Śladami mojego Taty. Już jadą…..

 

Wschód słońca. Zdjęcie własne.

 

 

Termin ślubu zbliżał się milowymi krokami.

W tym czasie młodzi pisali do siebie płomienne listy , zapewniając o miłości, tęsknocie  i oddaniu . Bolek zbierał wszystkie listy od Michaliny, zamykał w szkatułce a po latach wspólnie je czytali, wspominając ten okres z rozczuleniem.

 I wreszcie przyszły pierwsze śniegi,  mróz szczypał w nosy a w powietrzu unosił się zapach Bożego Narodzenia.  

Jak wszystko w życiu, czas płynął niestrudzenie.

Okres  przygotowań do ślubu dobiegał końca.  

 Bolek zastanawiał się, co powinien ofiarować Michalinie i jej rodzicom. Ten dylemat stał się tematem wielu  rozmów z księdzem. Obydwaj chcieli , by  prezent był oryginalny i upragniony. Aż któregoś dnia kapłan podał swój projekt. Bolek od razu zaakceptował pomysł i był szczęśliwy….

Cała parafia żyła nadchodzącym wydarzeniem. Może gdyby to dotyczyło tylko Bolka, zainteresowanie byłoby mniejsze. Ale planowany wyjazd ich księdza sprowokował do przyjrzenia się jego odzieży. I wówczas kobiety załamały ręce. Sutanna była spłowiała od słońca, przetarta na łokciach i pocerowana w wielu miejscach . Dobrze, że było jeszcze trochę czasu , więc śpiesznie przystąpiły do pracy. Wkrótce nowa sutanna była gotowa. Ksiądz nałożył ją niechętnie, bo uwielbiał swoją starą , w której czuł się dobrze. W dodatku uważał, że nie powinno się wydawać pieniędzy na nowe ciuchy, wolał oddawać je biednym parafianom. Nowa była sztywna, mało przyjazna, ale nie miał wyjścia, bo nie chciał sprawiać przykrości tym dobrym kobietom.

 Od dawna  w kuferku spoczywało  nowe ubranie Bolka, śnieżna,  wykrochmalona na sztywno koszula  oraz inne dodatki.

W dniu wyjazdu panowie wcześnie opuścili plebanię, a gdy czekali na bryczkę oglądali wschodzące słońce. Nie mieli ochoty na rozmowy, dzielili więc swoje milczenie. Często tak bywało, nawzajem znali swoje myśli i lubili przeżywać w samotności.

Niebawem usłyszeli stukot końskich kopyt i na podjazd przed plebanią powoli wtoczył się powóz. Wsiedli pospiesznie, bo mieli przed sobą jeszcze kilkanaście kilometrów drogi, a termin odjazdu pociągu był  dobrze znany. Były to czasy, gdy pociągi kursowały punktualnie, można było wg nich nastawiać zegarek i nikomu nawet się nie śniło, że może  być inaczej.

Dojechali do stacji, gdy już słychać było gwizd nadjeżdżającego pociągu. Lubili

podróże, więc z przyjemnością wsiedli do wagonu , na półce bagażowej ułożyli kuferek i zdjęli ciepłe zimowe płaszcze. I niebawem  ksiądz zagłębił się w studiowaniu  brewiarza, a Bolek podziwiał  przesuwający się krajobraz za oknem. Lokomotywa sapała, wypuszczając systematycznie kłęby dymu. Koła turkotały miarowo, więc wkrótce Bolek , wyczerpany wszystkimi emocjami  , niespodziewanie zasnął  . Spał mocnym, zdrowym, ożywczym , młodzieńczym snem , może nawet śniła mu się piękna Michalina.  Z głębokiego snu wyrwał go dopiero głos  konduktora , który meldował, że dojeżdżają do przesiadkowej stacji. Bolek już znał drogę, bo całkiem niedawno przemierzał ją ze swoją ukochaną. Ale wówczas byli tak bardzo zajęci rozmową i czuleniem się do siebie, że ta stacja wydawała mu się obca. Dobrze, że ksiądz wykazał się opanowaniem, upewnił się u konduktora, że ta stacja jest właściwa. A gdy ujrzeli napis na dworcowym budynku , odetchnęli z ulgą. Jednak te wątpliwości świadczyły o ich stanie emocjonalnym.

Po chwili nadjechał  kolejny pociąg, którym dotarli do celu.

