Śladami mojego Taty. Witold zakłada rodzinę…

 

 

Zdjęcie ze starego rodzinnego albumu. Niezapomniane Bobowicko, ja ( 19lat) z Witoldem…

 

Mój kuzyn Witold Łukaszewicz, o którym od pewnego czasu piszę, urodzony na Kazachstanie, jeszcze w czasie studiów poznał Kazię, medyczkę. Wydawało się, że łączyła ich wielka miłość.

Kiedyś już opisywałam, że w czasie studiów medycznych byłam higienistką na kolonii w Bobowicku. Otóż tę kolonię prowadził Witek – był kierownikiem a jego żona – Kazia była tam lekarzem. Zaprosili mnie tam, zatrudnili. I dzięki temu poznałam smak pracy pomocy pielęgniarskiej.

Już wtedy mieli maleńką córeczkę – Małgosię, której byłam matką chrzestną. Potem urodziła się Joasia.

Po latach Kazia zabrała kilkunastoletnie córki i wyjechała do Australii. Cóż tu dużo mówić, dzieci wykradła i uciekła.

Witek dowiedział się o jej decyzji już wtedy, gdy jego kobiety opuszczały Austrię. Pierwotnie było wiadomo, że pojechały tam w celach turystycznych.

Na medycznej ścieżce. Teatr, moja namiętność.

Od czasów gorzowskich bardzo lubiłam teatr. Do poznańskiego teatru chodziłam sama. Lubiłam się zagłębiać w miękkie siedzenia krzesła w loży po lewej  stronie. W tej loży prawie nigdy nikogo nie było, bo widok na scenę był  zniekształcony przez ostry kąt widzenia. Tak więc miałam sytuację komfortową. Za niewielką cenę  znalazłam miejsce ustronne i pozbawione zadęcia niektórych widzów. Mogłam spokojnie przychodzić w swojej ulubionej zielonej ogromnej koszuli z tkaniny frotte, której chyba nigdy nie zdejmowałam, poza cotygodniowym praniem w rodzinnym domu w Gorzowie.

Zwykle , oczekując na początek spektaklu i w przerwach otwierałam podręcznik anatomii i uzupełniałam swoją wiedzę.

W tych czasach dyrektorem teatru Nowego w Poznaniu była Izabella Cywińska, która długo potem przeniosła się do Warszawy  a nawet w pewnym okresie była Ministrem Kultury .  Miała niezwykłą osobowość, wspaniały zespół i w tym okresie ten teatr należał do ścisłej czołówki w kraju. Wychowała tam Wiśniewskiego, który stał się bardzo uznanym reżyserem .

Repertuar był zróżnicowany, od Moralności pani Dulskiej i komedii Fredry do Hamleta w wersji nowoczesnej i wieczorów Różewicza , Herberta ale także Słowackiego.

Nieważny był repertuar, ważne doznania samotności w świątyni sztuki, oderwania od realiów  brutalnego medycznego życia .

Jednym słowem  uzyskiwałam pełen relaks i przestrajanie myślenia na łagodność…..

Śladami mojego Taty. Witold ….

Mój kuzyn – Witold  był chłopcem rozumnym, to pewne, ale Kazachstan wycisnął na nim swoje piętno, które dopiero po latach udało się uciszyć.

Po raz pierwszy spotkałam go we wczesnych  latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Przyjechał kiedyś z ciocią  do Gorzowa. Był dzikusem, chował się po kątach. Nadpobudliwy i lękowy, mówił niewyraźnie z trudem opanowując liczne tiki i jąkanie. Ciotka i pedagodzy włożyli mnóstwo pracy w opanowaniu tej sytuacji . Myślę, że gdyby nie jego silna wola i chęć powrotu do normalności, nigdy by się to nie udało. Wyrósł na wspaniałego młodego człowieka o bardzo dużych zdolnościach w dziedzinie elektroniki. Konstruował radia, i telewizory. Ukończył politechnikę . Opowiadała mi Basia, że gdy już był schorowany chcieli się go pozbyć w pracy, bo czekali już młodzi na to stanowisko. Wysłali więc go na kurs doskonalący, znany ze swojej surowej dyscypliny, licząc, że nie zda końcowego egzaminu. Ale mój Witek wrócił z cenzurą na maxa.

Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich- Jerzy M.

