Śladami mojego Taty. Jasna chmurka

 

 

Chmurka…zdjęcie własne

 

Gdy Bolesław grał w kościele, zapominał o tym, że  los wcześnie odebrał mu rodziców, zniewolonej ojczyźnie i wszystkich przyziemnych problemach.  Kiedy  śpiewał, muzyka była w jego sercu, tylko muzyka…

Któregoś dnia jak zwykle prowadził linię muzyczną mszy. Gdy umilkły ostatnie słowa kapłana, ludzie powoli opuszczali kościół . Lubił takie samotne chwile w kościele . Wtedy nikt nie zakłócał spokoju  chrząkaniem kaszlem czy szeptami . Dookoła panowała tylko gęsta cisza zatopiona w zapachach kadzideł .  Nie lubił ingerować w tę boską ciszę żadnym dźwiękiem. Czasami zostawał w ławce na dole i długo się modlił.

Ale  dzisiaj zapragnął pozostać przy organach i grać dalej. Więc grał muzykę od serca , inną niż w czasie mszy. Może więcej Bacha tam było, może Hendla. Grał spokojnie,  bo Rosjanie jakoś tolerowali muzykę kościelną .

Siedział tyłem do ołtarza, więc by widzieć to, co w danej chwili celebruje ksiądz, miał zamontowane lusterko.

I nagle w  lusterku coś zajaśniało . Pomyślał, że to efekt zabaw słońca z szybą okna.

Ale  był trochę zaciekawiony  i niespokojny . Więc  po chwili   dłużej zatrzymał wzrok na tafli  lusterka i wtedy zobaczył płową chmurkę, która unosiła się nad jedną z ławek . Grał dalej , ale stale sprawdzał, czy ta  chmurka nie odpłynęła.

Przerwał grę, opuścił miejsce przy organach i zbliżył się do balustrady kościelnego balkonu.

I wtedy zobaczył , że owa chmurka, to jasne włosy dziewczyny …..

 

Dwie chmurki….

Na medycznej ścieżce. Studium wojskowe. Dziurawe wojsko.

 

Od pierwszego roku studiów obowiązywało nas uczestniczenie w zajęciach wojskowych. Odbywały się w każdą sobotę od rana do 15.

Studium Wojskowe mieściło się na poddaszu budynku zwanego Anatomicum. Zanim docierałyśmy do tych pomieszczeń, roznosił się zapach przepoconych skarpet i wilgotnego sukna, który skutecznie zabijał fetor formaliny panujący na pierwszym piętrze. Dodatkową atrakcję  stanowili oficerowie- wykładowcy, którzy chyba jeszcze pamiętali szlaki spod Lenino, i zaciągali wschodnim akcentem.

Najpierw zabrano nas do magazynu z odzieżą. Każda z nas otrzymywała piękne spodnie, które teraz można by nazwać cygaretki,  krótką marszczoną w pasie bluzę z kieszeniami na piersiach i brązowe sznurowane skórzane półbuty. Do tego momentu byłyśmy skłonne ten ubiór zaakceptować. Całość wyglądała nieźle. Ale o zgrozo , za chwilę wyniesiono naręcza ogromniastych , ciężkich szyneli z wcięciem w pasie i wielkim rozkloszowaniem dołu . Z wielkim trudem dobrałyśmy sobie odpowiedni rozmiar, a mimo tego wyglądałyśmy groteskowo . Wdzięczne wcięcie w pasie maskował szeroki, gruby sztywny skórzany pas. Ale głównym punktem programu były maleńkie naleśnikopodobne zielone sztywne berety z antenką. Patrzyłyśmy na siebie pękając ze śmiechu. Bo trudno było płakać, chociaż niechęć i furia nami ciskała.

Po pokwitowaniu odbioru ekwipunku odesłano nas do domu. Wyszłyśmy z trudem dźwigając nasz mundur.

Na kolejne zajęcia należało przybyć w pełnym rynsztunku. Szłyśmy przez miasto , uginając się pod ciężarem szynela i ze wstydem łypałyśmy na przechodniów. Niestety budziłyśmy ogólne zainteresowanie. Ludziska  się uśmiechali, niektórzy trochę złośliwie i zawsze kilku młodych chłopaków wołało za nami, o idzie dziurawe wojsko….wmawiałyśmy sobie, że powinnyśmy być dumne, bo na żadnej uczelni dziewczyny nie nosiły mundurów, tylko my, medyczki dostąpiłyśmy szczególnego wyróżnienia. Ale to nie było szczególne pocieszenie…

Przez wiele godzin raczono nas wykładami z taktyki oraz szeregiem innych , których na szczęście nie zapamiętałam.

Jedynie praktyczne zajęcia z bronią były dość ciekawe. Każda z nas w czasie ćwiczeń otrzymywała  KBKS  a potem  KBK (bo chyba tak nazywały się karabiny i pistolety). Należało dokładnie poznać ich budowę,  a następnie uczyłyśmy się samodzielnie  rozbierać, składać i ładować tę broń.  Jedynie  czyszczenia jej było zajęciem obrzydliwym , gdyż używałyśmy jakiegoś paskudnego , tłustego i bardzo lepkiego smaru.  I po takich zajęciach z trudem udawało się doczyścić nasze bardzo delikatne dłonie.

