Tydzień ze Stanisławem Srokowskim ( 2 )

Tydzień ze Stanisławem Srokowskim

NienawiśćOkładka.jpg

 

 

 

Wracam więc do wypożyczonej teraz książki Stanisława Srokowskiego pt.„ Nienawiść”. Otworzyłam ją z namaszczeniem i tkliwością,  o czym wspomniałam poprzednio.

 

   „.. Wszystkie fakty zawarte w książkach Srokowskiego  są czerpane z tamtych wydarzeń , prawdziwe, przetrwały w relacjach bliskich pisarza,  w licznych spotkaniach i rozmowach świadków… „

 

 We wstępie do powieści pt. „ Nienawiść” autor pisze :

„Niestety Europa nie ma pojęcia, co się działo na Kresach, i prawie nic nie wie o wymordowaniu przez bandy UPA około 200 tysięcy Polaków, a także Żydów, Ormian, Czechów, Rosjan czy samych Ukraińców, którzy sprzeciwiali się zbrodniarzom. Europa nic nie wie o kulminacji antypolskiej akcji w krwawą niedzielę 11 lipca 1943 roku, kiedy UPA zaatakowała na Wołyniu jednocześnie prawie 100 miejscowości i wymordowała w ciągu kilku godzin kilkanaście tysięcy Polaków.”

„….realizowali oni takie oto radykalne hasła zawarte w <<Dekalogu ukraińskiego nacjonalisty>>:

„ Nie zawahasz się popełnić największego przestępstwa….

Nienawiścią i podstępem będziesz przyjmował wrogów swojej Nacji….”

 

Nasycana taką ideologią ,  Ukraina należąca do Polski ale wielokulturowa, dotychczas żyjąca w sąsiedzkiej przyjaźni z różnymi nacjami, podniosła zły łeb.

Z dnia na dzień wszystko się zmieniło.

Stało się to natychmiast po zajęciu Polski przez sowietów i już w tamtym wrześniu 1939 nagle Ukraińcy zamordowali swoich sąsiadów,  80 Polaków w Sławentynie a potem ta fala  rozlewała się dalej i dalej …

i mordowanie Polaków trwało przez całą wojnę, ze szczególnym  nasileniem  w 1943 czy 1944 roku, gdy na te tereny  wkroczyli Niemcy.

 

Pojęcie zamordowali to mało, okrucieństwo przekraczało granice wyobraźni.

Wydłubywano oczy, odrąbywano języki, ręce, nogi, genitalia, ściągali z żywych jeszcze skórę, wbijano gwoździe w czaszkę, przybijano języki dzieci do stołów, żyjącym jeszcze ciężarnym wydobywano płody i je masakrowano, ktoś widział, gdy do brzucha matki  po wyjęciu płodu zaszyto żywego kota a innej żywego szczura….

 Używano noży, wideł, siekier, pił, łańcuchów, młotków gwoździ ….

Dr Korman wymienia 350 sposobów zadawania śmierci przez ukraińskich nacjonalistów. …”

Wystarczy? Wystarczy.

Już dalej pisać nie będę, bo serce boli.

 

Ale byli też inni Ukraińcy, jak poeta Pawłyczko, który  pisał w 1959 roku :

        Będziesz, Ukraino,

        Długo pamiętać,

        Wykłute oczy….

 

O nieprawdopodobnym okrucieństwach band ukraińskich coś tam słyszałam, ale dopiero teraz otwieram oczy z przerażenia , czuję się tak, jakbym tam była, w tych miejscach, w tamtym czasie….

Nie wiem co i jak to  pokaże w swoim filmie Smarzowski. Wprawdzie autor „Nienawiści” i innych książek na ten temat, bierze udział w opracowywaniu scenariusza, ale na ile pozwolą  władze, nie wiem…….

Wszystkie kolejne omijały ten temat….

 

 

Tydzień ze Stanisławem Srokowskim. ( 1 )

Stanislaw_Srokowski.jpg

Stanisław Srokowski, Zdjęcie z Wikipedii

 

repatrianciOkładka.jpg

Zdjęcie okładki z netu…

 

Tydzień ze Stanisławem Srokowskim.

 

Ostatnio w tym blogu zrobiło się jaśniej, tematy  mileńkie mi wpadły.

Weekend był piękny, więc nie chciałam zasmucać Kogoś, kto tu zajrzy.

Ale od pewnego czasu czeka inny temat.

Dzisiaj zdecydowała Pani Natura, by go ujawnić, bo wstała lewą nogą i przyniosła   bardzo szary i deszczem zakryty  poranek.

No cóż zaczynamy, bo w tym kierunku pociąga mnie nić sentymentu. Dlaczego? Będzie o tym za chwilę.

 

To niezwykłe, gdy wraca do nas przeszłość, zda się trochę zapomniana, poukładana. I nagle staje przed nami stale świeża.

Zdarzyło się niedawno.

Wszystko połączone.

Informacja w mediach o powstawaniu filmu  Smarzowskiego „ Wołyń’ wg opowiadań Stanisława Srokowskiego i jego październikowej premierze oraz propozycja Pań z michałowickiej biblioteki, które przed tygodniem  podały mi książkę tegoż Autora zatytułowaną  „ Nienawiść”.  

Wzięłam ją do ręki i otwierałam  z dawną tkliwością i pewnym namaszczeniem.

Bo już  kiedyś poznałam  tego pisarza. Oczywiście nie  osobiście, ale spotkaliśmy się pośrednio dzięki  jego poprzedniej książce zatytułowanej  „Repatrianci”.

 Przed wielu laty, kiedy to jeszcze żył mój brat Zenon ( 1934-2011) opowiadał mi o niej z tkliwością i o Autorze mówił , że pisze pięknie, inaczej niż wszyscy…

Może ta książka  dlatego tak mu była  bliska ,  bo Jego losy i losy pisarza były podobne.

Obydwaj urodzeni na Kresach ( tylko brat gdzie teraz Białoruś a Srokowski gdzie Ukraina) a ich wczesna młodość została  podzielona na przedwojenną szczęśliwość i wojenną traumę. Gdy wybuchła II wojna światowa obaj mieli po 5 lat.

W czasie kolejnych 6 lat  wojna ofiarowała im dzieciństwo z  przeżyciami, które w kinach określa się jako  „ dozwolone od 18 lat”.

Przedwcześnie dojrzali, z rodzicami poharatanymi, musieli opuścić swoje gniazdo, bo w ich krainie dzieciństwa umarła Polska.

Przeżyli wypędzenie, wielotygodniową jazdę bydlęcymi wagonami by zacząć   nowe życie w  miastach, teraz Polskich, ale wypełnionych duchami zaludniających je jeszcze niedawno  Niemców.

    Zenon najpierw opowiadał mi o „Repatriantach” Stanisława Srokowskiego a potem przysłał tę książkę..

Gdy biorę  ją do ręki, odnoszę wrażenie że spotykam się  nieżyjącym już  bratem i wspólnie z nimi, tamtymi chłopakami przeżywam to, czego oni doświadczyli w czasach kiedy mnie jeszcze nie było na świecie. 