  Jerzy M., o którym wspominałam wcześniej , że kiedyś powiedział mi , że mam oczy jak jeziora. I po krótkim, lecz ciekawym okresie,  który można nazwać” chodzeniem ze sobą”  , dalekich leśnych wędrówkach aż do granic podpoznańskiej miejscowości o dźwięcznej nazwie Kiekrz i  wspólnych niezapomnianych zajęć- prac  w zakładzie Medycyny Sadowej, wkrótce znalazł się na etapie kolejnych  poszukiwań ciekawych oczu i podbojów wygłodniałych  sercJ

Był z Moniką, która ubierała go w dziwaczne berety z pomponami, pewnie własnoręcznie udziergane, potem z Elą Grzeszczak- niewielką dziewczyną o semickiej urodzie i tubalnym głosie. Oczywiście był mi obojętny. Pewnie nigdy nie czułam do niego wielkiego sentymentu. Po prostu go lubiłam .

Wyszłam najspokojniej za mąż, ucinając wszelkie możliwości i potrzeby poszukiwania kogoś ciekawego.

Wydawało się, że  Jerzy to przeszłość, bezbolesna i mglista.

Nawet nie myślałam o nim, mając inne ciekawe tematy do przeżywania i rozmyślań. Sądziłam, że on też już w ogóle się mną nie interesuje. Jednak po pewnym czasie , gdy już byłam w Warszawie, zadzwoniła do mnie Bajka. Opowiadała, że  mama Jerzego spotkała jej ciocię i mówiła, że bardzo żałuje znajomości mojej i jej syna.

Któregoś dnia, mieszkaliśmy wówczas przy ul. Stołecznej, byłam już we wczesnej wprawdzie ciąży, miałam śliczną sukienkę w kwiatki, zadzwonił telefon.

Był to Jerzy. Mówił, że znalazł nasz nr telefonu przez biuro numerów , jest teraz w Warszawie u cioci Rzewuskiej- tak z tych Rzewuskich i chce się ze mną spotkać.

Odruchowo zaprosiłam go do naszej kawalerki, ale ostrzegłam, że mam tylko wolną jedną chwilę, bo zaraz się wybieram na zajęcia.

Wszedł, powitałam go oficjalnie i chłodno, z wyższością kobiety zamężnej.

Po chwili wyszliśmy z domu i pojechaliśmy tramwajem na moją uczelnię, gdzie na Oczki była stołówka akademicka. Tam zjedliśmy po talerzu darmowej zupy, po czym pożegnałam go ozięble. Już nigdy potem się nie odzywał i nawet się zastanawiałam dlaczego mnie  wtedy odszukał.

Gdy mój syn był dorosły, nie dostał się na AM, roznosiły się wieści, że może AM w Poznaniu otworzy kierunek odpłatny. Wówczas w akcie desperacji pojechałyśmy  z koleżanką, której córka była w takiej samej sytuacji, do Poznania, by zasięgnąć języka. Gdy byłyśmy w Rektoracie przy ul. Fredry, korytarzem przemykał Jerzy.

Nawet się ucieszyłam ze spotkania, przywitaliśmy się dość ciepło.

Okazało się, że jest już profesorem jakiegoś zakładu teoretycznego AM- chyba historii medycyny, ma piękną żonę, która jest muzykiem  i dwóch synów.

Ja byłam tak bardzo zaangażowana w problemy syna,  poza tym spieszyłyśmy się  do pociągu ,  więc z Jerzym nawet  nie poszliśmy  na kawę, prosiłam tylko, by informował mnie o ew. otwarciu płatnego wydziału AM.

Pokiwał tylko głową, że on by takich pieniędzy nie miał, by fundować synowi płatne studia. Zrobiło mi się nijako. Jednak  po powrocie jeszcze dwa razy do niego zadzwoniłam z pytaniem, ale żadnej informacji nie miał.

Więc już więcej się z nim nie kontaktowałam.

Na szczęście mój  syn – Marcin był ambitny, powiedział , że i tak nie zgodziłby się na studiowanie na wydziale płatnym . Chciał  sam pokonywać trudności. I za kolejnym razem, gdy już nie sądziłam , że jeszcze będzie próbował, dostał się na wymarzone studia .

 

 

Śladami mojego Taty. Pora powrotu do kraju…

Gdy zakończyła się wojna i powstała Polska Ludowa, Polacy żyjący na zesłaniu zbierali się do powrotu do kraju. Nie było to łatwe, bo należało w różnych urzędach załatwiać tysiące papierków, z co najważniejsze uzyskać zgodę władz sowieckich na darowanie wiecznej zsyłki.

Ciocia przy pomocy Jani zgromadziła nieomal wszystkie niezbędne dokumenty. Napisałam nieomal-  tak nieomal, bo okazało się, że jej synek nie ma prawa wyjazdu z Rosji. Tutaj się urodził i jest obywatelem tego kraju, oznajmiono.  Gdy ciotka wyczerpała wszystkie próby przekonania miejscowych i moskiewskich władz, po prostu dziecko wykradła. Wsiadła z córką do pociągu odjeżdżającego do kraju , a synka ukryła w tobołach. Miał siedzieć cicho, a że był dzieckiem rozumnym, więc siedział cichutko jak trusia.  