Poza tym zdobywałyśmy wiedzę o granatach i takich innych wybuchających urządzeniach. No i oczywiście była musztra. Te zajęcia odbywały się na dziedzińcu Anatomicum i tutaj nas też nie oszczędzano . Z uporem ćwiczyłyśmy marsze i jakieś układy w szeregu. Potem dodatkowo różne   figury z bronią : Na ramię broń, prezentuj broń etc.

Kilkakrotnie wywożono nas na poligon w Ławicy a chyba raz do Biedruska. Tam ćwiczyłyśmy czołganie , nieraz w błocie , z bronią i bez broni.

    Ale najprzyjemniej  było pewnego dnia na poligonie w Biedrusku. Właśnie wstawał bardzo piękny i ciepły majowy, czy czerwcowy dzień. Poligon był ogromny, wielka pusta przestrzeń wydawała się nieskończona, bo znikała na horyzoncie .

I nagle  pełna fantazji  Monika „urodziła” przedni  pomysł,  ja zrozumiałam ją bez słów i  radośnie zaakceptowałam . Otóż wypatrzyła ona jedyną kępę dość gęstych drzew. I gdy zbliżałyśmy  się w szyku do tego zagajnika, dała sygnał i zgodnie zboczyłyśmy z trasy, nurkując pomiędzy drzewami. A tam był istny raj, zieleń, ptaki specjalnie cudnie śpiewały, słońce wyłaziło na niewielką polankę. Nie ociągając się, zdjęłyśmy bluzy zostając jedynie w stanikach i rozłożyłyśmy się wygodnie na trawie. Obudził nas ogromny uogólniony rechot. Gdy się ocknęłyśmy, ujrzałyśmy chłopaków w mundurach, którzy nas wypatrzyli i mieli radochę. Oj, mieli….Z wielkim wstydem ubrałyśmy się pospiesznie i wyskoczyłyśmy z drugiej strony lasku pędząc prosto w ramiona naszego oficera. Jednak nasze niewinne miny , tłumaczenia niedyspozycją i zawadiackie ale i kokieteryjne uśmiechy spod naleśnikowych beretów skutecznie zadziałały .  Zmiękło serce nieustraszonego oficera na widok takich dwóch kupek nieszczęścia w ogromnych szynelach i berecikach z antenką . Udało się, darowano nam te wagary. Jednak już nie powtarzałyśmy takich numerów…ale za to było co wspominać….

 :-)

 

 

Śladami mojego Taty. I nadszedł czas po Powstaniu Styczniowym

 

 

Polska za czasów Bolesława Chrobrego. Rok 992-1025.

 

By nie pogrążać się w smutnych rozmyślaniach o swoim losie sieroty i zda się umarłej ojczyźnie, Bolek zajmował się czytaniem , studiowaniem starych map i muzyką. Stale wspominał słowa Matki, że należy żyć nadzieją i optymistycznie patrzeć w przyszłość. Od  rodziców  nauczył się pozytywnego myślenia i jego magicznej roli kreowania rzeczywistości.

Ksiądz Eustachy posiadał kilka pożółkłych map. Bolek często je rozwijał  i oglądał. Jedna,  z czasów Bolesława Chrobrego pokazywała, jak wielka była Polska w tamtych czasach. Na mapie Królestwa Polskiego, które powstało po 1815 roku  też widział Polskę i w wąskim północno- wschodnim pasku tego terenu  znajdował rzekę Swisłocz ( zwaną też Isłocz lub Słocz) nad którą leżał jego Raków. Stale się  pocieszał myślą, że jednak zawsze zwycięża sprawiedliwość . Może już nie jego pokolenie, ale następne, będą  żyły w wolnej ojczyźnie .

Tymczasem z kraju nadchodziły zatrważające wieści. . Władze rosyjskie nasiliły terror i robiły wszystko, by ludzie zapomnieli o Polsce.

Bolek dobrze zapamiętał rok  1867 roku, miał już wtedy  15 lat . Wtedy Rosjanie znieśli  autonomię i nazwę Królestwa Polskiego .  Od tej pory obowiązywała nowa nazwa – Kraj Prywiślański. Został zlikwidowany   budżet tego kraju oraz Bank Polski. W 1868 roku zamknięto szkołę Główną Warszawską. Znikały wszystkie nazwy, w których mieścił się  wyraz – Polska. Rosjanie mieli nadzieję, że w ten sposób mieszkańcy zapomną o swojej ojczyźnie.  Zadziwiające było tak bardzo  prymitywne myślenie zaborców. Przecież w miarę ich starań, rósł patriotyzm w sercach Polaków. A do tych serc nie było dostępu.

W latach 1869- 1870 setkom miast wspierających powstanie odebrano prawa miejskie doprowadzając je tym samym do upadku. Skonfiskowano ok. 1600 majątków ziemskich.

