młodziutką koleżanką też nauczycielką, która przybyła tutaj z Ukrainy , zamieszkała w wynajętym pokoiku niewielkiej chałupki. Gospodarze byli dobrymi, gościnnymi ludźmi  i Mama czuła się tam dobrze.

W długie jesienne wieczory siadywały z koleżanką przy stoliku, na którym ledwie się tliła lampa naftowa, poprawiały prace domowe uczniów a w wolnych chwilach wyszywały. Ukrainka nauczyła Mamę wyszywać krzyżykami, i po wojnie w naszym nowym gorzowskim domu mogłam podziwiać prace Mamy. Były to serwety, serwetki, bieżniki a nawet cudny bardzo kolorowy kilim  wyszyty na bordowej aksamitnej tkaninie .

Podziwiałam kunszt i precyzję tych prac a także fakt, że Mama uratowała je z pożogi wojennej i przywiozła do Gorzowa.

Opublikowane w 21 października 2012 przez Zofia Konopielko

Opowieści mojej Mamy. Zaprzyjaźnione myszki.

W pokoiku , który zajmowała moja Mama z koleżanką zamieszkały także myszki.

Mama wielokrotnie opowiadała, że siedziała cichutko i wówczas z norki wyłaniał się wąsaty nosek , potem następny i myszki wdrapywały się na stół, gdzie młode nauczycielki zostawiały im okruchy chleba.

Którejś nocy, mama usłyszała pisk , który się wydobywał spod jej poduszki. Uniosła poduszkę i prześcieradło i zobaczyła , że w sienniku ma swoje gniazdo rodzinka mysia. I właśnie urodziły się młode, co oznajmiały całkiem donośnym piskiem.

Podobno Mama wcale nie była przerażona i nie reagowała na takie sąsiedztwo.

Słuchałam z niedowierzaniem tej opowieści. Do tej pory nie mogę wyjść ze zdumienia, że można było przyjaźnić się z myszami.

Ale Mama opowiadała to z takim uśmiechem i sympatią dla tych stworzonek, że w końcu uznałam, że tak było naprawdę.

Opublikowane w 23 października 2012 przez Zofia Konopielko

Opowieści mojej Mamy. Niezapomniany ksiądz Żuk.

 W czasie pobytu w Rakowie, Mama przyjaźniła się z księdzem Żukiem, który uczył razem z Nią w szkole.

Zresztą nie było osoby w miasteczku, która by o nim powiedziała złe słowo.  

Był jedynym księdzem w tej parafii.

Drobnej postury, z ryżawymi włosami, wnosił wszędzie uśmiech i pogodę ducha. Emanował dobrocią i łagodnością. Był skromny, uczynny i biedny. Nosił sutannę gęsto połataną i wypłowiałą.

Opiekował się biedną młodzieżą, wszyscy do niego lgnęli i wielokrotnie szukali pomocy lub porad w rozwiązywaniu różnych problemów szkolnych i domowych.

Gdy był czas na lekcję religii, ksiądz Żuk przybywał do klasy . Tam czekały na niego z utęsknieniem dzieci wyznania katolickiego. Po małych Żydów przychodził rabin a po dzieci wyznania prawosławnego- pop. Te dzieci ociągając się nieco przechodziły do innych pomieszczeń na swoje zajęcia. Mówiły głośno, że też chciałyby posłuchać tego o czym opowiada ksiądz Żuk. Ale miały poczucie obowiązku i nie protestowały głośno.

Nikt się temu nie dziwił, wszyscy uważali, że różnorodność wyznaniowa jest normą. Dopiero dalsze karty historii  pokazały jak straszliwa może być nietolerancja. Ksiądz uczył  religii, ale też organizował zajęcia sportowe, w meczach piłki nożnej sam brał udział, zakasawszy uprzednio poły sutanny. Poza tym był animatorem różnych czynów społecznych. Na zachowanym zdjęciu z naszego rodzinnego albumu widać grupę młodzieży , która pod batutą  księdza sadzi nowe drzewka wokół szkoły.

On dawał moim Rodzicom ślub, przedtem musiał ośmielać Mamę, by się nie krępowała pójść do niego do spowiedzi, gdy mu to wyznała w rozmowie w szkole. Mój Tato  opowiadał, że ksiądz wygłosił do nich  piękne i mądre kazanie.

Taki był niezapomniany ksiądz rakowski- ksiądz Żuk.

Opublikowane w 25 października 2012 przez Zofia Konopielko

Opowieści mojej Mamy. Uczniowie…

 Mama dobrze się czuła w gronie pedagogicznym, lubiła swoich uczniów.

W to wierzę, gdyż miałam wielokrotnie okazję obserwować Jej gorzowskich uczniów. Bywało, że rano ktoś dzwonił do drzwi naszego domu, otwierałam , a za drzwiami stał maluch z tornistrem. Z bardzo poważną miną oświadczał, że przyszedł po swoją panią.

 Kilka lat temu rozmawiałam ze znanym starym ortopedą , profesorem Malawskim i zapytałam, czy pamięta moją Mamę, swoją rakowską nauczycielkę. Popatrzył na mnie bystrze i powiedział z uśmiechem –  oczywiście- miała takie piękne oczy – i  wymienił kilka szczegółów z życia Mamy, co świadczyło, że pozostała w jego pamięci jako osoba niezwykła, sam dodał, że pamięta też Zenona i Wacusia…..

Opublikowane w 27 października 2012 przez Zofia Konopielko

Opowieści mojej Mamy. Polacy, uciekinierzy z bolszewickiej Rosji..

Bardzo mocnym przeżyciem nie tylko dla mojej Mamy były nocne odwiedziny polskich uciekinierów  z Rosji. Ludzie ci, po utworzeniu państwa polskiego znaleźli się przypadkowo poza granicą ojczyzny.

 Panujący w Rosji terror i wszechwładny  głód a także tęsknota za Polską powodowały, że z wielkim trudem pokonywali oni zasieki graniczne cudem unikając śmierci z rąk bolszewików i szukali pomocy w tym kresowym miasteczku.

Oczywiście władze polskie zgadzały się na przyjmowanie tych ludzi, starały się dać im zatrudnienie i zapewnić godziwe warunki życia.

Jednak w pierwszej chwili , po przekroczeniu granicy, zwykle nad ranem  pukali do drzwi mieszkańców prosząc o kawałek chleba. Byli wynędzniali, obdarci, brudni i głodni. Ludziska starali się jak mogli, by im pomagać. Jednocześnie byli przerażeni tym, do czego są zdolne władze radzieckie.

Mama długo nie mogła zapomnieć, a właściwie nigdy nie zapomniała, wracając w swych opowieściach do obrazka samotnej kobiety w łachmanach, która uciekając z Rosji , przerzucała kolejno przez kolczaste graniczne zasieki  swoją piątkę małych  dzieci. Każde z nich było zapakowane do worka ….

7 maja 2012 przez Zofia Konopielko

Ukraiński haft krzyżykowy.

Gdy zobaczyłam chorągwie w cerkwii Lwowskiej, a na nich haft krzyżykowy, doznałam rozczulenia serca. Odezwały się we mnie najpiękniejsze i najczulsze wspomnienia opowieści mojej Mamy. Miałam wtedy niewiele lat, siadywałam na podłodze przy łóżku często chorującej Mamy, w naszej złocistej poniemieckiej gorzowskiej sypialni i słuchałam. Mama lubiła opowiadać. Jej opowieści były barwne i zawsze miały wyraźny początek i ciekawe zakończenie.

Teraz został przywołany obraz dwóch młodziutkich nauczycielek, które rzucił los na Wileńszczyznę. Były tutaj samotne, więc wieczory spędzały w swoim maleńkim pokoiku i przy chybotliwym świetle dziergały sobie coś tam. Mama pochodziła z Beskidzkiej wsi, ukończyła seminarium nauczycielskie w Bielsku- Białej a koleżanka była Ukrainką. Mama uczyła ją ściegów, które poznała do zakonnic- Niemek, które prowadziły jej seminarium. Ale Ukrainka odkryła przed Mamą zupełnie nowy, barwny i piękny świat haftów krzyżykowych.

