Śladami mojego Taty. Michalina szykuje się ślubu…

 

 

Rodzice Michaliny proponowali  by ślub się odbył  za rok, w okresie bujnego lata. Ale młodym się spieszyło, bo bardzo chcieli być razem. Tak więc ostatecznie uzgodniono termin przypadający na  czas Bożego Narodzenia. To  święto zawsze było magiczne  i obdarowane przez  kresową wschodnią naturę  cudnym śniegiem .

Oczywiście ceremonia i przyjęcie po niej miało się odbyć , jak kazała tradycja,  w domu  panny młodej .  Rodzice już dawno , bo od jej 15 roku życia  przygotowywali wyprawę. Była to piękna cieniutka i śnieżna bielizna pościelowa, obrusy i chusteczki . Teraz należało  wyszyć monogramy. Michalina sama zaprojektowała piękny układ dwóch  splecionych liter rozpoczynających jej imię i nazwisko panieńskie – M i D . Potem siadały z matką przy stole i w nikłym świetle  lampy naftowej nanosiły rysunek na płótno i wyszywały. Przygotowano też jej  odzież na wszystkie pory roku . To wszystko składano do ozdobnego kufra, do którego też włożono też kwiaty lawendy. Na samym dnie kufra mama ułożyła starannie zapakowany serwis obiadowy i cieniutkie filiżanki do kawy.

Ale przecież  najważniejsza była suknia ślubna. Dziewczyna  zdecydowała, że będzie  skromna, sięgająca wysoko na smukłą  szyję i zapinana na maleńkie guziczki, bez upiększeń, ale z długim trenem. Oczywiście niezbędny był długi welon. Delikatną tkaninę sprowadzono z całkiem niedalekiego Petersburga, a miejscowa krawcowa rozpoczęła pracę. Pomimo, że wszyscy mieli pół roku na przygotowania, rozpoczęli je  od razu po wyjeździe Bolka.

Michalina codziennie się witała z Bolkiem, całując maleńki pierścionek, który jej ofiarował. Był on w wielu pokoleniach Rodziewiczów, wręczany w dniu zaręczyn. Pierścionek był skromny, ale wytworny. Miał cienką złotą obrączkę a na niej niewielki brylant z przepięknym szlifem, w którym zawsze grało tajemne światło.

Dziewczyna zaczęła pakować jeszcze coś, o czym Bolek do tej pory  nie wiedział . Sama nie wie, dlaczego mu o tym nie opowiedziała, może  nie sądziła, że jest to dla niego  ważne a może po prostu się wstydziła ….

 

 

zdjęcia własne

Na medycznej ścieżce. Nasze podstawowe obowiązki na praktyce.

Odurzeni wrażeniami z bloku operacyjnego, wracaliśmy do swoich podstawowych obowiązków. Należało jeszcze raz prześcielić łóżka pacjentów, bo po naszym porannym ścieleniu nie został nawet ślad. Prześcieradła zwykle były już  zmięte , brudne i zwykle zakrwawione oraz pokryte różnymi barwnymi wydzielinami i wydalinami.

 Już na początku praktyki nauczono nas , jak zmieniać leżącym pacjentom prześcieradła, by nie powodować bólu , ale także specjalnie je podwijać pod materac, by żadna fałdka nie uciskała jego pleców. Przejmowaliśmy się naszymi chorymi , współczuliśmy gdy długo przebywali w szpitalu i bardzo cierpieli. I dlatego wszystkie  zalecenia wykonywaliśmy z przejęciem i sumiennie. Większość pacjentów to doceniało i  niektórzy nawet nam dziękowali.