Tam czekały na nich szerokie sanie, zaprzężone w dwa gniade konie. Woźnica z sumiastym wąsem powoli zlazł ze swojego miejsca, popatrzył badawczo spod pokrytych szronem brwi i pokazał w szerokim uśmiechu czarne popsute zęby. Nie miał wątpliwości , że  ksiądz i młodzieniec, to oczekiwani goście. Uchylił  więc brzeg kożucha i zaprosił do wsiadania. Otuleni miłym , ale nieco cuchnącym kudłatym nakryciem, poczuli się swojsko i spokojnie. Wydawało się, że konie unoszą sanie w powietrzu, dookoła była cudna wielka śnieżna przestrzeń i szybko zbliżała się ciemna ściana wysokiego lasu. Oczarowany jazdą Bolek wyobrażał sobie, że  las nagle się rozstępuje specjalnie przed nimi a świerki i sosny specjalnie wyciągają swoje kosmate ośnieżone łapy , by się przywitać . Gdy wyjechali na pustą przestrzeń, to wrażenie oczywiście zniknęło, powróciła rzeczywistość , a w dali już widać było zabudowania gospodarcze i niewielki dworek. Na widok tego dworku, serce Bolka przyspieszyło, widocznie czuł bliskość ukochanej, a może odczuwał lęk przed czekającymi go wydarzeniami. Nie miał czasu na analizę swoich odczuć, bo sanie ostro zahamowały i już zobaczyli lnianowłosą dziewczynę z narzuconą kolorową chustą na głowie , która wybiegała na ganek…

 


Na medycznej ścieżce. Niby w kołchozie.

 

Po drugim roku medycyny ciocia Bajki  uznała, że pokoik, który zajmowałyśmy, może wynająć robotnikom uzyskując znacznie większy czynsz. Bajka zdecydowała się na zamieszkanie w akademiku.

 A mnie zaprosiła koleżanka z grupy, Marylka Durkiewicz do swojego lokum przy ul. Siewierskiej. Oczywiście Marylka nie była właścicielem domu, ale mnie zachęcała i zaprotegowała.

Mieszkałyśmy na pięterku, w pokoju, gdzie znajdowały się 4 łóżka i niewielkie biurko. Dodatkowym” walorem „tego pokoju, był  fakt, że stanowił przejście do kolejnego dwuosobowego.

Tak więc mieszkało tam razem ze mnę 6 dziewczyn. Dla dopełnienia tych komfortowych warunków miałyśmy do dyspozycji łazienkę z wielką wanną. Na szczęście z kranów zwykle płynęła zimna woda, więc poranna kolejka przed drzwiami posuwała się szybko.

 Na Siewierskiej czułam się bardzo dobrze, bo uwielbiałam takie życie,  nieomal zbliżone do kołchozowego,  bo  przypominało mi słodkie czasy kolonijne.

Po zajęciach na uczelni, każda z nas zajmowała miejsce postoju , rozkładając się na łóżku , jak na tratwie unoszonej wielką wodą .  I w tej pozycji, otoczone książkami , zakuwałyśmy , zakuwałyśmy….

Ponieważ  ja dobiłam do owego „okrętu jako ostatni majtek”,  przydzielono mi miejsce najbardziej strategiczne. Moje  łoże znajdowało się na rozdrożu,  tuż obok   drzwi wejściowych oraz drzwi do drugiego pokoju, więc miałam świetne warunki dla  trzymania ręki na pulsie naszej ekipy podróżującej po meandrach wiedzy….

Śladami mojego Taty. Za chwilę ślub.

 

 

Co miesiąc, w Rakowskim kościele  informowano wiernych o planowanych zaślubinach Michaliny i Bolka. . Były to tzw zapowiedzi. Ksiądz , opiekun Bolka , odczytywał je z namaszczeniem nie ukrywając drżenia głosu. Chłopak wychodził z kościoła oszołomiony , radosny i przejęty.

To samo przeżywała Michalina , kiedy słyszała zapowiedzi w kościele w swoim rodzinnym miasteczku. Po mszy, koleżanki otaczały ją kołem i wypytywały o szczegóły planowanego ślubu. Tylko nieliczne były już mężatkami i zapraszały ją do swojego domu, gdzie dzieliły się swoimi doświadczeniami.  Michalina wysłuchiwała jednym uchem,  gdyż miała swoją , pewnie wyidealizowaną wizję małżeństwa. Tak zwykle bywa, gdy człowiek słyszy o problemach innych ludzi, nie wierzy, że może go to także dotyczyć.

