Śladami mojego Taty . Babcia….

 

 

Babcia Staśka, jej najstarsza córka- Antosia Rutkowska z synem- Tadeuszem, moim ojcem chrzestnym. Zdjęcie ze starego rodzinnego albumu.

 

Byłam trochę zazdrosna, bo w Trzciance mieszkała jeszcze jedna moja Ciocia- Bronia, która miała najmłodszego syna- Cześka. Był ode mnie starszy może o rok lub dwa. Często bywał u Babci i widziałam, że oni bardzo się kochają. Któregoś dnia zauważyłam, że Babcia wydobyła spod poduszki kawałeczek czekoladki. W tych czasach to był rarytas. Miałam nadzieję, że jest dla mnie, ale dowiedziałam się, że to dla Cześka.

Jakże dobrze to pamiętam, to miasteczko, szeroką ulicę, niski przysadzisty dom leżący wzdłuż chodnika, podwórko , kury i zadymiony pokój Babci.

O czekoladzie wspominam, ale bez żalu, bo się w końcu pogodziłam z myślą, że dla Babci  ważniejszy był Czesio.

Ja miałam swoje kartki z kalendarza, niezwykłe i tajemne…..

Śladami mojego Taty . Jak zapamiętałam moją Babcię Stasię..i

Byłam dzieckiem starszych rodziców i nie znałam moich dziadków, poza Babcią Stasią .

Po wojnie Babcia Stasia znalazła się w Trzciance Lubuskiej i tam zmarła. Bywaliśmy w tym miasteczku sporadycznie, odwiedzając  Ją  i dwie Jej Córki – siostry Taty .

Lubiłam jeździć do Trzcianki. Najpierw były jakieś przygotowania. Potem opuszczaliśmy Gorzów. Podróż nie była długa, trwała około trzech godzin. Nie mieliśmy dużych bagaży, a ja zwykle mogłam już włożyć swoje ulubione sandałki, bo nasze wyprawy do Trzcianki były wiosenne i letnie.

Babcię zapamiętałam jako  zasuszoną drobniutką osobę. Zawsze czekałam, kiedy nastąpi moment, kiedy Babcia oznajmi, że czas już nakarmić kury. I wtedy ja dostępowałam zaszczytu by Jej towarzyszyć. Z namaszczeniem brałam w obie dłonie  sito z ziarnami pszenicy. Uwielbiałam tę czynność. Do tej pory czuję w dłoniach suche ciepło tego ziarna, rozkosz przesypywania go pomiędzy palcami i wyrzucania go pod tłoczące się kury. Zajęcie to było cudne i niezapomniane.

Babcia poza tym polegiwała w łóżku, bo stopniowo słabła.

Zawsze miała przy sobie papierosy, które kurzyła co 2 godziny, bo nie mogła już wypalać całego papierosa do końca.

Pod poduszką trzymała swoje skarby. Zawsze czekałam na niesamowity , zawsze ten sam prezent. Była to zerwana kartka z małego  ściennego kalendarza. Czekałam cierpliwie, aż Babcia ją wydobędzie i poda mi z tajemniczą miną szarą, szorstką kartkę . Ta kartka nawet czasami nie zawierała nikłego rysunku, ale była dla mnie jak talizman.

Śladami mojego Taty . Nałóg

Tomasz dowiedział się o nałogu Staśki dopiero po ślubie. 

W ogóle się nie spodziewał, że dziewczyna z dobrego domu, może palić papierosy. Uważał, że pasuje to jedynie takim kobietom … kobietom „spod latarni „ .

I tu nagle przeżył szok. Nie wiemy jak się zachowywał, w jaki sposób próbował walczyć z papierosami w swoim domu. Ale po wielu latach opowiadał o tym mojej Mamie, nie tając zgrozy i oburzenia.

Staśka,  pomimo próśb męża,  paliła przez całe swoje życie .

Papieros  towarzyszył  jej w macierzyństwie, połogu i starzeniu się .

Pomimo totalnego odymienia, żadne z jej dzieci nie uległo temu nałogowi….

Śladami mojego Taty . Staśka staje się nałogowcem.

 Wg oficjalnej rodzinnej  wersji przyczyną nikotynowego  nałogu mojej przyszłej Babci- Staśki był zwykły ból zęba. Wówczas to usłużna koleżanka przyniosła znakomite lekarstwo, jak twierdziła.