Śladami mojego Taty. Jania zostaje księgową w sowchozie i otrzymuje nagrodę…

W tym czasie  Jania ukończyła już 16 lat i została zatrudniona w sowchozie oddalonym o kilkanaście km od ich wioski. Była w polskiej szkole dobrą uczennicą i teraz pomyślnie zdała egzamin na księgową .

Rodzinie wyraźnie się poprawiła sytuacja. Były jakieś pieniądze na najważniejsze potrzeby. Podpis i obecność księgowej był niezbędny przy załatwianiu różnych spraw sowchozowych , również takich, gdzie dyrekcja zgarniała jakieś „ lewe” pieniądze. Jania nie miała wyjścia i wiedząc o tym, milczała. Cóż innego zrobiłby każdy z nas, będąc zmuszonym do życia w tak ekstremalnych warunkach?

Rozmawiałam z mężem Jani, Włodkiem, mają ponoć zachowane różne  dokumenty z tamtych czasów, między innymi dyplom dla Jani, sporządzony na odwrocie jakiegoś innego dokumentu datowanego na początek lat dwudziestych. Wykorzystywano je , bowiem papier był nieomal  na wagę złota .  W tym dokumencie napisano, że za wzorowo wykonywaną pracę, przyznaje się Janinie Łukaszewicz…… kawałek mydła

 

Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich- Bogdanek.

      Bogdanek J. był niewysokiego wzrostu, energiczny i sympatyczny. Miał  ładną  śniadą  skórę, ciemne bystre oczy. Lubiłam go, mimo, że jako chłopak nie budził mojego zaciekawienia.

Od pierwszych dni studiów zajmował się adorowaniem dziewczyny z naszego roku, ale z innej grupy , która należała do tzw. wyższych sfer.

Bo po pierwsze była poznanianką i chyba miała w rodzinie kogoś ważnego w  świecie medycznym.

Już kiedyś pisałam, że ta grupa trzymała się razem, znali się już wcześniej i nawet nie próbowaliśmy się z nimi przyjaźnić, bo wydawali się zarozumiali.

Ale może tak naprawdę nie było, tylko tak ich postrzegaliśmy.

Gdy z jakiegoś powodu pojawiłam się na chwilę wśród dawnych kolegów na początku 4 roku studiów, byłam już  po ślubie  i  z decyzją przeniesienia się do Warszawy, od razu koledzy mi donieśli,  że Bogdanek jest wolny, bo właśnie rozstał się  ze swoją dziewczyną. Pamiętam, że staliśmy wszyscy na dziedzińcu Anatomicum, gdy zjawił się Bogdanek i zaczął ze mną żwawo rozmawiać, pusząc się niby kogucik.  Dostrzegłam jakby zainteresowanie w jego oczach, ale bez słowa pokazałam mu swoją dłoń. Zapytał dlaczego pokazuję mu rękę- wskazałam na obrączkę i powiedziałam, że to jest obrączka –  bo pierścionek był ozdobny, rzeźbiony i ze srebra, wyglądał nietypowo , więc mógł budzić wątpliwości. I wtedy Bogdanek spochmurniał , popatrzył spode łba rozczarowany i wyraźnie zniechęcony a po chwili odszedł.

Oczywiście już go potem nigdy nie spotkałam. Ale pozostał w mojej pamięci jako fajny kumpel…

Śladami mojego Taty. Oczekiwanie na Polskę

Nic z tego nie wynikało, że w 1941 roku podpisano” układ majski” i ludzie zesłani na Syberię czy Kazachstan mogli czuć się wolni.

Nie mieli dokąd wracać.

Bo nie było Polski.

Tereny naszego kraju zajmowali Niemcy i Rosjanie. Dopiero po zakończeniu drugiej wojny  światowej łaskawie ofiarowano nam ojczyznę. Okrojoną o wschodnie tereny, poszerzoną na zachód ale przede wszystkim całkowicie kontrolowaną przez sowietów.

Jaka była ta Polska Ludowa, taka była, ale była ojczyzną, o której śnili zesłańcy.

Ale zanim wojna się skończyła, musieli nadal żyć w trudnych warunkach i codziennie walczyć o przetrwanie. To były jeszcze pełne cztery lata i potem rok starań o zgodę na opuszczenie terenów ZSRR. Wg zasad radzieckich byli oni skazani na „ zsyłkę na wsiegda” albo nazywano to” wieczną zsyłką” co oznaczało, że nie mogą wrócić do swojego kraju ani miejsca poprzedniego stałego zamieszkania.

