Opowieści mojej Mamy. Samotność Michała.

Bardzo stara kapliczka cmentarna w Godziszce, gdzie podobno jest XVII wieczny obraz.W opisywanych czasach jeszcze nie było sąsiadującego z nią kościoła.

 

 

Dziadek Michał zostaje sam. Ani jego dobry Bóg ani ukochane góry nie odpowiedziały na pytanie – dlaczego. Może się pogodził z wolą nieba, może przestał  ufać Bogu. Tego nigdy się nie dowiemy.

Ale czas leczy rany, więc zmarła żona powoli przechodzi w smugę cienia  . Ale czy można zapomnieć. ?  Jego córki pięknie rosną. Chyba są wiernym odbiciem swojej matki  bo bardzo wyraźnie  różnią się wyglądem i  zachowaniem od moich   prawdziwych ciotek.  

Czas płynie… Dziadek kocha konie, ma ogromne połaci pola. Jest bardzo zajęty, zresztą praca jest najlepszym lekarstwem. Kto mu pomaga w domu, nie wiadomo . Pewnie dzieci  opiekują się sobą nawzajem. Już dojrzewa najstarsza córka – Teresa. Ma naturę despotyczną dodatkowo utrwalaną przez ogrom obowiązków domowych. Maluchom zastępuje matkę  , pomaga ojcu w prowadzeniu gospodarstwa.

Ale Dziadek Michał jest jeszcze młodym mężczyzną , potrzebuje kobiety . Może w bezsenne noce tęskni, szuka ciepłego kochanego ciała w swoim wielkim łożu, może przez sen powtarza imię zmarłej żony. Odpowiada milczenie , ciężkie i mroczne jak jej grób na niedalekim cmentarzu.

Sąsiedzi namawiają, by znalazł  nową żonę . Pewnie nie muszą używać silnych argumentów, on sam wie, że nie ma na co czekać  , a życie płynie dalej . Nie można się zatrzymać ani cofnąć czasu.

Po pewnym czasie ktoś doradza, by odwiedził sąsiednią dużą wieś , Radziechowy , w której wiele lat później urodził się biskup Pieronek. Jest tam gospodarz,  który ma młodą córkę , już gotową do wyjścia za mąż. Tylko…..

 

Godziszka , nasza ul. Południowa.Od lewej zbocze Skrzycznego z Niesłychanym Groniem, przełęcz Siodło i Skalite.Za górami jest Szczyrk. Skalite to magiczna góra, wydaje z siebie mnóstwo strumyków a wodociąg godziszczański od ponad 50 lat czerpie z niej wodę . Od strony Szczyrku na jej zboczu jest skocznia narciarska.

Na medycznej ścieżce. Wyniki.

piątek, 20 stycznia 2012 12:41

Pewnego dnia w naszym gorzowskim mieszkaniu rozległ się donośny dźwięk telefonu . Podniosłam słuchawkę , po drugiej stronie był Józek z Poznania , mąż kuzynki. Po radosnym tonie jego głosu wyczułam, że ma jakąś dobrą wiadomość. I tak właśnie było.  Z przejęciem informował, że właśnie wraca z rektoratu Akademii Medycznej i , że znalazł mnie na liście osób przyjętych.  Ucieszyłam się, ale jak niewierny Tomasz,  postanowiłam zobaczyć to na własne oczy .

I dlatego  następnego dnia , pierwszym porannym pociągiem wybrałam się  do Poznania .

Niepewnie przemierzałam ulice, serce biło coraz szybciej w miarę jak zbliżałam się do rektoratu AM. Aż stanęłam przed tablicą z różnymi listami. Gorączkowo szukałam listy przyjętych na Wydział Ogólnolekarski. Gdy wreszcie znalazłam , mgła mi przysłaniała oczy, ale przetarłam je energicznie i zaczęłam czytać. I znalazłam swoje nazwisko. Długo czytałam. Odeszłam, ale po chwili wróciłam i tak kilkakrotnie.

Nie ulegało wątpliwości, zostałam studentką !!! Gdy  wreszcie to sobie  uświadomiłam, poczułam wielką ulgę a potem coraz większą wszechogarniającą radość. Tanecznym krokiem wracałam na dworzec. Boże, jak ja wtedy kochałam to miasto , chciałam przytulać przechodniów. Widziałam , jak  się do mnie uśmiechali. Miasto śpiewało a ja z nim 🙂

Gdy znalazłam się w pociągu, w czasie 4 godzinnej podróży , powoli opadała adrenalinowa fala i przychodziły refleksje. Miarowy rytm kół  przynosił różne myśli, coraz bardziej poważne. Oto wracam do domu, ale co potem? Skończyły się żarty i frywolna młodość. Będę w obcym mieście, wśród obcych ludzi . Czy podołam wymogom tej  wymarzonej uczelni . Postanawiałam się nie poddać, brać życie za bary, i nie tylko przetrwać, ale może nawet zwyciężać.

