Śladami mojego Taty. Bolesław…

 

 

 

 

Mijały dni i lata w majątku Rodziewiczów, nieopodal Rakowa…

Rodzice są dumni z swojego jedynaka. Mały Bolesław jest żywym , zainteresowanym domem, obejściem i światem dzieckiem. Prosi Ojca, by mu czytał książki, pokazywał litery i cyfry. Jest pojętny i szybko łapie sens czytanych tekstów.

Mama go często przytula i syn  uczy się czułości.

Ale gdy mama zasiada do fortepianu, Bolesław zapomina o bożym świecie. Siada na małym stołeczku nieomal u stóp  matki i słucha. To niebywałe, ale ten niewielki chłopiec potrafi słuchać godzinami.

Gdy mama jest zajęta domowymi sprawami, Bolek przysuwa stołeczek do krzesła, które stoi przy fortepianie , wdrapuje się na nie i próbuje sam grać. Małe nieporadne paluszki układa na wielkiej klawiaturze tak, że dźwięki, które wydają klawisze są delikatne i harmonijne. Któregoś dnia matka prosi ojca , stają w drzwiach i słuchają. Ich syn komponuje. …

Rozmawiają o tym z zaprzyjaźnionym księdzem, który często zagląda do ich domu. Ksiądz deklaruje pomoc i chłopiec rozpoczyna naukę gry na fortepianie u prawdziwego nauczyciela muzyki. Ćwiczy zapamiętale gamy , etiudy, sonatiny. Wkrótce już gra tak jak jego matka. Grają na cztery ręce. Jak zawsze wspólny koncert kończy polonez albo mazurek Chopina. …

Ale rodzinna sielanka nie trwa długo, ojciec gdzieś wyjeżdża , służba mówi szeptem , że do powstania przystąpił a  matka zaczyna chorować.

 Początkowo syn nie rozumie, że coś im zagraża. Małe dziecko nie ma skąd czerpać informacji, które wykorzystałaby jego wyobraźnia. Dom staje się smutny, okna zasłonięte ciemnymi zasłonami, bo słońce za ostro świeci. Fortepian coraz częściej milczy. W domu pojawiają się obcy ludzie, o nerwowych ruchach i niespokojnych oczach. W powietrzu unosi się nieznany przenikliwy zapach. Dziecko się błąka po salonach, próbuje się przytulać do matki, ale ktoś mu zabrania. Więc najlepiej się czuje, gdy na swoim stołeczku przesiaduje w kącie salonu i czyta ukochane książki .

Pewnego dnia pozwalają mu wejść do sypialni rodziców. Na wielkim łożu leży wychudzona  ukochana matka, słabym ruchem wyciąga dłoń do syna. Ta dłoń opada, mały przybiega przerażony i tuli się do tej dłoni , do piersi matki, całuje policzki. Nadal nie rozumie, dlaczego policzki są takie chłodne, usta zimne i dlaczego matka już się do niego nie odzywa.

Na siłę ktoś odciąga chłopca od umierającej matki. Nie wie dlaczego, ale gwałtownie przychodzi zrozumienie.

W kilka sekund przebył odległość z niewinnego i nieświadomego dzieciństwa w świat dorosłych. Wreszcie  dotarła do niego  brutalna prawda. Jego matka umarła. Jeszcze próbuje ją wołać, płacze i wierzga nogami. Wynoszą go do salonu, gdzie ulubiona stara niania próbuje go utulić…..

Gdy niebawem dociera wieść , że zginął jego  ojciec, Bolek zostaje sam w wielkim pustym domu.

Po naradzie rodzinnej zostaje podjęta decyzja  , że  wychowaniem sieroty zajmie się na swoją prośbę , ksiądz, stary przyjaciel rodziny- Eustachy Karpowicz. Któregoś dnia przyjeżdża i  zabiera chłopca do siebie, na plebanię

Ta decyzja była najlepszym rozwiązaniem, ksiądz  zapewnił chłopcu edukację, a plebania  zastępowała  ciepły rodzinny dom.

Wkrótce Bolek został organistą w rakowskim Kościele. Tam były prawdziwe organy, chłopiec miał ciepły głos, i wiernym się wydawało , że to gra i śpiewa prawdziwy anioł który prowadzi ich bezpośrednio do Boga……

 


 

 

Na medycznej ścieżce Pierwsze zajęcia.

 

Najpierw była biologia z parazytologią w pięknym budynku Uniwersytetu Poznańskiego. Nieopodal tańczyły kolorowe fontanny , elegancko ubrani ludzie spieszyli do Opery albo Auli Uniwersyteckiej , gdzie odbywały się koncerty.

A my tłoczyliśmy się przed salą do ćwiczeń. Wszędzie panował zapach dziwny zapach. Ktoś powiedział , że to formalina. Wreszcie podzielono nas na małe podgrupki i zaprowadzono do odpowiednich pomieszczeń.

 Z ciekawością oglądaliśmy  preparaty poustawiane na regałach. W słoikach z płynem kołysały się frywolne owsiki, w innych zda się drzemał ,  zwinięty leniwie , tasiemiec uzbrojony albo nieuzbrojony. Jakieś wątroby kąpały się w innym słoju, a w nich ulokował się smakowity bąblowiec.

 Ale nie zdążyłyśmy obejrzeć wszystkich dziwów, gdy przyszedł asystent i rozpoczęły się ćwiczenia.

 Po części teoretycznej , zawsze były zajęcia praktyczne.

Otrzymałyśmy deseczki z gwoździkami , na które pan laborant serwował różne nieżyjące już zwierzątka , które musiałyśmy rozpinać na owej deseczce a potem uwalniać ich wnętrzności i preparować głębiej i dalej, aż w końcu powstawał preparat , na którym można było pokazywać i nazywać kolejno, układ pokarmowy, nerwowy, moczopłciowy etc. Najbardziej zapamiętałam preparowanie glisty ludzkiej .

 Któregoś dnia pan laborant przyniósł nam jakieś wiadra. Byłyśmy ciekawe, co w nich jest. Zajrzałyśmy. A tam się kotłowały najprawdziwsze, żywe żaby.