W 1874 roku zniesiono urząd namiestnika. 

Skasowano klasztory katolickie w Królestwie.

Nad krajem gęstniała ciemność.

Ale życie pędziło do przodu.

Dorastały polskie dzieci, dzieci powstańców. Nie zapominały o Polsce. W sercach pielęgnowały hasła wpojone przez przodków  : Bóg, Honor i Ojczyzna. Postanawiały, że te hasła będą jak kaganiec oświetlały ich drogę życia i dalej przekażą je swoim dzieciom.

A że  młodość miała swoje prawa, chłopcy zaczęli zerkać na swoje koleżanki. Dziewczyny często zatrzymywały się w grupkach i  chichocząc obgadywały chłopaków. Czasami w jakimś domu organizowano potańcówki, więc wszyscy zaproszeni chętnie tam biegli. Odświętnie wystrojeni, spieszyli w tany z nadzieją na pierwsze przytulania. Jaką   mieli radość w sercach , gdy dziewczyny nie odmawiały. Pierwsze zbliżenia, drżenia serc, wilgotne dłonie, nieśmiałość, buzowanie hormonów, ktoś grał na pianinie rzewnie tęskno albo skocznie. Muzyka porywała i wkrótce wszyscy już w szalonej zabawie zapominali o codziennych troskach i problemach . Wychodzili spoceni przed dom i w ciemnościach łapczywie  szukali ust ….

Bolek niechętnie chodził na takie potańcówki, wolał przesiadywanie nad książką, ale ksiądz Eustachy namawiał go na wyjście z domu. I czasami ulegał, ale wcześnie wracał na plebanię , długo przed godziną policyjną , której przestrzegały władze rosyjskie. Był ładnym chłopakiem, smukłym, wysokim z czupryną falujących włosów, więc pewnie dziewczyny go zaczepiały a takich nie lubił.

Bo marzył o dziewczynie łagodnej , lirycznej i mądrej . Przyszłej żonie , z którą mógłby godzinami rozmawiać.

I wierzył , że kiedyś spotka  swoją jedyną miłość. ….

 

 

Królestwo Polskie, granice ustalone w 1815 roku

 

Kraj prywislinski…….

 

Na medycznej ścieżce. Inne przedmioty.

 

Inne przedmioty nie sprawiały problemów. Była to matematyka z elementami statystyki, fizyka , chemia ogólna. Nie musiałam uczestniczyć w zajęciach lektoratu z języka łacińskiego, bo ten przedmiot miałam w LO , a uzyskana wtedy ocena bdb, zwalniała z zajęć na uczelni. Ponieważ jednak mogłam skorzystać z  dwuletniej nauki innego, dowolnego języka- wybrałam angielski. Miałam poczucie niedosytu, bo w domu nie przywiązywano wagi do nauki języków. W szkole podstawowej i LO był obowiązkowy rosyjski, w LO dodatkowo łacina. Po latach się dziwiłam, dlaczego Rodzice nie wysyłali mnie na naukę jakiegoś dodatkowego języka. Może zmęczeni czasami wojennymi, zmuszeni do życia za tzw żelazną kurtyną , w Polsce komunistycznej, przestali wierzyć, że po latach przed młodymi otworzą się  granice.

Więc teraz sama postanowiłam wziąć  sprawę w swoje ręce i nie idąc na łatwiznę ucząc się rosyjskiego, bo takie były możliwości , wybrałam zupełnie mi obcy język – angielski. Z przejęciem wkuwałam słówka, zwroty, jakieś elementy gramatyki. Nawet nauczycielka, wielka, z pomarszczoną buzią  jak suszona śliwka Pani Pietruszanka ( cóż za wspaniała wersja nazwiska- Pietrucha) była  zadziwiona postępami i po dwóch latach zdałam egzamin na czwórkę. Jednak niewiele z tej wiedzy zostało w mojej głowie, pewnie pora wstępnej nauki była za późna. Nauka języków obcych powinna się zaczynać we wczesnym dzieciństwie. Do końca mojej , wprawdzie niewielkiej kariery zawodowej, znajomość angielskiego było moją piętą Achillesową. Być może inaczej ułożyłyby się moje losy, gdybym nie spotykała na drodze tej bariery. A może byłoby tak samo jak było, bo ponoć nasz los układa ktoś z góry. I w efekcie Ten Ktoś   ułożył mój los bardzo dobrze…

 

Śladami mojego Taty. Syberia.

„W drodze na Syberię”,Artur Grottger, 1867. Kopia obrazu znajdującego się w Muzeum Narodowym w Poznaniu.

Któregoś dnia Bolek jak zwykle siedział przy stoliku , na którym lampa naftowa rozrzucała niewielkie migotliwe światełko. Zaczytany, nawet nie usłyszał jak cicho otworzyły się drzwi plebanii. Nagle poczuł ciepłą dłoń na ramieniu . Obok stał ksiądz, jego jedyny opiekun. Bolek podniósł głowę i zobaczył w oczach księdza starannie ukrywaną rozpacz .