Jedno było pewne, wkroczyłam w nowy i  jeden z najważniejszych etapów życia.

Czy już wtedy  przeczuwałam , że nie wrócę  do Gorzowa .….i w niedalekiej przyszłości zacznę dźwigać z ludźmi cierpiącymi ich krzyż ….nie wiem

Opowieści mojej Mamy. Pierwsza żona mojego Dziadka.

czwartek, 19 stycznia 2012 6:45

Babia Góra….

 

Stoję  na zboczu Skrzycznego. Widok jest przepastny i cudny. Przede mną otwiera się wielka Kotlina Żywiecka.

Daleki horyzont zamykają niezbyt wysokie pasma Beskidu Małego, na południu jak zwykle siedzi wysoka , kształtem podobna do Fuji Babia Góra. Dalej Pilsko, Romanka i inne szczyty Beskidu Żywieckiego, za mną rozpościera się Beskid Śląski.

W dole wsie rozrzucone jakby na wielkiej makiecie. Niektóre linijnie ułożone wzdłuż linii kolejowej, która biegnie  wzdłuż pasma gór do Zwardonia i dalej za granice państwa. Domy jak paciorki nanizane na grzbietach wzniesień , sznureczkach dróg  i wzdłuż strumyków .

Najwyraźniej widzę dużą wieś, która opiera się o zbocze Skrzycznego .To Godziszka. W tej wsi urodziła się moja Mama . W miejscu , gdzie stała chałupa mojego Dziadka- Michała Jakubca  wybudowano w latach 60 ubiegłego wieku duże jasne domy . Są to domy moich kuzynów.

Mimo , że miałam wtedy może pięć lat , zapamietałam ten stary dom rodzinny , jeszcze tam był .

Chałupa ta , posadowiona przy drodze do Łodygowic,  za kościołem i małym cmentarzem była duża i przysadzista , zbudowana ze sczerniałych bali drewanianych . Miała  dwuspadowy dach o dużym kącie nachylenia gontowych połaci. W odróżnieniu od stromych tatrzańskich , tutaj budowano domy o  bardziej płaskich dachach . Przez niewielkie okna wpływało maleńkie dzienne światło . Wejście do domu było  niskie, i należało  wielkim krokiem przejść przez bardzo wysoki próg…

I teraz , gdy  rozmyślam , stojąc na zboczu Skrzycznego przychodzą  dawne historie ożywione kiedyś  opowieściami mojej Mamy .

 

Może jest rok 1900. Właśnie w tej chacie mojego Dziadka. rozgrywa się dramat. Jego żona rodzi piąte dziecko . Poród jest trudny  .

Słyszę krzyk rodzącej, potem już tylko słaby jęk i ciszę . Jacyś ludzie wybiegają z domu, Dziadek zaprzęga konie do bryczki i pędzi w dal tratując swoje pola, które kończą się daleko na horyzoncie. Po pewnym czasie przywozi  jakąś kobietę . Wbiegają do domu z nadzieją , przecież ona jest wprawiona w przyjmowaniu porodów. W izbie  pełno krwistych płócien . Na wielkim łożu rodząca, blada i nieprzytomna. Wiejska położna sobie tylko znanymi sposobami wydobywa dziecko. Słychać krzyk zdrowego noworodka. Ulga.

Ale dlaczego mój Dziadek wychodzi przed próg i  patrzy na swoje góry.

Po jego policzku  , czerstwym, góralskim, zaprawionym w różnych trudnych sytuacjach, powoli spływa łza. A może on w ogóle nie płacze. Może tylko  zaciska zęby gdy rozpacz rozdziera mu serce i umysł. Nie wiem.

Dookolne góry patrzą na ten ludzki dramat niemo i nieruchomo i obojętnie.

Dziewczynka właśnie urodzona głośno krzyczy. Nie ma kto jej nakarmić., bo umarła jej matka . Wreszcie ktoś wpada na pomysł i wysypuje na szmatkę odrobinę cukru, szmatkę związuje w supełek, zwilża wodą i podaje dziecku. Mała ssie łapczywie. Od tej pory będzie to jej namiastka matczynej piersi, podawana często poza butelką z krowim mlekiem …

Potem maleńkie łapki czworga dzieci , które niedawno odrosły od ziemi, obejmują kolana ojca .

Ale Dziadek nie reaguje . Milczy.

A może rozmawia ze swoim Bogiem, któremu ufał. A może mówi swojemu dobremu Bogu, że  właśnie to dobro umarło.  A może  tylko zadaje pytania swoim górom – dlaczego ?

Dlaczego odeszła młoda piękna silna kobieta , jego kobieta. Jego miłość  ….