 I teraz następował moment , który był straszliwy dla nas i dla żab. Tak straszliwy, że wreszcie po wielu latach  zabroniono wykonywania podobnych ćwiczeń.  Otóż należało wziąć żabę za tylne łapki, uderzyć głową o kant stołu i wprowadzić nożyczki do jamy ustnej, tak, by następnie odciąć  górną część głowy. Wykonywałyśmy te polecenia, bo nie było wyjścia. Nie wiem , jakie skutki wywołałby nasz protest.

Potem już nieżywą żabę rozpinałyśmy na deseczce, przypinając gwoździkami łapki oraz dwie połowy rozpłatanego brzuszka…….

Zajęcia z tego przedmiotu zakończyły się po 1 semestrze i egzamin z biologii był pierwszym egzaminem na tej uczelni. Postrach Zakładu, profesor Gerwel okazał się  zupełnie normalnym człowiekiem, może tylko ja go tak odebrałam. Zdałam na 4, co było notą nieczęsto spotykaną …

Śladami mojego Taty. Wizyta u Rodziewiczów.

 

 

Może tak wyglądał dworek Rodziewiczów pod Rakowem.

 

Włączam wyobraźnię, zmieniając czas.

 Jest rok 1845.

Pociąg dyszący parą z wielkim kominem, i już bardzo  zasapany zatrzymał się z gwizdem na stacji   Radoszkiewice . Dźwigając swój kufer podróżny , zamiatając stopnie wagonu długą brązową spódnicą  i przytrzymując kapelusz, który właśnie chciał porwać wschodni wiatr, wytaszczyłam się na peron.

I nagle ktoś  złapał mnie w objęcia , zawirowały drzewa, domy, cały świat.

Blisko mojej twarzy znalazła się druga , wąsata i uśmiechnięta. Poczułam  dobrze znajomy nasz rodzinny zapach.:)

Bowiem to był mój prapradziadek, Rodziewicz .  Niestety , jego imię zabrał czas….

 

Wkrótce mój kufer wylądował na tylnej półce pięknej bryczki , a my trzymając się za ręce zajęliśmy miejsce na ławce . Konie ruszyły z kopyta … Czekała nas droga ok. 18 km. Konie niosły rączo,  , gadaliśmy,  ale przede wszystkim podziwiałam piękne drzewa mijane jakby w locie , jakieś chałupki i połyskujące bardzo niebieskie wstążki niewielkich rzeczek .

Z turkotem drewnianych kół na wyboistej drodze, w tumanach kurzu minęliśmy jakieś miasteczko. To Raków oznajmił mój prapradziad . I oto po pewnym czasie konie zwolniły bez żadnego polecenia, bo rozpoznały  swój dom. Też zauważyłam , że za wielkim okrągłym klombem, wokół którego zawijała się droga tworząc typowy podjazd do drzwi wejściowych , zbliżał się do nas dworek . Był niski, rozłożysty, z niewielkim gankiem, cały tonął w zieleni i kwiatach .

Z daleka witała nas muzyka. Zza otwartych niewielkich okien wydostawała się na zewnątrz i tańczyła wśród łąk ukwieconych, falujących złotych zbóż i w koronach drzew   . To grała pani domu . Jestem więcej niż pewna, że były to kompozycje  Chopina.

Weszłam do wnętrza domu  . Zaproszono mnie do saloniku. Ubrana w brązową długą suknię , z rzędem maleńkich guzików i białym haftowanym kołnierzykiem , zapadłam się cichutko w miękkim fotelu , by nie zakłócać spokoju tej muzycznej chwili. Przy fortepianie siedziała zwiewna kobieta , o delikatnym profilu zamkniętym burzą rudawych włosów. Domyślałam się , że to pani dziedziczka.

Nieopodal w kołysce leżało niemowlę, które wyraźnie zasłuchane w muzyce, było spokojne i pogodne.

O swoim potomku opowiadał mi już mój przyszły prapradziad, gdy siedzieliśmy w bryczce unoszącej nas do dworku.

Był to ich pierwszy, jedyny, długo oczekiwany syn, urodzony wiosną tego roku, któremu nadano na cześć Pierwszego króla Polski imię Bolesław.

Państwo Rodziewiczowie byli bardzo gościnni, cieszyli się , gdy ktoś przybywał do ich domu i powtarzali „ gość w dom, Bóg w dom”. Z dumą pokazywali mi syna, pozwolili go przytulić, a mały zabawnie  machał  łapkami, usiłując złapać mnie za nos.

Gdy zwiedzaliśmy zakamarki domu, rozległ się wesoły głos . O, kolejny gość, witamy, witamy Wielmożnego.

 To przybył  stary przyjaciel rodziny , ksiądz Eustachy Karpowicz, jak zwykle  zaproszony na obiad i poobiednie dysputy, które zwykle przeciągały się do godzin wieczornego nabożeństwa w Kościele w Rakowie. Zawsze był  serdecznie witany w  progach domu  Rodziewiczów, bo był człowiekiem światowym, świetnie zorientowanym w problemach społecznych i politycznych. Opowiadał o przeczytanych książkach i wiadomościach z prasy popularnonaukowej, którą sprowadzał z Wilna. Tym razem i ja uczestniczyłam nieśmiało w rozmowie, jednak raczej nastawiałam się na odbiór. Ta uczta duchowa była niezapomniana i trwała do zmroku. We mnie została pamięć tamtych dni a przede wszystkim ujrzałam wielki patriotyzm tych ludzi. Kochali Polskę, której wtedy nie było, nienawidzili Moskali.

Po bardzo wielu latach , gdy słuchałam opowieści mojego Taty, po powrocie z obozu koncentracyjnego w Niemczech, zadziwiałam się, że jakby bardziej nienawidzi Rosjan niż Niemców, którzy wyrządzili mu tak wiele krzywd.

I już wtedy mówiłam, że pewnie te emocje wyssał z mlekiem matki.

A gdy teraz zbierałam  te informacje o rodzinie Rodziewiczów, potwierdziły się moje poprzednie przypuszczenia….