Koleżanka nauczyła Mamę  tej sztuki, i potem w gorzowskim domu rodzinnym mieliśmy sporo serwetek tak zdobionych.

Gdy miałam może 3-4 lata, krawcowa uszyła mi płaszczyk z białego sukna, który Mama obszyła z przodu dwoma pasmami tkaniny z wyhaftowanym krzyżykowym barwnym wzorem.  Całość była przepiękna, płaszczyk bardzo lubiłam . Nie był zapinany, ale miał dwa splecione kolorowe sznureczki, zakończone niewielkimi pomponikami.

I gdy teraz  tak stałam  przed chorągwią w tej lwowskiej cerkwi, przed oczami przesuwały  mi się obrazy z młodości mojej Mamy i z mojego dzieciństwa, zamglone już ale bardzo bliskie sercu i ciepłe.

Po powrocie ze Lwowa , zajrzałam do Wikipedii. I znalazłam nieco informacji nt tego haftu.

Ma on na Ukrainie zadziwiająco długą historię .

Otóż już Herodot, opisując najazd Dariusza w 513 r. p. n.e. na ludy trackie i dackie, , mieszkające na terenie dzisiejszych Bałkanów oraz Zach. Ukrainy, wspomniał o niezwykłych ozdobach stroju tych ludów. Opisał jak wygląda ów haft krzyżykowy.

W trakcie wykopalisk prowadzonych na terenie dzisiejszej Ukrainy, znaleziono haftowane stroje z I wieku n. e., ozdabiane właśnie takim haftem.

Inne wczesne przykłady  haftów, obejmujących motywy bogini przedchrześcijańskiej, takiej jak bogini Berehynia

Na XI wiecznych freskach i miniaturach w Soborze Mądrości Bożej w Kijowie, też znajdujemy ten element zdobienia szat.

Współczesne rękodzieła hafciarskie  wykazują wyraźne podobieństwo do lokalnego haftu tworzonego przez wieki.

Na Ukrainie, w XIX wieku, haftowanie było codziennym zajęciem mieszkańców.

Dekorowano nim stroje, tkaniny oraz domy i kościoły. Ozdobione haftem przedmioty , takie jak ręczniki, mają znaczenie symboliczne w wielu ceremoniach  i rytuałach na Ukrainie.

Haft wg wierzeń ludowych wiązał się z wierzeniami , mitami i przesądami, w tym również dotyczącymi ochrony przed złymi mocami jak również  płodności.

Teraz gdy pomyślę-  Lwów- mam przed oczami zdjęcia , które tutaj zamieściłam  –  chorągiew ze lwowskiej cerkwi z pięknymi krzyżykami oraz dzieciaki pląsające pod cerkwią z bliżej nam nie znanego powodu, w towarzystwie rodziców i pod uśmiechniętym okiem  kapłanów.  Dzieciaki mają bluzki i koszule zdobione haftem krzyżykowym. Udało mi się uchwycić takie ozdoby tylko u pojedynczego dziecka. I widać to na zdjęciach. Bałam się wykonywać zdjęcia , bo nie znałam miejscowych zwyczajów …..I gdy pomyślę Lwów, widzę dwie młodziutkie dziewczyny na Wileńskich polskich kresach , pochylone nad płótnem, w migotliwym światełku lampki , wyczarowujące haftowane kolorowe szlaki.

Krzyżykowe szlaki ……

6 listopada 2012 przez Zofia Konopielko

Losy moich Rodziców. Jedyny taki karnawał Roku Pańskiego 1926.

Przy granicy z Rosją drzemie małe polskie miasteczko, a groźni bolszewicy czuwają za miedzą.

To Raków. Miejsce urodzenia pradziadka-Bolka Rodziewicza i Babci-Stanisławy Rodziewicz i Tomasza  Łukaszewicza i ich syna, mojego Taty- Wacława a także brata Zenona….

Ta Kresowa gałąź moja mocno się trzyma swojej ziemi. Czerpie z niej miłość do ojczyzny, nienawiść do zaborców, poetyckie wzloty i romantyczne spojrzenia.  

W tym  miasteczku wszyscy się znają i wydaje się, że są zamknięci w swoim kresowym świecie i może nawet nie czekają na jakieś nadzwyczajne wydarzenia. Chłopcy mają swoje krasne dziewczyny, miłe i znajome.

Wszystko jest ułożone , w jakiś sposób przewidywalne i oswojone.

I właśnie rozpoczyna się niezapomniany rok 1926.

Nadchodzi styczeń wlokąc za sobą syberyjskie wielkie mrozy . I przyfruwa radość z ferii szkolnych .

Nowa mieszkanka Rakowa, Stefa Jakubiec,  młodziutka nauczycielka urodzona na obcej ziemi, w dalekich górach  , która porzuciła rodzinne strony , od września 1925 roku pracuje w miejscowej szkole .  Jest tak zajęta nowym środowiskiem, swoją pracą i gromadzeniem funduszy na pomoc rodzinie, że chyba nawet nie myśli o sprawach swojego serca.

I wówczas do Rakowa wpada na ferie młodzieniec, Wacław Łukaszewicz, który jeszcze się uczy  w Szkole Technicznej w Wilnie. Właśnie się  grzeje w domowym ognisku, konsumując smakołyki, którymi raczy go Mama.  Gdzieś w Wilnie jest jego świat- kolorowy ciekawy ozdobiony pięknymi pannami, które krążą jak barwne motyle  wokół  wychowanków Szkoły Technicznej. Raków to tylko cicha, spokojna i miła rodzinna przystań.

Ale  teraz jest karnawał, czas potańcówek w miejscowym kasynie Wojsk Ochrony Pogranicza.

Zapraszane są miejscowe nauczycielki i różni miejscowi młodzi ciekawi chłopcy.

Stefa się ociąga, ale wreszcie namówiona przez koleżankę, jeszcze nieświadomie podąża ku przeznaczeniu.

Wacława chyba też wyciągają koledzy, mimo, że nie ma ochoty, bo zna miejscowe dziewczyny i żadna nie wydaje mu się dość ciekawa. Nie to co wileńskie panny, myśli, idąc ospale w stronę kasyna.

 4 listopada 2012 przez Zofia Konopielko

Opowieści mojej Mamy. Zamknięcie tego rozdziału.

I tak doszłam w opowieściach rodzinnych do momentu, który rozpoczął nowy rozdział.

Bo nadszedł rok 1926 i razem z nim czas spotkania  moich Rodziców.

I od tej pory  dzieje Stefy Jakubiec i Wacława Łukaszewiczów  stały się wspólne .

Tym było  ich zauroczenie, zakochanie  i wytrwanie razem do bardzo późnej starości, mimo wielu trudności .

Dla mnie jest to pewnego rodzaju fenomen. Było to małżeństwo z wielkiej, chyba częściowo wyidealizowanej miłości, ale potem pewnie już tylko wierność ideałom wyniesionym z domów rodzinnych .

Zastanawiam się na jakiej zasadzie trwają stare małżeństwa i nie znajduję jednej odpowiedzi. Prawdopodobnie składa się na to wiele czynników, większość z nich to tylko ich tajemnica, którą ci ludzie zabierają ze sobą do grobu.   

No cóż, nie ma co filozofować. Życie pędzi dalej, więc czas, bym spisała kolejne , trudne losy moich Rodziców.

Zapraszam więc do rozdziału pt. Losy moich Rodziców, a właściwie to sama przenoszę się w tamte czasy ….

20 czerwca 2014 przez Zofia Konopielko Jaśminowe zakochanie…

Gdy czerwcowa noc zapala za moim czarnym do tej pory oknem domku w Gulczewie nad Bugiem, wielki lampion, z jarzącymi tajemną bielą światełkami  jaśminowych kwiatów, czuję, że nadeszła pora na zakochanie. Nie moje, bo moje było stokrotkowe, frezjowe przypieczętowane gerberami, ale zakochanie moich rodziców.

