Zaproszenie…

Zaproszenie

IMG_2909.jpg Okienko kapliczki w Kołpiei, gdzie urodził się Jan. Zdjęcie od Lory…

 

 

Kochani.

Równolegle  z tym blogiem ( już pięciolatkiem 🙂  od 4 lat prowadzę drugi z pamiętnikiem Teścia i moimi zapiskami na marginesie. Pamiętnik już tam jest,  był wrzucany bardzo dawno,  krótkimi odcinkami, by nie znużyć czytających, ale schował się pod moje Listy do Jana. I w dodatku w wykazie rozdziałów jest rozkawałkowany tematycznie. Bardzo rzadko tam bywam, ale wracam….

Czytanie jest też utrudnione z powodu  formuły blogu. Ostatni wpis  pojawia się jako pierwszy, pod nim przedostatni itd.

Dowiadywałam się jak założyć stronę, ale domeny są płatne a w dodatku nie mam obok siebie kogoś, kto by mi pomógł. Więc jest jak jest…

Myślę, że treści pamiętnika zrekompensują tę wadę. …

      Pomimo tych trudności w płynnym czytaniu całości, jednak ktoś tam dotarł. Całkiem niedawno z przyjemnością i wzruszeniem przeczytałam to, co pod linkiem który mi podrzucił  Janek ( wnuk seniora)  , bo znalazłam tam  cytowane w innych portalach fragmenty Pamiętnika Jana , np. opowieść o obozowej syberyjskiej Wigilii ….

       I dlatego postanowiłam raz jeszcze przypomnieć , tym razem  w nieco obszerniejszych odcinkach.

 

Pamiętnik jest dla nas drogocenną pamiątką, bo Jan był nam najbliższy i bardzo Go kochaliśmy . Był człowiekiem niebanalnym, mądrym, nieustannie przyjaznym wszystkim

( nawet oprawcom)  i zawsze pogodnym pomimo życia, które Go nie oszczędzało.

 

Jan Konopielko żył w latach 1906 – 1985.

 był dzieckiem z wiejskiej ubogiej prostej podwileńskiej rodziny i dzięki niezwykłemu uporowi został nauczycielem.

Zesłany na katorgę w wyniku sfingowanego przez sowietów procesu ,  przetrwał i  wrócił do rodziny po 12 latach.

W Pamiętniku opisuje swoje dzieciństwo, I wojnę światową , nauczycielskie wydarzenia, mord na rodzinie żony  i potem te 12 lat sowieckich łagrów.

To wszystko jest wyrażone w  prostych słowach w  stylu  minimalistycznym , ale nosi takie treści, że kontrast ten poraża.

        Jan daje nam też siłę , bo po przeczytaniu przychodzi myśl, że  człowiek może wszystko przetrwać,  żyć normalnie dalej i zawsze kochać ludzi….

 

 

Zapraszam więc do tamtego świata….może zajrzycie raz jeszcze pod adres:

 

jankonopielkosenior. bloog.pl

 

 

JanTytuł- poprawić.jpg

 Jan , po powrocie z łagrów…

 

Tak było…

Pewnie zauważyliście, Kochani, że przesuwam w czasie ostatnie części Opowieści Sylwestrowej , oddalam , meandruję. Pewnie w podświadomości chciałabym by były jak najdłużej otwarte. Boję się, że gdy opowiem do końca, zamknę , odłożę na półkę wspomnień , ta opowieść  przesunie się w cień i wszyscy o niej zapomną…..ale wtedy wystarczy popatrzeć na zimowe gwiaździste niebo i wróci moje Wielkie zauroczenie…zawsze wraca …

SAM_3131.JPG

 

SAM_3127.JPG

Patek ( 3,5) w kratkowanej białogranatowej koszuli…śpiewa…

 

 

Tymczasem wtłacza się to co tu i teraz. Więc opisuję co tu i teraz.

Dzisiejsza sobota była pełna emocji, że czasu brakło na opisanie tego, co się działo wcześniej.

Właśnie wróciłam z demonstracji KOD.

Tak, moi drodzy, wybrałam się by poczuć puls Polski, mój puls.

Bo to co wokół się dzieje i w nowej TVP jest pokazywane budzi we mnie wielkie zadziwienie, odrazę i ogromny niepokój. Ba, nawet strach. I by ten strach na chwilę zdjąć z ramion , byłam tam, na Krakowskim Przedmieściu. Nie krzyczałam z tłumem, jak kiedyś  E., bo głos mam za mało donośny, ale serce wyrywało się z piersi.  Znajomość z E. , już bardzo bliska zaistniała dzięki  temu co tu wypisuję. Byłam z Tobą dzisiaj moja kochana E. , w Twoim i moim dawnym Poznaniu, pod Uniwersytetem . A potem dalej szłyśmy ramię w ramię. By ocalić….I tak minęła sobota, mroźna, migotliwa bo  rozsłoneczniona i rozpaliła nadzieję….