Koleżanki jeszcze niezamężne, nie taiły zazdrości. Większość chciałaby też wyjechać ze swojego miasteczka , poznać inny świat i w dodatku mieć męża takiego, jak Bolek- niezależnego , mądrego i utalentowanego .

Wieczory były długie,  w domu Michaliny  rozpalano kominek i gdy  falujący ogień zamieniał się w zaczarowane postaci, przychodził czas na rozmowy matki z córką. Michalina od okresu dojrzewania  zwracała uwagę na atmosferę w domu. Widziała jak jej rodzice odnoszą się do siebie z szacunkiem ,  ustalają ze sobą plan  spraw do załatwienia i czuła , że między nimi istnieje  jakaś tajemna iskrząca więź . Teraz się dowiadywała, jakim wysiłkiem budowana jest dobra relacja pomiędzy małżonkami. Niestety, czasami  jest potrzebna dyplomacja i kompromis.  Wyobrażała sobie, że nie jest łatwa rezygnacja z własnego ego i akceptacja zdania drugiej osoby. 

Michalina zdawała sobie sprawę , że  posiada pewne cechy  najmłodszej córki,  czasami  bywa uparta , apodyktyczna  . Ale po dłuższej  chwili,   gdy potrafiła się opanować, wyciszyć , widziała, że nie zawsze miała rację.  Zwykle po takim zdarzeniu , długo się wstydziła swojej gwałtowności charakteru.

I takich swoich zachowań bała się najbardziej , bo nie była pewna jak przyjmie to Bolek. Przecież naprawdę  tak mało się znali,  razem spędzili jedynie dwa słodkie wakacyjne miesiące.

Teraz postanowiła  o wszystkim opowiedzieć Bolkowi, gdy tylko się spotkają , by  uprzedzić o  swoich nieciekawych cechach charakteru.  Wierzyła, że Bolek to  zrozumie  i pomoże we wspólnym porozumieniu. Był starszy od niej i wydawał się bardziej dojrzały.

Postanawiała solennie , że zawsze  razem będą rozwiązywali swoje problemy, bez  kłótni, wymuszania swojej woli z uwzględnieniem zdania współmałżonka .

Nagle sobie uświadomiła , że w myśli nazwała Bolka, mężem. I wtedy poczuła niepokój i lęk przed nadchodzącą wielką zmianą w jej życiu.

Nie trwało to długo, bo mama przerwała milczenie i zaczęła opowiadać o tajemnicach małżeńskiej sypialni. Michalina słuchała i podziwiała matkę za to, że potrafiła o tym mówić zwyczajnie, prosto i ciepło. Ileż przedtem słyszała złych słów od koleżanek, którym ani matka, ani nikt z rodziny nie powiedział  o tym, co je czeka po ślubie.

Teraz zrozumiała, dlaczego pomiędzy jej rodzicami  było dobrze. Byli po prostu mądrymi ludźmi którzy potrafili się porozumiewać.

Ogień w kominku już dawno wygasł, nazajutrz czekały prace kuchenne, bo za kilka dni miał przyjechać  ksiądz Eustachy, Bolek i wielu innych krewnych Michaliny…

 

 

zdjęcia własne

 

Na medycznej ścieżce. Juwenalia.

 

 

Któregoś dnia postanowiłyśmy z Bajką wziąć udział w Juwenaliach. Kusiło nas, by obejrzeć rozbawione, pełne studentów miasto.

Niezawodna ciocia wydobyła z szafy jakieś ciuchy i pomogła w przebieraniu.

Zostało to utrwalone na załączonych zdjęciach.

 Jedyną wadą  stroju Bajki , czego nie przewidziałyśmy, była jego płeć. Wtedy, gdy  na rozbawionych ulicach chłopaki porywały nas do tańca , omijały Bajkę =niby mężczyznę , szerokim łukiem.

 Ale gdy to zauważyłam, szybko zlikwidowałyśmy jej przylepiony wąsik i męski kapelusz. I od tej pory Bajka ze swoją bardzo kobieca urodą   rozpromieniona i radosna  miała powodzenie  i  zabawa trwała ….oj miłe ulotne chwile …

 

Bajka po prawej i zainteresowany nami przesympatyczny bokser – Bary.

Śladami mojego Taty. Znaczenie imion, jak nie wierzyć.