Staśka spróbowała. Najpierw czuła wstręt, ale powoli dochodziła do wniosku, że to lekarstwo jej odpowiada.

Czuła przyjemność zatapiania się w swoim dymnym świecie. Lek ten stale przynosiła koleżanka, by nie zabrakło tej przyjemności.

Obie zamykały się w małym pokoiku, albo wymykały do sadu i tam osiągały wyżyny własnej wartości.

Nikt w rodzinie o tym nie wiedział, nawet się nie domyślali….

Śladami mojego Taty. Staśka i papierosy

Tomasz  wyidealizował sobie Staśkę.

A była zwykłą dziewczyną, nie wolną od wad.

Był skłonny zawsze wszystko jej wybaczać, za wyjątkiem jednego.

Otóż największą  wadą  jego ukochanej było umiłowanie palenia papierosów.

W końcu XIX wieku, w którym upływała jej młodość, o szkodliwości tego  nałogu nie było nic wiadomo. 

A młode dziewczyny chciały być wyzwolone, nowoczesne . Naoglądały się w czasopismach  na właśnie takie kobiety.

Idolką wszystkich była George Sand. Umarła zaledwie dwa lata po urodzeniu Staśki, bo w 1876 roku. Jej pamięć stale była świeża a sylwetka modna. I nieomal wszystkie pannice z miast i wsi chciały być takie jak ona. Oczywiście nie miały pomysłu na działalność literacką, by jej dorównać w tym temacie, ale za to miały papierosy. Starsi chłopcy, ich bracia studiowali już w Wilnie, i tam mogli się zaopatrywać w eleganckie papierosy, które nie przypominały zwykłych machorkowych skrętów.

Staśka nie była gorsza od koleżanek, a nawet wkrótce je prześcignęła.

Śladami mojego Taty . Tomasz Łukaszewicz…

Rodzice Staśki, widząc, że ten pracowity spokojny dobry chłopak adoruje ich córkę, zaczęli go zapraszać na popołudniowe rodzinne spotkania przy samowarze. Początkowo nieśmiało przyjmował zaproszenie, ale wkrótce zadomowił się w domku organisty. Bo Bolek nadal grał w Rakowskim kościele . I to jak grał. Tomasz przychodził na wieczorne msze i z ukrycia wsłuchiwał się w muzykę, którą czarował Bolek.

Tomasz Łukaszewicz był synem wytwórcy serów. Jego ojciec doskonale wyczuwał zapotrzebowanie ludzi i sam dopilnowywał produkcji żółtych serów , które znane już były w okolicy i w dalszych regionach kraju. Tomasz mu pomagał, zajmował się też dystrybucją. Często wyjeżdżał, zawsze udawało mu się sprzedać własne wyroby , bo sery były przednie a chłopak budził zaufanie.

Tomasz lubił te wyjazdy. Najbardziej interesowały go koleje żelazne. Gdy obok drogi przejeżdżał ze świstem i buchającą parą pociąg, zatrzymywał swój wóz i długo się wpatrywał w parowóz i mijające go wagony, aż znikały na horyzoncie. W Rakowie nie było kolei, więc ten widok był dla niego bajkowy i zaczarowany.

Tomasz uwielbiał wieczory na tarasie domku Rodziewiczów. Siadywali tam ze Staśką. Wdychali zapachy maciejki , słuchali śpiewu słowików. Tomasz opowiadał o swoich podróżach i powoli , ostrożnie oswajał dziewczynę z myślą, że może kiedyś będą razem. Ona  czuła się w jego towarzystwie dobrze i bezpiecznie.

Śladami mojego Taty . Jeszcze o Staśce- mojej Babci…

Stasia uwielbiała prace domowe, piekła wyśmienite mięsa, ale najpyszniejsze były jej pierniki. Michalina powoli oddawała jej swoje kuchenne berło i dopuszczała do wszystkich tajemnic kuchennych. Stasia więc powoli stawała się królową kuchni. Ponieważ także kochała kwiaty, więc każdą wolną chwilę wykorzystywała na pielęgnowanie kwiatowego ogrodu przed domem. Warzywami zajmowała się niechętnie, i raczej zapędzała swoje siostry do pomocy. Od wczesnej wiosny domek tonął w kwiatach. Rosło ich wielkie mnóstwo. Wydawało się, że  specjalnie rozkwitają, by cieszyć oko i nawet konkurują ze sobą o łaskawość ich opiekunki.