    Gdzieś w tle zostało to, o czym chciałam napisać wcześniej . Wracam więc do minionych dni. Dni babci i dziadka, na szczęście skomasowanych  w jeden, czwartkowy. Wydarzenia przedszkolno szkolne zawsze miłe są nam bardzo, gromada młodych zachwyca witalnością a poza tym dopiero tam widać, jak rosną nasze wnuki, dzieci się starzeją, ale my stale jesteśmy młodzi. Wiecznie młodzi bo nasycani werwą  potomków…

Rano , przed przedszkolną uroczystością, wylądowałam na Woli, gdzie mieszkają dzieci. Jak zwykle dotarłam przedwcześnie, bo tak mam  i miałam czas na rozmyślania o tym miejscu. To myślenie zawsze do mnie przychodzi, gdy przemierzam ulice tej dzielnicy.  Całe poważniedorosłe życie spędziliśmy na Żoliborzu i tam został sentyment, wzruszenia ale Wola zawsze mnie porażała i poraża. To tu najbardziej odczuwam duchy przeszłości. Nie wiem, czy wracają z krematoryjnych dymów, czy tęsknią za kiedyś swoim  Kercelakiem, gdzie teraz nowe osiedla a przedtem getto…. Nie, nie opowiadaj dalej Łuka ( mój dawny Nick) mówię do siebie. Postanawiam kochani teraz o tym nie pisać, może kiedyś opowiem co czuję będąc na Woli….

    Spaceruję więc pod tym przedszkolem Patka na Woli, smętnie rozmyślam o tym co kiedyś ale szybko wracam do żywych, bo oto już tłumek dziadków tłoczy się przed wejściem. Więc przyspieszam kroku, zostawiam widoczne z dala mury cmentarza żydowskiego i ulicę  Gęsią gdzie słynne więzienie było i atakuję wejście razem z innymi.

Jeszcze kilka kroków i już jestem w epicentrum kłębiącej się dzieciarni.

I ich tańczenia i śpiewania i wypatrywania wnuka , raczej tylko wnuka bo inne dzieci pobieżnie, a potem laurkowania i poczęstunkowania. Jest pięknie! Jeszcze zdjęcie i koniec…

Po południu powtórka z rozrywki, ale poważniejszej, bo szkolnej. Witon jest już doświadczonym  pierwszoklasistą, czuje się tam jak ryba w wodzie. I my z nim podobnie. I jasełka, gdzie on , najbardziej wypatrywany przez nas, oczywiście, królem jest. A potem jeszcze śpiewy zadedykowane dziadkom. Jest super. Atmosfera czysta, jasna i bardzo bardzo miła! Oczywiście laurkowanie, poczęstnukowanie takoż było.

I wróciliśmy nasyceni wnukami i dumą, że są i radością, że są tacy fajni….

A michałowicki  domek czekał  i się doczekał. I też poweselał…..

 

SAM_3163.JPG

 Witon, król środkowy

 

SAM_3208.JPG

 Laurka od Patka, rysunek w środku. A Witona już oficjalne, drukowane…

 

SAM_3216.JPG

 

SAM_3223.JPG

 Jednak musiałam wrzucić tu dzisiejszy wieczorny księżyc….dobranoc….

Opowieść Sylwestrowa ( 8 )

 

W gęstwinie informacji płynących z tzw. publikatorów powodujących tylko lęk, na które w dodatku nie mam wpływu, uciekam w mój świat. Do krainy dawnych czasów, kluczyk noszę przy sobie, zawsze i kiedy tylko zapragnę, otwieram drzwi do przeszłości. To fajny świat, bezpieczny, mój świat do którego zapraszam. Jeśli Ktoś ma ochotę powitam na progu chlebem i solą. …

Dzisiaj spotkałam w swojej przeszłości Kontynuację „ Opowieści Sylwestrowej”. Czekała tam sobie cierpliwie, widać zrezygnowała z walki o pierwszeństwo,  uładzona, wyciszona, pewna  że i tak do niej wrócę. Bo jak nie wracać do tamtych moich niespełna 18 lat i Wielkiego Pierwszego Zauroczenia….

 

parowĂłz Pm26-2 w PoznaniuWikipedia.jpg

To parowóz z naszych czasów, ukochany….zdjęcie z Wikipedii

 

 

   Kiedyś, a było to wiosną, pewnie  późnokwietniową,  tegoż samego 1965 roku, jeszcze przed maturą,  zwyczajowo pojechaliśmy, Rodzice i ja, do Poznania odwiedzić naszych ukochanych Lisiaków. Piszę, że kwietniową, bo  imieniny Józia bywały okazją do naszych spotkań. Już kiedyś tu pisałam  o tej przemiłej, nietuzinkowej i wesołej rodzince kuzynki Jadzi , Jej męża Józia ( oboje już się przenieśli do lepszej rzeczywistości, ich Synów pozdrawiam).

    Jak zwykle listownie ( tylko listownie, pocztowo, bo jak zawsze przypominam, telefony zwykłe, przewodowe były rzadkością , o komórkowych i Internecie nikt w ogóle nie słyszał ) , umówiliśmy się z T. na spotkanie w tym nadal magicznym dla mnie mieście..