 

Zdjęcie własne

 

Któregoś dnia Michalina znalazła wolną chwilę w ferworze przygotowań do ślubu . Może to była telepatia, bo w tym czasie Bolek w dalekim Rakowie otwierał  Księgę Imion.

I ona, myśląc o narzeczonym zastanawiała się nad jego imieniem. W ogóle nie wierzyła we wróżby, przepowiednie i  czary. Ale tego dnia przypadkowo znalazła starą gazetę w której były  informacje na temat różnych imion.

Wśród nich był wymieniony Bolesław. Więc trudno się dziwić, że zaczęła czytać.

W miarę czytania otwierała oczy ze zdumienia. Otóż tam napisano, że  Bolesław jest osobą prostolinijną, konkretną, sprawiedliwą, wyczuloną na ludzkie nieszczęścia. Chętnie służy pomocą i radą innym, jest zaradnym i dobrym gospodarzem. Dzięki swoim umiejętnościom stanowi dobry przykład dla innych.

Bolesław jest mężnym, dobrym patriotą, wzorowym ojcem i cenionym dyplomatą. Charakteryzuje go otwarty umysł i zdolność chłonięcia wszystkiego co nowe i dobre. Czasami bywa przekorny. Chętnie przyjmuje gości i składa wizyty.

Właśnie dokładnie tak go postrzegała, może za wyjątkiem tego ostatniego zdania. Pewnie trochę go idealizowała, bo jak mówili ludzie, miłość jest ślepa.

Ale cały tekst  potwierdzał jej wybór , wszystkie cechy przyszłego męża o imieniu Bolek napawały optymizmem .

I w bardzo dobrym humorze, napisała czuły list do ukochanego a potem wsiadła na ulubionego konia i udała się na samotną przejażdżkę drogą, którą otulały czereśniowe  drzewa ….

 

 

Pocztówka z internetu, nazwiska autora nie podano.

 

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Mieszkam z Bajką

 

    Przed domem cioci Bajki na poznańskim Junikowie. Przyjaciółka po prawej …mamy 19 lat!!!

 

Jak dobrze, że pani, u której wynajmowałam niewykończony jeszcze pokoik na poddaszu, zechciała  tam ulokować swoją krewniaczkę, która przyjechała do Poznania  na studia.  Ciążyła mi samotność na tym Osiedlu Warszawskim, położonym bardzo daleko od centrum. Od ostatniej pętli tramwajowej musiałam dość długo wędrować niewielkimi uliczkami. Tam już prawie diabeł mówił dobranoc, chociaż  na szczęście go nigdy nie spotkałam. A w pokoiku na górze czekał na mnie tylko jedyny towarzysz niedoli i niemy świadek zakuwania- szczątkowy kościotrup.

    W tym czasie skontaktowałam się z dawną przyjaciółką z gorzowskiego podwórka, Bajką. Właśnie dostała się na wydział biologii Uniwersytetu Poznańskiego, miała ciocię w Poznaniu i zaoferowała mi wspólne zamieszkanie. Bardzo się ucieszyłam, bo byłam towarzyska i lubiłam Bajkę. I od tej pory jeździłam tramwajem na Junikowo , wysiadałam przy cmentarzu, nigdy nie czując lęku.

W domku cioci było miło, zawsze nas witał kręcąc zabawnie kuprem pies, bokser o imieniu  Bary.

Po zajęciach, Bajka przesiadywała w dużym fotelu z ulubionymi orzechami laskowymi w czekoladzie i rozłożoną książką. Zakuwała straszliwie, nasza anatomia wydawała się pestką przy systematyce roślin.

Ja wymykałam się na długie spacery z Jerzym , który mieszkał niedaleko i był moim kolegą z grupy. Gnaliśmy przez cudne lasy aż do Rokietnicy czy Kiekrza, w obie strony pieszo. Gdy wracałam późnym wieczorem, ciocia Bajki mnie oglądała podejrzliwie. Potem zrozumiałam, że posądzała nas o jakieś niecne zabawy. A my z Jerzym tylko urządzaliśmy sobie niewinne wielokilometrowe spacery.

     Gdy wchodziłam do naszego pokoju, Bajka w takiej samej pozycji, w jakiej ją zostawiałam, smacznie spała nad książką.