Na medycznej ścieżce. Czas oczekiwania.

środa, 18 stycznia 2012 7:32

Wróciłam do rodzinnego, wygodnego gniazda.

Spotykałam się z koleżankami z LO, odkrywając uroki miejscowych kawiarni. Nadganiałyśmy czas, gdy z powodów niejasnych, nie chodziłyśmy do knajp. Może to tylko ja, zapóźniona w rozwoju nie chodziłam, może nie było wolno, może nie było takiej mody…

Czasami wylegiwałam się na działkowej trawie pod starymi drzewami w których buszowały osy, pszczoły i jakieś muszki. Wszak był to czas letniego dojrzewania owoców. Zbierałam czarne i czerwone porzeczki,  które pięknie płonęły dojrzałym lipcem na swoich krzakach.

Dni spalone upałem przewalały się leniwie łapiąc w objęcia skrawki cienia.

A nad moim światem była tylko pokorna i spokojna cisza.

Nocami przychodziły sny inne niż dotychczas. Spadanie ze schodów ciasnej klatki gorzowskiej kamienicy zastąpił sen o skoku z samolotu. Gdy gwałtownie koziołkowałam w powietrzu nagle otwierał się mój spadochron. I potem już tylko kołysał mnie dobry wiatr, przytulały obłoki a ziemia z siatką błękitnych  wodnych szlaków i burzową zielenią czekała…

Mama nie zadawała pytań nt egzaminu. Ja nie opowiadałam. Wydawało się, że porzuciłam myśl o medycynie.

Wreszcie któregoś dnia Mama powiedziała, że się cieszy, bo pewnie zostanę z nimi w Gorzowie. Dowiadywała się  o miejsce w Studium Nauczycielskim.  I że zrealizuję Jej marzenie, by zostać, tak jak Ona nauczycielką.

Aż po 2 czy 3 tygodniach zadzwonił telefon…

Powrót do Gorzowa.

wtorek, 17 stycznia 2012 6:54

Czterdzieści lat nieobecności w tym mieście spowodowało, że jego obraz w mojej pamięci się oddalał, stopniowo tracił barwy, upodabniał się do szarej znajomej fotografii. Ta fotografia starzała się ze mną, bladła i marniała.

Aż któregoś dnia obudziłam się z uczuciem przerażenia, że moja fotografia zniknie a ja już nigdy nie zobaczę Gorzowa.

I wtedy postanowiłam, że muszę tam pojechać. I spotkać się z miastem, w którym przyszłam na świat i dojrzewałam.

Z lękiem oczekiwałam tego spotkania.

Pragnęłam nie tylko obejrzeć stare kąty, ale również  miejsca nowe i ciekawe. W Internecie znalazłam potrzebne informacje, zamówiłam bilety do Teatru i miałam już plan bardzo krótkiego pobytu.

Jakże sentymentalna była podróż pociągiem. Tę trasę kiedyś tak często przemierzałam. To były powroty do domu. W tym domu czekali Rodzice . Wszystko minęło jak ulotna chwila. Teraz rozpoznawałam stacje, znajome widoki za oknem przynosiły falę wzruszeń…

I oto nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki otworzył się przede mną mój Gorzów.

Zatopiony w zielonych wzgórzach nie spał. Czekał…

Szłam swoimi ulicami, ostrożnie stawiając stopy na zachowanych dużych płytach granitowych, by nie przekroczyć granicy płyty. Tak jak w dzieciństwie…

A dookoła miasto tętniło życiem. Czułam  na sobie jego oddech. Widziałam  tłumy młodych ludzi, barwnie ubranych, pędzących w nieznanym mi kierunku.

Tutaj czas się nie zatrzymał…

Witały mnie stare kamienice i wille, niektóre pięknie odnowione. Znajdowałam ślady ich  dawnej świetności.

W Parku Wiosny Ludów, nad Kłodawką nadal rosły platany. Musiałam się upewnić, czy to te same. To niewiarygodne, że jeszcze były i zachowały dawną urodę. Tak jak kiedyś, ich konary pokryte gładką korą przypominały uniesione ramiona w jedwabnych rękawiczkach. Wydawało się, że w swoich srebrzystych obcisłych sukniach tylko na chwilę znieruchomiały w tańcu.

Gdy wczesnym świtem przemierzałam stare  uliczki, w poszukiwaniu dawnych działek, na głowę spadał lipowy nektar. Czułam dotyk wilgotnych liści i zanurzałam twarz w zapachach dzieciństwa, w niepowtarzalnym zapachu kwitnących lip…

Potem obejrzałam centrum Gorzowa. I tak myślałam. Mieszkam od lat w Warszawie i stale czytam w miejscowej prasie, że władze nadal się zastanawiają : jak połączyć miasto z rzeką, a może pomalować któryś z mostów by było weselej, a może zorganizować tańce na ulicy?