Być może, że  czułam się jakoś inaczej jadąc tym dobrze znanym mi pociągiem.  Nie pomnę, co czułam. Ale w tym pociągu było ze mną moje młodziutkie nastoletnie serce , które całkiem niedawno dopiero, pod Bierutowickim rozświetlonym gwiazdami niebem poznało dotyk ust Chłopaka i myślało, że to pocałunki. 

Może miałam w sobie niepokój  oczekiwania, może nie . Może tylko beztroskę którą już dobrze zapamiętałam , kiedy to  trzy lata później znalazłam się  w tym samym pociągu ale podążającym na wschód. Było to 27 maja, w dniu kiedy zrzuciłam z ramion kobylastą farmakologię, wcale się nie przejmowałam, że wiozłam ze sobą  jedyny nie zdany na całych studiach egzamin. To była o zgrozo  filozofia. Gdy po wielu latach patrzyłam jak syn i dwie córki sobie z nią świetnie radzą  byłam i jestem pełna podziwu , że tacy są. Inni, w tym temacie lepsi.

Tak więc  beztrosko sobie jechałam do Warszawy  nota bene z Jasiem prawnikiem , który widząc mnie na dworcu w Poznaniu, wsiadł do tego samego przedziału i spokojnie nawijał  o swoim mieszkaniu dwupokojowym w Poznaniu , porozumiewawczo zawieszając głos. Pewnie coś tam sobie wyobrażał po naszych zupełnie niewinnych spotkaniach i balowaniu w knajpie przy Grochowskiej ( nazwy nie pomnę) . I tak sobie jechaliśmy na mój ślub,  który ( i tu uwaga) miał się odbyć 1 czerwca !.  

Nasz z M. pierwszy ślub był wprawdzie tylko cywilny, co mnie trochę usprawiedliwia, ale jednak. Nie dbałam o ciuchy i w ciągu tych 3 dni tylko dzięki wysiłkom bratowej M.( szacun, Grażyna),  która ganiała ze mną po sklepach kilku dzielnic Warszawy, zostałam odziana od stóp do głów a nawet wyczesana u znanego fryzjera chyba ze Szpitalnej.   

Ale wracajmy do głównego wątku. Był  kwiecień 1965 roku. Pół wieku temu, o Boże mój, a tak niedawno. Wszystko, no prawie wszystko mam zapisane w oczach i pamięci.

Tak więc,  cała nastroszona, przejęta, ustawiona na baczność , albo niezupełnie taka, tylko zwyczajowo wyluzowana, bo tak zwykle miałam gdy stres mnie pożerał w środku albo  tak naprawdę wtedy w ogóle się niczym zbytnio nie przejmowałam, pojechałam z Rodzicami  do  Poznania. Dotarliśmy na ul. Ułańską , lubiłam kamienicę, w której mieszkały nasze Lisiaki. W szeregu innych, niewysoka, przestronna, z balkonem zabudowanym w werandę, by Lisiaki już nie wyrzucały przechodniom na głowę różnych przedmiotów.

Lisiaki nas powitały cieplutko, przygotowały spanie  w dużym pokoju . To był wspaniała rodzina .Taka do zapamiętania na całe życie …

    Chciałam być piękna by się podobać Tomaszowi, ale wyszło jak wyszło. Przecież  mieliśmy się spotkać po raz pierwszy od naszych bierutowickich czasów , tych kilku bajecznych dni. Jeszcze wtedy nie dotarło do mnie, o czym teraz wiem, że Tamto zostało w Bierutowicach. I było tylko Tam możliwe, w tamtej zachwycającej bardzo zimowej bajkowej scenerii . Tak, to co nas tam spotkało to była bajka, tylko piękna bajka.

   Nie wiedząc wtedy o tym, co wiem teraz,  chciałam być jak wspomniałam najpiękniejsza. Wieczorem starannie umyłam włosy i jeszcze mokre nakręciłam na jakieś papiloty . Gdy rozwinęłam toto o poranku i wparowałam do łazienki z wrażenia aż przysiadłam.. Bo lustro pokazało rozczochrańca, strach na wróble byłby przy mnie wyczesanym elegancikiem. Uciekłam od lustra, wróciłam ale lustrzana zjawa nie znikała .