Wstał gwałtownie i po męsku , odważnie mimo swoich 11 lat zadał pytanie. Co się stało?

Chłopcze, bądź dzielny, dzisiaj Twoja rodzina, rodzina wuja Rodziewicza z pobliskiego majątku zostaje wywieziona na Syberię. Podobno przechowywali broń przeznaczoną dla  powstańców.

 Zapytał, a co z Ciocią?, bo zapamiętał, że spodziewała się kolejnego dziecka. Rosjanie wykazali wielką łaskawość, zabrali ojca dziecka, zostawili matkę, by tutaj urodziła. Za  kilka miesięcy , po porodzie , będzie musiała zostawić dziecko u rodziny i zostanie specjalnie dowieziona na miejsce syberyjskiej zsyłki.

Bolek słuchał, ale nie płakał, bo może  zabrakło już łez  …

W mroźnym styczniu 1864 roku urodziła się Maria Rodziewicz, późniejsza pisarka. Po dziecko przyjechali krewni i wychowywali z resztą rodzeństwa Marii . Ich majątek został zabrany i tak jak wiele innych, okolicznych oddany w ręce właścicieli Rosjan. Ci nowi sąsiedzi  byli  niechętni Polakom , prymitywni , butni, pewni siebie i co najważniejsze obcy kulturowo …

Losy rodziny mojego pradziadka, Rodziewiczów podzieliło około 38 000 uczestników Powstania Styczniowego , których zesłano na katorgę lub na Syberię.

Wydarzenia z dzieciństwa zahartowały mojego pradziadka. Bolesław Rodziewicz dojrzał w przyspieszonym tempie  .

Mimo wszystko był chłopcem pogodnym.

Może muzyka , którą ofiarowała mu przed śmiercią matka, może jej czułość  sprawiła, że żył normalnie.

W dalszym ciągu grał w kościele na organach. A wiernym się zdawało , że  organista jest aniołem, który ich prowadzi do Boga….

 

 

Autentyczna kibitka. Cytadela Warszawska.

 

Na medycznej ścieżce. Histologia.

 

Jednym z ciekawych przedmiotów , które przerabialiśmy na pierwszym roku studiów była histologia. To nauka o budowie zdrowych tkanek.

Zakład Histologii mieścił się na parterze, w lewym skrzydle gmachu Anatomicum. Podręcznik w porównaniu z siedmioma tomami anatomii pod red Bochenka , był niewielki, wiedza skondensowana i przystępna.

Przygotowano dla nas preparaty mikroskopowe. I w tych szkiełkach był zaklęty dziwny, niewidzialny gołym okiem świat komórek. Komórki każdego narządu człowieka różniły się wyglądem. Np. te  w tkankach gruczołów były obładowane substancją, które produkował gruczoł. W miarę poznawania tych tajemnic, zachwycaliśmy się Wielkim Budowniczym, który stworzył takie dziwy natury i obdarował je logicznym uporządkowaniem.

Po porannych wykładach , następowała kilkugodzinna przerwa przed wieczornymi ćwiczeniami. Ten czas spędzałyśmy różnie. Na tym etapie zawsze z Moniką .Uczyłyśmy się w Palmiarnii, wdychając urzekające zapachy i nasycając udręczony nauką mózg wonnym tlenem. Czasami jechałyśmy tramwajem do wielkiego monumentalnego gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej , gdzie wśród kurzu wydobywającego się z książek, wbijałyśmy łokcie w pulpity ogromnych lakierowanych stołów i zakuwałyśmy.

Przed ćwiczeniami z histologii upatrzyłyśmy sobie  inne ustronne  miejsce . Był to korytarz Zakładu Histologii. I tam w ciszy, siedząc na dużych drewnianych ławkach z wysokimi oparciami, oddychając odpowiednią atmosferą pogrążałyśmy się w lekturze podręcznika.  

Czasami przemykał niewysoki człowieczek, o którym krążyła legenda na uczelni. Był to Kazio M. , profesor, kierownik Zakładu. Zawsze się wpatrywałyśmy niedowierzająco , gdyż jak głosiła fama, pewnego dnia w ferworze badań naukowych obciął sobie jądra, by mieć świeży materiał do dociekań histologicznych. Nie wiadomo, czy to była prawda, ale zawsze widząc Pana Profesora o tym myślałyśmy. Gdy przebiegał obok nas, wstawałyśmy grzecznie, mówiąc dzień dobry. Z ręką na sercu mogę przyznać, że nasze zachowanie nie miało żadnego podtekstu. Nie miałyśmy nawet w zamyśle by podlizywać się profesorowi. Był tak roztargniony i jakby nieobecny, że nie było nawet cienia szansy, by zapamiętał te gorliwe, pracowite i grzeczne studentki.

Ale przyszedł dzień egzaminu. Najpierw asystenci rozdali nam szkiełka z preparatami. Każdy z nas zasiadł przy przydzielonym mikroskopie , miał określony czas na obejrzenie, rozpoznanie i przygotowanie się do odpowiedzi.