Dla powojennego pokolenia, do którego ja należę, opowieści o minionych latach to jakby wędrowanie korzeniami w głąb przeszłości , zakotwiczenie w tamtym i jednocześnie siła dla znoszenia codzienności.

Bo oni w tamtych czasach musieli być mocni,  nie mieli wyboru……    

I przez ten pryzmat, przez spojrzenie mojego Brata postać wspomnianego pisarza stała mi się bliska…

A gdy dodatku okazało się, że Zenon gdzieś zamieścił recenzję tej książki, o czym nie wiedziałam, temat ten zatoczył krąg w którego centrum właśnie  się znalazłam..

ale o tym wspomnę później…

 

 

 

P6050097.JPG

  Moi Bracia. Rok 1944, wileńszczyzna, Smorgonie. Wacuś po prawej ur. w lutym 1940 roku, zmarł w sierpniu 1944- niedługo po zrobieniu tego zdjęcia….po lewej Zenon…  

Odwiedziny…

Odwiedziny

 

Michałowice. Ogródek. Magnoliowe drzewko. Soczysta zieleń późnej wiosny. Coś zatańczyło na rudo. Wylądowało i uspokojone przygasło.

Black_Redstart_I2_IMG_0862.jpg

 

 

Cześć, prawda, że jestem piękny?

Też tak uważam

Wyprężył dumnie pierś, choć tego wyraźnie nie było widać i rozłożył dość długi ogonek

Był cudny, jak iskierka, błysnął rdzą brzuszka i wachlarzykoogonka

Jestem nieco  mniejszy od wróbla, ale gdzie wróbelkowi do mnie

Ja pochodzę ze szlacheckiego rodu

Pokazał swoją piękną wytwornie smukłą linię ciałka

Szarawo czarniawa główka i grzbiecik  wspaniale kontrastował z rudą barwą brzuszka i ogonka

Jak się nazywasz młodzieńcze?

Zaśpiewał cichutko „ cip cip” a potem „ tek tek”

Noszę śliczne imię -Kopciuszek

Kopciuszek?

Bajka mi się przewinęła popularna wczesnodziecięca

Co się dziwisz

Przecież mówię, że jestem najpiękniejszy

Właśnie z szarego malca wyrastam i urody nabieram

Wprawdzie to inna bajka

Brzydkie kaczątko

Tak, tak znam

Wolę moje prawdziwe imię  Phoenicurus ochruros

Ale w tym kraju nikt tego nie potrafi wymówić

Mówią, że mogą połamać język

Cóż to za kraj

Chcą tylko po polsku

Chcą tylko po swojemu

Zaścianek

Nie krytykuj Mały

To zamknijmy temat

ok

Pochodzę z rodziny muchołówkowatych

Polska nazwa mojej rodziny jest byle jaka

Więc przedstawiam się jako potomek rodu Muscicapidae

Tak brzmi dumnie

Potwierdziłam

Bardziej tajemniczo

Przefrunął na inną gałązkę

Lubię sobie tak podfruwać na krótkie odległości

Skrzydełka mi zdrętwiały

To tak jak ja, też nie lubię siedzieć w miejscu

Ale ty nie jesteś Kopciuszkiem

No nie jestem

Dzieciątkiem byłam nie najbrzydszym

Teraz co najwyżej Kopciuchem można by mnie nazwać

Właśnie zauważyłem

Nieładnie się tak starzeć

Ja nigdy bym do tego nie dopuścił

Muszę stale być śliczny, a właściwie najśliczniejszy

Ogonek w wachlarz i rdza

Pojaśniało i rudością błysnęło

Zaśpiewał „ di di krrrrsz”

Widzę, że gniazdko masz w pobliżu

Skąd wiesz

Przeczytałam w Internecie że wtedy tak śpiewasz

Nie lubię Internetu

Po co oczęta męczyć

Ekran mdły bezsłoneczny

 

Lepiej patrz na mnie….

 

MłodyKopciuszek.jpg

Niemowlę Kopciuszka

 

PhoenicurusOchrurosGuntherHasler01.jpg

 

 Wszystkie zdjęcia z netu…zajęta rozmową, nie zdążyłam wyjąć aparatu fotograficznego…

 

„ Piękna nasza Polska cała…”Maleńki Siedlątków.

Siedlątków.jpg

Siedlątków. Zdjęcie z netu

 

 

„ Piękna nasza Polska cała…”Maleńki  Siedlątków.

W tym blogu  wyodrębniłam Kazimierz, Ciechocinek, Uniejów, Michałowice a o innych miejscowościach piszę w rozdziale  „ Jest takie miejsce”. Ale teraz  odwiedziła mnie myśl,  że powinnam wszystko zamknąć w rozdziale „ Piękna nasza Polska cała…”.  Nic straconego, bo mogę zacząć od Siedlątkowa.

     Jednak warto długo żyć, powtarzam się, żyć warto, bo zawsze coś nowego na tym świecie się pokaże.

Może wstyd się przyznać, ale do tej pory nic nie wiedziałam o pewnym maleńkim zakątku Polski w łódzkiem, nieomal ukrytym przed ludzkim okiem, nic nie wiedziałam o istnieniu Siedlątkowa.

W czasie tegorocznych świąt Wielkiej Nocy dane nam było wreszcie odkryć to niezwykłe miejsce, mileńkie i przytulne jak sama nazwa , maleńkie jak krągła łódeczka przycumowana do Jeziorska, wielkiego zbiornika na Warcie  

A zaczęło się pomysłem, by  Wielkanoc spędzić w stosunkowo niedalekim Uniejowie. Poza unikiem od przygotowań kulinarnych była też  okazja wymoczenia  obolałych kości w wodach termalnych cieplejszych niż najcieplejsze egotyczne morza i bardziej niż one nasyconych minerałami poprawiającymi nie tylko nastrój, ale też wygląd skóry i  zadawalającymi kosteczki, więzadła i mięśnie. Od pomysłu była krótka droga do realizacji.

Wkrótce zameldowaliśmy się w uroczych uniejowskich Lawendowych Termach. Gdy przyszedł dzień, kiedy są tradycyjnie święcone potrawy poczuliśmy się nieswojo, bo jednak święta w domu  są jakieś bliższe i kameralne.

Ale wtedy niespodziewanie do ośrodka gdzie byliśmy zakwaterowani, przybył pulchny, uśmiechnięty ksiądz by poświęcić koszyczki , ba nie tylko koszyczki, ale poukładane na okrągłym wielkim stole Wielkanocne wiktuały przygotowane przez niezastąpione Panie z kuchni. Piętrzyły się więc na nim pęta wonnych kiełbas i mięs wszelakich, przetykane pojemnikami z pisankami, upieczonymi na tę okazję ciastowymi barankami a także czekoladowymi wyrobami okolicznościowymi. Całość była okazała , bardzo kolorowa,  smakowita już na pierwszy rzut oka i pachnąca na pierwszy niuch nosa i jako wielka wielkanocna piramida sięgała sufitu.

Ksiądz , jak już wspomniałam , był promienny, prawdziwy pasterz owieczek i nazywał się  Grzegorz Czaja.