A tak bardzo  pragnęłam być piękna. Jednak jak widać same pragnienia nie wystarczają. Moje włosięta miały naturalną tendencję do falowania a teraz chętnie skorzystały z okazji i wyszło to co wyszło. Miałam na głowinie kłębowisko sterczących na  wszystkie strony pseudoloków. Usiłowałam wyprostować, jakoś przyklepać ale się nie dało. Po wielokrotnych próbach z użyciem grzebienia a nawet wody, do akcji włączyła się w końcu Jadzia, bo mi współczuła a po pierwsze zablokowałam łazienkę , więc kolejka Lisiaków przestępowała z nogi na nogę. Jadzia wtargnęła do środka z zabrała mnie do swojego pokoju ku uciesze podłazienkowej kolejki. Tutaj też  wysiłki ufryzowania  mojej głowy okazały się nieskuteczne i wreszcie się poddałam. Przypomniałam sobie o przepięknej jak nowe czasy, ale tak naprawdę zgrzebnej przepasce na włosy. Sama ją sobie uszyłam z paska Mamy, nadal ją widzę ,była brązowa aksamitnamizerna.  Ostatecznie jednak ściągnęłam w tyle głowy moje nieszczęsne loki jakąś zapinką i pomaszerowałam na randkę .  Ta” fryzura” została uwieczniona na załączonym zdjęciu, które potem zrobił mój Tato. Stoimy sobie z kuzynem, Cześkiem pod poznańską palmiarnię .  Jakże odważnie odsłoniłam swoją dość szeroką krągłą, choć niezbyt dużą twarzyczkę. Dostałam ją w prezencie nie od Taty, który miał szczupłą, powiedziałabym nawet arystokratyczną twarz, ale ja noszę na zawsze  prezent od  górali beskidzkich, od Mamy, 100%  krwi góralki. Takie twarze szerokie widuję na wszystkich nieomal  chrystusikach od Białego Krzyża po naszą Godziszkę. Zawsze na to zwracam uwagę, wpatruję się i z pewną lubością konstatuję, że jestem trochę stamtąd. Z tych Beskidzkich gór, gdzie prapradziadowie i kolejne pokolenia  na cmentarzach pod górami  i Mama tam się urodziła.

    Tak więc kontynuując myślenie, że niedługo wymarzone chyba (?) spotkanie z T. i należy jakoś wyglądać,  ubrałam się w spódniczkę typu koperta, przerobioną spódnicę Mamy z tzw. dobrego wełnianego materiału,  bluzkę mięciutką delikatną , welurową bladożółtawą, jedyną jaką miałam, zakupioną przez Rodziców w poznańskim pewexie ( db pamiętam to miejsce, przy Targach)  i krótką, bezkołnierzową,  chyba brązową ale jak teraz oglądam tamto swoje zdjęcie, chyba popstrzoną jakimś wzorem , marynareczkę  z której ( jak też widać na tym samym zdjęciu) wystawała moja długa szyja z makóweczką na szczycie.

    Tak oto wystrojona z torebką kopertową pod pachą wyszłam na ulicę Ułańską, przechodząc na jej drugą stronę, gdzie był mur chyba już dawno nie istniejących koszar. Ponieważ było jeszcze dużo czasu do umówionego spotkania z Tomaszem towarzyszył mi kuzyn. 

Potem  Czesiek dyskretnie odszedł, i jak znam życie pewnie podpatrywał zza węgła , bo był ciekaw Tomasza. Bo moja tajemnica stała się publiczna. A może nie podpatrywał, kiedyś go o to zapytam, albo nie zapytam J Czekałam. Chyba stałam, a może spacerowałam wzdłuż muru Ułańskiej, nie pomnę.

 I wreszcie zobaczyłam jak nadchodzi. Spokojnymi dużymi krokami, chyba nigdy się nie spieszył. Dystyngowany urodziwy przystojniak z pięknymi mądrymi oczami. Takim Go pamiętam i taki został we wspomnieniach.

 Wtedy mi się po prostu podobał , imponował i onieśmielał. Był wzorcem ideału Chłopaka jak Go określiły kiedyś koleżanki…może inne by chciałyby ,  umiały czarować, oczarowywać, przyciągać, zniewalać, żeby otworzył się i cierpiał i one by cierpiały z lubością. Ale to nie byłam ja. Ciekawe, czy są teraz takie dziewczyny nieśmiałe, zamykające się   

    Nasze spotkanie wtedy  dla mnie Wielkim Wydarzeniem. Ale przywitaliśmy się   oficjalnie.

On nie był wylewny ani gadatliwy, może nieśmiały po prostu, tak dzisiaj myślę.

Muszę Wam, Kochane Wnuki żyjące już w innym świecie, opowiedzieć jeszcze,  że te pół wieku temu, my, młodzi,  nie mieliśmy zwyczaju wylewnego witania się. Żadnych objęć „ na misia” czy czułych cmokań w policzki. Teraz młodzi,  nawet gdy spotyka się grupa, to wszyscy ze  wszystkimi witają się tak samo.

 I mimo, że to już codzienność uliczna, parkowa, monitorowa,  zawsze trochę się zadziwiam, nie gorszę, broń boże, po prostu porównuję nas i Was. Z ciekawością . Bo w naszych czasach podobne czułości byłyby wyrazem jakiś uczuć wyższych niż zwykła koleżeńskość. My po prostu mówiliśmy sobie cześć i tyle. Dobrze, że sobie to analizuję, bo dopiero teraz rozumiem, że nasze powitanie z Tomaszem mieściło się w ówczesnych konwenansach . Takie były zwyczaje. Kiedyś wprawdzie mnie obejmował, ale w zupełnie innych okolicznościach. A właściwie bez okoliczności. Obejmował gdy wracaliśmy nad ranem po nocy sylwestrowej, potem może też. Nie pomnę.