Trudno nie wspomnieć o jeszcze jednym obowiązku. Musieliśmy  umiejętnie , by nie uszkodzić jakiejś części pacjenta   , podkładać pod ich pupy baseny.  Łatwiej było obsługiwać tzw kaczki. Potem należało  wymyć odpowiednią część ciała chorego  a  następnie wynieść   naczynie  wypełnione znaną wszystkim treścią. To zajęcie nie należało do najprzyjemniejszych, zwłaszcza gdy wypróżnienia były efektem lewatywy. Nie zapomnę długiej drogi do łazienki , którą  należało przebyć ze zwykle bardzo ciężkim basenem , dobrze, że posiadał  przykrywkę.  Nawet nie muszę zamykać oczu, by przypomnieć rozkład sal pacjentów, korytarza oraz miejsce naszej dalszej męki- drzwi do  toalety. Bo za tymi drzwiami była miska klozetowa, do której wylewaliśmy cuchnącą zawartość. Koledzy opowiadali, że zwykle w czasie wykonywania tej czynności wymiotowali, ja należałam do nielicznej grupy, której się udało zahamować powracające fale mdłości.

 Miesiąc praktyki minął jak jedna chwila. Pożegnaliśmy naszych chorych , klinikę, dziękowaliśmy pielęgniarkom za nauki, których nam udzielały i z nadzieją, że chyba możemy być lekarzami i pracować w szpitalu pojechaliśmy do swoich domów. Tam czekała Mama , ze swoimi opowieściami rodzinnymi , a ja chętnie słuchałam, zapominając o przebytym kolejnym chrzcie medycznym…..

Śladami mojego Taty. Podróż i oświadczyny.

 

 

Rakowskie wakacje Michaliny dobiegały końca.  Obydwoje mieli pewność , że chcą być razem. Trudno się dziwić dojrzałości Bolka, bo miał już wtedy 21 lat i osobowość ukształtowaną przez trudne życie. A Michalina była po prostu zakochaną dziewczyną. Ponadto, chłopiec  imponował jej wiedzą , dorosłym sposobem myślenia i muzycznym talentem. Postanowili pojechać razem do jej rodziców, tym bardziej, że otrzymali od nich zaproszenie. To była odpowiedź na długi list córki, w którym opisywała  swoje rakowskie zauroczenie.

Tym razem Bolek  nie szukał porady swojego opiekuna, ale spokojnie i poważnie oznajmił, że się zakochał i zamierza prosić o rękę dziewczyny. Ksiądz pewnie przewidywał rozwój wydarzeń, więc nie był zaskoczony. Przytulił wychowanka ale radził by poczekać na efekty spotkania z jej rodzicami. Ciotkę Michaliny wszyscy w Rakowie dobrze znali i cenili za dobre opiekuńcze serce.  Rodzice mieszkali daleko,  gdzieś pod granicą łotewską  .

I wkrótce Bolek i Michalina wybrali się w podróż . Lubili podróże, więc z przyjemnością wsiedli do pociągu. Razem podziwiali niezwykły wschód słońca i  pejzaż , który umykał za oknem. Jak zawsze dyskutowali  i ukradkiem przytulali się do siebie. …..

Rodzice Michaliny przyjęli Bolka życzliwie, mimo , że decyzja przyjazdu była podjęta w szybkim tempie.  Dziewczyna miała już 19 lat, więc spodziewali się, że kiedyś przyjdzie ten ważny moment i będą musieli oddać córkę. Przecież taka była zwykła kolej rzeczy…

Gdy Bolek padał do nóg rodziców Michaliny, prosząc o jej rękę , nie ukrywali  łez i wzruszenia.

Potem długo rozmawiali z młodymi. Okazało się , że oni  mieli już dobrze opracowany  pomysł na wspólne życie. Bolesław , jako organista mógł zabezpieczyć byt rodzinie. Niedaleko  plebanii w Rakowie był ładny dom , który można było kupić po niewysokiej cenie. Wszak majątek rodziców Bolka po upadku Powstania Styczniowego został skonfiskowany, a  ich dworek pod Rakowem zajęła jakaś rosyjska rodzina.  Dobrze, że przezorny ksiądz Eustachy Karpowicz, wcześniej zabezpieczył  rodowe  srebra i biżuterię Rodziewiczów . Teraz okazało się , że jest to spory kapitał , który pozwoli młodym na prowadzenie samodzielnego życia.