I cofam się do roku 1926 i jestem w maleńkiej polskiej kresowej mieścinie, tuż przy granicy z Rosją, w Rakowie, gdzie jest 19 letnia Stefa, bo tyle lat miała gdy przybyła w dalekie dla niej strony by uczyć polskie dzieci . I jest Wacław, miejscowy chłopak w tym samym nieomal wieku, absolwent wileńskiej Szkoły Technicznej. I spotykają się na potańcówce, na którą iść nie miała ochoty, ale zaciągnęła ją koleżanka. On właśnie przyjechał do rodziców, a od kilku lat bywał w Rakowie  rzadko. I zobaczył tę beskidzką góralkę o niespotykanej tu surowej urodzie i wielkim błękicie trochę nieśmiałych oczu . I popłynął do niej z przeciwległego krańca sali, a miejscowe panny tylko patrzyły i było im żal, że nie do nich. tak płynie.  I ona zatonęła w jego szarozielonych dobrych i łagodnych oczach. I tańczyli do rana, razem, tylko sami na parkiecie , bo tak im się zdawało.

A rano ktoś zapukał w okienko izby w której mieszkała. Jeszcze senna, gorąca od marzeń, wyjrzała …

Pod oknem stał Wacek, ten, którego dłoń jeszcze czuła i ramię opiekuńcze i który zamęt spowodował w jej głowie …bez słowa podawał jej czapkę wypełnioną kwiatami jeszcze wilgotnego po nocy jaśminu. Krótkie były jego łodyżki, jak to jaśmin ma – jeśli się nie chce łamać całych gałęzi, łatwo zerwać te krótkie łodyżki.

Nigdy kwiatów od nikogo nie dostawała, a może dostawała, ale nie opowiadała. Tylko o tym jaśminie w czapce i tamtym dniu wspominała. I tato nieraz wspominał. I żyli razem długo i szczęśliwie. Chyba do pełni szczęścia dużo im brakowało. Opisywałam już kiedyś ich losy. Ale do końca swoich dni jaśmin ten wspominali….

     A teraz pozostał we mnie, jaśmin, symbol zakochania i jest i co roku zapala noc czerwcowa białoświetlisty lampion na ciemnym niebie za moim oknem ….

Posłowie do Pamiętnika Jana – dzieje rodziny…

Po zamieszczeniu tu pamiętnika mojego teścia – Jana Konopielko, gorzowska przyjaciółka napisała – szkoda, że nie znamy powojennych losów Jana. I wtedy przyszła do mnie myśl, że są opisane, już dość dawno. Wprawdzie tylko dla moich dzieci i wnuków , ale Mirek który zawsze ma łzy w oczach – jak mówi –  gdy czyta , powiedział – wrzuć do blogu też Posłowie, które napisałaś.  To nic, że jest tam trochę wyznań intymnych . Bo życie także się  z nich składa. Z pewnymi oporami, przyznam – podaję tekst ten w całości . Właśnie, zastanawiałam się czy nie podzielić na części, ale uznałam, że jeśli Ktoś będzie zainteresowany dziejami nie tylko Jana ale też obu naszych rodzin, tak niezwykle splecionych , to przebrnie ….

A zdj własne z tęczą i ukochanym lasem nadbużańskim , to jakby symbol przetrwania …

Posłowie                                           

Ten dobry, ufny i radosny  Człowiek i bardzo przez nas kochany  nasz Ojciec, Teść   Dziadek i Pradziadek- Jan Konopielko, nauczyciel i Sybirak, wielokrotnie zaznaczał w tekście, że  pisał swój pamiętnik z myślą o  Dzieciach  , Wnuczętach  i Prawnukach.

Kontynuując tę myśl,  chcemy w tym miejscu zamieścić kilka informacji na temat Rodziny i wydarzeń z nią związanych . Będą to zapamiętane opowieści Rodziców oraz własne przeżycia ,  obserwacje i oceny. Może uda się też zamieścić tutaj  trochę zdjęć rodzinnych.

A więc zapraszamy….   

           Pierwsza część pamiętnika , powstawała „ na gorąco”. Czytamy tam o  mrocznym dzieciństwie , widzimy  oczami dziecka pierwszą wojnę światową  i możemy podziwiać uporczywe dążenie do wiedzy i chęć wyjścia poza granice rodzinnej wsi .

      Jesteśmy wdzięczni Jego Żonie, jedynej Miłości, pięknej Helenie , naszej Mamie i Babci , za to, że uratowała  ten pamiętnik z pożogi  II wojny światowej.

Przecież była już od roku sama, z małymi dziećmi – trzyletnim wówczas Pawłem i 10 letnim Mirkiem. Jej męża- Jana w 1944 roku aresztowali Rosjanie i wywieźli w nieznane.

Zachowała ten pamiętnik podczas wielotygodniowego transportu w bydlęcych wagonach , gdy sama z synami  opuszczała po zakończeniu wojny rodzinne kresowe polskie strony, nazywane od tej pory Republiką Białoruską .

Tak bardzo nienawidzili sowietów, że sama myśl o mieszkaniu na terenach związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, w tzw. zwanym ZSRR była im obrzydliwa.

I dlatego , pomimo, że  mogli  pozostać,  jechali tam, gdzie ich kraj. Zostawiali swoje domy i groby bliskich.

Podążali w strony które nazywać się będą Polską,  gdzie będą mogli na co dzień  słyszeć  język ojczysty .

Nie wiemy, czy do końca mieli  świadomość, że ta ich wymarzona Polska teraz nie będzie się wiele  różniła od miejsc, które opuszczali. Przecież tutaj też panował terror sowiecki. Ale o tym nie wiedzieli.  

Wyjechali z wiarą i ufnością, że dobrze robią, co na pewno dodawało im sił.

I jechali, jechali w obce strony, do cudzych miast i domów,  jechali w nieznane, oni, wygnańcy zmieniali swoje życie, które i tak okrutnie zdeformowała wojna.

Jechali z bagażem traumatycznych przeżyć, z kilkoma sprzętami zabranymi z własnego domu, jakimiś dokumentami i swoją samotnością

   Pamiętnik ten był z nimi też wtedy,  gdy ostatecznie zamieszkali w Lidzbarku Warmińskim, i  wielokrotnie zmieniali mieszkanie ( z ul.  Wiejskiej  na Mazurską i wreszcie na własny domek przy ul.  Nowej).

Wyobrażam sobie, że ten Pamiętnik był Ich wiernym Przyjacielem, Talizmanem  i Nadzieją , że Mąż i Ojciec wróci. Przecież tak bardzo na niego czekali. Synowie ochraniali  Mamę  przed wielbicielami, którzy próbowali ją zdobyć, bo  była młodą ładną kobietą , podtrzymywali ją na duchu i utrzymywali w wierze, że Tatko wróci….

I udało się .

Po 12 latach wrócił Jan do domu.

Synowie już wyrośli- Mirek miał wtedy 21 lat i kończył studia na Wydziale Budownictwa Politechniki Wrocławskiej a Paweł , chłopak 14 letni był w Liceum.

Helena, zmuszona okolicznościami, stała się niezależną kobietą, zdobyła studia, pracowała zawodowo w Liceum Pedagogicznym , miała doskonały kontakt z młodzieżą.

I co jest niezwykłe u pedagoga, potrafiła wspaniale wychować Synów. Akceptowała ich pomysły, potrafiła się zachwycać każdym sukcesem, a jednocześnie darzyła ich wielkim zaufaniem, i dawała pełną samodzielność.  Obdarowała ich własnym ciepłem, miłością i pogodą ducha, w takim stopniu, że wyrośli na odpowiedzialnych i czułych mężów i ojców. Jako mężczyźni nie mieli żadnych kompleksów , nie byli podejrzliwi i nieufni. Takich ludzi akceptowali inni i chętnie z nimi przebywali. Piszę w czasie przeszłym, bo niestety Paweł przed 13 laty poniósł niezawinioną śmierć w wypadku samochodowym pod Elblągiem. A miał tylko 55 lat.