Czytaliśmy dużo, ale był jeden wiersz, który mówił o nas. I był nasz. W tych moich licealnych czasach z wypiekami na twarzy czytywaliśmy, znaliśmy na pamięć, może nie wszyscy ale ja miałam go w pamięci, do tej pory  mam, i   był ze mną, we mnie był stale, powtarzany szeptem w samotności i ciemnościach nocy z zachwytem i ekstazą.

 

Jest to  wiersz Małgorzaty Hillar:

” My z drugiej połowy XX wieku

My z drugiej połowy XX wieku
rozbijający atomy
zdobywcy księżyca
wstydzimy się
miękkich gestów
czułych spojrzeń
ciepłych uśmiechów

Kiedy cierpimy
wykrzywiamy lekceważąco wargi

Kiedy przychodzi miłość
wzruszamy pogardliwie ramionami

Silni cyniczni
z ironicznie zmrużonymi oczami

Dopiero późną nocą
przy szczelnie zasłoniętych oknach
gryziemy z bólu ręce umieramy z miłości”

 

 

 Ten wiersz o nas, był nam wzorcem. Podsumowaniem, określeniem, definicją .  Byliśmy dumni z takiego naszego wizerunku. Jeśli nawet tego nie mieliśmy w sobie, to ulegaliśmy magii ekstatycznej wiersza i byliśmy tacy, by się spełniło to z wiersza….

 

SAM_3041.JPG

Już po „randce” z Tomaszem. Jestem w pełnej „krasie „,obok  kuzyn, Czesiek  Majewski. W tle  poznańska Palmiarnia, którą uwielbiałam na studiach. Tam się często uczyłyśmy z Moniką. Ale to potem. Teraz jestem przed maturą…..kwiecień 1965

 

Zdjęcie-0796.jpg

maj 1965. Zdjęcie przedmaturalne. Ustawiał i fotografowała  pan Łącki, który miał zakład przy ul. Wandy Wasilewskiej wtedy, teraz Sikorskiego. Fryzjer przedtem. 🙂 oj, jak nie lubiłam….

 

     W tym miejscu  muszę zakończyć, bo za dużo kochani czytania. Cd nastąpi

Świat się uśmiecha

 

Napisałam ten tekst wczoraj wieczorem, ale ponieważ jeszcze dzień się nie skończył a uśmiech trwał nie chciałam zapeszać więc dotrwałam do dzisiejszego świtu. I oto jestem z moim pisaniem i Wami, kochani…..

 

SAM_3050.JPG

 

SAM_3054.JPG

Piątkowy wieczór przed michałowickim domkiem. Na pierwszym daglezje i furtka i śnieg oczywiście, także na obiektywie chyba….

 

 

Jeszcze wczoraj było szaro na mojej ulicy Szarej. Myśli kłębiły się w głowie niespokojnie,  wątpliwość pytajnikową przynosiły taką:  po co piszę ten blog i wielokrotnie otwieram drzwi do przeszłości gdzie śpi młodość mojego starego serca. W dodatku zapraszam tam  innych.

Przychodziło smutne myślenie, że komuś się to nie podoba, bo moja gorzowska przyjaciółka gonia milczy jak zaklęta a  stary przyjaciel tak napisał  pod ostatnim tekstem blogowym , że się  zadumałam. Skopiowałam ten komentarz , nie poprawiając literówki z szacunku dla siwej mądrej głowy :  „ Napisałem pamiętnik ale nikt nie czyta,. O uczuciach nie , bo jestem starej daty . Ale teraz wszyscy piszą o sobie, prawdę czy nie to inna spaprawa”.

    Jednym słowem gdy wczoraj mnie odwiedził pan Nastrój był zdecydowanie w złym humorze którym mnie poczęstował . A że nie przepadam za takim stanem i za długo to trwało a w dodatku wsysało jak dawne bagniste Podlasie ( niestety teraz osuszone – przykrość) , aż w końcu zdecydowałam , że trzeba „ wziąć byka za rogi” i rozpocząć samoobronę.

Na ratunek przybył pewien  Promyk, przechowywany przeze mnie w sekretnym miejscu komputera. I gdy sobie o nim przypomniałam, wydobyłam i wyobraźcie sobie, że się udało! Szybko wylazłam z dołka. To jednak dobra metoda znaleźć i otworzyć się na coś miłego.

Tym Promykiem był liścik od mojego wnuka.

A zaczęło się tak :

Przed kilkoma dniami mojej  czwórce  wnucząt ( tylko tej najstarszej, bo pozostała czwórka z racji przedszkolnopierwszoklasowego wieku nie została objęta „ badaniem” ) zadałam następujące  pytanie  w ich indywidualnych kontach fejsbukowych :  

„ Czy przeczytałaś ( -eś ) moje teksty w blogu zatytułowane  ” Opowieść Sylwestrowa” . Ciekawa jestem czy Wy, młodzi też tak mieliście? czy obecne czasy drapieżne, brutalne nie zabierają Wam uroku pierwszych fascynacji?”