Ja , wypoczęta i zrelaksowana oraz napełniona świeżym leśnym powietrzem, zwalałam się  do łóżka, nie zapominając jednak o tym, by nastawić budzik na godz 3 i zasypiałam snem kamiennym. Budziłam się bez problemów , uczyłam się intensywnie do 5 , potem nastawiałam budzik na 6. I  zasypiałam ponownie. Gdy wstawałam o 6 , czułam, że się przespałam  z wiedzą , więc została ona  ugruntowana i dobrze zachowana.

     Taki system nauki zdawał egzamin, co się wyrażało w niezłych ocenach i przetrwał do lat, kiedy się uczyłam do egzaminów specjalizacyjnych….

 

 

Przed domem cioci Bajki. Na trzepaku. Zdjęcie wklejone do starego rodzinnego albumu. Rok 1966.

 

Śladami mojego Taty. Znaczenie imion, jak w to nie wierzyć

 

 

Czekając na termin ślubu, Bolek oddawał się swoim codziennym zajęciom. Jak zwykle grał  na organach w czasie porannej i wieczornej mszy. Często zostawał  w opustoszałym  kościele, i wtedy ulegając   emocjom improwizował  i  czuł, że  jest to muzyka jego serca.

Wieczorami w domu studiował różne księgi a czasami pisał. Tak,  Bolek lubił pisać. Pisał o tym co mu grało w danej chwili w duszy. Były to młodzieńcze wiersze, obserwacje  dnia codziennego,  notatki  z niezwykłych wydarzeń a także opisy  nagle odkrywanej zmiennej urody przyrody.

Czasami brał piórko i rysował jakieś sylwetki, domy, a któregoś dnia zaprojektował barwny  ogród jego wyobraźni.

Chłopak  lubił rozmyślać o przeznaczeniu i trochę wierzył , że imię, które człowiek otrzymał od rodziców, jest w jakiś przedziwny sposób związane z  jego charakterem i zachowaniem.  Któregoś dnia zajrzał do niewielkiej starej książki, która nazywała się   Księga Imion . Początkowo sceptyczne nastawienie, w miarę czytania, ustępowało zdziwieniu. Zastanawiał się skąd ludziska czerpali wiedzę na temat imion. I powoli dochodził do wniosku, że  to nie była zwykła fantazja, a prawdopodobnie wynik długoletnich obserwacji.

Bo wszystko się zgadzało. Wg tej Księgi,” kobieta obdarzona imieniem Michalina jest  uwodzicielska, ale pełna majestatu i wdzięku oraz arystokratycznych manier.  Czasami bywa nieśmiała i tajemnicza”. Przecież tak właśnie postrzegał swoją dziewczynę.

Dalej czytał „..jej imię  ma przyznany totem, którym jest winorośl, co sprawia, że kobieta o imieniu  Michalina dopiero w pełni rozkwita gdy jest w  towarzystwie osoby, na której może się oprzeć”. Tak było, gdy przebywali w większym towarzystwie . Od razu zauważył jak pięknie rozkwitała jej uroda, intelekt i dowcip, gdy znalazł się w pobliżu.

Nawet  to było prawdą , że „ Michalina nie  lubi tłumów , zabaw ludowych i jarmarków”.

Tak jak o niej napisano, nigdy pierwsza nie wyrażała swojej woli, ale gdy nadchodziła pora podejmowania ważnych decyzji, zawsze miała swoje zdanie, które potrafiła logicznie uzasadnić. 

Jak każda Michalina, jego wybranka  w sytuacjach stresowych  była nadzwyczaj spokojna, nigdy nie okazywała zdenerwowania. Wielokrotnie miał okazję by ją  podziwiać za niezwykłe  opanowanie  emocji.

Na końcu przeczytał, że szczęśliwe małżeństwo i interesujący zawód będą dla niej motorem działania.

Bolek zamknął księgę imion, z rozczuleniem myślał o swojej Michalinie. Właśnie na taką dziewczynę czekał długo , o takiej marzył. Nie miał wątpliwości, że będą szczęśliwym małżeństwem.

Jedno go tylko intrygowało i trochę niepokoiło w tej przepowiedni.

Michalina , by być w pełni szczęśliwą kobietą nie powinna poprzestać na zajmowaniu się domem, musi  mieć interesujący ją zawód.

A o tym niewiele wiedział…

 

zdjęcia własne

 

 

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Drugi rok studiów.