Po uzyskaniu zgody rodziców, Bolek jak na skrzydłach wracał do Rakowa, a w domu Michaliny rozpoczęły się przygotowania do ślubu…

 


zdjęcia własne

Na medycznej ścieżce. Blok operacyjny.

Kiedyś zajrzeliśmy na blok operacyjny neurochirurgii. W odróżnieniu od dość hałaśliwej sali operacyjnej chirurgii ogólnej , tutaj panowała  przeraźliwa cisza. Na stole leżał pacjent z obnażoną czaszką  a  u wezgłowia nieomal nieruchomo siedział neurochirurg . Wyglądał jak przybysz z dalekiej nieznanej planety, w zielonej czapce i dziwnymi okularami na nosie. Zamiast zwykłych szkieł, okulary posiadały jakby lunety. Lekarz był sam, nie widać było asysty , i  skupiony dłubał w mózgu. Niewiele widzieliśmy, bo pole operacyjne było bardzo małe.  I dlatego wkrótce nam się znudziło obserwowanie tej  operacji.

Wróciłyśmy na naszą  chirurgię ogólną , gdzie zawsze dużo się działo. Operacje, wszystkie ciekawe, odbywały się równolegle na dwóch salach i zawsze mieliśmy trudny wybór, na której sali pozostać. A tam wykonywano  zda się proste zabiegi usunięcia zropiałego wyrostka robaczkowego, resekcje jelit ,  wycinanie  pęcherzyka żółciowego.

Widząc skuteczność , prawie natychmiastową, takiego działania lekarskiego, nieomal wszyscy zapałaliśmy namiętnością do chirurgii. Każdy sobie wyobrażał, że kiedyś też zostanie bardzo sprawnym  zabiegowcem . Miałam wątpliwości, czy dam radę, czy np. nie zadrży mi ręka w nieodpowiednim momencie . Tak więc po pewnym, dość długim czasie wyleczyłam się z myśli wybrania takiej specjalności.

Nie da się ukryć, że łatwiej było zrezygnować z tej chirurgicznej namiętności, po obejrzeniu   amputacji nogi.  To chyba jeden z najbardziej przerażających zabiegów. Nacinanie tkanek miękkich nie robiło na nas specjalnego wrażenia, ale gdy pokazała się kość i chirurg rozpoczął długie piłowanie  poczuliśmy się nieswojo. A   potem jeszcze  okropny obraz obciętej nogi , którą chirurg podawał pielęgniarce.  Nikt z nas nie zemdlał, ale wyszliśmy pod dużym wrażeniem.

Na ranę już wówczas zakładano opatrunek gipsowy , który umożliwiał wczesne uruchomienie pacjenta i podobno zmniejszał częstość bólów fantomowych. To zadziwiający  rodzaj bólu- pacjent długo po amputacji ma wrażenie , że boli go cała noga, nawet ten odcięty fragment.  ….Do tej pory mam przed oczami ten blok operacyjny, układ drzwi wejściowych, stołu, wielkiej lampy nad nim i tę nieszczęsną samotną obciętą nogę.

 

 

Śladami mojego Taty. Michalina na plebanii. Krzyżyk żałobny.

 

„Pożegnanie powstańca” Artur Grottger, 1863

 

 

Pewnego dnia Bolek , po uprzednim ustaleniu tego z  księdzem Eustachym , zaprosił Michalinę na plebanię.

Nie wyrażała sprzeciwu,  szła za głosem serca. Widocznie już wtedy  prowadziło ją  stare rzymskie powiedzenie : gdzie ty Kajus tam ja Kaja…..Zawahała się przed domem , ale potem śmiało przekroczyła  próg.