Wszyscy karnie J odpowiedzieli, że przeczytali i dalej było tak : Trzy wnuczki w wieku nieco ponad 20 lat pytania napisały tylko :

Piękne, albo Bardzo fajny blog, albo Super się czyta i tyle. Bez odpowiedzi na drugą część pytania. Nie byłam rozczarowana , bo ich życie szaleńczo biegnie do przodu, praca studia, są w związkach, jednym słowem gdzie im do wspominania tego co było. Rozumiem, bo też tak miałam.

I tu pojawił się Promyk, który przepędził mojego gościa jakim był Zły Nastrój. To był  liścik od najstarszego wnuka, który z powagą swojej piętnastej wiosny życia rozwinął temat. Tak  odpowiedział na drugą część mojego pytania :

„ Babciu , na pewno sylwestry w tych czasach nie są takie same . Nie ma już  potańcówek na parkietach tylko raczej w domu imprezy . I na pewno nie ma takich uroków jakie były w twojej opowieści … i raczej na imprezach (przynajmniej w tym wieku ) zna się wszystkich i nie ma efektu „Wow ale super dziewczyna” . Więc trochę nie wiem jak mam porównać jak wy się bawiliście a jak my bo to też różnica wieku . Ty tam byłaś ( w tych Bierutowicach- mój przyp. )w wieku 17 lat a ja mam 15 a to w tym czasie 2 lata to dużo … I na pewno kiedy pójdę do liceum sylwester będzie inny niż teraz bo wtedy będzie efekt „Wow” ….” . 

To był balsam na moje serce, że ten chłopak jest Taki. Niby tylko zajęty fruwaniem z kitem nad Bałtykiem, meczami siatkarskimi ( I liga młodzików!) i pewnie nauką i prywatkami o których sam napisał ,  a tu odpowiedź budzącego się  Mężczyzny . Tak trzymać mój kochany M.! , mądrze i dojrzale. Ładny jesteś chłopak i miły , ale mam też nadzieję, że potrafisz rozmawiać ze swoim Zauroczeniem a nie zaniemówić w takiej sytuacji jak kiedyś Twoja siedemnastoletnia babcia. Wszak rozmowa jest człowiekowi potrzebna jak powietrze.

   Tak oto poczułam smak uroku bardziej intymnego kontaktu z wnukami i upewniłam się, że jednak warto było wrzucać te moje wspominki sercowe do tego blogu. Nawet nie zauważyłam , gdy  Zły Nastrój pospiesznie opuścił progi naszej chałupki..

    Gdy zasiadłam do pisania, nagle wszedł  niespodziewany i bardzo kochany  Gość z zaświatów. To był Jan. Jakże się ucieszyłam z tej wizyty. Jeszcze czuję jego oddech na ramieniu, gdy czyta ze mną ten tekst . Nasz niebanalny Jan ze swoim nieodłącznym szczerym szerokim uśmiechem, który  bardzo rzadko odwiedza starczą twarz. Moja Mama mówiła, że Jan szczerzy zęby. Ale Jemu i oczy się śmiały. O Janie dużo już napisałam  w posłowiu do jego blogowego  pamiętnika .  Jan, to mój teść, nauczyciel, sybirak, który pomimo wielkich trudów życia zawsze kochał młodzież i miał ze swoimi uczniami serdeczny  kontakt . Odwiedzali go w domu, już byli już dorośli , z rodzinami, chcieli pokazać swoje dzieci. Byłam tego świadkiem. Potwierdzali to,  co wiedziałam od zawsze.  Poza normalnymi lekcjami dużo  rozmawiał z młodymi (i chciał też z nami ale niestety nie byliśmy wtedy dojrzali do takich rozmów) o uczuciach, ba  nawet o seksie. Jakaż to była  otwarta i  nowoczesna  głowa jak na  pruderyjne 80 lata ubiegłego wieku!