Potem zapraszano  nas kolejno do wielkiej Sali wykładowej, gdzie w głębi siedział maleńki człowieczek. Zbliżałyśmy się uroczyście. I powoli mogłyśmy już rozpoznać znajomą twarz profesora. Tym razem  na jego twarzy zamiast nieśmiałego uśmiechu gościła mina iście marsowa.  

Usiadłam przed stołem egzaminacyjnym i wówczas nastąpił cud. Na twarzy Profesora Kazia ukazał się wielki szeroki uśmiech. Aaa to jedna z moich gorliwych studentek.  Uśmiechnęłam się , ale w duszy siedział lęk, czy nie jest to podstęp i za chwilę łagodny prof. Kazio zamieni się w ryczącego lwa który poluje na zwierzynę szukającą protekcji. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Egzamin przebiegał w dobrym nastroju obu stron. Na zadawane pytania dotyczące obejrzanych wcześniej preparatów odpowiadałam spokojnie i pewnie. Potem jeszcze kilka pytań z całości materiału. Na wszystkie odpowiedziałam . Profesor Kazio wstał, podał  mi chłodną i wilgotną rękę i podziękował. I jeszcze dodał, że życzy dalszych sukcesów a teraz z czystym sercem stawia piątką. Wtedy nie było 6, więc ocena była maksymalnie dobra. Wybiegłam , unosząc swój czerwony indeks z  ciężko zapracowaną piątką.

W niedługą chwilę potem wyszła z sali  Monika,  równie zadowolona jak ja.  

Cieszyłyśmy się jak dzieciaki…

 

Śladami mojego Taty. Dlaczego Powstanie wybuchło w mroźnym styczniu ?

 

  

„Demonstracja patriotyczna zaatakowana przez Kozaków”27.02.1861, autor nieznany.

Z Wikipedii, jest zgoda na publikowanie

 

„Wojesko rosyjskie strzela do manifestantów w Warszawie”, 8.04.1861. Obraz zamieszczony w Wikipedii

 

Rodzina Rodziewiczów wszystko wiedziała. Tajne gazetki przynosił im ksiądz Eustachy Karpowicz. Wieści przekazywano sobie z ust do ust. Sen o wolnej Polsce śnili i powoli zaczynali wierzyć, że tym razem się uda.

Wiadomość, że Rosja , po nieudanej wojnie krymskiej słabnie, napawała otuchą. Właśnie car Aleksander II zaczął przeprowadzać niewielkie reformy ustrojowe.

Polacy od razu wyczuli nastrój i ożyła myśl o wielkim narodowym powstaniu.

Z dalekiego Kijowa  dotarła informacja, że na tamtejszym Uniwersytecie powstała pierwsza organizacja zwana” Ogół „ z której wyłonił się zakonspirowany Związek Trojnicki. Ludzie z tego związku szukali kontaktów z młodzieżą wszystkich trzech zaborów. Któregoś dnia dotarli do maleńkiej mieściny, jaką był nasz rodzinny Raków. Ileż  spotkań i rozmów zapamiętał salon domu małego Bolka.

Inna informacja docierała z Petersburga. Tam, w Akademii Sztabu Generalnego  studiowało wielu oficerów, którzy mieli polskie serca.  Jeden z nich, Zygmunt Sierakowski założył tajne Koło Oficerów Polskich w Petersburgu. Po jego odejściu , kierownictwo przejął Jarosław Dąbrowski.

W Warszawie , w 1857 roku powstała Akademia Medyko- Chirurgiczna. I od razu zaczęły tam powstawać konspiracyjne kółka młodzieży, podobnie jak w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych.

Przygotowania do powstania były konkretne, poza obradowaniem młodzież otrzymywała  regularne szkolenia wojskowe.

W 1858 roku, zebrała się kapituła Czerwonych i opracowała plany wybuchu powstania.

W 1861 roku dzięki staraniom Ludwika Mierosławskiego , założono tajną Polską Szkołę Wojskową. Miała on ponad 200 słuchaczy , którzy byli przygotowywani jako kadry powstania.

   W tym czasie cała polska ludność  podejmowała spontaniczne manifestacje.

11 czerwca 1860 roku odbyła się pierwsza po 30 latach manifestacja patriotyczna w czasie pogrzebu wdowy po bohaterze Powstania Listopadowego, generale Józefie Sowińskim.

W październiku 1860 roku w czasie hucznego zjazdu monarchów , przeszkadzano uroczystościom i balom  towarzyszącym tej konferencji. I tak np. na przedstawieniu galowym w Teatrze Wielkim oblano fotele cuchnącym płynem.  Akcją kierował Franciszek Godlewski.   29 listopada 1860 roku , w rocznicę Powstania Listopadowego zorganizowano kolejną wielką manifestację, na której odśpiewano pieśń, kiedyś skomponowaną na cześć cara, zmieniając słowa refrenu na: „ Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”.