Ksiądz wyszedł na spotkanie, jak zwykle szeroko otworzył ramiona i kordialnie powitał. Oparła się o ramię chłopaka , który ją wprowadził do salonu.

Były tam  stare fotele, kredens i  ogromny stół  z mnóstwem otwartych ksiąg i  map . Pachniało starym kurzem i jesiennymi jabłkami.  Od razu poczuła się dobrze, tak jak w swoim rodzinnym domu.

Gdy zdjęła kubraczek,   Bolek zobaczył czarny żelazny krzyżyk na jej szyi. Zabłysło czarne oczko na  skrzyżowaniu ramion krzyża. Wiedział , że Michalina jest Polką , patriotką z dziada pradziada, ale teraz miał jeszcze jeden dowód. Michalina nosiła żałobną powstańczą biżuterię. Widząc, że zerka na ten krzyżyk, powiedziała, że jest to pamiątka rodzinna otrzymana od matki . …Rozczulił się.

Zasiedli wokół stołu, na którym już wcześniej ustawiono wielki  samowar. W pięknych porcelanowych filiżankach, które Bolek zabrał ze swojego domu rodzinnego, herbata miała specjalny niepowtarzalny smak. Do herbaty podano konfitury z malin  które przyniosły zapach dawnego  ogrodu Rodziewiczów.

Rozmawiano o rodzicach Bolka. Dziewczyna chciała obejrzeć zdjęcia, niestety zachowało się kilka starych pożółkłych fotografii. I wtedy Bolek wskazał na obraz, który wisiał na niezbyt dobrze oświetlonej ścianie. To była kopia obrazu Grottgera , namalowanego w 1863 roku. Tę kopię przyniósł kilka lat temu  niezawodny ksiądz Eustachy. Dotarła do tego kresowego miasteczka nieznanymi szlakami i przypominała Bolkowi jego rodziców. Właśnie taki obrazek zapamiętał z dzieciństwa- piękną matkę, która żegna się  ojca w chwili, gdy on odchodzi do Powstania Styczniowego. To był ich ostatni wspólny moment przed rozstaniem na zawsze. Jeszcze wtedy o tym nie wiedzieli i nadzieja na wyzwolenie ojczyzny rozświetlała im twarze. Bolek bardzo lubił ten obraz Grottgera i powoli utożsamiał przedstawione tam postaci z własnymi rodzicami. Michalina długo oglądała obie sylwetki i ulegając iluzji , nawet znajdowała ich  podobieństwo z ukochanym . …

 

Zdjęcie własne

 

Na med. ścieżce. Praktyka po pierwszym roku studiów.

Po pierwszym roku studiów mieliśmy odbyć obowiązkowe miesięczne praktyki w szpitalu. Zostałam skierowana do Kliniki Chirurgii., którą prowadził słynny wtedy Pan Profesor  Drews.

Do tej pory nie mieliśmy zajęć w klinikach, więc z namaszczeniem przekraczaliśmy bramę , przez którą wchodziło się do innego świata. Na dużym terenie rozlokowane były pawilony o ciekawej monumentalnej, jak zresztą cały stary Poznań, architekturze. A za drzwiami Kliniki Chirurgii otwierało się nasze przyszłe  medyczne życie. 

Po krótkim powitaniu w zespole lekarzy, zesłano nas do dyżurki pielęgniarskiej i odtąd zarządzała nami  siostra oddziałowa. Mieliśmy wykonywać pracę salowych, ale  również zapewniano, że nauczymy się  wykonywania zastrzyków .

I najważniejsze, oficjalnie pozwolono nam w wolnych chwilach uzgodnionych z pielęgniarkami, zaglądać na blok operacyjny i przypatrywać się pracy zespołów chirurgicznych  .

Z wielkim zaciekawieniem staliśmy przed tablicą, gdzie przypinano kartkę z planem operacyjnym i wybierałyśmy co ciekawsze pozycje .