Po bujnym, trochę szalonym i przeżytym jakby na granicy snu i jawy pierwszym roku studiów, przyszła normalność. Byliśmy już na drugim roku medycznej edukacji. Czuliśmy rytm studiowania, systematycznej nauki i powoli uzyskiwaliśmy pewność, że damy radę. Spotkaliśmy się w mniejszym gronie, bo jedna koleżanka nie zdała egzaminów i nie mogąc powtarzać roku, musiała odejść. Kilku kolegów zrezygnowało ze studiów na Akademii Medycznej , mimo zdanych egzaminów, bo nie wytrzymali psychicznie. I dobrze, że zorientowali się w miarę wcześnie i pewnie nie żałowali decyzji.

Tak jak na pierwszym roku, dwa razy w tygodniu o 6 rano wychodziłam na  pływalnię , co pozwalało na zachowanie równowagi fizycznej i wyrównanie emocji. Poza tym grałam w koszykówkę, którą uwielbiałam  od czasów licealnych. Nawet należałam do zespołu reprezentacyjnego  uczelni. Z Jerzym M. bywaliśmy w Zakładzie Medycyny Sądowej AM, bo jego ojciec był tam szefem i czasami dawał nam różne zadania. Np. uporczywie, przez wiele tygodni ocenialiśmy wygląd kropli krwi, która spadała z różnej wysokości i pod różnym kątem. Niewielką ilość krwi  otrzymywaliśmy z zaprzyjaźnionego laboratorium , w szybkim tempie przynosiliśmy do Zakładu, który znajdował się na parterze Anatomicum i natychmiast przystępowaliśmy do doświadczeń. Następnie wykonywaliśmy doświadczenie , dokonywaliśmy pomiarów , rejestrowaliśmy wszystkie parametry i wykonywaliśmy serie zdjęć. Mam nadzieję , że nasze obserwacje komuś się przydały.

Starsza od  Moniki siostra, Basia właśnie rozpoczęła zajęcia na psychiatrii. Któregoś dnia zaproponowała, że nas przemyci na salę wykładową.  Na każdym roku było ponad 100 osób, więc możliwa była anonimowość. Onieśmielone  wysłuchałyśmy wielu wykładów i od tej pory zakochałyśmy się w psychiatrii. U mnie ten zachwyt przetrwał przez wiele lat, właściwie do końca studiów.

Moja  znajomość z Jerzym była spokojna, pozbawiona seksualności , przynajmniej dla mnie. Zajęcia drugiego  roku studiów nie były  szczególnie emocjonujące,  niewiele zapamiętałam z edukacji w tym  okresie . Egzaminy zdałam poprawnie.

Potem odbyłam miesięczną praktykę w laboratorium poznańskim, zgodnie ze skierowaniem z uczelni. Do naszych obowiązków należało mycie  szkła laboratoryjnego,  tzw pipetowanie surowicy i  wykonywanie pod nadzorem różnych badań, najczęściej moczu. Pipetowanie oznaczało wtedy pobieranie surowicy znad skrzepłej krwi. Odbywało się to przy użyciu szklanej rurki, którą należało napełnić do określonego poziomu i przenieść w ten sposób materiał do probówek, gdzie odbywały się dalsze badania. Nie było pipet automatycznych, ani nawet zaopatrzonych w gumową pompkę. Więc tradycyjną metodą, wkładałyśmy końcówkę rurki do ust, wsysałyśmy płyn do zaznaczonego poziomu w rurce, zatykałyśmy palcem końcówkę, którą przedtem trzymałyśmy w ustach i nad probówką odsuwałyśmy  palec, a wtedy zawartość wypływała pod ciśnieniem powietrza. Przy niedokładnym lub zbyt energicznym wsysaniu, można było poczuć surowicę w ustach. Zdarzyło mi się to parokrotnie, ale , podobnie jaki większość kolegów ,zupełnie nie myślałam o możliwości zakażenia jakimiś wirusami obecnymi w tej surowicy. Wtedy nie wykonywano żadnych badań w tym kierunku, , a o wielu wirusach nikt nie miał pojęcia.

Po praktyce spędziłam piękne  dwa tygodnie  w Jedlinie Zdroju, na zaproszenie ulubionej mojej przybranej Cioci, przyjaciółki Mamy z lat wileńskich, Heleny Konopielko , która przebywała tam na leczeniu sanatoryjnym ….

 

 

Śladami mojego Taty. Wiedza tajemna.

 

Pocałunek w chmurach. Zdjęcie własne.