Że jest  prawdziwym gospodarzem, księdzem nowoczesnym, „mieszkającym” w Internecie, dyplomatą i biznesmenem dowiedziałam się chwilę później. Na razie było świątecznie, nastrojowo i po domowemu.
Gdy nasze koszyczki już nabrały świętości, nastrój się zrobił  jeszcze bardziej familijny, goście sypali moniaki do koszyczka parafialnego i szeleścili papierowymi, wówczas ksiądz zaczął opowiadać z żarem.  O czym? Oczywiście o swojej parafii, w której jest szaleńczo zakochany. Że jest niedaleko, że najmniejsza w Polsce i że nazywa się Siedlątków.

Wchłaniałam każde słowo przemiłego Dobrodzieja a milutką nazwą parafii zupełnie mnie zniewolił.

To fajne uczucie, gdy człek u siebie rozpoznaje taki stan znany z młodości , ostatnio  jakby zupełnie umarły- i nagle zmartwychwstały jako ten Najwyższy- stan wielkiego zainteresowania i zachwycenia.

Gdy dowiedziałam się ponadto, jak jest położony kościółek w Siedlątkowie  i że jest w nim obraz  na którym Dzieciątko ciekawie, bo wieloznacznie ,  dotyka maleńką dłonią podbródka swojej Matki. Że przybyłe tu bezpłodne kobiety w krótkim czasie po modłach przed obrazem uzyskują radość macierzyństwa a potem z pociechami przybywają by je tu ochrzcić i są stałymi pielgrzymami na ten skrawek ziemi . Ludziska się zjeżdżają  nawet z dalekiego świata …gdy o tym wszystkim usłyszałam, od razu wiedziałam, że musimy tam dotrzeć. Wszelako nie powodu bezpłodności broń Boże, ale ze zwykłej obudzonej nagle ciekawości świata…

Okazja była niesłychana, bo powoziła wnuczka, więc pełen luz, pogawędki z drugą dobrze już wyrośniętą ,  pełen relaks i oglądanie krajobrazu. Tak lubię.

Trochę kluczyliśmy, ale w końcu się udało i ujrzeliśmy niewielki kościółek położony na zaklęśniętym  cypelku wpuklającym się w wody wielkiego zbiornika zbudowanego na Warcie zwanego Jeziorsko. Niewielka ta ziemna niby patelenka z kościółkiem jest otoczona  wysokim, bo ponoć 7 metrowym murem. Zabezpiecza on to miejsce przed wpływaniem wody  Warty,   gdyż znajduje się ono 2 metry poniżej poziomu wody zbiornika.

Niezwykłe było wspinanie się po schodach na koronę  muru, podziwianie szeeeeerokiej tu Warty, którą uwielbiam od urodzenia. Boć przecież  mój Gorzów nad Wartą leży. Więc każda okazja, by zobaczyć tę rzekę przybliża mnie do mojego gniazda budzi uczucia ciepłe, tkliwe i pierwotnie serdeczne.

    Tak więc wdrapawszy się na koronę muru, słuchając szmeru rzeki oblizującej z pomlaskiwaniem betonowe nabrzeże i wertując przewodnik rozmyślałam o dawnych czasach.    Wielka woda przede mną niechętnie opowiadała o dawnych czasach, zresztą przepłynęło jej tak wiele, że i pamięć utraciła. Może tylko  nocą dochodzi spod jej powierzchni szczęk zbroi, czy jakieś głosy czy wreszcie dzwony zatopionych innych kościołów. Jeszcze całkiem niedawno, bo pół wieku temu był tu rozległy ląd usiany domeczkami  i płynęła  maleńka rzeczka Michna wpadająca do Warty. Wówczas to poszukiwacze odległych czasów odnaleźli w tym dawnym , nieistniejącym już Siedlątkowie  ślady XIV wiecznego drewnianego grodu który był   siedzibą rycerską. Rozpoznano ją na podstawie znalezionego hełmu i zbroi wykonanej przez krakowskiego płatnerza. Dzisiaj miejsce to jest dostępne tylko rybom, zakryte przed ludzkim wzrokiem odpoczywa na dnia zalewu. …znaleziska są pewnie w jakimś muzeum ( nie zapamiętałam w jakim) i tylko zdjęcia umieszczone przy ogrodzeniu istniejącego nadal a właśnie odwiedzanego kościółka świadczą o tym o czym napisałam….

Maciupki teraz Siedlątków został opisany  już w 1372 roku a od XV do XVII wieku nawet posiadał prawa miejskie. Parafia jest najmniejsza w Polsce ale posiada  swój własny  fejsbukowy adres :). Należą do niej też sąsiednie mikroskopijne Nerki i takaż sama Księża Wólka . W sumie parafię tworzy 180 osób zamieszkałych w  ok. 30 domkach. Położona jest w woj. łódzkim, w powiecie poddębickim i została nieomal wtopiona w zbiornik na Warcie zwany Jeziorsko.

Wspominając zatopione wioseczki na dnie Jeziora Żywieckiego , wyobrażaliśmy sobie ile wysiłku i starań musiał włożyć proboszcz odwiedzanej teraz  parafii, by tak zmienić projekty zbiornika, którego budowę rozpoczęto w 1986 roku, by ocalić ten  kościółek.

Był to opisany powyżej a spotkany w Lawendowych Termach w czasie święcenia potraw  ks. Grzegorz Czaja, od lat 90 ubiegłego wieku proboszcz tej parafii. Nie tylko wpłynął na zmianę projektu zbiornika Jeziorsko, ale też pozyskał sponsorów, którzy wyłożyli fundusze na remont i renowację kościoła z jego zabytkami i plebanię.

Tak więc  teraz mogliśmy obejrzeć ten unikatowy obiekt we wczesnowiosennej jeszcze bezlistnej krasie, co ułatwiało ogląd kościółka i podkreślało jego niezwykłe położenie.

Kościółek ten, pod wezwaniem św. Marka Ewangelisty, położony jest ok. 50 m od korony wału zaporowego i falochronu ,  został  wzniesiony w 1683 roku z kamienia polnego i cegły, na miejscu wcześniejszego, XV wiecznego drewnianego, ufundowanego przez właścicieli Sielątkowa, rodzinę Ubyszków.

Wdrapawszy się na koronę wałomuru , obejrzawszy Wielką wodę zbiornika, stoimy sobie i patrzymy w dół, gdzie kościółek , czekając aż  opuszczą go wierni, bo właśnie msza się rozlega głośnikowo, pieśni wirują w niecce cypelka, wznoszą się wzdłuż murów coraz wyżej i wyżej, obejmują nas swoją Wielkanocną urodą….

I wreszcie już można, jeszcze zbieganie po wałowych schodach i wchodzimy. Maleńkie wnętrze, klimatyczne, jeszcze ludzkie poświąteczne zapachy i kadzidlane rozlane. Strzępki modłów, które jeszcze nie zdążyły wyfrunąć i w pięknej ciszy tylko my. Oglądamy prostokątne prezbiterium ze sklepieniem kolebkowo-krzyżowym  skromnie udekorowane stiukami. Jak piszą w przewodniku- nawy posiadają sklepienie kolebkowe z lunetami, cokolwiek by  miały znaczyć te lunety…

W ołtarzu głównym  kopia obrazu czczonej tu Matki Boskiej Siedlątkowskiej, namalowana w 1958 roku, gdyż XVII wieczny renesansowy oryginał spłonął w 1957 roku. W bocznym ołtarzu zachowane  XVII wieczne malowane sceny z życia św. Izydora- patrona rolników.  I fajna rzeźba św. Nepomucena. Innych wymienianych w przewodniku zabytków nie zdążyliśmy obejrzeć a są to: trzy krzyże procesyjne z XVIII wieku, rokokowa monstrancja z XVIII wieku, kielich z XVII wieku oraz ornaty z przełomy XVIII i XIX wieku.