 

A w majątku moich prapradziadków  mijały kolejne dni , każdy inny , barwny ale zawsze z muzyką.

Któregoś dnia wybraliśmy się do sąsiedniego majątku, gdzie znacznie później urodziła się kuzynka , pisarka Maria Rodziewiczówna. Lubiłam zapisywać własne myśli, albo utrwalać piórem klimaty jakiś miejsc, ale pisanie powieści to była zupełnie inna bajka. Jak doskonałą wyobraźnię musiała posiadać Maria, by tworzyć kanwę swoich książek. Podziwiałam, ale nie czułam zazdrości, bo nie dorosłam jej nawet  do pięt …..

 


wg opowieści mojej Mamy, Rodziewiczowie posiadali herb Łuk. Niestety nie posiadamy żadnego dokumentu.

 

 

Na medycznej ścieżce. Pierwszy dzień na uczelni. Poznań i Monika.

 

I oto nadszedł 1.pażdziernika 1965 roku , kiedy już jako studentka Akademii Medycznej , znalazłam się w Poznaniu.

To miasto odwiedzałam dość często z Ojcem, bo miałam zły zgryz i leczono mnie u ortodonty  w AM , dr Ostrowskiego. Był miłym rudawym blondynem , i nigdy nie krzyczał, gdy kolejny raz meldowałam, że zgubiłam mój aparat nazębny . Zapamiętałam dobrze jego uśmiech. Na Dzięki niemu przekonałam się , że  ważny jest uśmiech lekarza.

Ale teraz to było inne spojrzenie na to miasto.  Dojrzałe nieśmiałą radością a w dodatku samotne. Mój gorzowski dom był daleko i nie mogłam liczyć na wsparcie Rodziców. Zostawiłam opiekuńcze ramię Taty i mentorskie wykłady Mamy. Byłam sama. Ale i wyzwolona. Wszak lubiłam zmiany i nowe wyzwania.

Miasto było ogromne i piękne.

Pierwsze spotkanie studentów pierwszego roku odbyło się na dziedzińcu Akademii Medycznej. Zauważyłam wśród tłumu młodzieży, liczne grupki ludzi, którzy się znali. Wyróżniali się zachowaniem, pewnością siebie i eleganckim stylem ubrań. Potem się dowiedziałam , że to poznaniacy , a wielu z nich to potomkowie sławnych profesorów np. córka Horsta, Steffenówna .

Byłam przejęta, ale spokojnie obserwowałam to, co się działo dookoła. Po chwili podeszła do mnie smukła śniada dziewczyna . Miała brązowe oczy i powieki ze zmarszczką nakątną . Przypominała dziewczyny wschodu . Ale była bardzo wysoka , co nie przystawało do niewielkich Japonek czy Chinek. Ze swoją tajemniczą egzotyczną urodą od razu wzbudziła moje zainteresowanie.   Zapytała , czy już jestem z kimś tutaj zaprzyjaźniona. Odpowiedziałam, że nie. Dowiedziałam się , że nazywa się Monika Brzezicka i mieszka w Poznaniu, ale nikogo tutaj nie zna. Poprzedniego roku nie dostała się na studia, pracowała jako salowa zarabiając punkty. Wtedy w ten sposób można było sobie podnieść wymaganą do przyjęcia średnią.

Od tej pory razem spędzałyśmy bardzo wiele godzin i dni  . Podziwiałam jej błyskotliwą inteligencję , wiedzę o życiu i zorientowanie w problemach studenckich.

Okazało się , że jej siostra była studentką 3 roku AM i  zawsze uspokajała  nas przed kolokwiami. Mówiła , że asystenci są normalnymi ludźmi , nie należy się ich bać , trzeba się  uczyć  , ale można mieć potknięcia.

Bywałam w jej poznańskim domu, poznałam jej  Mamę . Mama nosiła niewielkie okrągłe okulary z grubymi szkłami . Monika mówiła – moja mama w rowerkach . Miała wykształcenie filologiczne i chyba pracowała w uniwersyteckiej bibliotece. Była samą łagodnością i zarażała nas spokojem .

 Gdy przychodziłyśmy na kolokwium, pytałam Monikę , czy jej mama pozwoliła nam oblać . Odpowiadała , że tak,  mama pozwoliła . Wobec tego  wchodziłyśmy do sali egzaminacyjnej zupełnie wyluzowane  i zdawałyśmy bez trudu :).

Po drugim roku studiów  nasze drogi się rozeszły. Monika spędzała każdą chwilę z Michałem, ja przyjaźniłam się z Jerzym M.

Po latach próbowałam ją odnaleźć , ale nikt ze znajomych nie wiedział , gdzie rzucił ją los.

Śladami mojego Taty. Rodzinne gniazdo. Raków i okolice.

Na tej mapie nie ma Rakowa. Ale jest położony 36 km na północny zachód od Mińska.

 

Panoramia Rakowa . Na pierwszym planie wyspa na Isłoczy z pradawnym kurhanem. Zdjęcie wykonała Jadzia Lisowa, moja kuzynka, w czasie swojej podróży do Rakowa w 1980 roku.

 

 

W klimacie tego rzewnego kresowego miasteczka i jego bliskich okolic urodzili się moi Pradziadkowie, Dziadkowie i Tato. Aż któregoś dnia przyjechała z dalekiej beskidzkiej wsi , moja Mama – Stefania Jakubiec.

I tutaj przyszło do nich Wielkie Zakochanie i Trwała i Trudna Miłość, ale taka na całe życie.

I dlatego rzecz o miasteczku…..Wybaczcie piszącej….

Raków , to małe miasteczko , na rubieżach dawnej Rzeczypospolitej. Po II wojnie światowej znalazło się na terenie Białorusi. Na załączonej mapie nie widać Rakowa, ale położony jest 36 km na północny zachód od Mińska.

Kiedyś znajdowało się  na  szlaku handlowym z Mińska do Oszmiany.

Gdy się podróżowało pociągiem, należało wysiąść na stacji kolejowej w  Radoszkiewicach i stamtąd trzeba było pokonać  18 km, by zobaczyć Raków.