A w Gorzowie – miasto samo wylewa się spod kolorowego wiaduktu, poprzez  śliczne bulwary z tajemniczymi granitowymi wybrzuszeniami, które kojarzą się z leżącym na chodniku biustem, na barwny most z  bajkowym „pająkiem” nazwanym  Dominantą, po drugiej stronie wielkiej, szerokiej rzeki.

Warta, odwieczna towarzyszka miasta, była jak zwykle młoda, ruchliwa i przepiękna. A Gorzów przeglądał się w jej oczach. Zakochani i wierni…

Na bulwarze występowały jakieś dziecięce zespoły, a potem ta kolorowa dzieciarnia wysypała się na nadwarciańskie schody…

Podobał mi się koloryt mostu, dyskusyjna uroda nieprzydatnego „pająka” zwanego Dominantą. Czułam jak te kolory jeszcze nasilają, stymulują  moją radość.

Gdy z przyjaciółką wędrowałyśmy przez centrum miasta, usłyszałam głośną muzykę, która porywała nogi do tańca. Przez moment wydało mi się, że jestem w  La Boca, dzielnicy tanga w słodkim Buenos. Ale zobaczyłam Letnią. To Gorzów i niezapomniana kawiarnia mojej młodości. Taka sama od lat. I to w Letniej grali a  ludzie tańczyli prawie na ulicy. I ja uległam magii i zaczęłam pląsać, nie zważając na swoją „dojrzałą młodość”. Nieważne, kto grał i tańczył, było super!

A potem był spektakl w  ukochanym kiedyś Teatrze im Osterwy, który przed półwieczem był moim pierwszym oknem na świat. Cieszyłam się, bo poszłyśmy tam razem, kilka koleżanek ze szkolnej ławy. Usiadłyśmy przy niewielkim stoliku Sceny Letniej, zamówiłyśmy wino i rozpoczął się spektakl. Nie był to zwykły spektakl, ale samo wzruszenie. Jakby na specjalne zamówienie dokładnie w tym dniu grali  „Trzy razy Piaf”. Znakomite gorzowskie aktorki wyczarowały niepowtarzalny klimat. Zerkałam na koleżanki, one podobnie jak ja, ukradkiem ocierały łzy.

Następnego dnia odwiedziłyśmy kino o tajemniczej  nazwie  „60 krzeseł”. Na widowni były tylko dwie osoby – przyjaciółka i ja. I tym razem niespodzianka, film o Cyganach. Wróciło nasze dzieciństwo i trwające od tej pory nieustanne zauroczenie kulturą cygańską.

Byłyśmy też w miejscowym  klubie o budzącej wiele refleksji nazwie Lamus. Za czasów mojej młodości tego klubu nie było. Siedzieliśmy w wielkim rozbawionym tłumie młodych ludzi, gdy  niespodziewanie ponownie ujrzałam  młode aktorki z gorzowskiego teatru. Tym razem fenomenalnie mówiły i ilustrowały ruchem bajki Brzechwy.

Bardzo chciałam odwiedzić piwniczny Jazz Club o pięknej nazwie „Pod filarami”, ale niestety w tych dniach był nieczynny.  Po paru miesiącach moi nowi gorzowscy przyjaciele przywieźli mi pięknie opracowany album wydany z okazji 40 lecia klubu. Często go oglądam, poczytuję i spotykam się z dawnymi znajomymi, którzy działali w tym klubie. Albo nie żyją, albo zabrał ich nieznany mi świat…

Zapomniałabym opowiedzieć o spotkaniu z nowymi, gorzowskimi małymi pomnikami. Otóż podczas łazęgi po mieście, przyjaciółka pokazała mi  niewielkie pomniki ważnych dla tego miasta ludzi. Bardzo ładnie wykonane i rozmieszczone  w ciekawych miejscach, sprawiały wrażenie, że ci ludzie jeszcze żyją wśród mieszkańców i może tylko zostali zaczarowani w „znieruchomienie”. I wystarczy przystanąć w biegu, zagadać i na pewno zaczną opowiadać, opowiadać bez końca. O swoim życiu, o tym co robili i jak kochali swoje miasto…

Mój czas pobytu w Gorzowie był krótki, ale wspominać można długo…

Cieszę się, że zdążyłam odwiedzić moje miasto, odnaleźć stare ścieżki i poznać  nowy, pełen młodych ludzi, tętniący życiem Gorzów…

Jeszcze zdążyłam, bo przecież „upływa szybko życie”…

Na medycznej ścieżce. Egzaminy .

poniedziałek, 16 stycznia 2012 5:53

 Było jeszcze bardzo wcześnie, gdy weszłam do  gmachu rektoratu AM w Poznaniu przy ul. Fredry. Budowla piękna z zewnątrz, miała niezwykłe wnętrze. Wielki, sięgający nieba hall, a na dookolnym obwodzie wspinały się na wysokość kilku pięter malownicze krużganki.