Ponoć w podziemiach kościoła, których niestety nie zwiedzaliśmy, pochowano ciało właściciela tych ziem,  powstańca z 1863 roku- Adama Bolesława Jabłkowskiego h. Wczele,  który zginął 9 lutego 1863 w walce z kozakami .W kruchcie kościoła wmurowano tablicę mu poświęconą. .

Moi posiadywali  na dole, a ja się wdrapałam po bardzo stromych schodkach na chór. I z nagle wzbudzoną czułością dotykałam oparcia ławy drewnianej, lśniącej od rąk wiernych. Mam ją na zdjęciu i zapamiętanie ciepła tego starego drewna w dłoni…ileż pokoleń tu było, dotykało…i wyszedł do nas ksiądz uśmiechnięty i powiedział, że właśnie ochrzcił kolejne dziecko, poczęte za wstawiennictwem Matki Boskiej Siedlątkowskiej , dziecko szczęśliwych teraz rodziców którzy przybyli  zza granicy a przedtem byli tu zdesperowani nieszczęśliwi. I stał  się cud. Cud macierzyństwa…..

Chciałabym  wrócić w to miejsce,  gdy kościółek otulony zielenią lata czy złotem jesieni  drzemie spokojnie bo czuwają mury , słucha o czym szemrze spiętrzona ponad jego głową Warta.

I obejrzeć pragnę to miejsce magiczne w pięknej Polsce,  maleńki Siedlątków o milutkiej  nazwie , zajrzeć do wnętrza kościoła, zobaczyć zabytki a  ks. Proboszczowi powiedzieć – Bóg zapłać…. 

 

SAM_3737.JPG

Po lewej wał i mur zaporowy. Widok z korony..

 

SAM_3736.JPG

 

SAM_3734.JPG

 

SAM_3742.JPG

Najstarsze wnuczki na koronie muru i Zbiornik Jeziorsko a w nim wody mojej ukochanej Warty

SAM_3743.JPG

Tu ponoć mieszkają brzegówki, których niestety nie widzieliśmy…widok z muru…

SAM_3772.JPG

Wejście na teren przykościelny…

SAM_3778.JPG

przy bramie-dzwonnicy gablota ze zdjęciami wykopalisk z terenów teraz zatopionych. Zdjęcia tych znalezisk poniżej…

SAM_3780.JPG

 

SAM_3779.JPG

 

SAM_3769.JPG

Św. Hubert  stoi sobie na głównym ołtarzu…

SAM_3754.JPG

Maleńkie wnętrze kościółka. Widok z chórku . Rogi na ścianach nawiązują do św. Huberta, jakoś związanego z tą ziemią.

SAM_3757.JPG

ławka- klęcznik na chórku jakby nadpalona, lśniąca lakierem i wypolerowana cudzymi dłońmi. Z czułością głaskałam to stare drewno  ….

SAM_3752.JPG

Matka Boska Siedlątkowska..

SAM_3784.JPG

 Proboszcz najmniejszej parafii w Polsce, Bóg zapłać ks. Grzegorzu i do zobaczenia….

Grzeszki młodości.

 

brigitte-bardot-bb_portrait49-big.jpg

Brigitte Bardot, 1949. zdj z Wikipedii….takie chciałyśmy być, no może niezupełnie, ale podobne…

 

Grzeszki młodości.

 

Ostatnio zapanowały tu  listy od Jacka. Dla mnie są one ważne i ciekawe. Spełniałam też prośbę Autora, by nie musiał opowiadać kolegom, których spotkał po latach dzięki temu blogowi, o swoich „ przygodach” życiowych.

Jednak niedawno Grania poprosiła mnie o coś mojego. Więc oto jestem, co nie oznacza, że jeszcze kilka listów wrzucę, ale dla „ oddechu” będzie o grzeszkach młodości a właściwie o jednym, przewlekłym niestety, grzechu….mianowicie o papierosach….

Zda się całkiem niedawno ale  było to przed 5 miesiącami  spisując opowieść sylwestrową ( może ktoś ją jeszcze pamięta?)  wróciłam w lata 65 ubiegłego wieku gdy byłam, jak wtedy my wszyscy,  piękna i młoda.

Wtedy wszystko  było pierwsze, przeglądanie w lusterku najczęściej okrągłym ze zdjęciem roznegliżowanej baby na odwrocie, papiloty na włosach, jakieś marniutkie farby na nich, by zyskać upragniony koloryt jako te gwiazdy filmowe,  szpilki na których się kroczyło usztywniając kolana i wypinając  biusty w ciasnych ale sztywnych stanikach, oblewanie się perfumami mamy, buzujące hormony, randki z chłopakami, rzucania chłopaków, zauroczenia, nieśmiałe pocałunki o zmroku , jedyna w życiu matura, krechy na powiekach malowane nadpaloną zapałką, o czym już wspominałam, nadchodzące egzaminy na studia ….pierwsze były też papierosy….piękne było to wchodzenie w dorosłość, bujne, pełne niepokoju ale też radości. Szczególnie teraz gdy siedząc w pełnym poklimateryjnym spokoju wspomina się tamto szumne, wonne, eteryczne i właściwie niewinne….

    Jak już pisałam w Opowieści Sylwestrowej, w 1965 roku, już po maturze, uczestniczyłam z Lidką w kursie przygotowawczym na Akademię Medyczną. Mieszkałyśmy w uroczym poznańskim miejscu, na wzgórzach Winogradowach, dokąd z centrum miasta przemykał zielony tramwaj. W akademikach Akademii Rolniczej miałyśmy locum, poniżej działał- ach jak działał! sławetny klub Nurt a my w nim ….

I wtedy to szczególnie łatwo uległam propozycji  Lidki, by zapalić pierwszego papierosa w życiu. Natychmiast stałyśmy się dorosłe, dojrzałe, takie jak te aktorki z oglądanych filmów i fotosów. Byłyśmy  obie takie cool ( widzicie, jak łatwo przyswoiłam i przeniosłam w tamte czasy, gdy było nam nieznane. To celne słowo, określenie  przyjęłam za swoje. Swoją drogą ciekawe, jakie określenie wymyślą następne pokolenia ).

Więc  przełamując  wstręt do  ohydnego zapachu i smaku papierosów i nie zaciągając się zmuszałyśmy się do  palenia przesiadując w ciemnym od gęstego dymu klubie. Byłyśmy cool!