   Wobec  tych coraz śmielszych wystąpień ludności Warszawy, car, Aleksander II zalecał coraz surowsze represje. Podjął decyzję, że w razie większych demonstracji ulicznych, miasto zostanie zbombardowane z siedziby wojsk rosyjskich, z Cytadeli. W tym czasie na terenie królestwa Polskiego stacjonowała 100 tysięczna armia rosyjska.

   Jednak było kilka grup przyszłych powstańców. Różnili się pochodzeniem i planami. Naturalnie władze carskie doskonale się orientowały  w tej sytuacji i postanawiały wykorzystać tę niejednorodność przyszłych  przywódców powstania . Jednych nazywano białymi, innych czerwonymi. Czerwoni planowali początek powstania w czerwcu ale Rosjanie celowo zaplanowali  wielką styczniową  brankę Polskich chłopaków do carskiego wojska i tym samym spowodowali przyspieszenie terminu .

I któregoś mroźnego styczniowego dnia rozpoczęło się powstanie.  Obejmowało tereny zaboru rosyjskiego . Początkowo tylko w  Królestwie Polskim, ale jak fala rozlewało się dalej na wschód , na obszary zabranych Polsce ziem Litwy, Białorusi i częściowo Ukrainy . Do terenów Księstwa Litewskiego  dotarło 1 lutego 1863 .

   W wojskach powstańczych służyło łącznie ok. 200 000 ludzi, z czego  jednocześnie w walkach brało udział ok. 30 000  żołnierzy. Mimo początkowych sukcesów  , nadeszła jesień  1864 roku a z nią  dzień ostatni. Ten  największy polski zryw niepodległościowy,  Powstanie Styczniowe,  zakończył się klęską .   

  Do upadku powstanie przyczynili się też Francuzi, gdyż  w 1862 roku zawarli porozumienie z Rosjanami, aresztowali powracających z Londynu Polskich emisariuszy, przekazali dokładny spis osób objętych siecią konspiracyjną i tajnych polskich pułkowników znad Wisły oraz opisali drogi przerzutów broni zza granicy.

   W walkach powstańczych zginęło kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Młodych, mądrych , kwiat polskiej inteligencji , większość pochodziła z rodzin szlacheckich. W tej  suchej liczbie ukrywa się żarliwe kochające i młode umarłe serce mojego prapradziada, ojca Bolesława . Złapano i stracono  blisko 1000  osób .

Około  38 000  skazano na katorgę lub zesłano na Syberię.

10 000  powstańców ratowało się ucieczką i   wyemigrowało.

Po upadku powstania Kraj i Litwa pogrążyły się w żałobie narodowej.  A dookoła szalał terror zaborcy.

Wilno zostało spacyfikowane przez oddziały  Murawjowa Wieszatiela.

5.08 1863 na stokach Cytadeli Warszawskiej zostali powieszeni członkowie władz Rządu Narodowego, m. in Romuald Traugutt.

   Zamykam wikipedię, i widzę tysiące powstańców, gdy padają pod kulami Rosjan. Wśród nich jest mój prapradziadek. Może umierał z nadzieją wolnej Polski. Może już wiedział , że walka jest rozpaczliwa a  ten największy polski zryw wolnościowy umiera razem z nim. …

Jego grób pozostał bezimienny.

Serce żony pękło z bólu, a syn Bolek żył  pielęgnując dobre rodzinne wspomnienia i swoje prywatne cierpienie…..

 


 Cytadela warszawska

 

 

Na medycznej ścieżce. Sekcja.

Zakończyliśmy naukę o kościach zwaną osteologią. Odpytywano nas  codziennie , stawiano oceny jak w szkole . Krok po kroku zaliczałyśmy znajomość fragmentów tego układu i pojedynczych  kości.

Gdy zapowiedziano , że teraz będziemy zdobywać  wiedzę o układzie mięśniowym,  padł wreszcie ten wyraz, który lękliwie  ukrywał się w zakamarkach naszych myśli.

Jutro będą zajęcia sekcyjne .

Jednak nadszedł ten moment. Moment budzący grozę ale i ciekawość. 

Sekcja , a więc jutro mamy zobaczyć po raz pierwszy zwłoki ludzkie.

Tego dnia byliśmy jak nigdy, zjednoczeni wspólnym podniosłym nastrojem .

Zwykłe  młodzieńcze wybuchy radości , głośne rozmowy i nawoływania zostały zamknięte we własnych  czeluściach .

Do Anatomicum wchodziliśmy nieomal na palcach i rozmawialiśmy szeptem.

A tam panował bardzo intensywny zapach, znacznie silniejszy niż zwykle . Niektórzy odczuwali  mdłości, które starannie hamowali .

Otworzyły się drzwi naszej sali.

Niepewnie zaglądaliśmy z daleka , koncentrując wzrok na zwykle pustym stole sekcyjnym.

Tym razem tam  leżał człowiek. Był nagi i bezbronny.

Ciemnoczerwone i bardzo wychudzone skurczone zwłoki nie przypominały istoty ludzkiej, a raczej chudą rzeźbę , pozbawioną życiodajnych soków i pokrytą brązowo- czerwonym lakierem.  