Staliśmy jak grupa spłoszonych zwierzątek. Wreszcie ktoś do nas wyszedł i zostaliśmy podzieleni na podgrupy iskierowani do  różnych sal. Tam każdy dostał osobne, oddalone od innych miejsce. Miejsca te unosiły się do góry, tworząc wizję sali  kinowej. Ale to nie było moje ukochane i przyjazne gorzowskie kino „Słońce”. Tutaj było surowo i poważnie. Czułam, że właśnie rozpoczyna  się prawdziwe życie. I w takiej to atmosferze zabarwionej grozą startowaliśmy.

Rozdano nam płachty papieru z pytaniami, bo egzamin był pisemny.

W maksymalnej koncentracji umysłu czytałam kolejne pytania z fizyki, potem z chemii i udzielałam odpowiedzi oraz rozwiązywałam liczne zadania.

Następnego dnia pisaliśmy egzamin z biologii. Należało omówić jakiś problem, dokonując wyboru z kilku zaproponowanych tematów. Napisałam jakiś elaborat. Potem był egzamin z języka rosyjskiego i wydawał się niezbyt skomplikowany.

Jeszcze czekał nas egzamin ustny, a właściwie rozmowa z komisją.  Nazywany był testem na inteligencję. Wiadomo było, że mogą być zadawane pytania z różnych dziedzin życia. Weszłam trochę spięta. Padały różne pytania z zakresu wiedzy licealnej, na które odpowiadałam zwięźle. Ale ostatnie pytanie  mnie radośnie zaskoczyło. Jakaś pani zapytała o ulubioną lekturę. I wtedy poczułam, jak mi rosną skrzydła u ramion. I pofruuuunęłam. Bo jeszcze w LO w czasie lekcji, trzymałam pod ławką otwartą książkę, którą pochłaniałam nie pamiętając o bożym świecie. Była to pozycja „Ciała i dusze „ van der Meerscha. Przeniosłam się w świat tej książki i tak zapamiętale opowiadałam, aż wreszcie dotarła do mnie sucha uwaga komisji – dziękujemy pani.

Wyszłam, unosząc ze sobą świat mojej książki…

Potem wróciłam moim ukochanym pociągiem do Gorzowa. Tam miałam dom, czekali na mnie Rodzice. Nie czułam niepokoju. Wiedziałam, że co ma być to będzie. Zrobiłam wszystko, by zdać te egzaminy.

Motocykl , moja pierwsza miłość .

niedziela, 15 stycznia 2012 8:52

Bardzo wcześnie  zakochałam się w motocyklu. Miłością pierwszą wierną i niespełnioną. Zdjęcie ze starego rodzinnego albumu. Gorzów Wlkp, ul. Kos. Gdyńskich 106, 1948 roku

Narodziny uczucia

Pierwszy świat to podwórko. Pachnące wiosną czarne błoto. Dwie małe dziewczynki, odwieczne przyjaciółki, na konarach cherlawego bzu. W dole cuchnący śmietnik. Ciekawe w nim śmieci. Wizyty zaprzyjaźnionego szczura. Piękny podwórkowy świat. Dopiero później odkrywany.

Przedtem to zdjęcie. Na gorzowskim podwórku motocykl.

To nie był przypadek, że na siodełku posadzono wyrośnięte niemowlę.To jest dziewczynka. Jedna z tych, co potem na bzie przesiadywały. Jej bezzębny, rozkoszny ale bezgrzeszny uśmiech świadczy o tym, że właśnie wtedy przyszło do niej wielkie zauroczenie. Miłość na całe życie. I chociaż nigdy potem nie jeździła motocyklem, pozostał w jej marzeniach. Razem z wyobrażeniem, że jest symbolem tego, co uwielbia. Nieograniczonej przestrzeni, wolności, radości z przemieszczania się i wiatru na policzkach.

Dojrzałość

Już nie ma tej małej dziewczynki. Ta bardzo dojrzała kobieta stale z dziecięcym zachwytem ogląda motocyklistów. Mimo, że czasami niefrasobliwie niosą śmierć na szosach lub są dawcami narządów. Ta kobieta stale nosi pod powiekami obrazki szalonych ludzi na stalowych rumakach. I wraca do zdjęcia ze starego albumu. I musi się przyznać, że nawet „żużlowe„ artykuły w gorzowskiej MM -ce poruszają struny jej wzruszenia.

I czasem otwiera komputer, czyta  o najstarszych motocyklach. Dziwi się, że czas urodzin tych pojazdów to zaledwie 80 lat przed  tym, kiedy było jej dzieciństwo i kiedy wykonano to podwórkowo – motocyklowe zdjęcie.