  Tu dla przypomnienia młodym należy wspomnieć, że w tych naszych latach 60 ubiegłego wieku była moda na palenie papierosów, paliło się wszędzie, na ulicach, w sklepach nie mówiąc o kawiarniach czy restauracjach. Nawet paliło się w samolocie ( chociaż wtedy jeszcze nigdy  nim nie leciałam, ale wiem) i w pociągach( o tym wiem). Chyba już wtedy, a może kilka lat później w pociągach, takich gdzie przedziały, zaznaczano w których można palić. Czyli były przedziały dla palących i dla niepalących. Przy zezwoleniu na palenie na korytarzu pociągowego wagonu   można sobie było wyobrazić wszechogarniający smród nawet w strefach dla nie palaczy.

„Paliło” się chyba jakieś spłaszczone bocznie Dukaty czy cienkie Syreny ( szczyt elegancji damskiej- takie paliła w czasie akademii nawet , w Sali, gdzie właśnie odbywała się uroczystość- wielbiona przeze mnie nauczycielka z LO – pani Halina Majchrzycka) .

Ale dla ostatecznego zadawania szpanu, maksymalnego cool, sięgałyśmy po  najgorsze najbardziej smrodliwe papierosy nazywane przekornie Sporty. To dla straszliwego picu ( to też określenie z tamtych lat oznaczające wyrażenie łącznie nieprawdy stosowanej na użytek szpanu). Otóż dla podkreślenia największego naszego wyzwolenia paliło się papierosy zwane Sportami. Sama ta cynicznie prześmiewcza  nazwa w skojarzeniu z ich smrodliwą toksycznością była znakiem tamtych czasów.

Oczywiście o filtrach chyba wtedy nikt nie słyszał, potem dopiero się pojawiały, więc paliło się papierosy bez filtra, trzymając w ustach bibułkę, która z naturalnych względów stawała się  coraz bardziej obśliniona. Wówczas tym chętnie wypadały z niej  nikotynowe trociny. ( tego inaczej nie można nazwać, bo tak grubo był mielony tytoń) . Co chwilę trzeba było, bo nie było wyjścia wyjmować  toto z ust a czasem nawet wydłubywać z języka  obecne na nim te grube szczątki liści tytoniowych ( może to nawet nie był prawdziwy tytoń, tylko liście jakiś zwykłych polskich chwastów- kto wie?)

Wśród tych trocin wielokrotnie, w właściwie bardzo często zdarzał się normalny , wprawdzie niegruby patyczek. Tak więc paląc i wypluwając to co opisałam wśród wielkiego smrodu czułyśmy się bardzo dojrzałe i modne.

Oczywiście były osoby, które nie paliły. Widząc z daleka takowych „ odszczepieńców”  Monika, przyjaciółka z AM mawiała pogardliwie że kobieta która pali pachnie mężczyzną. a mężczyzna, który nie pali  pachnie kozą…..

To był dla nas, palących, nadzwyczajny komplement. Nie tylko byłyśmy cool ale też upodobniałyśmy się do płci przeciwnej, która paląc śmierdziała tak samo.

Gdy teraz  wspominając i pisząc te słowa widzę wyraźnie, że już wtedy  budził się” straszliwy pisowski upiór” zwany obecnie gender. Tak, byłyśmy więc jego prekursorkami , ba nawet aktywnymi wojowniczkami o zniesienie granic i różnic w prawach obu płci niefrasobliwie rozdzielonych przez pana boga. . Tak było….

     Nieco później „ zgniły Zachód” pomimo  oporów władz stymulowanych przez miłościwie nam panujących sowietów, pomimo odgradzania się, obrzydzania tegoż Zachodu, wdzierał się przez nasze szczelne granice . Razem z tą „zgnilizną” przybywały coraz częściej i w większej masie jeszcze gorzej cuchnące, bo poza naturalnym smrodem tytoniu wydzielające słodkawy obficie perfumowany „ zapach” mający uczynić ów nałóg bardziej wytwornym, eleganckim, jednym słowem światowym. Toto nazywało się Malboro potem pojawiły się Camele. Takie też paliłyśmy chociaż miały wybitne działanie wymiotne….

A fe, powiecie, pewnie że fe, nawet do kwadratu.

A co nam tam, Graniu, że mówią: a fe. Popalamy sobie czasem w Twoim uroczym służewieckim pokoiku na piętrze, tylko cieniutkie, ciepłe i miłe w dotyku i jesteśmy wolne młode i piękne, jak kiedyś….

I wtedy śpiewa nam też Ordonka ( jak w nieznanych nam jeszcze latach 30 ubiegłego wieku ) swój szlagier :

„Jak dym z papierosa .

 

Wszystko przemija, więc co
Przeminie także i to
To tylko szarość zmierzch utula
Wspomnienia w sercu mi rozczula
I dym, ten dym od papierosa
Pozostał tylko szary ślad
Po jasnych dniach i dusznych wrzosach
Gdyś poszedł już ode mnie w świat.
A dziś, a dziś
Te papierosy
Pamiątka naszych wspólnych snów
Bezcennych kart na życia losy
Wspomnienie chwil tych wróci znów

……”

 

…..  i na chwilę  jesteśmy wolne młode i piękne, jak kiedyś…., prawda?

 

List od Jacka. ” Dwie godziny”

 

I oto ostatnia historyjka z planu filmowego etiudy paryskiej Jacka. 
Zbyszek- bezdomny Polak został aktorem, mężem i paryżaninem. A film????


IMG_0322.jpg

Kadr z filmu Jacka....


„ Dwie godziny”
Wychodzimy ze Zbyszkiem.
- no, to co? Panie Jacku, śniadanie…
- za pół godziny…
Weszliśmy do Nyski- Waldek się ucieszył.
Dojechaliśmy na lokację- jakaś rzeczka w pobliskim lasku.
Zbyszek i Waldek wypili śniadanie.
Ustawiliśmy złom, akcję i tło.
Kręcimy.
- jak było?
- może być, Jacek, ale tamten gościu patrzył się w inną stronę…
- Zbyszek! Gdzie się patrzyłeś?...
- tak jak miałem…
- to jeszcze raz…
Kręcimy.
- jak było?...
- znów się patrzył w inną stronę i machał ręką…
- Zbyszek, co jest?...
- co ma być?..
- patrzysz na drugą stronę rzeki…tu jest kamera…
I ryby się skończyły.
 
 

List od Jacka. ” Słowo honoru”

IMG_0344.jpg

Kadry z innego filmu Jacka..

 

Oto cd. historii opisanej przez bratanka o paryskiej etiudzie filmowej i Polakach ……

 

“ Słowo Honoru

 

To był ostatni dzień na zdjęcia z wędkarzami. Poprosiłem Władka, aby zaczekał w Nysce pod kościołem.

Poszedłem do prefektury blue police. Zamęt jak u rzeźnika pod skarpą. Podchodzę do jakiegoś urzędasa w mundurze i kaleczę francuski.

– dzień dobry…

– słucham…..

Wyciągnąłem francuski dowód osobisty, paszport australijski oraz karty studenta szkoły filmowej jednej i drugiej. ( paryskiej i australijskiej- przyp. z.k.)

– jestem studentem…robię krótki film i otrzymałem informację, że zatrzymaliście przez przypadek jednego z moich aktorów, który jest niewinny….

– nazwisko?…

– no właśnie znam tylko imię – to statysta….Zbyszek….polski aktor….