Gdy Jan wrócił do domu, niełatwe było przyzwyczajenie się do tak wychowanych chłopców i samodzielnej żony. Helena i synowie też mieli problemy z przyjęciem Jana takim, jakim się stał w czasie rozłąki. Po tylu latach i tak długiej nieobecności oraz straszliwych przeżyciach w czasie katorgi był innym, trochę zdziwaczałym , surowym i obcym człowiekiem.

Ale zwyciężyła Miłość w tej rodzinie.

Po wstępnych trudnościach stanowili piękne radosne  i czułe stadło . Przy tej rodzinie ogrzewali się inni……

           Pod koniec życia Jan rozpoczął pisanie drugiej części pamiętnika. Zawarł w niej przejmujące  opowieści o wydarzeniach wojennych ,  czasach więzienia,  losach katorżników  i wiecznych zesłańców.

Relacje Jana nie są ubarwiane rozwlekłymi słowami, nie wymagają komentarza.

Ta oszczędność słów powoduje, że czytając uruchamiamy własne pokłady wyobraźni. Obrazy, klimaty same się tworzą i powstaje przekaz jednej z najstraszliwszych historii dziejów współczesnych . Były to działania Sowietów prowadzących   planowe wyniszczanie inteligencji polskiej. Do tego należało stawianie nieprawdziwych kłamliwych zarzutów,  fikcyjne procesy sądowe z fałszywymi świadkami  i ferowanie znanych już wcześniej wyroków. A potem zesłanie bogu ducha winnych ludzi na  syberyjską katorgę.

Jan tego doświadczył , przeżył, opisał i dał dowód prawdzie.

Jesteśmy Mu bardzo wdzięczni za tę prawdę.

    Całość Pamiętnika, w  formie rękopisu, nasz Jan przekazał swojemu najstarszemu Wnukowi, Łukaszowi, synowi Pawła, z którego namowy Dziadek kontynuował spisywanie swoich dziejów.

Potem pamiętnik  został przepisany, przyjmując formę  maszynopisu  przez Zosię Czubalę – siostrę żony Pawła, Grażyny. Zosia wykonała iście benedyktyńską pracę, za co Jej serdecznie dziękujemy.

 Kolejną osobą w tym łańcuchu byłam ja,   Zofia z domu Łukaszewicz, żona Mirka, najstarszego syna Heleny i Jana.

Pracowałam już z komputerem , ponownie przepisałam całość i teksty wrzucałam krótkimi  fragmentami, tworzącymi niewielkie tematyczne odcinki , do blogu zatytułowanego : jankonopielkoseniorpamiętnik.

    Obecna forma, książkowa, jest spełnieniem  marzenia najstarszego Syna Jana- Mirka, a mojego Męża.

Tak pisze Mirek:

„ Chciałbym  by ta książeczka pełna uczuć, przeżyć i dla nas szczególnie ważna dotarła do wszystkich członków Rodziny i Bliskich , by zagościła w ich Domach.

By w tych Domach wiecznie żyła pamięć o Tym Wspaniałym Człowieku- Janie .

 I stanowiła  źródło siły dla nas w chwilach zwątpień, bo jest dowodem, że tak wiele można przeżyć myśląc, tęskniąc i wierząc w miłość do swoich Najbliższych.

Ta wiara potrafi skruszyć mury i pokonać okrucieństwo ludzi i przyrody a potem  zakiełkować na nowo dając szansę powrotu do tego co dobre.

Dziś wydaje nam się to nieprawdopodobne, niemożliwe, dziś żyjemy w spokojnym i dostatnim świecie .

– Jestem najstarszym synem Jana. Gdy Ojciec został aresztowany, byliśmy mali. Ja miałem 9 lat a mój Brat- Paweł tylko dwa .

Przez 12 lat, wychowywała nas tylko  Mama . Dwanaście długich lat samotnej walki o byt, rozwiązywania problemów rodzinnych i tęsknoty za mężem. Bardzo kochaliśmy naszą Matkę i stale ją podziwialiśmy i podziwiamy.

Tato wrócił  do nas  w 1956 roku, po 12 latach katorgi i zesłania . Wówczas już byłem studentem ostatniego roku Wydziału Budownictwa Politechniki Wrocławskiej. Rok później otrzymałem dyplom mgr inżyniera.

1.06.1968 roku ożeniłem się z  Zosią Łukaszewicz, córką przyjaciół moich Rodziców, która wówczas była studentką Akademii Medycznej. Jeszcze w czasie trwania studiów urodziła dwoje dzieci potem kolejnych dwoje, zrobiła specjalizacje, doktorat, pracowała pełną parą dyżurując, prowadząc prace naukowe i opiekując się domem. Do tej pory się zadziwiam,  jak dała temu wszystkiemu radę. Muszę też dodać, że posiada Ona znakomitą intuicję jako lekarz . Dzięki Jej wczesnej interwencji uniknąłem zawału serca i wylazłem z choroby nowotworowej .

Ja też byłem pochłonięty pracą zawodową, awansując na kolejne stanowiska kierownicze, ale przeżyłem też i załamanie, by potem wyjść z podwójnymi siłami na prostą i zostać szefem własnej prężnej firmy.

Pomimo tylu służbowych obowiązków, przy całym rozgardiaszu domowym, na bieżąco spisywałem dzieje naszej czwórki dzieci, notowałem wszystkie stadia ich rozwoju, pierwsze ich słowa i osiągnięcia. Powstała kronika  składająca się z trzech części i przy okazji wspólnych spotkań w czasie świąt rodzinnych odczytuję odpowiednie fragmenty. Wszyscy to lubią , porównują swoje czasy dzieciństwa z tym co teraz obserwują u swoich dzieci . I tak nieprzerwanie trwa rodzinny , silnie spleciony łańcuch.

Poza tym od bardzo wielu lat mam zwyczaj zapisywania w kalendarzykach, dzień po dniu , wydarzeń, podaję wszystkie daty, godziny, okoliczności towarzyszące oraz inne informacje- np. adresy ludzi, u których bywaliśmy ich telefony, etc. W ten sposób, zawsze możemy tam zaglądać i znajdować niekiedy zapomniane, a aktualnie potrzebne  informacje. Mamy cały zbiór tych kalendarzyków. Jest to naprawdę kopalnia wiedzy, przydająca się wszystkim w rodzinie …

    Muszę też wspomnieć o tym , że jestem bardzo wdzięczny moim Teściom, którzy mieszkając w tym samym bloku, sprawowali opiekę nad całym naszym stadłem.

    Nasze dzieci są już bardzo dorosłe.

Oto one:

Najstarsza córka -Justyna ukończyła pomaturalne liceum pielęgniarskie, studium handlu zagranicznego i wszystkie etapy kursów języka niemieckiego w Instytucie  im.Goethego , uzyskując maksymalnie dobrą ocenę. Po odejściu męża, Roberta, dzielnie, najlepiej jak umiała, zajmowała się niewielkimi wtedy dziećmi. Od kilku lat jest z Arturem- architektem.  Teraz Jej Córki są już dorosłe . Weronika z zielonymi oczami, które odziedziczyła po babci Zosi i Mamie, jest  studentką biologii, pomaga  Zosi rozwiązywać problemy z komputerem, ma talent w nawiązywaniu kontaktu z  małymi dziećmi , w wolnych chwilach bywa u naszej najmłodszej Córki i opiekuje się Siostrzeńcami, którzy  Ją uwielbiają.  Dorota o marzycielskich migdałowych oczach jest maturzystkę Liceum Sióstr w Szymanowie , należy do przodujących uczennic i mamy nadzieję, że dobrze wykorzysta swoje humanistyczne talenty.

O rok młodsza od Justyny, nasza Córka-Ewa ukończyła Politechnikę, podobnie  jak ja i Jej Mąż Marcin . Jest wiecznie młodą żywiołową i bardzo wrażliwą dziewczyną. Ma artystyczne zdolności i  pasję, którą  jest tworzenie oryginalnej i ciekawej biżuterii. Obydwoje z mężem prowadzą udaną działalność biznesową. Ich  dwoje bardzo zdolnych , błękitnookich , urodziwych  Dzieci,  to Jula  – uczennica LO im. Zamojskiego oraz  Michał – nieomal gimnazjalistę. Cała czwórka  kocha przeróżne sporty, szczególnie wodne i aktywnie je uprawia . 

