Rodzice Michaliny proponowali by ślub się odbył za rok, w okresie bujnego lata. Ale młodym się spieszyło, bo bardzo chcieli być razem. Tak więc ostatecznie uzgodniono termin przypadający na czas Bożego Narodzenia. To święto zawsze było magiczne i obdarowane przez kresową wschodnią naturę cudnym śniegiem .
Oczywiście ceremonia i przyjęcie po niej miało się odbyć , jak kazała tradycja, w domu panny młodej . Rodzice już dawno , bo od jej 15 roku życia przygotowywali wyprawę. Była to piękna cieniutka i śnieżna bielizna pościelowa, obrusy i chusteczki . Teraz należało wyszyć monogramy. Michalina sama zaprojektowała piękny układ dwóch splecionych liter rozpoczynających jej imię i nazwisko panieńskie – M i D . Potem siadały z matką przy stole i w nikłym świetle lampy naftowej nanosiły rysunek na płótno i wyszywały. Przygotowano też jej odzież na wszystkie pory roku . To wszystko składano do ozdobnego kufra, do którego też włożono też kwiaty lawendy. Na samym dnie kufra mama ułożyła starannie zapakowany serwis obiadowy i cieniutkie filiżanki do kawy.
Ale przecież najważniejsza była suknia ślubna. Dziewczyna zdecydowała, że będzie skromna, sięgająca wysoko na smukłą szyję i zapinana na maleńkie guziczki, bez upiększeń, ale z długim trenem. Oczywiście niezbędny był długi welon. Delikatną tkaninę sprowadzono z całkiem niedalekiego Petersburga, a miejscowa krawcowa rozpoczęła pracę. Pomimo, że wszyscy mieli pół roku na przygotowania, rozpoczęli je od razu po wyjeździe Bolka.
Michalina codziennie się witała z Bolkiem, całując maleńki pierścionek, który jej ofiarował. Był on w wielu pokoleniach Rodziewiczów, wręczany w dniu zaręczyn. Pierścionek był skromny, ale wytworny. Miał cienką złotą obrączkę a na niej niewielki brylant z przepięknym szlifem, w którym zawsze grało tajemne światło.
Dziewczyna zaczęła pakować jeszcze coś, o czym Bolek do tej pory nie wiedział . Sama nie wie, dlaczego mu o tym nie opowiedziała, może nie sądziła, że jest to dla niego ważne a może po prostu się wstydziła ….
zdjęcia własne