– tak…przywieźli dziś rano….ponoć pobił kolegę, bo mu włosy obciął….

– no właśnie, ale to pomyłka….

– zgadza się, pomyłka, bo ten z połamanymi żebrami powiedział, że się przewrócił na schodach kościoła….

– no widzi, pan…..

– tak, ale ten Zbyszek nie ma żadnych papierów….więc musimy deportować do Polski….czekamy na tożsamość z polskiego konsulatu….to zajmie kilka dni….

– ja rozumiem, ale za kilka godzin mam zdjęcia, ekipa, itd….bez niego nic nie mogę zrobić….

– a kto to może potwierdzić?….

– czy mogę skorzystać z telefonu?….

– miejscowa?…

– oczywiście….

Dzwonię do Szkoły i proszę dyrektora.

– panie dyrektorze, tu Jacek….tak ten z Australii….tak, wiem, że ostatnio zaniedbałem zajęcia, ale mam problem, policja zatrzymała  mojego statystę, a bez niego ani rusz….nie, nie Francuza, tego Polaka…..rozumiem…., ale już jest za późno…poza tym ręczę za niego….dwie godziny….tak, za dwie godziny nasz goniec odwiezie go z powrotem…. rozumiem….już daję…. 

Przekazałem słuchawkę mundurowemu.

– rozumiem, panie dyrektorze….tak jest, czekamy na fax.

Przybiegł zdyszany fax. Mundurowy wyrwał go z rolki papieru.

– proszę bardzo, tu imię i nazwisko, adres, podpis….dyrektor potwierdził…pan Zbyszek jest oddany do potrzeb kinematografii francuskiej pod pana opiekę na dwie godziny zdjęć…..po czym pan Zbyszek zostanie przywieziony do nas…..tutaj pana podpis, a poniżej podpis pana Zbyszka, że się zgadza….przyprowadźcie tego pana Zbyszka….

Wszedł Zbyszek z obojętnym spojrzeniem, spojrzał na mnie i mrugnął lezka.

– słuchaj, Zbyszek….jesteś idiota….

– panie Jacku, czemu zaraz idiota…zjebał panu nasz film tym fryzem, to wszystko….

– mam dwie godziny, jak chcesz, ale musisz podpisać cyrograf, że wrócisz, a ja za ciebie poręczę wtedy…

– czyli robimy film dalej?, panie Jacku, tak się cieszę, już mojej córce w zeszłym tygodniu mówiłem przez telefon, że będę w filmie we Francji….nawet mamie swojej powiedziała….gdzie podpisać?….mogę zatelefonować?

– ja może jestem idiota, ale musisz dać mi słowo honoru….

– słowo honoru….

– że dobrowolnie wrócisz….

– oczywiście….

Spojrzałem na jego lezke prawdomówną. Zadzwonił do kogoś. Podpisaliśmy. Wsiedliśmy do Nyski, Władek się ucieszył. 

Dwie godziny później.

Władek i Zbyszek skończyli łowić ryby. Podchodzi Zbyszek.

– dzięki, panie Jacku, córka się ucieszy….no to do widzenia….

– jak to do widzenia?…didie odwiezie cię na policję, a Władka do kościoła….

– przykro mi, ale zmiana planów….

– a córka?…

– Sophie….Zosia….mieszka z mamą w Vichy – taki Ciechocinek…..

– mówiłeś, że w Polsce….

– nie…mówiłem tylko, że rozmawiałem z nią przez telefon….widzisz Jacuś, ty gówniarz jesteś, bo nie widzisz, co się wokół ciebie dzieje….robisz jakieś tam filmy, których nikt nie ogląda poza jakimś tam towarzystwem wzajemnej adoracji….kiedyś chciałem być aktorem, ale dałem w mordę reżyserowi, bo nie rozumiał przesłania mojej roli i chciał ze mnie zrobić idiotę….no i zostałem aktorem w puszce….jak skończyłem karierę w puszce, urodziła się Zosia – matka jej mówi na nią Sophie…..Rene, czyli moja Renia, matka Sophie, czyli Zosi, znaczy się, powiedziała, że wyjdzie za mnie jak jej pokażę, że jestem prawdziwym aktorem na planie filmowym…odwróć się Jacuś….tam jest dopiero film…

Odwróciłem się. Po drugiej stronie rzeczki stoi przepiękna dziewczyna z maciupcim dzieckiem. Dziewczyna robi kilka zdjęć i macha przyjaźnie z uśmiechem.

– widzisz Jacuś, przynajmniej one ciebie lubią….przyjechały specjalnie z Vichy już tydzień temu, bo im obiecałem, ale wtedy wyszła afera z fryzem, ale poprosiłem, aby dały mi jeszcze tydzień….wiec dzięki panie Jacku….

Przeszedł przez kładkę, uściskał Rene, czyli Renię, oraz Sophie, czyli Zosię i odwrócił się do mnie machając. 

– bon chance, Jacuś….

– dałeś słowo honoru….

– honor zostawiłem w Polsce….

Podchodzi Władek.

– no, to już możemy jechać do kościoła.”

 

List od Jacka. ” Fryzjer”

IMG_0336.jpg

Kadry z filmu Jacka…przyleciało z Sydney…

 

Kolejna historyjka napisana przez bratanka, Jacka Łukaszewicza. Zapraszam…..”

 

  “Fryzjer”

 „Napisałem krótką etiudę pt.: “Filip’.

Przed wyjazdem z Paryża musiałem zrobić jakiś krótki film, aby zaliczyć rok.

Napisałem to na siłę, bo nie miałem pomysłu.

Krótka historyjka jakiegoś gościa zagubionego gdzieś w swojej piaskownicy. Potrzebowałem statystów do scenki nad rzeczką. Potrzebowałem dwóch wędkarzy, ale takich jakich pamiętałem z Łagowa. Przejrzałem katalogi statystów, tudzież aktorów charakterystycznych. I nic.

Nikogo w Paryżu nie ma z Łagowa.

No i poszedłem do Kościoła. Na Rue St Honoere w centrum kasowym znajduje się Kościół który należy do Polski. Lubiłem czasem przesiadywać w kafei po drugiej stronie ulicy i obserwować rodaków kloszardów. Kościół był zamknięty nocą, więc koledzy spali na schodach. Co jakiś czas przyjeżdżała jakaś Nyska z ofertę pracy za dwieście franków w kamieniołomach. Poszedłem do kościoła i wmieszałem się w tłum.

Po kilku minutach znalazłem gości z Łagowa. Lezki z więzienia, zęby przedwojenne, zarost sprzed wojny i włos wojenny. Podchodzę.

– cześć, macie może ognia?…

– a masz może fajkę?….

Wyciągam Guluasy.

– proszę bardzo…

– no, nareszcie dobre fajki…drogie, kurwa….

– a ile płacisz w sklepiku…15 franków….ja sprzedaję po pięć, ale mam tylko pięć paczek….możecie mieć….

– no to przynieś jutro….

Następnego dnia kupiłem pięć paczek Guluasów po 15 franków. Razem 75 franków – kilka dni mojego życia. Pojechałem do kościoła. Władek i Zbyszek już czekali.