W buchających oparach formaliny, nieśmiało , bardzo wolno , zbliżaliśmy się do stołu.

Każdy z nas miał skalpel i pęsetę. Nie używaliśmy rękawiczek, może były za drogie, może nie uważano , że są potrzebne .

I zaczęły się zajęcia. Najpierw asystent preparował  pojedyncze mięśnie, potem każdy z nas wykonywał różne zadania  sekcyjne.

Wszak już wcześniej wszystko przerobiliśmy teoretycznie, studiując podręczniki i atlasy anatomiczne, więc koncentrowaliśmy się na tej wiedzy i czynnościach, które należało wykonać.

I wtedy już odszedł nabożny lęk, zostawiając miejsce na naukowe dociekania….

Gdy opuszczaliśmy gmach anatomicum, czuliśmy się jak po chrzcie, jaki przechodzą marynarze.

Nastąpił ten wyczekiwany moment , dostąpiliśmy największej tajemnicy- spotkania ze śmiercią.

I już na pewno staliśmy się studentami AM.

 

Jednak nie wszyscy wytrzymali napięcie i kilka osób zrezygnowało ze studiów. Dobrze, że na tym etapie…

 

Śladami mojego Taty. Powstanie Styczniowe.

 

 

Branka Polaków do armii rosyjskiej, 1863. Z zasobów Wikipedii

 

Mój przyszły pradziadek, Bolek zamieszkał na plebanii kościoła w Rakowie. Ojciec zginął walcząc w Powstaniu Styczniowym a matka w tym czasie zmarła. Mieli niewiele ponad 30 lat.

11 letni Bolek został sierotą . Dojrzewał w żałobie i samotności. Jedynym oparciem był dobry i mądry ksiądz Eustachy Karpowicz i muzyka, którą pozostawiła mu matka.

 

Najtrudniejsze były wieczory. Wtedy , gdy  ksiądz Eustachy Karpowicz wyjeżdżał do swoich parafian, cisza zalegała dom i wypełzała z każdego kąta.

Nikły płomień lampy naftowej nagle rozbłyskał i znikał na ścianach.

Za oknami czerniała noc, dochodząc do barw żałoby.

Żałoba była wszędzie.

 Bo niedawno upadło Powstanie Styczniowe , wielka nadzieja ożywiająca serca Polaków. Bolek nie mógł grać swoich ukochanych utworów Chopina , gdyż  za oknami chodziły czujne rosyjskie straże. I pilnie śledziły każdy krok syna powstańca.

Więc pozostały książki , z kartkami zużytymi od częstego czytania, wypożyczane ukradkiem od sąsiadów, Polaków. Ksiądz Eustachy czasami przywoził  jakieś konspiracyjne gazetki, ale rzadko wydawane , bo ludzie po tej porażce powstańczej zamknęli się w swoich domach i zajęli pracą organiczną, tj hodowali zwierzęta, uprawiali pole i wykonywali prace związane z konkretnym zawodem.

Wydawało się , że wszystko umarło, nawet nadzieja.

Któregoś dnia ksiądz  wydobył spod  przepastnej zniszczonej sutanny zrolowany druk. Gdy po upewnieniu się , że okna są dokładnie zasłonięte grubą tkaniną,  rozwinął ów rulon. I wtedy  ich oczom ukazał się wiernie odtworzony obraz zatytułowany „ Bitwa” z cyklu „ Polonia”. Razem odczytywali ten napis oraz nazwisko malarza-  Grottger  ,  namalowano w 1863.

I nagle  wszystko ożyło. I zmrożone żałobą serca zaczęły bić miarowo, a potem coraz szybciej i szybciej. Bo otworzył się czas wspomnień., do tej pory zamykany starannie, by nie wydostawał się ból.

I popłynęły opowieści o domu Bolka, o jego rodzicach , podjęto kiedyś nagle przerwane dawne  patriotyczne rozmowy , przypominano pieśni i muzykę.  

Okazało się , że jeszcze niewielki w czasie Powstania Styczniowego , bo 11 letni chłopiec, Bolek,  tak wiele zapamiętał i  wyczuwał nastroje w swoim domu. Informacje uzupełniał ksiądz Eustachy.

Już przed tym Styczniem 1863 roku , czuło się , że coś dziwnego zbiera się  w powietrzu. Narastał bierny opór Polaków, który nasilał represje ze strony Rosjan. Zwiększono częstość nocnych wizyt w Polskich domach , skąd  czasami nawet siłą, wywlekano młodych chłopców i wcielano do rosyjskiego wojska. Nazywano to nocną branką. Można sobie wyobrazić, jakim przeżyciem była dla młodych  polskich chłopaków , wychowanych  w duchu miłości do ojczyzny, służba wojskowa w znienawidzonym rosyjskim mundurze.

Potem zostawała tylko rozpacz rodziców , którym synów zabrano do wojska . I ich zbielałe z nienawiści do Rosjan usta .