Nasz, młodszy od Ewy o 2 lata i trzy miesiące,  Syn- Marcin poszedł w ślady Mamy i został lekarzem. Wybrał bardzo trudną, bodajże najtrudniejszą specjalizację, został  neurochirurgiem.  Zosia mówi, że mimo ciągot by zostać chirurgiem, nie odważyła się na taki krok i została pediatrą, nefrologiem  . Żona Marcina,  Magda, też wybrała trudną, zabiegową specjalizację, jest ginekologiem. Zaledwie kilka miesięcy po urodzeniu Córeczki, Majeczki, uzyskała tytuł doktora nauk medycznych. Majka ma teraz 4 lata i dwuletniego Braciszka-  Mikołajka. Przypominają wyglądem dzieci z obrazów Wyspiańskiego. Mają płowe włosy i wielkie błękitne oczy, w których można czytać co  w ich duszy gra . Uwielbiają czytanie książek , pływanie , różne zabawy z piłką oraz psami, które mieszkają razem z nimi.

Najmłodsza nasza Córka o szarozielonych oczach po Zosi ,   Paulina , jest  psychologiem  i ciepłą, opiekuńczą, wrażliwą Matką. Właśnie kończy opracowywanie doktoratu , pracuje na  uczelni gdzie realizuje swoje pedagogiczne pasje.  Jej Mąż- Albert, mgr administracji ,  jest fachowcem w dziedzinie Ochrony Środowiska .  Mają dwóch  uroczych Synków- 4 letniego Wiktorka i pół rocznego Patryka. Wiktorek ma śniadą  karnację po Ojcu,  uwielbia wszelakie urządzenia mechaniczne i elektryczne. Na spacerach, stale odwiedzamy miejsca, gdzie można obejrzeć  przeróżne klimatyzatory, czujniki, bankomaty, z których mimo  bardzo bardzo młodego wieku  już potrafi korzystać. Obsługuje też komputer i rozmontował  sporo odbiorników radiowych. Patryk , milusi półroczniak,  jest bardzo ruchliwy , towarzyski, ale sam potrafi się bawić, gdyż Rodzice mają dla niego mniej czasu i bardzo chce uczestniczyć w zajęciach Brata.

    Z przyjemnością obserwujemy, że małżeństwa naszych dzieci są partnerskie, co jest znakiem czasów. My zostaliśmy wychowani inaczej, w naszej rodzinie był wyraźny podział ról .

    Wszystkie nasze Dzieci i Wnuki, tak jak my, uwielbiają poznawać świat, ale też kochają łazęgi po lesie, grzybobranie i potrafią cieszyć się życiem . Pamiętają o wszystkich naszych rocznicach, urodzinach i imieninach oraz świętach . Pielęgnują tradycję wspólnych rodzinnych spotkań, co raduje nasze serca. 

Starsze  Wnuki już  osiągają sukcesy sportowe, mają dobre wyniki w nauce, są ciekawymi obserwatorami życia a nawet piszą poezje. Najmłodsza czwórka też posiada wyraźne zadatki na bardzo ciekawych dorosłych.

R o d z i n a  s t a n o w i  d l a   n a s  w i e l k ą   r a d o ś ć  i  d u m ę .!

    Młodszy syn Jana, a mój Brat-Paweł,  był  prawnikiem oraz dobrym, łagodnym , ciepłym ,   uczynnym i bardzo lubianym przez innych  Człowiekiem . Niestety odszedł od nas  przedwcześnie, w  wieku 55 lat, w sposób gwałtowny i niezawiniony.

Ta śmierć położyła się cieniem na całą naszą Rodzinę.

Ale  Jego Najbliższym po prostu zawalił się świat, do tej pory bezpieczny i przewidywalny.  

Wszystkie obowiązki domowe  z konieczności przyjęła na swoje barki Jego żona, Grażyna – filolog, redaktor w wydawnictwach naukowych. Nie poddała się, dźwiga swój ciężar z niebywałą siłą.  Jest aktywna ,  chętnie bywa w kinach, teatrach i na zajęciach naukowych.

Dobrze, że zawsze wspiera Ją najstarszy Syn- Łukasz . Gdy odszedł Paweł, Łukasz miał już tytuł doktora ekonomii,  rodzinę , był  dojrzały i odpowiedzialny . Teraz jest  wykładowcą na uczelni . Jego Żona – Dorota jest  krytykiem teatralnym.  Posiadają dwoje  dzieci – Dominikę i Gerarda. Mają  zdolności aktorskie, pięknie śpiewają i już od dawna występują na deskach teatrów, pomimo bardzo młodego wieku.

Młodszy syn Grażyny i Pawła , Jan, w chwili śmierci Ojca, był młodym nastolatkiem. Widzieliśmy z jakim trudem  starał się podtrzymywać Matkę , mimo, że  był to chyba ciężar ponad Jego siły . Ma  zdolności humanistyczne, znakomicie zna historię, geografię i posiada  talent pedagogiczny. Potrafi być opiekuńczy, rodzinny i naprawdę imponuje posiadaną wiedzą….

        Mój Ojciec- Jan , wkrótce po zakończeniu pisania pamiętnika, odszedł do innego, pewnie ciekawszego świata.

Zmarł 22 grudnia 1985 roku , nagle w Szpitalu Olsztyńskim, gdzie miał planowo przetaczaną krew z powodu przewlekłej białaczki szpikowej.

Do końca zachował jasność umysłu, radość życia , wiarę w ludzi i nigdy nie wspominał źle swoich oprawców, co nas zadziwiało. Ponadto kochał ogród i pszczoły no i oczywiście zawsze wielbił swoją jedyną Wielką Miłość- Helenę…

Ona niedługo potem poszła za Janem . Jak mawiała po Jego śmierci, używając przenośni- ich wspólny dzban życia pękł … . Zmarła 2 marca 1987 roku, w dzień swoich Urodzin i Imienin.”.

Tutaj kończy się opowieść Mirka. A teraz ja, ich synowa, Zosia, znowu wracam do mojej opowieści.

    Helena i Jan, moi Teściowie  spoczywają na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim, w tzw. Alei Zasłużonych. Wiatr ich kołysze do snu , gdy wpada pomiędzy pięknie, zielone zadrzewione wzgórza .

Po pogrzebie Heleny, odjeżdżaliśmy późnym wieczorem z Lidzbarka. Myśleliśmy, że tam , w tym  niewielkim nieco sennym i pięknym miasteczku zostały tylko groby. Ale tak nie było. Na ostatnim wysokim zakręcie odwróciłam się , patrząc na oddalające się miasto i nagle ujrzałam jarzące się światełka na konarze wielkiego przydrożnego drzewa. Były to dwie sowy, siedzące blisko siebie, tyłem do miasta i patrzyły w naszym kierunku. Nigdy przedtem ani później nie widziałam tych nocnych ptaków….

          Na marginesie opowieści o Janie, Helenie i ich synach nie sposób pominąć pewnej niezwykłej przyjaźni  dwóch rodzin- Konopielków i Łukaszewiczów uwieńczonej naszym małżeństwem. Losy te, tak bardzo nietypowe, przedstawię poniżej.

Wspólna historia zaczyna się w Smorgoniach.

Ale przedtem, moja Mama – Stefania Jakubiec,  po ukończeniu Seminarium Nauczycielskiego w Białej ( wówczas było to odrębne miasto- obecnie jest połączone z Bielskiem) wyjechała na dalekie kresy, niosąc tam przysłowiowy kaganiec oświaty.