– cześć, masz?, spytał Władek.

– mam….macie kasę?…

– mamy 20 franków, mówi Zbyszek.

– to macie tylko na cztery paczki….

– słuchaj, daj tą jedną paczkę na kredyt, my uczciwi jesteśmy…

Spojrzałem na nich i zobaczyłem  swój strach w ich oczach.

– no to mamy 20 franków, żeby się upić….

– tutaj jest taki sklepik….

I kupiliśmy wino, którego najnędzniejszy kucharz wstydziłby się dodać do czegokolwiek. Władek uciekł od żony z Krakowa i siedzi w Paryżu bez ważnej wizy i paszportu. Szuka jakiejś pracy aby zarobić na bilet do peerelu. Zbyszek to była recydywa, nie ma żadnego dokumentu i w ogóle chce wrócić do Polski. 

– robię krótki film, potrzebuję was jako statystów do sceny nad rzeczką….

– jak to, do filmu?….

– to taka etiuda studencka….

– ale film?….

-…no tak można powiedzieć….nie mam kasy, nie mogę wam zapłacić, ale gwarantuję dobrą zabawę i picie i żarcie całodzienne.

– co mamy robić?….

– za tydzień przyjadę po was vanem, pojedziemy nad rzeczkę, dostaniecie wędki i będziecie pili polskie piwo….

– czyli na ryby jedziemy?….a ubranie?…

– tak jak jesteście….no to jesteśmy umówieni…

Tydzień później jestem pod kościołem. Szukam moich ludzi. Podchodzi do mnie dwóch gości w garniturach, lakierach, ostrzyżonych i ogolonych pachnących kradzioną wodą po goleniu. 

– dzień dobry panie Jacku…jesteśmy gotowi….

– panowie, co kurwa jest, przecież nie jedziemy na wesele….

– no ale do filmu….

– panowie, kto was tak kurwa ostrzygł?….

– tam na siódmym stopniu, na schodach mieszka fryzjer z Polski…mówił, że ładnie będzie….daliśmy mu paczkę fajek….

– panowie, nic nie możemy robić….macie tu 50 franków i doprowadźcie się do poprzedniego porządku na przyszły tydzień….

– przepraszamy….chcieliśmy dobrze, mówi Waldek.

– to ten kurwa fryzjer, mruknął Zbyszek.

Tydzień później jestem pod kościołem. Szukam moich ludzi. Podchodzi Waldek.

– a gdzie Zbyszek?

– nie ma….

– co znaczy nie ma….byliśmy umówieni….

– policja go zabrała rano….blue police….

– to znaczy imigracyjna?….

– raczej tak, ale tak naprawdę, to Zbyszek połamał fryzjera….

– gdzie go zabrali?…

– fryzjera do szpitala….

– Waldka gdzie zabrali?….

– tu za rogiem jest prefektura….

No i poszedłem na policję.

 

List od Jacka. ” Coca cola”

oto kolejny list z Australii, od bratanka, Jacka Łukaszewicza. Przyfrunął na skrzydłach internetu, niezwykłe……

 

R0011329.jpeg

Zdjęcie Jacka…..

 

 

Coca Cola.

 

Samoloty to martwa forma przewozu bydła mięsnego pozbawiona wszystkiego, czego potrzebuje Homo sapiens.

Dlatego ktoś po samolotach wymyślił tramwaje i pociągi. Zawsze jest jakiś film za oknem, tudzież teatr na scenie przedziału.

Poza tym w latach siedemdziesiątych zbierałem systemy kolejkowe TT z moim przyjacielem, Tomkiem, a zakochałem się w miniaturkach tramwajowych widząc je z perspektywy balkonu u Dziadków i Wujków na warszawskim Żoliborzu.

Moje wspomnienia z Broniewskiego?! są trochę mgliste. Lubiłem te ich dwa mieszkania na jednym piętrze.

Podobał mi się nieustanny ruch młodych oraz zadowolenie starszych. Patrzyłem na Ciocię pracującą w rytm ambicji, shumaherskie wręcz działania Wujka Mirka, przenikliwe Oczy Babci, pod którym to spojrzeniem nic nie można było ukryć, a jednocześnie Ona nie potrafiła ukryć zadowolenia z życia, którym jest otoczona –  w wielkiej mierze dzięki zaradności Wujka Mirka i opiekuńczości Cioci Zosi – no i oczywiście przyszłości narodu jeszcze co niektórzy w pieluchach wokół.

Myślę, że trochę wszyscy mieliśmy jakieś tam Coś, bo chyba fajnie byłoby żeby do tego wszystkiego przyklejony był Ojciec, oczywiście razem z Iwoną ( przyrodnia siostra Jacka- przyp. zk) , a właściwie dlaczego nie z Iwony Mamą?, z którą nota bene od kilka lat gawędzę regularnie podczas moich prób rozmowy z Iwoną –  i już wiem czym Ojca zauroczyła…..

Ale z drugiej strony On był zawsze tylko i wyłącznie zauroczony wygodną sytuacją. Po prostu nie był stworzony do jakichś tam upierdliwych obowiązków rodzinnych…mam to chyba po Nim. I to mnie przeraża, bo kto nie potrafi utrzymać rodziny, nie potrafi zająć się samym sobą – tak sądzę.

Uwielbiałem rozmowy z Babcią.

Ale moim idolem był Dziadek. Jeszcze z obozu miał taki nawyk obracania głowy wokół szyi, ponieważ to ćwiczenie masowało Mu kręgi, a przy okazji widział świat w ruchu – tak mówił. On też lubił tramwaje i po przeprowadzce z Gorzowa był bardziej Warszawski niż jakikolwiek Warszawiak z Dziada-Pradziada.

Z dumą pokazywał mi filmy o Warszawie z ekranu okien tramwajowych. Z jego komentarzem to były wykwintne filmy dokumentalno -edukacyjne.

Któregoś dnia odbieraliśmy Marcinka ze Szkoły. Słońce podkreślało złoto jesieni. Mówię że fajne kolory. Dziadek dał mi aparat. Zrobiłem Marcinkowi jedno zdjęcie. Wiem, że gdzieś jest, bo Mama wszystko trzymała. Pamiętam tylko Jego spojrzenie w obiektyw z pół uśmiechem.

I raptem zdałem sobie sprawę, że jest to uśmiech spojrzeniowy mojej Babci, która zawsze wiedziała co myślę, niezależnie od tego co mówię. Moja mama to potwierdziła.

Po południu wrócił z pracy Wujek Mirek ze skrzynką Coca Coli. W życiu nie widziałem takiej ilości Coli na raz. Wkładając butelki do lodówki powiedział, że tej swojej prawej ręki nie będzie mył przez miesiąc. Ktoś Go spytał, dlaczego?. Dzisiaj poznałem Gierka, który mi pogratulował, powiedział Wujek otwierając butelkę Coli. ”

 

 

 

– Czas który wspomina Jacek to  lata 70 ubiegłego wieku. Mieszkaliśmy przy

ul. Broniewskiego na warszawskim Żoliborzu. Moi Rodzice a dziadkowie Jacka na tym samym piętrze. Było to piętro 8 i mieliśmy piękny widok z okien na ruchliwą ul. Broniewskiego widzianą z dość odległej perspektywy, gdyż oddzielał ją od bloku parking. Jacek dość często nas  odwiedzał….miło, że tak wspomina tamte czasy ,….