Raków, jest położony nad rzeką Isłocz ( niekiedy nazywaną Słocz), lewym dopływem historycznej już Berezyny , na piaszczystej  płaszczyźnie, otoczonej malowniczymi  wzgórzami.

O mieszkańcach czasów prehistorycznych świadczy dobrze  zachowane grodziszcze obok  dworu , wielki kurhan na wyspie rzeki Isłocz i znajdowane na jej brzegu narzędzia wytworzone z krzemienia.

Stare grodzisko jest  położone wśród wielkich drzew,  usypane  ok. 5 m nad poziomem łąk , ma kształt wydłużonej podkowy , zwężonej od strony północnej, gdzie znajduje się wejście. Długość wynosi około 66 m a szerokość około 30 m . Na południowym jego krańcu znajduje się taras z wyraźnymi szczątkami ołtarza ofiarnego. Całe grodzisko otoczone jest rowem i wałem powstałym z ziemi wydobytej z rowu. Rów ten miał połączenie z rzeką. Całość miała także znaczenie obronne.

 

W czasach litewskich Raków  należał do wielkich książąt a w 1465  król Kazimierz Jagiellończyk ofiarował miasteczko zasłużonej rodzinie  Kieżgajłłów .

W 1550 ostatnia z  tego rodu wniosła je jako  wiano swojemu mężowi , Janowi Zawiszy- staroście spiskiemu.

W I połowie XVII wieku razem z ręką Anny Zawiszanki Raków  dostał się w ręce Szymona Samuela Sanguszki- wojewody witebskiego.

Sanguszkowie nazwali dobra Rakowskie hrabstwem i przyjęli tytuł hrabiów na Rakowie

W tym czasie miasteczko   przeżywało okres świetności, zarządzali miastem i hrabstwem gubernatorowie a na zamku aż do końca XVIII wieku odbywały się  sejmiki powiatowe.

Sanguszkowie mieli piękną rezydencje w pobliżu miasteczka. Ostatni Sanguszko umarł nie zostawiając potomka.

W okresie 1750-1781 gubernatorem był  ciemnej sławy Józef Szyszkowski.

Po drugim rozbiorze Polski , w  1793 roku,  Raków został odebrany Sanguszkom i oddany przez cesarzową Katarzynę II z licznymi dobrami hr. Mikołajowi Sałtykowowi, feldmarszałkowi wojsk ruskich.

Sąsiadujący Tomasz Świętorzecki, podstoli mścisławski, właściciel sąsiednich Krzywicz wytaczał procesy o granicę, która się przesunęła z powodu zmienionej podczas powodzi koryta rzeczki Połocczanki.

Dochodziło nawet do rękoczynów, ale w końcu w 1800 roku doprowadzono  do ugody zwaśnionych sąsiadów. Świętorzecki zrzekł się owej łąki a dominium rakowskie oddało młyn, zwany Borek z groblą na rzecce Wisnozie.

Niedługo potem , bo w 1804 roku Sołtykow  sprzedał  Raków Wawrzyńcowi Zdziechowskiemu. I od tej pory mieszkały tam 4 pokolenia tego rodu.

Tu urodził się ok. 1860 roku Maryan Zdziechowski, znany filolog i publicysta.

 

Dzieje kościołów i klasztorów.

W 1686 roku Konstancja Teodora z Sapiehów , żona ks Hieronima Sanguszki,  ufundowała   dominikanom niewielki klasztor , który spłonął w 1742 roku. Gdy przeorem został ks Wołodkowicz odbudował klasztor , korzystając ze składek wiernych.

Po 1835 roku klasztor opuścili  dominikanie i został on przekształcony na kościół parafialny. Początkowo drewniany, a następnie murowany.

W tym okresie parafią zarządzał światły i zacny kaznodzieja Eustachy Karpowicz ( który wychowywał mojego pradziadka- o czym napiszę później ), a w drugiej ćwierci XIX w długo był proboszczem słynny kaznodzieja Wiktor Malewicz( zmarł w Horodyszczu w 1887 roku)

 

Od dawna była w Rakowie  cerkiew  pw Przemienienia , W 1702 roku Kazimierz Sanguszko , wojewoda miński, ufundował przy niej klasztor bazylianów , który zamknięto  w 1839 .

Przy monasterze istniała duża biblioteka( dziś rozproszona) archiwum( istnieje do dziś) bractwo sw. Anny i szpital.

W Rakowie istniał też zbór kalwiński, ale nie wiadomo kiedy i przez kogo został założony. Zbór te zlikwidowano na  początku XVIII wieku .

W miasteczku była też  synagoga i kilka domów modlitwy.

 

Raków w tym okresie był miastem zamożnym. Posiadał młyny, gorzelnię, tartak, wielkie obszary łąk i lasów. Miasteczko  liczyło  3000 mieszkańców , przeważnie Żydów. Żydzi trudnili się drobnym handlem, uprawą warzyw i wyrobem maszyn rolniczych jak: sieczkarnie, młynki, wialnie, młocarnie. Wyroby te były  sprzedawane nawet w  guberni pskowskiej, petersburskiej i in.

Mieszczanie chrześcijanie zajmowali się  rolnictwem, handlem wieprzowiną i różnymi rzemiosłami, przeważnie garncarstwem. Wytwarzane tutaj polewane naczynia gliniane były poszukiwane nawet bardzo odległych stronach .

Targi odbywały się w poniedziałki, tam  włościanie sprzedawali  swoje produkty rolnicze i bydło.

Od ok. 1870 roku działała  szkoła gminna a w 1887 roku otwarto pocztę listową.

 Były też  dwa okręgi policyjne obejmujące rozległy teren.

 

Te dość suche informacje zebrane na podstawie starych zachowanych zapisków znalazłam w Internecie  ( portale WWW. Radzima, genealogia i wikipedia ).

Ale sama czytałam z ciekawością i mam nadzieję, że czytelnik nie zasnął.

A moje dzieci, czy wnuki może sobie wyobrażą takie dalekie kresowe zamglone miasteczko, a nad nim wielkie gołębioszare niebo, jak oczy mojego Taty, Wacława. I mowa tam polska, miękka , zaśpiewna . Nawet słyszę jak mówi moja Babcia- Oj dziateńki wy moje..