Lubi sobie wyobrażać tamte czasy i tamtych ludzi.

Oto historia pierwszych jednośladów w telegraficznym skrócie:

W 1490 r. Leonardo da Vinci zaprojektował  rower, ale jego pomysł nie został  zrealizowany.W 1791 roku w Paryżu hrabia Made de Sirvac połączył  drewnianą ramą dwa koła z wozu konnego. W roku 1869, Francuz Michaux Perraux przyczepił do welocypedu tłokowy silnik parowy.

W roku 1885 Gottlieb Daimler wymyślił silnik napędzany ropą naftową. Chciał sprawdzić działanie silnika i skonstruował proste podwozie. Były to dwa drewniane koła z silnikiem umieszczonym pomiędzy nimi. Całość układała się wzdłuż jednej linii. Taki układ nadal definiuje motocykl. Pojazd miał silnik czterosuwowy z mocy 0,5 kM, ważył 70 kg i osiągał zawrotną prędkość 22 km/godz. Daimler nazwał ten pojazd „Reitwagen mit Petroleum Motor„ ( co w dowolnym tłumaczeniu oznacza wózek do jeżdżenia okrakiem jak na koniu, z silnikiem  na ropę naftową ).

Daimler wykonał jazdę próbną w ogrodzie swojego domu i po pustych ulicach miasta Cannsttat, gdzie mieszkał a następnie odbył pierwszą długodystansową jazdę nieprzerwanie na odcinku aż 3 km! Jazda na drewnianych kołach nie była przyjemna. Konstruktor miał zamiar przekazać go wiejskim listonoszom. Wobec zdecydowanej odmowy, patent wylądował w kącie domu.

Teraz można oglądać ten pojazd w Muzeum firmy Daimler- Benz w miejscowości Stuttgart – Unterturkheim.

W 1894 roku dwaj monachijczycy wprowadzili opatentowaną nazwę „ Motorrad” . To właśnie oznaczało – motocykl.

Zmierzch

Gdy wyłączam komputer,  chcę wracać na gorzowskie podwórko. Tropię dawne  ślady, czuję stare zapachy, widzę barwy. Z trudem sobie wyobrażam, że już nie jestem tym podwórkowym dzieckiem. Przecież mam w sobie takie młode zachwyty i odwieczne zauroczenie. I wierzę, że tam na mnie jeszcze czeka mój motocykl ze zdjęcia. Motocykl, moja miłość…

Na medycznej ścieżce. Rok 1965.

sobota, 14 stycznia 2012 8:14

 I przyszedł czas ostatecznych decyzji.

W LO otrzymaliśmy ankietę, którą mieli wypełnić rodzice i były tam pytania na temat przyszłych studiów swojej latorośli. Widziałam na własne oczy to, co napisali.  Matka sugerowała Studium Nauczycielskie w Gorzowie a Ojciec – Politechnikę.  Chcieli, żebym miała zawód taki jak oni. Chcieli kontynuacji. Bardzo lubili swoją pracę.

 

A ja złożyłam dokumenty do uczelni, która wówczas nazywała się Akademia Medyczna. Aktualnie jest to Wydział  Uniwersytetu. W tym czasie uważano, że łatwiej się dostać na Akademię  Szczecińską. Ale ja wybrałam Poznań. Między innymi dlatego, że był dobry dojazd pociągiem z mojego miasta rodzinnego. Poza tym studiował tam kolega, a nawet moje pierwsze zauroczenie Tomasz W.

Ponadto pomyślałam, że jak spadać to z wysokiego konia, czyli jeśli się nie dostać, to przynajmniej do bardziej wtedy uznanej uczelni.

I przyszła pora egzaminów wstępnych. Nocowałam u dużo starszej kuzynki – Jadzi, która miała świetnego, pełnego ciekawych  pomysłów technicznych i bardzo dowcipnego męża – Józia oraz dwóch kilkuletnich wtedy synów. W ich domu aż kipiało radością i energią, chłopcy siedzieli mi na głowie, bo uwielbiali gości.  I oni wszyscy zadbali, bym się nie nudziła, nie rozmyślała o czekających mnie wydarzeniach i nie wpadała w otchłań stresu.

 

Nie byłam przesadnie pobożna, ale w przeddzień egzaminu wstąpiłam do kościoła Uniwersyteckiego. I modliłam się tak: Boże, jeśli mam być złym lekarzem, to lepiej żebym się na te studia nie dostała.

 

Tak więc decyzję zostawiając Bogu, bardzo spokojnie poszłam na egzaminy 🙂

 

Jeśli do Sandomierza, to z „Ziarnem prawdy” Zygmunta Miłoszewskiego.

piątek, 13 stycznia 2012 6:46

 „Widok Sandomierza od strony Wisły”, Józef Szerementowski, olej , 1885.Zdjęcie z Wikipedii ze zgodą na upublicznianie.