Obejrzeliśmy  mnóstwo zabiegów wykonywanych na otwartym brzuchu Tam wreszcie się przekonaliśmy jak przydatna może być wkuwana wiedza z anatomii. Byliśmy dumni i szczęśliwi.

 Kiedyś przywieziono niedoszłego samobójcę . W pijanym widzie, przeciął sobie nadgarstki, ale zaczynał od części grzbietowej, więc działał nieskutecznie. Jego dłonie zwisały smętnie utrzymując się jedynie na strzępkach stawów i kościach, które wyraźnie bielały w ranie. Widok był  przerażający. Wydawało się, że pacjent nie ma szans i utraci obie dłonie. Tkwiliśmy na bloku, obserwując działania lekarzy.  A tymczasem przez wiele godzin dwa zespoły chirurgów , jeden przy lewej a drugi przy prawej ręce pacjenta, rekonstruowały uszkodzone mięśnie, ścięgna, naczynia. Niebawem po operacji, chory już trzeźwy i przerażony tym co zrobił, podniósł rękę i  poruszył palcami. To dopiero była radość.  Cieszył się cały zespół operatorów . Udało się . Czy pacjent nie ponowił próby, nie wiem, ale tym razem dłonie miał uratowane  !

Podziwiałam kunszt i cierpliwość zawodową oraz  tolerancję lekarzy dla takich nieszczęśników. Przecież ten chory sam sobie zawinił, a nikt nie miał do niego pretensji . Może po wyzdrowieniu coś do niego dotarło, może nie…

 

Śladami mojego Taty. Decyzja.

 

 

Spotykali się często, zazwyczaj spacerowali  nad rzeką Słocz, meandrującą wśród wzgórz,  albo szli szerokim leśnym traktem , który prowadził do Rosji. Dochodzili do miejsca, gdzie zaczynał się teren przygraniczny . Wracali pospiesznie, bo czasami na horyzoncie pojawiali się rosyjscy albo polscy strażnicy pogranicza. Spacery nie były długie, bo granica była położona zaledwie 2 km od Rakowa.

Najbardziej lubili teren , gdzie rosły pojedyncze brzozy.

Wśród białych pni i w migotliwym cieniu ich delikatnych wiotkich gałązek Michalina wyglądała zjawiskowo. Bolek obserwował jej twarz , która była spokojna i radosna. Łapali chwile wspólnego szczęścia. Bolek  wcześnie osierocony, umiał docenić taką  dziewczynę i niezwykłą  urodę  jej duszy.  

Któregoś dnia nagle zapytał, czy zechciałaby zostać jego żoną. Dziewczyna spłonęła ale poważnie, bardzo wolno, zdając sobie sprawę z powagi słów odpowiedziała: tak.

I wtedy ziemia  zawirowała  , a brzozy które zwykle dotykały nieba ,  pochyliły się nad nimi  i szeptały Michalina Michalina.

Najdelikatniej jak umiał , objął ją i przytulał do serca.  Była bardzo blisko, jeszcze piękniejsza niż zwykle, jej bławatkowe oczy płonęły zupełnie nowym światłem . Całował jej jasne włosy, pachnące jak ukwiecona wiosenna łąka, a może  jak  polny rumianek  i całował jej brwi , potem oczy i usta….ukochana moja jedyna najdroższa….

 

 

  

 

zdjęcia własne

Na medycznej ścieżce. Morze…

Mijały kolejne dni i miesiące studiów , a my kipiałyśmy młodzieńczą energią. Poza  zakuwaniem i wykradaniem czasu  na wieczorne tańce chciałyśmy czegoś więcej . I wówczas zrozumiałyśmy , że pragniemy chwil prawdziwej wolności .   