Tam są nasze korzenie….

 

Wielki kurhan na wyspie.


 

Raków w roku 1990. Kopia zdjęć z portalu Radzima ( jest zgoda na upublicznianie )


Na medycznej ścieżce. Błękitne wakacje.

 

I tak oto dzięki cudownym właściwościom octu sabadylowego , udało się opanować wszawicę. Podziwiałam wygląd już zdrowych migdałków i pięknych paznokci, z wyleczoną grzybicą . Oceniałam te wielkie sukcesy medycyny…

Teraz miałam czas na własne rozrywki.

Odwiedzałam tajemne miejsce, gdzie stał dawny dworek wypędzonych z  naszego kraju Braci Polskich . Odczytywałam  napis nad wejściem. 

Kiedyś ujrzałam na terenie wielkiego  jednolicie uprawianego pola ciemną grudkę. Poszłam w tym kierunku. Stopniowo otwierał się widok na  kamienny mur z dużymi drzewami, które chciały się wydostać z tej kamiennej niewoli.  Mur był wysoki, ale cały zamknięty w nim teren, maleńki. Taka maleńka kamienna wyspa wśród pól. Gdy się odpowiednio zbliżyłam, znalazłam miejsce, gdzie można się było wspiąć i wejść do środka tajemnicy. Tak też zrobiłam i nagle znalazłam się w innym świecie. Dookoła były stare nagrobki i polskie napisy, polskie nazwiska. To był cmentarzyk Braci Polskich …..

 

Nieopodal  budynku kolonijnego wielkim błękitem zakwitało rozległe jezioro. Gdy małą  złotą plażę opuszczali koloniści udając się na obiad i drzemkę poobiednią, to cudne miejsce było tylko moje. Delektowałam się ciszą, karmiłam oczy lśniącą taflą wody. Pływałam do upadłego pieszczona ciepłą przyjazną wodą .

Potem wsiadałam do drewnianego  kajaka i  wyruszałam na samotną wyprawę . Płynęłam wzdłuż brzegu, pod pochylonymi koronami drzew. Te drzewa już umierały i zmierzały do zjednoczenia z jeziorem. Niezwykłe była  ich miłość.

Czasami wypływałam na jeziorne łąki, które nagle zakwitały drobnymi białymi kwiatkami. Wracałam po kilku godzinach unosząc w oczach dziewiczo czystą urodę tego miejsca , które nadal we mnie żyje.

I wtedy też zrodziło się marzenie , by wrócić do tego magicznego zakątka Polski . Marzenie to   tkliwie pielęgnowałam przez  45 lat, które minęły od tego czasu . Ale do tej pory nie zdążyłam go zrealizować , chyba raczej już nie zdążę….

Piękne, błękitne wakacje , niepowtarzalne, jedyne takie w moim życiu powoli dobiegały końca….


 

 

Jeśli chcesz zobaczyć piękną i jeszcze nie zadeptaną wyspę , wybierz się ze mną na Sardynię.

 

 

 

 

Jeśli  zechcesz, wybierzemy się razem na Sardynię . Jeśli nie , możemy tylko wspólnie obejrzeć zdjęcia . I pomarzyć . Warto mieć marzenia i snuć plany nawet nierealne . Zapraszam ….

To moja wymarzona wycieczka . A właściwie ucieczka od problemów codzienności do innego pięknego i niezwykłego świata . Jeśli się zdecydujesz , daj znać . Będę czekała w swoim domu na kołach , starym kamperze .

Potem pojedziemy do Genui . Z Polski to tylko 1245 km w linii prostej . W porcie załadujemy się na prom . Po 7 godzinach morskiego kołysania postawimy stopę na brzegu Sardynii . Jeśli wolisz , to zmienimy trasę i dobijemy na Korsykę , która jest bliżej Genui . Zwiedzimy tę niewielką francuską wyspę , zaglądając do miejscowości Ajaccio , w której urodził się Napoleon . Z Korsyki czeka nas tylko 30 minutowa podróż kolejnym promem do wybrzeży Sardynii .

Z pokładu promu obejrzymy zachwycający śnieżnobiały klif sąsiadujących wybrzeży obu wysp . Pewnie też pomyślisz , że oba brzegi wyglądają jak przecięty tort bezowy. Nie będziemy mieli wątpliwości , że to ślad po rozdzieleniu wysp . Kiedyś stanowiły one jeden ląd łącząc się z kontynentem na wysokości Toskanii .

To wtedy , ok. 1800 roku p.n.e. przywędrował tutaj tajemniczy lud , który przyniósł mało poznaną do tej pory kulturę , zwaną cywilizacją Nuraghe . Powędrujemy śladami tych niezwykłych ludzi .

Będziemy zwiedzali miejsca , gdzie pozostały ich obronno-mieszkalne twierdze , zwane nuragami . Tworzyły one doskonale zaplanowaną sieć . Były sytuowane na terenach wyższych, tak, by z jednej nuragi można było zobaczyć sąsiednie twierdze.

Pojedyncze nuragi znaleziono także na Sycylii i Korsyce . Ale na Sardynii jest ich aż 7000. Wiele tych budowli zachowało się do naszych czasów .

Wszystkie nuragi są do siebie podobne i mają charakterystyczny kształt , podobny do zwężającej się ku górze szerokiej tuby . Ich wysokość sięga 27 m. We wnętrzu możemy podziwiać ściany , przypominające sfałdowaną spódnicę .

Nuragi są zbudowane z ociosanych bloków skalnych , montowane bez użycia zaprawy. Do końca nie wiadomo, czy wszystkie nuragi spełniały rolę twierdz obronnych.

Czasami nazywano je ” wieżami ciszy”. Bo ponoć w nich rozwieszano ciała zmarłych, by zgniły. Gdy  pozostał tylko szkielet , chowano go w wielkich grobach tzw .grobach gigantów, zlokalizowanych zwykle niedaleko twierdzy. Zachowało się wiele tych grobów . Główna skała , w której było wejście zasłaniane kamieniem , miała kształt medalionu , a wokół niej ustawiano w kształcie łuku mniejsze skały , co miało nadawać temu miejscu klimat żałoby.