 

Pewnego dnia na ekranie telewizora zobaczyłam młodego, urodziwego człowieka, który oznajmił, że jest pisarzem a następnie ze swadą dyskutował o ważnych problemach w gronie równie ważnych osób. Gdy zauważyłam, że jest to Zygmunt Miłoszewski, zajrzałam do netu. I dowiedziałam się, że ten  młody człowiek ( urodzony w 1976 roku ) ma już znaczny dorobek literacki.

Od roku 1995 pracował  w Super Expressie, gdzie zamieszczał reportaże z sal sądowych.

W 2004 roku debiutował na łamach Polityki opowiadaniem „Historia portfela”. W 2005 roku wydał powieść grozy „Domofon”, przetłumaczoną  na język niemiecki. Rok później ukazały się jego baśnie dla dzieci pt „Góry żmijowe”, przełożone na język ukraiński i serbski. W 2007 roku wydano jego bestsellerowy kryminał „ Uwikłanie„, który został uhonorowany Nagrodą Wielkiego Kalibru. Książka ta, przetłumaczona na język angielski, spotkała się z dużym zainteresowaniem w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Na jej motywach powstał film w reżyserii Jacka Bromskiego pod tym samym tytułem. A najnowsza powieść pt „ Ziarno prawdy„, została wydana  w 2011 roku przez Wydawnictwo W.A.B. w Warszawie.

Ponieważ w miejscowej bibliotece często znajduję nowe wydania książek, zapytałam o „Ziarno prawdy„ Miłoszewskiego. Była, alejuż ktoś wypożyczył. Kiedy zajrzałam tam po kilku dniach, miła pani oznajmiła, że właśnie ksiązka wróciła i na mnie czeka.

Następnego dnia obudziłam się z dygotem, gdyż śniły mi się koszmary, z których zapamiętałam jedynie naczynia wypełnione krwią. Uspokoiłam się, gdy sobie uświadomiłam, że to tylko echa właśnie czytanej książki .

Właściwie nie lubię kryminałów. Nie interesują mnie działania śledcze i nie lubię stylu, przy pomocy którego autor opisuje zdarzenia. Uwielbiam zabawę słowem i czarowanie klimatów za pomocą misternego ich „tkania .”

Zdumiałam się, gdyż Miłoszewski potrafi i jedno i drugie. Dynamicznie prowadzi wątek kryminalny i przy pomocy prostych słów wyczarowuje klimat

Każdy rozdział rozpoczyna od spojrzenia na świat jakby z kosmosu. Wydarzenia na świecie, w Polsce, pogoda w Sandomierzu. I potem wydarzenia w tym mieście, wydarzenia przerażające, oparte na jakoby dawnych rytuałach żydowskich, które są raczej wytworem wyobraźni mieszkańców. Autor próbuje zrozumieć, dlaczego tak a nie inaczej myślą i reagują mieszkańcy. I tutaj wkraczamy w zaszłości historyczne, czasy przedwojenne, zdarzenia wojenne i powojenne. Bowiem w tym mieście od wieków mieszkali Polacy obok Żydów, żyli w symbiozie, ale ich kultury były biegunowo różne. Czy możliwe było wzajemne zrozumienie, sąsiedzka pomoc i prawdziwa przyjaźń? I jakby w odpowiedzi na to pytanie cytuje słowa z opowiadania Kornela Filipowicza, które brzmią dość bezradnie: „ …nawet jak się robiło dużo, to i tak zawsze było za mało….a jak się w ogóle nic nie robiło…albo jeszcze gorzej….”

 

Te treści jak i opisy miasta i jego tajemnic nie rozpraszają czytelnika śledzącego wątek kryminalny, bo są bardzo umiejętnie wplecione w wartką akcję kryminału.

 

Dlatego książkę czyta się jednym tchem, zostają obrazy pod powiekami i sympatia dla głównych bohaterów. Autor zadbał, by ich portrety były ciekawe i wyraźne, są to postaci fascynujące profesjonalizmem a także nasączone zwykłymi ludzkimi emocjami. Polubiłam prokuratora Teodora Szackiego, który poza prowadzeniem śledztwa, spragniony dobrej miłości, z ogromnym wigorem, mimo siwej głowy, zalicza kolejne spotkania seksualne. Może wreszcie znajdzie wymarzone ciepło. Czy będzie szczęśliwa prokurator Basia Sobieraj, która nawet wtedy, gdy zdradza  męża wydaje się dziewczęco niewinna. A może w miejscowych knajpach – mordowniach jak Modena czy Ratuszowa spotkamy ponurego starego policjanta Leona Wilczura ze swoim „smakowitym” papierosem bez filtra. Bowiem filtr zawsze starannie odrywa, przy okazji zaśmiecając miejsce wokół siebie.