I nagle  do którejś z nas przyszedł pomysł wyjazdu nad morze. Przecież tak dawno nie widziałyśmy morza. Postanowiłyśmy  pojechać do Świnoujścia. Był późny listopad. W sobotni wieczór okutane w kilka swetrów i ciepłe kurtki  spotkałyśmy się na poznańskim dworcu i wsiadłyśmy do nocnego pociągu. Miarowy turkot kół  oddalał  nas od Poznania a wszystkie codzienne problemy wtapiały się w zamglone  tło.  A ja dodatkowo rozkoszowałam się jazdą pociągiem , bo od dzieciństwa uwielbiałam takie podróżowanie. I to pozostało we mnie do tej pory.

Ok. 4 nad ranem miałyśmy  przesiadkę w Szczecin Dąbie. Pilnowałyśmy , by nie zaspać.. Wprawdzie już miałyśmy trening nocnego czuwania , gdyż wielokrotnie budziłyśmy się o tej porze, leżąc na otwartym podręczniku do anatomii.

Za oknem było czarno, tylko w nikłym świetle połyskiwał pusty peron  . Jednak  po chwili zauważyłyśmy wielkie stada kotów. Niektóre smacznie spały na ławkach, inne wybudzone hałasem nadjeżdżającego pociągu, leniwie się przeciągały .

Gdy po paru miesiącach ponownie jechałyśmy do Świnoujścia naszym nocnym pociągiem , mówiłyśmy- o , już widzimy koty, więc to na pewno Szczecin Dąbie.

O świcie witało nas  Świnoujście. Było cudnie . Miasto jeszcze spało, ulice były puste, wiatr hulał pomiędzy drzewami ,  nigdzie nie widziałyśmy  żywej duszy . Wstąpiłyśmy do hoteliku przy przystani promowej, gdzie poprosiłyśmy o umożliwienie skorzystania z łazienki . Personel był przesympatyczny . Widocznie przyzwyczajony do wizyt niespodziewanych gości. Wszak było to  miasto portowe , miasto przystań dla różnych rozbitków życiowych. Nawet ofiarowano nam niewielkie śniadanie, oczywiście za skromną opłatą. Umyte i pożywione poszłyśmy na spotkanie z morzem.

A ono na nas czekało . Nagle otwierało  się szumne nieodgadnione i wypełniające horyzont. Usiadłyśmy  na wymytych do białości umarłych konarach drzew mieszkających na  plaży potem przeniosłyśmy się  na molo i patrzyłyśmy patrzyłyśmy w szarobłękitny falisty bezmiar .

Tam topiłyśmy swoje marzenia, brudy codziennego studenckiego życia, wszystkie lęki i przeżycia sekcyjne , ładowałyśmy akumulatory , by dalej żyć normalnie .

Było pięknie i czysto.

Na plaży spędzałyśmy czas od świtu do późnego popołudnia. Wieczorem wsiadałyśmy na prom , potem do pociągu   nocnego. Wracałyśmy do Poznania i bezpośrednio z dworca  szłyśmy na wykłady.

Koledzy , patrząc na nas, pytali, gdzie balowałyśmy przez ostatnie noce. Nie odpowiadałyśmy. Milczałyśmy, patrząc na siebie porozumiewawczo. W oczach Moniki widziałam bezkres naszego morza….

Śladami mojego Taty.Ona..

 

 

Dziewczyna przeżegnała się szerokim gestem, podniosła z klęczek i odwróciła twarz w stronę balkonu. Bolek ukłonił się nieśmiało i zszedł w dół. Spotkali się w kruchcie kościoła. Czekała. Miała wielkie bławatkowe  oczy ocienione gęstymi czarnym rzęsami i pięknie wykrojone brwi. W ciemnym kościele jej źrenice były ogromne . Zatonął w tych  oczach i uśmiechu .

Była niewielka, ale śmiało patrzyła w jego twarz i pierwsza zaczęła rozmowę. Głos miała niski i ciepły. Zda się , że mówiła z serca wprost do serca Bolka.