 

–  ta historia z colą zdarzyła się po oddaniu do użytku jakiejś ważnej budowy , którą prowadził wtedy Mirek- przyp.zk.

 

 

 

List od Jacka. „Lekcja geografii”

Oto kolejny list od Jacka. trochę zagmatwana treść, ale po wnikliwym przeczytaniu zabawna. Zapraszam…..

DSC03066.jpeg
Chłopaki pod swoim LO w Zielonej Górze, po latach ……

 

 

“Lekcja geografii historycznej”

 

W wolną sobotę wieczór skończyłem nagrywanie drugiej strony ostatniej płyty Beatlesów z Trójki, kiedy przyszedł Tomek.

–  cała strona?

– zmieściła się na jednej szpuli.

– świetnie, przegramy u Golego. 

ZK-147 zamerdał ogonem rozbiegówki furczącej na zakończenie taśmy Orwo.

 Tomek usiadł.

 

– Fredzia wróciła…widziałem ją na śmietniku dzisiaj.

– znów będzie wesoło – ile?

– jak zawsze składamy się po piątce

– ostatnio było po trzy….

– ale to na powitanie – musi być po pięć

– a może ją uprowadzić?, Tomek…

– ona się nie boi – pamiętasz jak nam opowiadała, że dostawała telefony z pogróżkami….

– nie bardzo…..

– bo miałeś zatoki – dostałeś datkę ( objaśnienie poniżej)

– no wiem, nie musisz mi przypominać….

– ktoś ci musi przypominać, bo jak cię zapyta za trzy miesiące…to musisz pamiętać….

– no dobra, mów….

– dzwoni do Fredzi. Telefon. Odbiera jej syn,  Edek. W słuchawce jakieś wypociny syczące żądzą zemsty pachną. 

– dobre, no i co?….

– nic, Edek mówi, mamo, do Ciebie….po czym podchodzi Fredzia do telefonu. 

– wiem, co chcesz powiedzieć, mówi Fredzia….nie męcz się…. 

– umrzesz, umrzesz…

– poznaję cię przez ten zniekształcony bełkot ignoranta, Wojtuś….wiem, że masz datki i przygotuj się lepiej….ty też umrzesz, tylko trochę później….pozdrów mamę…

– no i co?, pytam

– jajco, Goly wkuwał swoje datki przez rok, a ona zapytała go o ostatnią lekcję….

– czyli po piątce….kto wręczy?

– Grześ, bo się dobrze prezentuje z Ewą….

–  a potem?

– jak zawsze, skałki  , datki i kolejna zrzutka.

– zbankrutujemy wszyscy, a tetetka?

– poczekamy….i tak musimy jechać do NRD po szyny…w Składnicy nie ma….”

 

Po przeczytaniu tego listu poprosiłam Jacka o wyjaśnienia a oto odpowiedź:

” – Trójka to program 3 polskiego radia dzięki któremu odkryliśmy Beatlesów kilka lat po ich rozpadzie.

-Tetetka to hobby kolejowe miniaturowe takiego rozmiaru. 

-Fredzia to Profesor Alfreda Dobosz – wykładowczyni geografii miała trzy słabości. Jedna zawodowa, jedna sadystyczna i ta trzecia lustrzana.

 

Słabość zawodowa:

Pani Alfreda była urodzoną turystką. W związku z czym wybrała sobie profesję adekwatną do poślubienia Pana jakiegoś pracującego w ministerstwie kultury, czy coś takiego. W związku z czym po każdej podróży przywoziła ze sobą worek skałek, a la scena z “Misia”. No i oczywiście musieliśmy zgadywać z jakiego okresu na przykład pozalogicznego pochodzą te kamienie. No i same tróje.

 

Słabość sadystyczna:

Datki. Zapisana nieobecność. Przepytanie trzy miesiące po dacie w ramach tematu. Uczniowie byli przywożeni ze szpitala na noszach, aby nie mieć datek. 

 

Słabość lustrzana:

To była słabość cudownie pachnąca, bajeczna i kolorowa.  Kosztowała nas mniej więcej dwieście złotych na miesiąc. Po wręczeniu bukietu kwiatów, Fredzia zwykle mówiła. Dziś nie będzie skałek, datek, tylko moja opowieść. Po czterdziestu pięciu minutach zastanawiałem się, czy nie lepiej rzeczywiście wydać na większe bukiety….

 

W końcu znalazłem się po drugiej stronie geografii w Liverpool.

Siedziałem w ławce z kolegą, tu urodzonym, wychowanym itd. od jakiegoś tam zesłanego ( do Australii- przyp. ZK) piątego pokolenia. Nachylam się nad nim podczas wykładów :

– słuchaj, co to jest z tą waszą najwyższą górą – jakaś kozyjosko, czy coś….skąd to się wzięło, ta nazwa,,,,

– nie wiesz? – moja babcia opowiadała, że dawno temu wszedł na tą górę Aborygen z jakiegoś plemienia i tam zamarzł na śmierć. Znaleźli jego szczątki po jakimś czasie i ochrzcili tę górę mianem Kozjosko – czyli tego Aborygena.

Powtórzyłem tę historię wyrywkowo na mieście – większość przytaknęła,

i tak zostałem pierwszym, drugim polskim „Aborygenem „ po Kościuszce.”

 

 

 

Fajny ten list, szczególnie gdy się rozczytać. Nauczycielka  geografii Jacka niezwykła niezapomniana…..

A dla Was Kochani, dociekliwych choć nie za bardzo a przede wszystkim cierpliwych kilka słów o tej górze oraz zdjęć.

Oczywiście z Wikipedii. Przy okazji sama się dowiedziałam. Na wszelki wypadek gdybym usłyszała będąc jakimś cudem w Australii – góra kozyjosko…

 

 

Mount_Kosciuszko01Oct06.JPG

 

Góra Kościuszki Australia. Aż dziw, że tam też śnieg, ale wtedy gdy u nas lato…

TriangułSzczyt.JPG

Triangul na szczycie Góry Kościuszki w Australii

TablicaInfoSzczyt.JPG

 Tablica na szczycie Góry Kościuszki w Australii…

Poza zdjęciami, skrót tekstu z Wikipedii poniżej…..

Góra Kościuszki jest  najwyższym szczytem  Australii ( 2228 m. n. p. m. ), położonym w Parku Narodowym Kościuszki Gór Śnieżnych

 

Odkryta i zdobyta w 1840 roku przez polskiego podróżnika Pawła Strzeleckiego i dla uczczenia pamięci gen Tadeusza Kościuszki jego imieniem.

 

Jednak dla Australijczyków nazwa jest trudna do wymówienia i na klawiaturach nie mają takich znaków jak „Ś”. Stąd ostatecznie używana jest tam nazwa Mount Kosciuszko co w wymowie mieszkańców brzmi „ kozyjosko”

 

I w dodatku prawie nikt nie wie skąd się wzięła taka nazwa. Jak pisze Jacek zwykle myślą o tajemniczych Aborygenach….