Gdy na wyspę dotarli Grecy i zobaczyli nuragi , uznali , że zaprojektował je grecki architekt , Dedal , który po wybudowaniu labiryntu Minosa na Krecie , obawiał się zamachu na swoje życie. By uniknąć śmierci skonstruował sobie i synowi Ikarowi skrzydła, przy pomocy których przedostali się na Sycylię a następnie na Sardynię.

Uważa się , że kształt nuragi powielono przy projektowaniu wczesnych kościołów katolickich .

Około 1000 roku p.n.e przypłynęli na Sardynię Feniccy żeglarze i założyli kilka osad i portów. Tubylcza ludność podjęła z nimi walkę , wzywając na pomoc Kartaginę . W ten sposób Kartagina przejęła władzę nad wyspą . W 238 roku p.n.e. Kartaginę pokonali Rzymianie i wyspa została włączona do Republiki Rzymskiej . W 465 roku nowej ery pojawili się Wandalowie , potem Genueńczycy i władcy Pizy. Papież oddał Sardynię władcom Aragonii . Po kilku stuleciach wyspa przeszła w ręce Austriaków a od 1720 roku należy do Włoch.

Mimo , że należy do Włoch jest zupełnie niepodobna do innych miejsc tego kraju . Jej mieszkańcy od wieków pilnują swojej odrębności kulturowej i nieustannie podkreślają swoją niezależność.

Sardynia została odkryta przez turystów późno i nadal jest rzadko odwiedzana. Dzięki temu zachowała pierwotny urok własnego rytmu życia . Na pewno będziemy się tam dobrze czuli , bo mieszkańcy akceptują i tolerują turystów , ale nie są ciekawscy i zachowują wygodny dla nas dystans.

Zamieszkamy na tej wyspie . Znajdziemy miejsce dla naszego domu na kołach.

Jeśli jesteś wrażliwy na zapachy , na pewno poczujesz się szczęśliwy . Bo zatoniemy w istnej orgii woni charakterystycznej dla krain leżących nad Morzem Śródziemnym . To wspaniała kompozycja  zapachów lawendy, rozmarynu , macierzanki , mirtu , anyżku , cyprysów i eukaliptusów.

Wrzesień specjalnie dla nas ubierze tę wyspę w złoto . Przebiorą się też najzwyklejsze osty , zmieniając srebrne polskie szaty na sardyńskie złoto .

Zaproszę Ciebie na długie spacery , najpiękniejsze wtedy , gdy słońce powoli wybiera się do snu . Zanurzymy się w świecie wiecznie zielonych krzewów ( makii ) , odkryjemy urocze ścieżki wijące się pomiędzy skałami . Zadziwimy się rzeźbiarskim mistrzostwem natury . Sardyńskie skały można oglądać godzinami, bo każdego dnia i o każdej porze wyglądają inaczej . Najczęściej przypominają ogromne rośliny lub nieruchome zwierzęta , z którymi igra światło .

Czasami ścieżka otworzy nam widok zniewalający  urodą . Albo doprowadzi tam , gdzie morska fala nagle obliże nam stopy .

A gdy przyjdzie zmęczenie , przypomnimy sobie o plaży . Ona cierpliwie czeka , odświętnie przystrojona w złoto i rozpalona słońcem . Poszukamy zatoczki , gdzie znajdziemy cień wielkich tamaryszków , które zupełnie irracjonalnie wyrastają na słonym piasku .

Będziemy się wylegiwać mając przed sobą bezmiar morskiego turkusu . Aż zatęsknimy za zanurzeniem w wodzie . Wówczas powoli , oswajając rozgrzane ciało z chłodnym dotykiem fali , ulegniemy jej zniewalającym , delikatnym , czułym i słonym pieszczotom . A potem będzie już tylko senne i rytmiczne kołysanie ….

 

Nuraga

 

Grób gigantów

 

 

Tamaryszki na plaży

 

 

 


 

Tekst własny zamieszczony w portalu MM-Gorzów pod nickiem Klarka ( Łuka) 4.07.2011

Na medycznej ścieżce. Wszy….

 Gdy byłam w pierwszej klasie szkoły podstawowowej miałam długie białe włosy. Mama codziennie mi zaplatała dwa ciasne warkocze, tak je upinając na głowie, że z trudem zamykałam oczy.

Któregoś dnia poczułam niesamowite swędzenie skóry głowy. Gdy zasiadłam do kolacji zaczęłam się  intensywnie drapać , odbierając apetyt  domownikom.

Po chwili Mama się zorientowała i zabrała mnie od stołu. Poszłyśmy do sąsiedniego pokoju, Mama ,  rozplotła  warkocze i zaczęła oglądać moją głowę, starannie rozdzielając włosy. Niebawem oznajmiła, że znalazła gnidę . Okazało się , że zostałam szczęśliwą posiadaczką  wielkiej wszawej rodziny. Wprawdzie Mama była mniej szczęśliwa, ale ja pękałam z dumy. W końcu nie wszyscy mieli wszy, więc czułam się wyróźniona.

Zabieg iskania trwał dość długo i był codziennie powtarzany. Mama wyjmowała gnidy i wszy, które następnie układała na białej kartce papieru. Widziałam te stworzonka. I chyba nawet było mi ich żal, gdy Mama je rozgniatała paznokciem . Ten suchy trzask dobrze zapamiętałam.

Aż któregoś dnia Mama stwierdziła, że już nie znalazła żadnego mieszkańca mojej głowy. Zabiegi były nudnawe, więc ucieszona pobiegałam na swoje ukochane podwórko.

I po wielu latach, gdu zostałam pomocą lekarską i znalazłam wszy w głowach kolonistów , myślałam, że nadszedł kres moich wakacji . I widocznie moim przeznaczeniem będzie wydobywanie tych żyjątek . Już się nawet  z tym pogodziłam, bo przecież chcę zostać lekarzem, a teraz jestem na drodze do zawodu. A ta droga nie musi być  lekka i prosta:) Tymczasem niespodziewanie przyszło wybawienie. Kazia wyjęła z szafy dyżurki lekarskiej cudowny lek na wszawicę. Znając realia, przygotowała się zawczasu. Podziwiałam jej przezorność. Miała także zapasy płótna , a może to były jakieś stare prześcieradła.