Było to w 1925 roku, państwo Polskie było bardzo młode i potrzebni byli nauczyciele, szczególnie w tych rejonach. Początkowo pracowała w miasteczku przy granicy z Rosją – w Rakowie, gdzie poznała mojego Tatę, Wacława Łukaszewicza. Ich wielka miłość, taka od pierwszego wejrzenia,  dojrzała w postaci małżeństwa zawartego w 1932 roku. Ponieważ Tato ukończył Szkołę Techniczną w Wilnie, otrzymał pracę na kolei w tym mieście.  Po urodzeniu 14.05.1934 roku syna- Zenona  , Rodzice starali się o pracę dla Mamy w pobliżu Wilna.  I w rezultacie w 1938 roku, Mama zamieszkała w Smorgoniach.

       Jakże dziwnie  splatają się losy ludzkie. Mama odbyła tak długą drogę ze swoich gór, by spotkać miłość swojego życia i wkrótce poznać Konopielków. Po przyjeździe do Smorgoń, , uczestniczyła w zebraniach nauczycielskich . I tam po raz pierwszy zobaczyła Jana. Zwracał uwagę urodą oraz elokwencją i wiedzą. Należał do czołowych dyskutantów. Wówczas jeszcze nie poznali się osobiście i nawet ze sobą nie rozmawiali.

       W przeddzień wybuchu wojny, dokładnie 31 sierpnia 1939 roku , mój Tato , jako kolejarz został  zmobilizowany i wysłany  nakazem pracy w poznańskie. Gdy zdążał na miejsce, Niemcy zaczęli atakować polską ludność cywilną . Wybuchła panika i chaos. Tato próbował wracać do domu, ale po drodze został aresztowany i po kilku miejscach uwięzienia ostatecznie  osadzony w obozie koncentracyjnym pod Berlinem w Sachsenhausen. Mama została sama z 5 letnim Zenonem, w trzymiesięcznej ciąży. W lutym 1940 roku, urodziła Synka, który otrzymał imię Ojca- Wacław. Swojego Ojca nigdy nie poznał.  

     Nieco wcześniej, bo 21 września 1939 roku,  Mama się dowiedziała od sąsiadów o nie dającej się opisać słowami tragedii, którą przeżyła żona Jana- bandyci zamordowali całą Jej Rodzinę. Jan pisze o tym straszliwym wydarzeniu w swoim pamiętniku. Całe miasteczko wyległo na ulicę gdy dwa dni później odbywał się tragiczny pogrzeb formujący się w wielki pochód. Rozpoczynało go siedem trumien z ciałami zamordowanych, które  spoczęły na miejscowym cmentarzu. Teraz jest tam nadal pomnik na Ich grobach i opiekuje się nim życzliwa daleka krewna, mieszkanka Smorgoń.

      Któregoś dnia, po kilku tygodniach od tego wydarzenia , Mama jak zwykle zabrała Zenona i udała się do stołówki  szkolnej, gdzie jadali obiady.

I wówczas dostrzegła siedzącą w rogu sali nieznajomą kobietę. Była  przeraźliwie blada, właściwie przezroczysta , bardzo szczupła w właściwie wychudzona . Miała piękną twarz   o nieruchomych oczach. Wyglądała jak Madonna z obrazów. Obok niej siedział kilkuletni chłopczyk i  z wielkim zainteresowaniem przyglądał się  wchodzącym .

Gdy Mama z Zenonem usiedli przy stoliku, chłopczyk nie wytrzymał , zerwał się i podbiegł do Zenona. Zaczął go zaczepiać i po chwili obaj hasali po stołówce.  

Wówczas   Panie wymieniły uprzejmości, przedstawiły się sobie i od razu poczuły do siebie sympatię.  

Okazało się, że ów wesolutki chłopczyk nazywa się Mirek, jest o rok młodszy od Zenona a ta pogrążona w żałobie pani, nazywa się Helena Konopielko i jest żoną Jana.

T o  b y ł  m o m e n t  d z i e j o w y  w  h i s t o r i i  n a s z y c h  r o d z i n.

   Panie zbliżyły się do siebie, często odwiedzały się w domach a  chłopcy lubili wspólne zabawy.    

W tym czasie Konopielkom powodziło się dość dobrze. Mieli jeszcze folwark, młyn i kamienice w Smorgoniach i chyba w Wilnie. Mama była sama z dwojgiem dzieci. Jan często podrzucał Mamie jakieś wiktuały, zabierał Zenona do swojego domu, gdzie chłopiec miał dobre wyżywienie, opiekę i ciepło domowe.

W 1942 roku miał przyjść na świat kolejny potomek Konopielków. W tym czasie mieszkali oni w Sukniewiczach, pod Smorgoniami, trwała wojna, obowiązywała godzina policyjna i zakaz  włączania  światła o zmroku.  Dlatego Panie  uzgodniły, że będzie bezpieczniej, by poród odbył się w Smorgoniach. Mieszkała tam zaprzyjaźniona położna i niedaleko był szpital, niezbędny w razie komplikacji.  Mama zaproponowała, by Helena rodziła w Jej mieszkaniu.  

Tydzień przed terminem tego wydarzenia, Jan zabrał Zenona do swojego majątku, gdzie razem z Mirkiem przebywał pod opieką służącej . Mały dwuletni Wacuś pozostał w domu i tam też  czasowo zakwaterowano  ciężarną Helenę .

Ponieważ Panie się lubiły, to czas mijał na przyjemnych rozmowach. Ale któregoś dnia, wieczorem, Mama zrobiła podręczne pranie i przypadkowo wylała nieco wody na podłogę w kuchni. Do wycierania wody wydelegowała Helenę, uzasadniając, że kobieta, która jest aktywna fizycznie, łatwiej urodzi. I faktycznie po kilku godzinach rozpoczęła się akcja porodowa. Znacznie później  Helena lubiła wypominać Stefie, że przez nią urodziła Syna. Oczywiście to były takie sympatyczne żarty .

Mama rozpaliła w piecu, nastawiła kocioł z wodą i pobiegła po położną.

Ponieważ obowiązywało zaciemnienie, została zapalona świeczka , którą Mama oświetlała drogę przychodzącemu na świat , umożliwiając jakieś działanie przy położnicy. Helena rodziła na naszym tapczanie, który potem przyjechał z Mamą do Gorzowa.

I po kilku godzinach, bez komplikacji , w nikłym świetle pełzającego  ognika świeczki, przyszedł na świat duży dorodny chłopiec.

Było to 29.03.1942 roku. Otrzymał On imię  zamordowanego małego braciszka Heleny- Paweł.

Rano przybył do nich Jan. Przywiózł jakieś ciuchy i zapytał gdzie jego żona . Mama pokazała odpoczywającą na tapczanie Helenę z niewielkim tłumoczkiem u boku.  Jan się zaśmiał. Żarty sobie robicie, lalkę jakąś widzę. Ale w tym samym momencie lalka wydała z siebie ogromny wrzask świadczący o wielkim głodzie noworodka, który od razu przyssał się do piersi, a na szczęście miał tam dużo jedzenia. Mirek był karmiony sztucznie, bo pokarmu nie stawało, ale Paweł był wychowany na piersi , zdrowo, tak jak trzeba.

Trudno było nie uwierzyć, że to nie jest lalka, a drugi syn Konopielków.

To była wielka radość. Pomimo wojny, ludzie chcieli żyć normalnie, kochali się, powiększali rodziny i wierzyli w dalsze dobre życie.

      W sierpniu 1944 roku na te tereny weszli ponownie Rosjanie. Przywlekli ze sobą  czerwonkę. Wówczas zmarł mój 4,5 letni braciszek Wacuś .

Jan pomógł zorganizować pogrzeb, trumienkę i oboje z Heleną opiekowali się moją Mamą, która była pogrążona w apatii i rozpaczy.

      Jednak już pod koniec tego samego miesiąca sowieci wkroczyli do domu Konopielków i  aresztowali  Jana. Nie był  winny zarzucanym czynom, przedstawiał świadków, którzy dawali mu pełne alibi, ale to nie pomogło. Spreparowano zarzuty, zastraszono ludzi, którzy zeznawali przeciwko i zapadł wyrok. Otrzymał 10 lat katorgi. W pamiętniku opisał te dzieje, miejsca w których był więziony nawet ich urok, ciężką katorżniczą pracę i  tułaczkę w straszliwych warunkach po całej Rosji od krańca do krańca kontynentu.