I dlatego się cieszę, że autor przygotowuje następną książkę z tej serii.

 

I marzy mi się  wycieczka do Sandomierza, by podobnie jak turyści zwiedzający Rzym czy Paryż szlakiem Dana Browna, obejrzeć to cudne polskie miasto oczami Miłoszewskiego.

Oczywiście, zabieram tę książkę – nie zwykły kryminał, lecz przewodnik.

Zapraszam na wycieczkę.

Trasa może się zaczynać od budynku prokuratury, skąd  właśnie wyszedł   prokurator Teodor Szacki. I jak pisze Miłoszewski  „… minął stadion, gdzie ciągle trwała jakaś afera w obronie budek z ziemniakami i zaczął iść w kierunku kościoła św.Pawła, mijając wille sandomierskiej elity i nowoczesny park Piszczele, urządzony w wąwozie o tej samej nazwie……przedtem był to typowy zaułek pod wezwaniem św. Jabola, gdzie o każdej porze dnia można było stracić dziewictwo wbrew swej woli…”.  I zatrzymujemy się przy kościele. Jak „ Pięknie … widać wzgórze z sandomierską starówką….miasto wygląda stąd jak statek dryfujący po zieleniejących już błoniach…”….

A może zwiedzanie rozpocząć od miejsca po drugiej stronie Wisły, gdzie  w czasie wojny zatrzymał się legendarny już podpułkownik  Skopenko z żołnierzami Armii Czerwonej. Wg znanej wszystkim legendy, miasto tak go zauroczyło, że postanowił je ocalić przed bombardowaniem. O nim wspomina Miłoszewski, ale równocześnie przytacza przewrotną kontropowieść. Podobno ów podpułkownik „ miał tak straszliwego kaca, że nie pozwolił używać artylerii”. Huk dział mógłby zagłuszyć „ tupot białych mew” w głowie dowódcy. No cóż, bywają zalety tego stanu. Uśmiecham się. …

 

A potem  wdrapiemy się na zbocza sandomierskiego wzgórza, ukrywającego sieć tajemnych przejść. I zanurzymy się w starym Sandomierzu, gdzie każda kamienica pamięta dawne czasy i zajrzymy do kościołów. Znajdziemy dziwne znaki hebrajskie  i obejrzymy niezwykłe sandomierskie obrazy.

A może w mglisty wieczór pojawią się duchy dawnych mieszkańców. Sandomierskie duchy..

Duchy czarne i pejsate…..

Na medycznej ścieżce. Pierwszy kontakt ze szpitalem i salą operacyjną.

czwartek, 12 stycznia 2012 7:22

 Poza czasem, gdy urodziłam się w gorzowskim szpitalu, nigdy nie byłam w tym miejscu, nawet nikogo tam nie odwiedzałam.

Byłam już w klasie maturalnej a moja decyzja by zostać lekarzem była niezmienna. Ponieważ  Mama tego nie akceptowała, pewnego dnia wpadła na pomysł, który mógł mnie zniechęcić. Poprosiła dr Kaczmarka by umożliwił mi obejrzenie wnętrza szpitala z blokiem  operacyjnym włącznie.  Doktor zgodził się.

I tak znalazłam się po raz pierwszy w miejscu dla mnie niezwykłym. Byłam przejęta, bo miałam wrażenie, że dotykam jakiejś tajemnicy.

I w tym gorzowskim szpitalu po raz pierwszy otworzyła się przed mną Wielka Biel.  Poczułam charakterystyczny szpitalny zapach. Widziałam pacjentów niekiedy skulonych na swoich łożach boleści.

I wreszcie znalazłam się na bloku operacyjnym. Emocje narastały. Z drżeniem ubrałam się w specjalne fartuchy. Dr Kaczmarek ijego asystent już zaczynali operację. Wstrzymywałam oddech, gdy nacinano skórę, powięzi i zobaczyłam najprawdziwszą kość. Kość żywego człowieka. Gdy rozpoczęto nawiercanie kości, poczułam się nieswojo. Lekarze używali najprawdziwszego wiertła, prawie takiego, jakich używano  w budownictwie. Teraz zagłębiało się powoli i z kości leciały wióry. Ten widok jak i okropny dźwięk tego wiertła spowodował, że poczułam się tak jak kiedyś w kościele, tzn  nadszedł zamęt w głowie, gwiazdy nawet zobaczyłam. By nie zemdleć, wyszłam na własnych ale miękkich już nogach z sali operacyjnej….

 

Jednak decyzji  nie zmieniłam. W dalszym życiu, wracały do mnie klimaty gorzowskiego szpitala…