    I tak powoli mijał wczorajszy dzień trochę szary a potem mniej szary na naszej michałowickiej ulicy  Szarej . Wszystko to,  co napisałam powyżej spowodowało, że szarość zniknęła i niespodziewanie  dziwnie pojaśniał też wieczór . Początkowo niepostrzeżenie , bo pomimo tego  , że lubię spoglądać przez okno nie zauważyłam co się dzieje. Trzy opasłe świeżowypożyczone z biblioteki książki nie wiedząc którą wybrać,  odłożyłam. Bo kątem oka zauważyłam , właściwie trudno było nie zauważyć, bo dźwięk  był ustawiony nieomal na maxa ( no cóż, bywa, że  słuch szwankuje, a tak ma teraz M.) że właśnie  rozpoczął się mecz transmitowany na Polsacie. Ekscytujący mecz piłki ręcznej Polska Serbia. Mecz trwał, a ja znowu odpłynęłam  w przeszłość. Piłka ręczna, toż był to mój szczypiorniak, nawet mam w dłoniach zapamiętanie tej stosunkowo niewielkiej piłki z jej delikatną bo skórzaną skórką . Co prawda wolałam koszykówkę,  tzw.  kosza ale patrząc na szczypiornistów od razu zapachniało mi  moim Gorzowem, Zawarciem, dużym boiskiem przylicealnym  w pięknym parku wiodącym do nietypowego wtedy w kształcie, bo okrągłego, Kościoła przy ul. Grobli. Kościół kościołem, ale najważniejszy był pobliski mu sklepik. Mieścił się w starej, oczywiście poniemieckiej chyba przetrwałej wojnę i powojenne sowieckie spalenie niewysokiej kamienicy. Wchodziło się po ciasnych schodkach. A w zaczarowanym zapachami wnętrzu  sprzedawano gorące drożdżówki. Och te drożdżówki o smaku zapamiętanym na zawsze,  kupowane po meczu i zjadane w pędzie by zdążyć na następną lekcję…

         Dopiero późnym  wieczorem zauważyłam, że obudziła się Pani Zima i stąd owa niespodziewana jasność wieczoru. Widać  lubi ona bezsenne  pracowite noce, bo pod jej kierunkiem  Chmurzaści  Podwładni  uwijali się gorliwie. I wkrótce nieśmiały pojedynczopłatkowy śnieg rozwinął się w prawdziwą zadymę.

Wyszłam tedy zwyczajowo przed dom. Błogosławiony ten podwarszawski domek który nam wyrósł na starość. Ponad 30 lat niewoli spędzonej na 8 piętrze żoliborskiego wysokiego bloku upoważnia mnie do  takiego sformułowania jak w poprzednim zdaniu. Tu mogę wychodzić przed domek, kiedy tylko zapragnę. Tylko jeden schodek, bo tak chciałam , dzieli mnie od ziemi i mam przed sobą mazowiecką równinę , melancholijną wprawdzie, ale przerywaną radośnie drzewami rosnącymi jak na przysłowiowych drożdżach. Takie mi przyszło porównanie, bo właśnie w domku kończy się program maszyny do pieczenia chleba i otacza nas zapach nieporównywalny z innymi na tej ziemi-  zapach  świeżo upieczonego chleba- szkoda, że nie mogę Was poczęstować.

      Późnowieczorny wczorajszy wiatr wspomagał jak mógł zadymę .

Stałam na ganku i patrzyłam na ten pierwszy wielki śnieg 2016 roku. Jeszcze czuję na twarzy wczorajsze jego drobne, ale gęsto pędzące z wiatrem , lepkie i zimne płatki.

Potem nagle ciemna cisza nastała  z lśnieniem bieli na przydomowych drzewach, bieli narastającej i coraz bardziej wszechogarniającej.

Pomimo porannych szarości Szarej i odwiedzin Złego Nastroju a także  późniejszych emocji meczowych razem z tym śniegiem przyszła spokojna noc.

              A rano , rano już cały Świat się uśmiechał…. 

 

SAM_3083.JPG

 

SAM_3077.JPG

 

SAM_3082.JPG

 

SAM_3085.JPG

 

SAM_3089.JPG

Mój michałowicki uśmiechnięty porannosobotni świat . Tak wygląda ul. Szara zaledwie 15 km od PKiN. I ganek i daglezje, które nam niespodziewanie wyrosły, bo przed 10 laty miały chyba 80 cm wzrostu.

 

 

Opowieść Sylwestrowa ( 7 )

tapeciarnia.jpgHiacyntowe pole, pewnie holenderskie . Zdjęcie z wikipedii.

 

Dzisiaj po dłuższej przerwie wracam do Opowieści Sylwestrowej. Ona już czeka , niecierpliwa, chce bym wreszcie wszystko zapisała, ryzykując , że może być to dla Was, kochani mało ciekawe i nawet nie osłodzone pikantnymi szczegółami. Takich szczegółów po prostu nie było. Tłumaczę się na wstępie, by uprzedzić Wasze ziewanie. Więc kto nie chce, niech nie czyta.

     Ale ja sobie opowiem, bo to moje. Pierwsze, najpiękniejsze, najniewinniejsze bielutkie jak śnieg zauroczenie i bardzo nieśmiałe.  Zauroczenie Tomaszem .  Z niedawną czułością Jego objęcia  i dotykiem ręki. Jeszcze zanurzone w  mroźnym  pięknie Bierutowic zaklętych w księżycowolśniący strumykowy lód….

I  taka sobie byłam w moim rodzinnym mieście,  Gorzowie , gdy za oknem  już pachniało wiosenne błoto 1965 roku.

Moje niespełna 18 lat, też pierwsze i jedyne w życiu, niedługo matura a ja wypatruję listów od Tomasza.