Śladami mojego Taty . Wspomnienia z domu rodzinnego mojej Babci….

 

Bywało, że  wieczorami, w rodzinnym domu Rodziewiczów   zbierało się wielu sąsiadów. Działo się to przy okazji jakiś polskich świąt narodowych, które  władze carskie tępiły. Jednak  zaborcy nie mieli tyle siły, by wyplenić polskość z serc mieszkańców Rakowa.

Pod pozorem spotkań imieninowych czy urodzinowych odbywały się prawdziwe spotkania patriotyczne.

Na wstępie zwykle Bolek  czytał aktualne czasopisma przywożone z Wilna a w nich najbardziej interesowały powieści w odcinkach i  wieści ze świata . Wszyscy wyczekiwali, skąd powieje   duch wolności  i obudzi się nadzieja wyzwolenia spod władzy zaborcy.

Dla pokrzepienia serc  czytano ukazujące się właśnie dzieła Sienkiewicza a także śpiewano pieśni ze Śpiewnika Domowego Moniuszki.

Bolek bardzo lubił opowiadać, objaśniać. Zwykle przy okazji  takich spotkań pan domu przytaczał jakieś skrótowe życiorysy autorów, albo co ciekawsze fragmenty z  ich życia .

Na temat Stanisława Moniuszki wiedział dużo. Teraz możemy poczytać w Internecie, ale wtedy trzeba było grzebać w książkach, zdobywać i czytać prasę .

I my  teraz cofnijmy się w dawne czasy-  jest koniec XIX wieku, maleńkie , przygraniczne miasteczko Raków, miły, ukwiecony domek organisty  , ludziska skupieni nad niewielkim stolikiem, pochylone głowy w kręgu nikłego światła lampy naftowej. Właśnie Bolek opowiada, a więc posłuchajmy .

–  Stanisław Moniuszko herbu Krzywda urodził się 5 maja 1819 roku w Ubielu w rodzinie umuzykalnionej. Pierwsze kroki w jego kształceniu muzycznym stawiał pod kierunkiem matki.

W roku 1827 rodzina przeniosła się do Warszawy i wtedy ośmioletni Moniuszko uczęszczał  na lekcje muzyki u Augusta Freyera, który był organistą w warszawskim kościele Świętej Trójcy.

Gdy Stanisław miał 11 lat, cała rodzina przeprowadziła się do Mińska i tam Moniuszko kontynuował muzyczną edukację u Dominika Stefanowicza.

W 1837 roku Moniuszko wyjechał do Berlina, aby kształcić się u Carla Friedricha Rungenhagena.

 W 1840 roku zakończył studia i zamieszkał w Wilnie. Został organistą, kompozytorem, pedagogiem i organizatorem życia muzycznego w mieście

W 1858 przeniósł się wraz z rodziną do Warszawy, gdzie objął stanowisko dyrygenta opery. Jednocześnie był wykładowcą w Instytucie Muzycznym w Warszawie.

W 1872 roku zmarł na atak serca .

Pogrzeb artysty stał się manifestacją narodową.

Poza operami pozostawił  cykl dwunastu Śpiewników domowych zawierających  268 pieśni do słów różnych poetów polskich i obcych ( w polskim tłumaczeniu) oraz do słów ludowych .

Bolek zakończył swoją opowieść, wszyscy jeszcze chwilę siedzieli w milczeniu, przypominali ten dzień , kiedy był pogrzeb Moniuszki. Przecież działo się to tak niedawno –  wówczas nawet w Rakowie ludzie ubrali się odświętnie i tłumnie zjawili się na wieczornej mszy.

Teraz, po wypiciu kilku kieliszków nalewki, duch bojowy wstąpił w serca rakowian i w czasie spotkania u Rodziewiczów, ktoś zaintonował pieśń „Do Niemna”….a potem już poleciało… odśpiewano prawie połowę pieśni Moniuszki dając szansę pięknym miejscowym głosom, które prezentowały popisy solowe.

Dzieciaki Rodziewiczów wylazły spod pierzyn  i przybiegły w swoich długich koszulinach nocnych do rodziców, wdrapywały się na ich kolana i drzemały przytulone. To były najpiękniejsze czasy całej rodziny, czasy, które już nigdy nie mogły wrócić…… 

Śladami mojego Taty. Pojawia się Tomasz Łukaszewicz…

 Dziewczyny, pannice z rodu Rodziewiczów rosły jak na drożdżach. Okoliczni chłopcy chętnie odwiedzali ten dom. Tam było tyle radości , po prostu kwitła młodość.