Podała mi  butelkę z jakimś płynem. Przeczytałam na naklejce, że jest to ocet sabadylowy. Brzmiało tajemniczo, ale nie spodziewałam się fetoru, który  niespodziewanie walnął mnie w nos, gdy otworzyłam butelkę.

Nie wiem, jak wytrzymywały ten zapach nosy zawszawionych kolonistów. Musiałam owym płynem polewać ich głowy, a następnie zakładać kawałki płótna , modelując coś na kształt turbanów. Dzieciaki zostały zamknięte w izolatce. Nic dziwnego, bo z powodu tego fetoru  innych  kolonistów musiałybyśmy leczyć z powodu uporczywych wymiotów. Pewnie też  zawszawione dzieciaki stałyby się atakiem niewybrednych żartów kolegów.

Przez trzy kolejne dni zmieniałam okłady, i potem okazało się, że niespodziewani mieszkańcy opuścili biedne głowy.

Po wielu latach, w szpitalu dziecięcym , w którym pracowałam, pielęgniarki zapisywały w historiach choroby niektórych dzieci tajemnicze zdanie –„ Założono czepiec „ Dzięki doświadczeniom kolonijnym dobrze znałam znaczenie tych słów…i rozpoznawałam  znajomy zapach cudownego leku….i wracały cudne wakacyjne czasy

Opowieści mojej Mamy. Marianna.

Skrzyczne, widok ze zbocza Skalitego

 

 

Wieść o planowanym przybyciu z sąsiedniej miejscowości bogatego wdowca  w wiadomym celu roznosi się szybko po wsi. Dziewczyna się dowiaduje na końcu, nie dowierza , jest przerażona . Przybiega do matki, klęka u jej kolan, i pyta . Matka potwierdza wiadomość. Być może bez czułości, bo tam , na tej gliniasto kamienistej ziemi, wśród gór czułość już dawno umarła, a może się w ogóle nie urodziła. Jest tylko walka o przetrwanie

Wszyscy wiedzą , że  dziewczyna  jest zakochana w urodziwym młodym chłopcu  z dalekiej chałupy, ukrywającej nędzę pomiędzy górami. To właśnie bieda jest przeszkodą nie do przebycia. Jej  rodzice nigdy się nie zgodzą  na  to małżeństwo.

Nieszczęśliwa  miłość. Te oschłe słowa nie oddają dramatu, który rozgrywa się w duszy Marianny.

Wyobrażam sobie, jak dziewczyna wymyka się ukradkiem z domu. Biegną do siebie przez pola i  górskie bardzo pachnące łąki . I tylko góry są niemym świadkiem jak biją ich serca , dłonie dotykają dłoni, oczy płoną i usta szukają ust. Kochają się gwałtownie i rozpaczliwie. A może tylko wtuleni w siebie nieruchomo patrzą na swoje okrutne góry …

Dni Marianny mijają jak paciorki różańca, który codziennie odmawia , gdy nadchodzi wieczór . . Aż wreszcie, pewnie to było w niedzielę , zapanowało nagłe  ożywienie we wsi. Radziechowy .  Ludziska wylegli przed domy i wypatrywali, bo właśnie z daleka nadjeżdżała piękna bryczka  zaprzężona w  rącze konie . Zatrzymuje się przed domem Marianny. Wysiada rosły, barczysty mężczyzna. Jest przystojny dojrzały i co widać po świetnie utrzymanych i ozdobionych koniach , bogaty  .

Marianna chce uciekać , ale rodzice ją zatrzymują. Ona  posłuszna ich rozkazom powoli wraca do chałupy i siada w najciemniejszym kącie izby. Siedzi cichutko, przyczajona i przypomina ptaka, który do tej pory szybował nad górami. I został  zniewolony , zamknięty w klatce i  tylko czuje jak szybko bije wystraszone serce…

Rodzice wychodzą przed dom, witają się ulegle i zapraszają do domu. Do izby wchodzi Michał.  .  Od wejścia patrzy na  dziewczynę , domyśla się , że to ona jest mu przeznaczona.  Ogląda ją starannie . Bo przyjechał w określonym celu.   Marianna  biernie się poddaje ocenie. Chciałaby wyć z bólu . Ale nie wolno , więc siedzi wyprostowana i  z całej siły  zaciska dłonie złożone na kolorowej spódnicy. Bo przecież ją wystroili świątecznie . W śnieżną bluzkę , wyszywany serdak, spódnicę rozłożystą w barwne wzory kwiatowe. Matka oddała jej swoje prawdziwe korale, które pulsują czerwienią w ciemnej izbie.

Marianna myśli, że jest na targowisku, gdzie sprzedają konie . I jest poddawana ocenie, czy się nadaje.

Stopniowo łagodnieją  gniewne i bardzo brązowe oczy Michała . Widocznie pozytywnie ocenił  urodę  dziewczyny oraz  jej przydatność w jego chałupie i gospodarstwie.

Jest tak jak uznali sąsiedzi,  dziewczyna może być jego żoną.

Zdecydowany, prosi ojca o rękę jego córki,  przedstawia jakieś propozycje majątkowe.

To  transakcja.

Wszyscy wiedzą , że ma pięcioro małych dzieci. Ale  czy rodzice Marianny o tym myślą? Prawdopodobnie to dla nich nie ma znaczenia.  Tutaj panują brutalne życiowe prawa. Ważne, że dla ich córki jest to poważna partia.

Rodzice podejmują decyzję , nie zwracają uwagi na córkę, na jej nieśmiały protest. A może ona w ogóle nie protestuje, biernie się poddaje woli rodziców. Nie podejmuje walki, bo już jest przegrana. Musi być uległą dobrą córką. Takie  to czasy…

A może jednak któreś z rodziców, matka  czy  ojciec, mają wątpliwości. I jest  im żal, że oddają taką młodą i to oddają właściwie na stracenie.