 

Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich

W naszej grupie było niewielu chłopaków i nie stanowili oni dla nas, dziewczyn jakiejś specjalnej atrakcji.

Jednym z nich był Wojtek Michałek- Grodzki.  

Wojtek był ogromnym blondynem o różowej pulchnej twarzy i wielkich bardzo błękitnych oczach.  Mógłby grać rolę w filmach o polskich wieśniakach ale też odpowiednio ubrany w kontusz, z wąsami, podgoloną czaszką i szablą u boku byłby znakomitym wizerunkiem polskiego szlachcica.

Poruszał się flegmatycznie i właściwie nigdy się do nas nie odzywał. Zawsze był przygotowany i spokojnie beznamiętnie odpowiadał na pytania asystenta.

W czasie gdy” nasz Andrzejek” sprawdzał listę obecności i dukał kolejne nazwiska , jakby celowo nie doczytywał drugiego członu nazwiska naszego kolegi Wojciecha Michałka- Grodzkiego. Powtarzało się to nieomal codziennie. Albo była to mała załośliwość albo roztargnienie systenta.

I wkrótce poznaliśmy reakcję Wojtka. Najpierw chrząkał znacząco, potem wzdychał ciężko i po chwili  nabierał z wielkim świstem powietrza w płuca. Następnie szurał krzesłem i powoli  wyłaniał się zza stołu. Oczywiście zajęcia były przerwane i wszyscy wgapiali się na Wojtka. On w końcu stawał na baczność i dopiero wówczas wydawał z siebie gromki ludzki głos-  jestem Wojciech Michałek – Grodzki.

Nas asystent podbiegał do niego ,unosił się na palcach , bo był niskiego wzrostu i zaglądając mu w oczy , sepleniąc powtarzał  nazwisko Wojtka lecz już poprawnie. Zajmowało to trochę czasu, więc cieszyliśmy się jak dzieci w szkółce, że mniej zostanie czasu na odpytywanie.

Każdy z nas w ogóle by nie zwracał uwagi na błędnie przeczytane własne nazwisko, ale nie dotyczyło to Wojtka.

Wyobrażam go sobie jako bardzo dostojnego pana doktora, pewnie budzi szacunek i lęk u pacjentów i imponuje uporem….A tak naprawdę nie wiem co się z nim działo dalej i jaki był naprawdę…..

Śladami mojego Taty. Nadzieja

Czy Polacy zesłani w czeluść nieogarniętych terenów Rosji wiedzieli co się dzieje w świecie? Pewnie tak i właśnie te wydarzenia przyniosły otuchę bo budziły nadzieję. Nadzieję na koniec wojny,  powrót do domu , spotkanie z bliskimi, może z mężami, których losy nie były im znane. 

Teraz czytam w Wikipedii o  tym czasie:

Stosunki dyplomatyczne Polski i Związku Radzieckiego zostały zerwane z chwilą agresji sowietów na Polskę  17 września 1939. Wówczas to oficjalnie strona radziecka wystosowała notę do ambasadora RP , w której  stwierdza fakt, że państwo polskie przestaje istnieć. 

Ale losy wojenne  plotą się w sposób trudny do przewidzenia.

Niespodziewanie 22 czerwca 1941 roku III Rzesza zaatakowała Związek Radziecki.  I wówczas Wielka Brytania , która była związana z  ZSRR sojuszem politycznym i wojskowym podjęła próbę dyplomatyczna utworzenia faktycznej koalicji antyhitlerowskiej. W tym celu pośredniczyła w rozmowach pomiędzy premierem rządu RP na uchodźstwie  generałem Władysławem Sikorskim i ambasadorem ZSRR w Londynie Iwanem Majskim i w efekcie 30 lipca 1941 zawarto  układ zwany układem Sikorski- Majski, albo po prostu układem Majskim. Przewidywał on przywrócenie stosunków dyplomatycznych między obydwoma krajami oraz budowę armii polskiej w Związku Radzieckim pod dowództwem polskim.

W protokole dodatkowym rząd ZSRR zagwarantował „ amnestie” dla obywateli polskich: więźniów politycznych i zesłańców pozbawionych wolności na terenie ZSRR w więzieniach i obozach Gułagu….

 

Czy moja ciocia i inni zesłańcy wiedzieli co się dzieje w świecie ? Może docierały jakieś wieści nieznanymi drogami. Ileż nadziei wstąpiło w ich serca, gdy dowiedzieli się o „układzie majskim”. A był to rok 1941, więc dlaczego dopiero w 1946 zostali zwolnieni ze zsyłki i mogli wrócić do Polski? 

Tyle lat oczekiwania …..