Najstarsza córka Michaliny i Bolka, błyskotliwa, ruchliwa , urocze niewielkie stworzonko oczarowała poważnego chłopaka z sąsiedztwa, Tomasza. Zawsze przychodził na potańcówki. Patrzył rozmarzonym wzrokiem na wirującą w tańcu Stasię. Miała powodzenie, chłopaki chciały ją tulić, ale wymykała się ze śmiechem. Zerkała na siedzącego w narożniku pokoju Tomka. Miał takie przejrzyste zielononiebieskie łagodne rozmarzone oczy . Czuł się onieśmielony, bo wszak rodzina Rodziewiczów była uznaną szlachtą o wyższej randze. Należeli bowiem do dworzan, ich przodkowie byli zatrudniani w dworach królewskich. Wprawdzie jego ojciec też trzymał w rodzinnym kufrze papiery szlacheckie. Ale należeli do gałęzi słabszej, nie szczycili się wysokimi stanowiskami w kraju. Tak więc Tomasz miał kompleksy i wątpliwości, czy jego uczucie zostanie odpowiednio przyjęte. Nie sądził, że Staśka zagięła na niego parol. Podobał się jej ten chłopak i już. I żadne przeszkody nie istniały. Zresztą Michalina i Bolek nie mieli zadęcia rodowego, cieszyli się szczęściem swoich dzieci.

Śladami mojego Taty . Moja przyszła Babcia- Staśka i kwiaty..

Michalina zajęta prowadzeniem zajęć z dzieciakami i młodzieżą, oraz rodzeniem i kołysaniem kolejnych swoich dzieci, zaniedbała swój ogród. Drzewa i krzewy rodziły pięknie, ale kwiaty zdziczały a grządki zarastały chwastami.

Czasami Bolek włączał się do prac ogrodowych, ale wolał duże prace, jak kopanie, grabienie, wycinanie niepotrzebnych pędów. Nie przepadał za wyrywaniem chwastów.

I wkrótce  Staśka przejęła te obowiązki.

 Rodzice patrzyli z przyjemnością, widząc ją wśród kwiatów, gdy schylona nad ziemią, drobnymi łapkami detalicznie wyrywa nawet najdrobniejsze chwaściki.

Bolek lubił zakupy. Z wypraw do Wilna , zawsze przywoził  nasionka i cebulki kolejnych kwiatów.

Nie było takiej potrzeby, bo Staśka sama hodowała nowe roślinki.

Na oknie w jej pokoiku w doniczkach zasiewała w lutym zebrane jesienią nasionka. Lubiła obserwować jak pojawiają się maleńkie zielone wąsiki a potem już całe listki. Jej rodzeństwo uwielbiało wpadać do tego pokoiku i zawsze zaglądało do tych doniczek. Cieszyły się, gdy mogły z dumą obwieścić, że już widać zieloną kropeczkę na tle brunatnej ziemi. Bardzo pilnowała, by żadne z nich nie wyciągało łapki i nie dotykało roślinek. Ponieważ była najstarsza, zdecydowana, stanowcza , trochę się jej bały i nie miały odwagi by przy niej psocić.  Ponieważ jednak się bała, że któreś wpadnie w czasie jej nieobecności i wyrwie roślinkę, co było tak kuszące, któregoś dnia zakupiła haczyk i sama zamontowała go do drzwi swojego pokoju. Specjalnie usadowiła go wysoko, tak by żadne z maluchów tam nie dotarło. Była już spokojna o losy swoich roślinek.

Mogła się zajmować ogrodem. Przed domem powoli wyrastał istny gąszcz stale kwitnących roślin. Kwitły zapamiętale, zarażone entuzjazmem swojej pani. Gdy przekwitały jedne, natychmiast pojawiały się następne. Jakimś cudem barwy ich cudnie z sobą harmonizowały, bywało, że układały się jedynie wszystkie odcienie czerwieni lub błękitów.

Jednego dnia siostry Staśki  podsłuchały, że w kwietnym ogródku ktoś rozmawia. Przybiegły jak zwykle zaciekawione. Ale była tam tylko ich siostra. Usłyszały jak przemawia do roślinek. Stały i z rozdziawionymi buziami się dziwowały.

 Taka była moja Babcia.