Jest to prawdopodobne ,  przecież wtedy , nawet w tych surowych górach ludzie mają serca.

Czy można sobie wyobrazić co czuje Marianna, gdy finalizuje się  umowa  poślubienia wdowca z pięciorgiem małych dzieci.

Może szczęśliwie jeszcze sobie nie zdaje sprawy,  z tego co ją czeka.

Jeszcze ostatnie spotkanie z ukochanym. Rozstanie i ostatnie łzy.

A potem już nie płacze,  tylko przychodzi do niej wielki smutek i jest stałym mieszkańcem jej oczu.   Ten smutek jest wszechogarniający   i tak trwały , że po bardzo wielu latach jeszcze go znajduję  w spojrzeniu mojej Mamy i jej rodzeństwa

Na dnie oczu dzieci Marianny i Michała zawsze się czaił smutek…

 


 

 

Na medycznej ścieżce. Pierwsza praca.

Ale młodość ma swoje prawa.  Wiatr młodości rozpędza  refleksyjne myśli i smutki  zasypuje czystą żywą radością . I właśnie tak się stało.  Rozkwitała moja radość i entuzjazm. Zostałam studentką i dostałam się na wymarzone studia.

I kochałam swój pociąg, który mnie unosił do domu. I stację Krzyż , gdzie  miałam przesiadkę. I oglądałam zachwycające  podgorzowskie wzgórza morenowe . I  witałam się z Wartą , moją wielką rzeką , która od wieków przytulała moje miasto. Jak zwykle zatrzymałam się na gorzowskim peronie i podziwiałam widok ,  który pokazywał mój dom u podnóża cudnego, pokrytego kosodrzewiną wzgórza z górującymi na nim koszarami .

W domu rodzinnym czekali Rodzice. Nie wiem, czy się cieszyli ze mną. Nie zapamiętałam. Zapamiętałam tylko moją wszechogarniającą radość…

Wkrótce zadzwonił do nas mój zielonogórski kuzyn- Witek i zaproponował mi pracę na kolonii, którą prowadził.
Jego żona, Kazia , był tam lekarką i mogłam być jej przydatna. Oczywiście zgodziłam się, i ponownie wsiadłam do pociągu. Wylądowałam w Międzyrzeczu. Tam na mnie czekał Witek. Wsiadłam do półciężarówki , kierowcą był kuzyn. Zapamiętałam tę jazdę, szybką i niepewną. Hamował gwałtownie, wykonywał jakieś nieprzewidziane skręty. Dookoła był wielki las. Szczęśliwie dotarliśmy pod budynek kolonijny. Gdy wysiadaliśmy, Witek rozkosznie wytrzeszczył na mnie swoje bardzo błękitne oczy i zakomunikował, że się cieszy, bo właśnie po raz pierwszy kierował samochodem. Do tej pory jeździł motocyklem, który stał spokojnie na parkingu ….Cieszyłam się razem z nimJ

Kolonia  mieściła się w szkole, chyba zawodowej , w Bobowicku. Przydzielono mi miejsce do spania w dużej sali , pełnej dzieciarni. Z torby wyjęłam kilka zgrzebnych ciuchów. W tamtych czasach myślenie o ubraniach było kosmicznie odległe.

Zeszłam na dół, gdzie w pokoju lekarskim czekała lekarka, żona kuzyna, Kazia. Zapachniało medykamentami i środkami odkażającymi. Wchłaniałam całym ciałem z lubością.

Może przeczuwałam , że to było moje miejsce w życiu. Dyżurki pielęgniarskie, lekarskie, sale szpitalne…

Nie mogłam  się zbyt długo delektować zapachami , bo przyszła gorączkująca kolonistka. Obserwowałam , jak lekarka bada tę dziewczynę i starałam się zapamiętać kolejność czynności. Rozpoznała anginę. I wtedy po raz pierwszy w życiu zobaczyłam migdałki pokryte białawymi czopami i żółtymi nalotami.

Tak więc już miałam na koncie, na swojej białej zawodowej tablicy pierwsze rozpoznanie. To była angina. Potem było trochę gorzej, bo lekarka uznała, że trzeba dziewczynę leczyć penicyliną. Wtedy były tylko znane postaci tego leku do stosowania domięśniowego. Tak więc Kazia długo gotowała w metalowym pudełeczku igły i strzykawkę. Następnie pokazała , jak otworzyć ampułkę z płynem do rozpuszczania leku. Otworzyłam . Potem trzeba było odkazić gumowy korek fiolki ze sproszkowaną  penicyliną i wstrzyknąć tam płyn pobrany z .ampułki.  Po wymieszaniu, drugą igłą należało pobrać rozpuszczoną już  penicylinę. Pod kierunkiem Kazi, wykonałam zadanie. Byłam przejęta i dumna. Zastrzyk wykonała już lekarka…

Do moich obowiązków należało sprzątanie w gabinecie, sprawdzanie stanu higieny kolonistów. Krępujące było codzienne sprawdzanie, czy dzieciaki umyły  nogi przez położeniem do łóżka. Wówczas zobaczyłam, że kilkoro z nich  ma dziwne paznokcie matowe,  porysowane i pokryte jakby błonką . Pokazałam to lekarce. Rozpoznała grzybicę paznokci i zleciła smarowanie jakimś czerwonym płynem. Po kilku dniach zdumiałam się, bo paznokcie odzyskały swój normalny wygląd.

Musiałam też okresowo oglądać głowy dzieci i jakby przeczesywać włosy .  Bo wtedy bardzo popularna była wszawica. I oczywiście tutaj też ktoś przyjechał w takim „towarzystwie „. Pokazano mi jak wyglądają gnidy, malutkie przezroczystobiałe owalne kuleczki , przyczepione do włosa blisko skóry. I ze zdumieniem zauważyłam , że w białych włosach wszy są białe, ale w czarnych ciemne. Natura pokazywała swoje przewrotne ale i doskonale ukształtowane oblicze. Od tej pory zachwycałam się  matką naturą….

Przeżycia związane z pracą higienistki kolonijnej były dla mnie nowe i niezwykłe….