Wyszli z kościoła, śpiewały ptaki w wielkich drzewach, czuł przyspieszone bicie swojego tętna ….Miała na imię Michalina. Jakie miękkie, piękne kobiece imię, pomyślał z rozczuleniem .

Nigdy przedtem nie widział tej dziewczyny , niedawno przyjechała do ciotki i pierwszy raz była w Rakowskim kościele. Nosiła dziwne nazwisko: Dowhopouł.  

 Zapytał, czy może ją odprowadzić . Zgodziła się. Szli do domu coraz wolniej, kilka razy zatrzymywali się, a nawet zawracali  pod kościół . Przez całą tę drogę rozmawiali. Pula tematów była niewyczerpana. Nigdy z nikim tak długo i ciekawie nie dyskutował. Przy niej wszystko było nowe, inne , barwne .  Nie mogli się rozstać. Serce Bolka śpiewało ….

Gdy wrócił na plebanię, ksiądz od razu poznał po zachowaniu chłopaka  i jego oczach, że spotkał swoje marzenie. Bo nie można było ukryć wzroku , który opowiadał o zakochaniu, najpiękniej jak umiał…..

 


Na med. ścieżce. Lekarstwo na stress…

 

 

I jeszcze wspomnienie o czasach z Moniką.  Obie miałyśmy rozwichrzoną fantazję  i  stanowiłyśmy piękny radosny duet . Niewiele dziewczyn z pierwszego roku medycyny potrafiło się wyzwolić spod jarzma stałego zakuwania. A my dość  często wyrywałyśmy się w świat , m.in.  chodziłyśmy do klubów studenckich.

Po zajęciach z anatomii, a więc już ciemnym wieczorem wsiadałyśmy do tramwaju, który nas unosił na piękne wzgórza , gdzie rozłożyło się osiedle studenckie. Był to  prawdziwy kampus. To magiczne miejsce nosiło nazwę niezwykłą i dwuznaczną- Winogrady. Wchodziłyśmy do dość obskurnego klubu, który zachęcał znamienną nazwą „ Nurt”. I  poddając się nurtowi studentów, wpływałyśmy do tętniącego muzyką wnętrza, obładowane  ciężkim tomem  Bochenka oraz wielkim atlasem anatomii . Czasami bywałyśmy w klubie  „Od Nowa” na Rynku Starego Miasta, gdzie już czasami występowała Kryśka Prońko- moja gorzowska szkolna koleżanka.

Podręczniki do anatomii nazywane przez nas pieszczotliwie   „Bochenki „ ., zalegały gdzieś na parapecie a my wpadałyśmy w wir zabawy.  ….

Na tle koleżanek z Uniwersytetu wypadałyśmy nieatrakcyjnie i blado.

One miały długie czerwone paznokcie. My krótko obcięte, gdyż asystent z anatomii tak zalecał.

Mówił , czy chcecie by ktoś , kto was całuje po rękach wyjadał resztki trupa spod paznokci. Raczej było to niemożliwe, ale kto to wie, wszak  wykonywałyśmy sekcje nie używając rękawic.

I mimo , że nikt nas  po rękach nie całował, na wszelki wypadek obcinałyśmy paznokcie do granicy opuszków palców…

Potem gorączkowo łapałyśmy piękne chwile, bo byłyśmy bardzo  młode, spragnione  poznawania życia  ale już doświadczone dotykiem ciał nieżywych ….i  te kluby, tańce , muzyka były dla nas jakby antidotum na traumę związaną z  zajęciami  anatomii czy  biologii ….

Wtedy jeszcze  był zwyczaj tańca w parach  .

Więc kołysałyśmy się przy cudnej muzyce .

Zapamiętałam tylko Niemena „ Pod papugami” albo „ Bo czas jak rzeka „ ….

A kiedyś  się dowiedziałam, że mam oczy jak dwa jeziora…..