 

Do tej pory jedynie się całowali. Ale Bolek czuł swoją seksualność i wiedział , że będzie ją musiał dzielić z żoną. Usiłował to sobie wyobrazić.  Stale  przypominał zdarzenie z lat wczesnej młodości. Otóż kiedyś, szukając jakiejś książki w pokoju księdza, odkrył niezwykłe dzieło. Było to wydanie obcojęzyczne Kamasutry. Wtedy uległ pokusie, by tam zajrzeć. Wprawdzie potem się z tego wyspowiadał z ogromnym wstydem, ale teraz wróciły te obrazki. Do tej pory wydawały mu się zbyt otwarte i szokujące , gdy  jednoznacznie przedstawiały różne  pozycje seksualne.

Nie bardzo sobie mógł wyobrazić siebie i Michalinę w takiej sytuacji. Jednak myślenie wracało i czuł niepokój.

Któregoś wieczoru ksiądz Eustachy wrócił wcześniej na plebanię. Tego dnia od rana zachowywał się  jakoś inaczej, nie dowcipkował jak zwykle, był poważny i zamyślony.  Gdy zasiedli do wieczornej herbaty oznajmił, że muszą odbyć ważną  rozmowę.  Bolek zesztywniał, bo się bał rozmów o tamtej księdze. Ale ksiądz udawał , że nie pamięta tamtej spowiedzi Bolka.

I rozpoczął opowieść . Na wstępie oznajmił , że słuchając przez bardzo wiele lat spowiedzi wiernych i  prowadząc w konfesjonale rozmowy,  nauczył się, jak powinien wyglądać związek dwojga ludzi. I właśnie nadszedł czas, by opowiedzieć o tym Bolkowi. Chłopiec poprawił się w fotelu,  milczał , patrzył w oczy opiekuna i słuchał.  Oto opowieść księdza Eustachego:  

W małżeństwie najważniejsza jest miłość i wzajemny szacunek. Zbliżenia fizyczne są pięknym  dopełnieniem tego związku. Mężczyzna powinien wyczuwać to,  czego oczekuje żona.  Ale nie będzie wiedział, jeśli ona mu tego nie powie. Dlatego powinni ze sobą rozmawiać o tych sprawach, bez wstydu, bo cielesność jest dana w darze od Boga . W chwilach zbliżenia mężczyzna powinien  nieco hamować swój popęd, a koncentrować się na obserwacji  zachowania żony. On musi poznawać jej ciało i zachwycać się nim  wyrażając  to w pięknych słowach.  Kobieta zwykle stopniowo uczy się zachowań w kontaktach z mężczyzną.  Razem muszą się uczyć siebie. Nie ma zachowań  czy gestów i dotyków niedozwolonych , pod warunkiem , że są one akceptowane przez dwie strony. Szczerość i delikatność zachowań jest podstawą  dobrego związku. 

Bardzo rzadko mężczyźni o tym wiedzą, bo nikt im nie powiedział i  nie nauczył. Kobiety  cierpią, zniewalane zwierzęcym zachowaniem swoich partnerów. I akt seksualny jest dla nich tak okropnym przeżyciem, że zaczynają myśleć z nienawiścią o swoich mężach a nawet czasami życzą im śmierci. I wtedy otwierają się przed spowiednikiem.

Ksiądz  wielokrotnie po rozmowie z kobietą w czasie jej spowiedzi,  próbował wykorzystać moment, gdy  z kolei przychodził do konfesjonału mąż , skarżąc się na niechętną obowiązkom małżeńskim i wrogo nastawioną żonę. I wtedy kapłan udzielał porad mężczyźnie, ale zwykle było już za późno. A większość mężczyzn w ogóle nie rozumiała słów księdza.

Jednak czasami się  zdarzało że w czasie kolejnej spowiedzi  kobieta wyznawała, że  coś się zmieniło w ich związku i teraz obydwoje się rozumieją i jest dobrze . To była wielka radość dla spowiednika, bo wiedział, że uleczenie tych  problemów zmieniało życie ludzi .

Bolek słuchał opowieści starego kapłana i postanawiał postępować wg jego porad . Przecież jego opiekun nigdy go nie zawiódł, a to,  co mówił teraz, było jasne i właściwie potwierdzało odczucia chłopca….

Więc od tej pory spokojnie zatapiał się w marzeniach o swojej wybranej. Wyobrażał sobie wspólne szczęśliwe życie.