W okolicznych dworkach w narastającej ciszy nagle ktoś zagrał   Chopina, ale muzyka milkła  , gdy nadchodził sygnał, że zbliżają się Rosjanie.

Więc cicho rozmawiano przez długie noce  i szeptano o tęsknocie za krajem, który zniewolony leżał pod jarzmem rosyjskim.

A teraz Bolek przypominał ten mroźny styczniowy dzień, gdy blady jak ściana ojciec oznajmił  swojej żonie , że podjął decyzję . Musi  iść do powstania. Ona już od dawna wiedziała , że będzie taka decyzja . Bo na to czekali tyle lat, czekali z nadzieją , bo  Polska żyła  w ich sercach.  Wierzyli , że przyjdzie  pora zwycięstwa i wolności, którą tylko sami mogą wywalczyć.

Bolek  obserwował rodziców. Matka stała oparta fortepian  i nieruchomo słuchała.

Potem tłumiąc szloch , powiedziała spokojnie , idź miły , zaraz spakuję trochę jedzenia, jakąś odzież.  

I poszedł a ona długo płakała tuląc syna.

 


„Bitwa” z cyklu Polonia, Grottger, 1864

 

Na medycznej ścieżce. Anatomia

 

Na zajęcia z anatomii czekaliśmy z drżeniem serc. Krążyło tyle  opowieści o tej królowej nauk medycznych.   Opowiadano o straszliwej objętości wiedzy, którą należało pochłonąć.  Ale przede wszystkim miało nastąpić  spotkanie z ludzkimi zwłokami . Pozornie udawaliśmy , że jesteśmy odważni, temat nie był poruszany w rozmowach . Ale  każdy zadawał sobie w duchu pytanie ,  czy jestem silny , czy wytrzymam. To miał być pierwszy test na  odporność i przydatność do wykonywania tego zawodu.  I najzwyczajniej w świecie odczuwaliśmy lęk . Przecież byliśmy bardzo młodzi i większość z nas zupełnie niedawno opuściło ciepłe skrzydła mamy. 

Zajęcia odbywały się w Anatomicum.  Nieopodal  była  piękna Palmiarnia z ławkami i tam często spędzałyśmy czas pomiędzy wykładami a ćwiczeniami , ucząc się gorączkowo.

Kontrast z tym co w Anatomicum a wonną kwiatami urodą Palmiarni był kosmicznie odległy. I wreszcie któregoś dnia weszliśmy do wnętrza cuchnącego budynku , w zupełnej ciszy z powagą , jak do kościoła i z namaszczeniem rozglądaliśmy się dookoła.

Podzieleni na niewielkie 10 osobowe grupki zapełnialiśmy nasze  sale. Na środku każdej był stół sekcyjny, kamienny . Mimo , że tym razem stół  był pusty budził niepokój . Stale zerkaliśmy na ten stół. Już jego obecność stanowiła inną wartość tej sali. Nową i tajemniczą.

Pod ściana, gdzie były drzwi wejściowe były regały, a na nich poustawiano  słoje . W tych słojach , w formalinie kołysały się  płody ludzkie,  w innych spokojnie tkwiły różne narządy jak serca czy płuca .

W rogu sali  stał milczący kościotrup. …

Po chwili  wszedł asystent i zaczęły się zajęcia. Już przedtem zapoznaliśmy się z zawartością atlasu anatomicznego i musieliśmy się nauczyć  szczegółów budowy kości.

Otrzymaliśmy pojedyncze kości ludzkie , na których musieliśmy znajdować to co pokazywał atlas a więc płaszczyzny, otwory i rowki  dla przebiegających tam nerwów i naczyń. Każdy otwór, wyrostek kostny  miał swoją nazwę anatomiczną polską jak i łacińską.

Ale chyba zaczynaliśmy od czaszki. Gdy po raz pierwszy trzymałam czaszkę w dłoni , wydawało mi się , że gdzieś w oddali pobrzmiewa pytanie Hamleta : Być albo nie być…..

Po zajęciach  wypożyczono nam kości , by móc w domu utrwalać wiedzę. Wówczas nie było  sztucznych fantomów.

Nie zapomnę uczucia, gdy siedząc w tramwaju kurczowo trzymałam torbę z pudłem , w którym wiozłam te kości na bardzo dalekie osiedle Warszawskie, gdzie wynajmowałam maleńki pokoik na górze  jeszcze niewykończonego domu.

W tym mieście, w tym tramwaju i tej torbie miałam szczątki człowieka, który kiedyś się urodził, żył jak każdy i umarł , pewnie bezimiennie. Może gdzieś tam, w zakamarkach jego czaszki został ślad jego radości, smutku,. Czułam , że może nawet trzymam fragment jego duszy.

Od tej pory ten nieznany mi człowiek,  zamieszkał w moim pokoiku na poddaszu. Już nie byłam tam sama.

Ale pęd do wiedzy i przejęcie tym nowym rozdziałem w życiu zacierało lęki a wydobywało tylko chęć poznania i odkrywanie nowych dróg. A ta droga była jasno wytyczona i miała tylko jeden kierunek.- do przodu….