   Mama zawsze wspominała, jak  Helena woziła paczki dla swojego uwięzionego męża, gdy przed ostatecznym wyrokiem przez wiele miesięcy przebywał  w straszliwym, słynnym więzieniu w Wilejce. Ta delikatna, wątła kobieta , obciążona tobołami z jedzeniem i odzieżą, pieszo przemierzała wielokilometrową drogę do dworca, długo wyczekiwała na peronach na pociąg,  który nie zawsze nadjeżdżał albo był tak przepełniony, że nie zabierał słabych kobiet. Potem przez wiele godzin stała pod więzieniem, czekając na łaskawe otwarcie okienka, za którym strażnik przyjmował paczki. Ostatnio widziałam taką scenę na filmie –serialu” Anna German”- nie muszę ukrywać, że łzy same płynęły….

Helena była bardzo dzielną kobietą.

Nie wiem, czy w tych czasach któraś żona byłaby zdolna tak się poświęcać dla męża. Jan wspomina o tych paczkach, ale właściwie mimochodem, jakby to było normalne. Ale dla mnie to nie było zwykłe. To było bohaterstwo.

     Kiedy po wojnie Mama z Zenonem i Helena z synami wrócili do Polski- Mama zdecydowała na wyjazd w Beskidy, gdzie była jej rodzina a Helena do Lidzbarka, gdzie już byli jej kuzyni.

Na marginesie powszechnego zjawiska, jakim było opuszczanie rodzinnych terenów, które po zakończeniu wojny należały do Związku Radzieckiego, w miarę upływu lat rozważam, co było większym bohaterstwem. Czy opuszczenie swoich rodzinnych stron i wyjazd w obce i  nieznane w celu poszukiwania Polski czy pozostanie na miejscu, trwanie przy  ziemi swoich przodków i zachowanie w sercach polskiego ducha a nawet walka o polskość wbrew temu, czego chciały rosyjskie władze. Obie sytuacje nie były godne pozazdroszczenia i często tragiczne , nie było złotego wyjścia.

     W 1946 roku wrócił z obozu mój Tato, ale Jan był nadal w syberyjskiej głuszy, nie docierały od niego żadne wieści,  a nawet w 1949 roku dotarła   do rodziny informacja,  że zaginął bez śladu.

Gdy Mama i Helena znalazły się w Polsce, od razu nawiązały kontakt.

Okazało się, że ich wojenna przyjaźń była silna i trwała .

Tym razem Mama, mając już u boku męża chciała jakoś pomagać Helenie, która musiała ukończyć studia pedagogiczne, by kontynuować pracę w szkole.

     W wakacje 1947 roku Helena miała sesję na swoich studiach zaocznych. Musiała zorganizować opiekę nad synami.  Wówczas mój Tato pojechał do Lidzbarka Warmińskiego po Pawła i Mirka. Dopiero  wtedy miał okazję poznać Helenę, gdyż wcześniej w tym pamiętnym roku 1939 , gdy nawiązała się przyjaźń Mamy i Heli ,  przebywał  już w obozie koncentracyjnym.

Jednak widocznie pomiędzy rodzinami krążyły  jakieś dobre fluidy, bo od razu się polubili. Pawełek miał 5 lat, a Mirek 12.  

Następnego dnia, po przyjeździe do Gorzowa ,  Mirek ze starszym o rok  Zenonem pojechali sami w góry, do ciotki mieszkającej w Łodygowicach . Moi Rodzice przestrzegali, by chłopcy w czasie podróży z nikim nie rozmawiali, bo mogła to być osoba niebezpieczna. I wówczas Mirek zapytał figlarnie- a jeśli to będzie ładna dziewczyna?

Taki był już od dzieciństwa, aktywny, wesoły, ufnie wychodzący do ludzi. I to Mu pozostało. Chłopcy spędzili w górach dwa miesiące. Wujek uczył ich strzelania z łuku. Mój brat, Zenon trafił od razu w środek tarczy i odszedł a Mirkowi się nie udawało. Ćwiczył zapamiętale do wieczora, aż osiągnął cel. Wzbudził tym podziw wujka. Te cechy, upór , cierpliwość w dążeniu do zrealizowania zamierzeń pozostały mu do tej pory….

       Mama  tym czasie była w ciąży ze mną i przesiadywała w domu z Pawełkiem, który bardzo tęsknił za swoją mamuśką, nie chciał jeść. Ponieważ chętnie biegał do pobliskiego sklepu po bułeczki, Mama się cieszyła, że przynajmniej to zajada. Ale  niestety po Jego wyjeździe, wszystkie ponadgryzane bułeczki wymiotła spod szafy. Pawełek ożywiał się jedynie widząc z balkonu wracającego z pracy mojego Tatę. Wołał wówczas- „ proszę pani, proszę pani- tatuś idzie”. Aż kiedyś jakaś sąsiadka zapytała Mamę – a cóż to za dziecko u państwa, które na panią mówi pani a na pana- tatuś”. To świadczyło, ile w tym dziecku było pragnienia by posiadać ojca, ile tęsknoty za nieobecnym. Przecież Jana zabrano gdy Pawełek miał  zaledwie dwa latka….

    Potem wielokrotnie spędzaliśmy wakacje wspólnie z Pawłem.

Pamiętam, jak przybywał do nas, gdy byliśmy nad morzem, na wczasach wagonowych. Spotykaliśmy go na dworcu, albo siadywałam na schodkach przed naszym wagonem   i wypatrywałam .

Mój brat był dużo starszy ode mnie i miał swoje życie, więc byłam sama. Źle się czułam jako jedynaczka i zawsze bardzo się cieszyłam, gdy przyjeżdżał Paweł .

Lubiłam, gdy się zbliżał do wagonu,  wysoki, nieco przygarbiony , chudy, z nieodłącznym  siermiężnym plecakiem. Zwykle przebywał z nami przez cały turnus i  ochoczo pałaszował swoje porcje a także to , czego nie mógł jeść ojciec z powodu poobozowych  dolegliwości gastrycznych .

Wzajemna sympatia Pawła i mojego Taty przetrwała od znamiennego pobytu chłopca w Gorzowie. Teraz mieli wiele wspólnych pasji, ale chyba największą było skupianie się nad  grubaśnym Rozkładem  Jazdy Pociągów i planowanie jakiś fikcyjnych podróży. Tato dbał o Jego sylwetkę i zawsze zwracał uwagę, by chodził prosto a nawet czasami sugerował, by w celu wyprostowania pleców zakładał poprzecznie kij  pomiędzy plecami a  ramionami .  

Paweł był bardzo opiekuńczy. Pamiętam, jak w tym niezapomnianym czasie wspólnych  wakacji nad morzem, uwielbiałam poranne kąpiele. Budziłam Pawła, ale On odwracał się na drugi bok i dalej smacznie chrapał. Ale, jak opowiadała Mama, po chwili się zwlekał z łóżka mrucząc- pójdę, bo jeszcze się utopi. A ja, taplając się w morskiej fali,  obserwowałam pustą o tej porze  wydmę i z radością witałam znajomą wielką i chudą sylwetkę na jej szczycie….

Paweł był mi jak Najprawdziwszy Brat….

       Gdy wrócił Jan z Syberii, Konopielkowie od razu odwiedzili nas w Gorzowie.

Znajomość i przyjaźń trwała. Lubiłam jeździć do Lidzbarka, spotykać tych Ludzi, którzy mimo bardzo ciężkiego życia zachowali wielką radość, optymizm i ciepło. Grzałam się u ich boku. Zresztą podobnie odczuwał mój brat Zenon, i wielu młodych ludzi, którzy lgnęli do tego domu…..

        Po latach spotkałam dorosłego Mirka. Przedtem nasze drogi się rozmijały, studiował, rozpoczął pracę w Warszawie i do Lidzbarka przyjeżdżał rzadko.