Miał oczywiście zachowaną pamięć rysunków z księgi Kamasutry, ale też mądre słowa księdza. I gdy już wszystko uporządkował w swojej wyobraźni, spokojnie zachwycał się ulubioną kopią rzeźby Rodina, zatytułowaną „ Pocałunek”……

 

„Pocałunek” rzeźba Rodina. Zdjęcie skopiowane z Wikipedii, ze zgodą na upublicznianie,

 

Na medycznej ścieżce. Zielone słuchawki …

 

 

Wrażenia z czasów tej praktyki  były tak silne, że zostawiły we mnie trwały, stale świeży ślad.

Do tej pory wspominam jedną pacjentkę, która była kobietę niezwykłą .

Opiekowałam się całą salą, ale jedna Osoba była szczególna.   Gdy codziennie wczesnym porankiem  wchodziłam do  sali mówiąc ogólnie dzień dobry, tylko Ona  witała mnie promiennym uśmiechem i dobrym słowem. Kiedy obcięłam włosy, od razu zauważyła i doradzała, żebym wróciła  do  poprzedniej fryzury , bo jest dla mnie  najlepsza. 

Jak dobrze zapamiętałam tę salę , miejsce po prawej stronie od wejścia, gdzie stało Jej łóżko.  Pani nie mogła wstawać, ba, nawet nie przewracała się na boki,  stale leżała nieruchomo na wznak .  Jej łóżko prześcielały pielęgniarki. Nie wiedziałam dlaczego.

Ale kiedyś poprosiła mnie, żebym jej  zmieniła opatrunek, bo bardzo cierpi. Pobiegłam do pielęgniarek z pytaniem, czy mogę . Otrzymałam wielki pakiet jałowej gazy i przystąpiłam do dzieła. Gdy podniosłam kołdrę, zobaczyłam na brzuchu chorej , luźno leżącą  przesiąkniętą ropą i krwią cuchnącą  gazę .   Wcześniej pielęgniarki mnie pouczyły, że  należy tylko ją  zdjąć  i położyć  nową.   Gdy uniosłam opatrunek  , z przerażeniem zobaczyłam  całkowicie otwarty brzuch  z widocznymi pętlami jelit, pomiędzy którymi znajdowała się ropa. Z ogromnym trudem zapanowałam nad mimiką , by nie pokazać przerażenia. Spokojnie położyłam na to miejsce świeżą gazę  i  przykryłam kołdrą.

Po  chwili  Pani pięknie podziękowała, jak zawsze spokojna, łagodna i uśmiechnięta. 

Potem zapytałam lekarza o jej stan i dowiedziałam się , że ma rozległą chorobę nowotworową , jest po bezskutecznej operacji, w dodatku powikłanej. I dodał, że lekarze nie widzą szans na przeżycie. Gdy po miesiącu praktyki żegnałam się z Nią, jeszcze żyła. Odeszłam z nadzieją, że może jednak zdarzy się cud. Przecież cuda się zdarzają.

Ona musiała  wierzyć w cuda, bo gdy przychodziłam do niej rano , by zapytać jak się czuje i zmierzyć ciśnienie , zawsze  się uśmiechała i mówiła :  o jak dobrze , że panią  widzę , pani ma zielone słuchawki, a zieleń to nadzieja.

Faktycznie miałam stary stetoskop który otrzymałam od wspomnianego już kiedyś dr Kaczmarka z Gorzowa. To były słuchawki z zielonymi gumowymi przewodami.  !!!

Po kilku dniach znajomości ta Pani powiedziała , że jest pracownikiem Uniwersytetu,  dantologiem . I zaraz spytała czy wiem, kim był Dante . Odpowiedziałam- tak Dante Alighieri, XIII wieczny poeta i filozof.  Ale w duchu pomyślałam- mój Boże, Dante, to przecież  autor  poematu zatytułowanego „ Boska Komedia” , który składa się z  trzech ksiąg o nazwach : Piekło, Czyściec i  Raj.  I nagle sobie uświadomiłam, że wędruję po prawdziwym piekle, bo dookoła rozgrywa się tak wiele  dantejskich scen.

A ta Kobieta znajduje się w epicentrum swojego życiowego piekła , ale pewnie już widzi drzwi, które niebawem przekroczy,  do kolejnej księgi zatytułowanej „raj „, i dlatego się  się uśmiecha ….

Od tej pory miałam już tyle innych słuchawek, ale stale widzę tamte, zielone .

I wyobrażam sobie  moją Pacjentkę, która wyzwolona z ziemskich cierpień spaceruje z Dantem po zielonych rajskich pastwiskach…