W opowieściach Mamy a może w mojej pamięci pozostało tylko jedno wcześniejsze wspólne  spotkanie . Gdy miałam może cztery albo pięć lat  , pojechaliśmy jak zwykle do Lidzbarka. I wtedy ponoć Mama  żartowała  że ja jestem dobrą partią , gdyż dostanę ładny  posag, bo Rodzice  oddadzą mi  przepiękne poniemieckie meble, które mieli w gorzowskim mieszkaniu. Faktycznie były ładne duże i ciekawe.  Wówczas Mirek, który wtedy już był młodzieńcem, ale nie pozbawionym poczucia humoru i dystansu do siebie,  przyklęknął na jedno kolano i oznajmił, że  w takiej sytuacji On prosi Zosię o rękę.   Ale  ja natychmiast bardzo poważnie  odpowiedziałam, że niestety  wyjdę za mąż za lekarza świń i krów. W sąsiedztwie, przy ul. Kosynierów Gdyńskich w Gorzowie, mieszkał dość pulchny młodzieniec, który był weterynarzem. Bardzo go lubiłam….Tego wydarzenia Mirek nie zapamiętał, a jedynie jakąś inną migawkę z tego czasu. Otóż  tam, gdzie wówczas mieszkali Konopielkowie,  przy ul.Mazurskiej na pięterku,  wucecik był na parterze, w mrocznym miejscu.  Sama się bałam tam schodzić, tym bardziej, że schody były wysokie i kręte. Mamie nie bardzo chciało się ze mną tam ze wędrować i wówczas  Mirek zadeklarował swoją pomoc .. Potem już się nie widywaliśmy.

Gdy się spotkaliśmy po kilkunastu latach ,  jakimś dziwnym trafem ulegliśmy wzajemnej magii.

I nadal jesteśmy pod jej wpływem. ….

Tylko zdążyły wyrosnąć nasze dzieci i wnuki…..

I dalej tak napisał Mirek:

„ Wszystkie nasze dzieci się urodziły i wychowały w niewielkim żoliborskim mieszkaniu z szerokim widokiem na Warszawę .

Dziś mieszkamy sobie w wymarzonym domku w Michałowicach  w pobliżu naszej Córki- Ewy, która wyszukała dla nas działkę i zdopingowała do budowy domu.

Od ponad 30 lat  wyjeżdżamy do Gulczewa , gdzie mamy domek letni przytulony do cudnie meandrującego Bugu i Puszczy Białej będącej częścią Puszczy Kurpiowskiej.

8 lat temu wróciliśmy w góry , gdzie urodziła się Mamy Zosi- do Godziszki. I tam w pięknym miejscu, u podnóża Skrzycznego z widokiem na całą Kotlinę Żywiecką i dookolne szczyty jak m.in. dostojną, rozłożystą Babią Górę- prawdziwą babę, Pilsko, Romankę i inne, wyrosła nasza drewniana, niewielka ale urocza chatka . Miejsce jest urokliwe,   chętnie i często tutaj wyjeżdżamy. Lubią tam też przebywać nasze Dzieci i Wnuki, co nas bardzo raduje.

Ja , mimo poemerytalnego wieku i znacznej naturalnej dominacji młodych, nadal współpracuję jako doradca z dużą korporacją cementową,  z czego jest bardzo dumna moja Rodzina. . Zosia czasami konsultuje dzieci z chorobami nerek, udziela porad internetowych oraz prowadzi nasz rodzinny pamiętnik i wspomnienia ze swojej medycznej ścieżki , wkładając te treści do blogu. Może  powstanie z tego dość obszerna saga rodzin Konopielków i  Łukaszewiczów .

Jesteśmy zadowoleni z naszych osiągnięć i czujemy się spełnieni zawodowo.

Cieszymy się szczęśliwym życiem naszych Dzieci a przede wszystkim Wnucząt i staramy się im pomagać.

Ich życie, ich sukcesy, problemy, dzień po dniu są naszymi radościami i kłopotami.

      I wyobrażamy sobie, że nasza Rodzinna Gromadka, która już się uwolniła  od ziemskich problemów, rezyduje w Zaświatach i  spędza tam razem mile czas, tak jak kiedyś…Jest tam  nasz  Jan- Sybirak w towarzystwie swojej  Ukochanej ( jak zawsze podkreślał) Helenki  , są Wojciulowie, pomordowani Rodzice i Rodzeństwo Heli, są Rodzice Zosi- Łukaszewiczowie  z  Synkiem  maleńkim Wacusiem, bardzo dorosłym Synem- Zenonem a także nasz Brat- Paweł.

Oni Wszyscy patrzą na nas  ze swoich  dalekich galaktyk i widząc, jak  rosną nasze dzieci i wnuki, kochają się i  są sobie życzliwi…wielce się radują.

A Jan  pewnie tak sobie  myśli-

„ warto było się urodzić, pięknie żyć, kochać z całego serca- bo bez tego nie byłoby  tak licznej rodziny, która wywodzi  się z mojej gałęzi naszego silnego i wielkiego drzewa rodowego .

I warto było walczyć o przetrwanie syberyjskiej katorgi,  by jeszcze się spotkać po latach, odbudować więzy rodzinne ,  zobaczyć Wnuki i Wami Wszystkimi się cieszyć…. „

Może nasi potomkowie, kolejne młode pokolenia wezmą do ręki tę książeczkę i wspomną ciepło swojego praDziadka, Sybiraka, pomyślą o tym, jaki On był i będą  pielęgnować w sobie Jego cechy charakteru- wszak mają w sobie Jego silne i dobre geny.

Pozdrawiamy Ciebie Janie i dziękujemy za Twój piękny przykład życia i postaramy się żebyś był z nas zadowolony”.

Mirosław i Zofia Konopielko z d.Łukaszewicz                              Michałowice k/Warszawy marzec 2013            

Dzień Zaduszny…

 

PB282326.JPG

 

 

W Dzień Zaduszny żyję wśród duchów moich Bliskich. Czuję, że są obok, wyzwoleni z ziemskich cierpień, a więc szczęśliwi.

I maleńki wojenny braciszek- Wacuś, rezolutny 4 latek , z wielkim trudem wychowywany przez samotną stale pracującą Matkę, która została w ciąży gdy  na początku II wojny światowej Ojca zamknięto w obozie koncentracyjnym. To dziecko ulicy opłakiwane  przez Matkę i moje serce zostało skoszone w 1944 roku w ciągu dwóch dni przez czerwonkę przywleczoną przez sowietów …

I są obok moi Rodzice,  którzy dożyli z trudem bardzo sędziwego wieku i zmarli po prostu „na starość „ …ich prochy na Cmentarzu w Komorowie odwiedzimy dzisiaj…pomilczymy przez chwilę i wrócimy do codzienności…

i Teściowie, którzy przegrali walkę z chorobami, chociaż mogli jeszcze pożyć. Niedawno mieliśmy spotkanie z Lidzbarkiem Warmińskim, gdzie wylądowali po wojnie, i smutki i radości przeżyli i odpoczywają na wzgórzowym  cmentarzu, wśród wielkich drzew i ciszy…

 i Paweł , jedyny brat Mirka, którego życie tak nagle przerwał pijany kierowca . Pochylimy się nad grobem Cmentarza przy Kościele św. Katarzyny i jak zwykle zapytamy dlaczego Boże  Go zabrałeś zostawiając bezradną Rodzinę. A może Ciebie, Boga to w ogóle nie interesuje, a może Ciebie, Boże nie ma….

i wreszcie mój starszy brat- Zenon- żeglujący pod prąd oczekiwań Rodziców, parający się piórem , dziennikarz, literat, krytyk literacki. Gdy nie mógł się odnaleźć w nowym świecie , odszedł właściwie nagle 3 lata temu i teraz świeczkę mogę jedynie zapalić w portalu nekrologi, bo Zielona Góra zbyt daleko, by na grobie….

I są oni Wszyscy, wokół nas i żyją wiecznym życiem, dopóki my żyjemy i jedynie geny, które nam przekazali mogą świadczyć- to nasi najbliżsi…