I któregoś dnia listonosz wsuwa przez szparę w drzwiach , specjalną, ozdobną z miłą klapką, bez skrzynki jakie  teraz widujemy, różowawą a może białą kopertę . Moje ucho jest wyczulone na takie szelesty i stukot klapki więc  wyskakuję ze swojego pokoju i biegnę przez mroczny obszerny korytarz by uprzedzić Mamę, która jeszcze wtedy była rącza. Nie mam przed Nią większych tajemnic, ale muszę być pierwsza. Pierwsza , by dotknąć tego, co być może trzymał w dłoni Tomasz….

I jest ,  jest list od tego tajemniczego chłopaka z Poznania.

Nie otwieram od razu. Ukrywam się w swoim pokoiku i pochylona nad biurkiem oglądam kopertę. Pismo na niej drobne chyba i równe. Przychodzi wzruszenie i zaraz potem zadziwienie, bo koperta pachnie. Chyba pachną jakieś  kwiaty . Niezbyt wtedy popularne w moich stronach, ale chyba znajome. Powoli  otwieram kopertę i wyjmuję z nabożeństwem pocztówkę. Chyba nikt z młodych sobie nie wyobrazi mojego zachwytu. W obecnych czasach gdzie przesyt kolorów, kształtów, faktur pocztówkowych widokówek już niewiele potrafi zachwycić. Wtedy, przed ponad pół wiekiem to było COŚ NIEZWYKŁEGO. Aksamitna w dotyku a jednak lśniąca z widoczkiem zatopionym w istnym  łanie barwnego kwiecia. To były hiacynty, pole hiacyntów. W dolnym rogu pocztówki odkryłam  niewielką  miękką niby poduszeczkę spod której  najbardziej pachniało . Zachwyt, nieustający zachwyt i oglądanie i chowanie w szufladzie i wyjmowanie z szuflady tajemne by nikt nie widział i wąchanie. Tak było. Aż wreszcie któregoś dnia weszła do pokoiku Mama i nakryła mnie gdy tkwiłam w rozmarzeniu. Pewnie i tak bym tę pocztówkę pokazała, ale teraz to nastąpiło nagle. Mama też ją podziwiała i zapytała, czy odpisałam. I wówczas sobie przypomniałam, że nie. To nieładnie. Dziewczyna dobrze wychowana odpisuje na listy. Tak pouczona, zasiadłam do dzieła.

Nie było łatwo. Bo to miał być pierwszy w życiu list do Chłopaka. Tak, wnuki kochane, wtedy pisało się listy papierowe i przeżywało te pierwsze…

I widzę siebie w dużym gorzowskim pokoju, oświetlonym słońcem wyskakującym spoza wielkich wykuszowych okien. Mieszkanie jest służbowe Taty, bo był naczelnikiem oddziału drogowego PKP, co w Gorzowie było najważniejszym stanowiskiem, ładne, przestronne. Trójskrzydłowe drzwi otwarte do sypialni rodziców . Szeroki oddech. Tutaj pianino, trzy obrazy olejne  przedwojenne, wileńskie i  dwie akwarele   namalowane przez  Tatę w 1932 roku. Rozłożysty tapczan także z mieszkania wileńskiego. To wszystko przywiozła Mama w wagonie towarowym, który był im domem przez długą podróż do wymarzonej Polski. Bo tam nastał  inny kraj, język, obcość. Poza Mamą przyjechał starszy brat- Zenon, bo Wacuś został na miejscowym cmentarzu a Tata spędzał czas wojny w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen koło Berlina…. W dużym pokoju, w którym właśnie siedzę,  poniemieckie dość ładne połyskliwe meble, duży stół centralnie ustawiony, wokół stołu krzesła. Ale pora już przestać się rozglądać , rozmyślać. Bo muszę napisać list…

Mam to w oczach, pamiętam miejsce przy tym stole, gdzie zasiadłam by odpisać Tomaszowi , podziękować za pocztówkę, jakiej nigdy nie widziałam. A ponieważ  w tym pokoju było  też jedyne w domu radio z zielonym filuternie mrugającym okiem ( takie zabytki można  obejrzeć w muzeum lub w  necie), więc słuchałam niedzielnego południowego koncertu życzeń. Muzyczka ta pewnie prymitywna ale serdeczna jest tłem i świadkiem, kiedy to piszę list do Tomasza. O czym piszę,  nie pomnę, chyba są to pretensjonalne, drętnawe wynurzenia licealistki. Pewnie coś o tych piosenkach piszę, które wydobywają się z radia.. Jak mogę o nich pisać do Chłopaka, którego światem jest Prawdziwa muzyka. Zresztą też grywam na pianinie jakieś bardziej ambitne utwory, a tu ckliwe naiwne piosenki.  Lepiej nie wiedzieć co On sobie o mnie wtedy myślał….

Gdy list w moim pojęciu dojrzał, został starannie zachomikowany w kopercie i następnego dnia uroczyście wysłany.

Wybaczcie, że wpadłam  w ten swój teraz już postpensjonarski styl, ale właśnie takie klimaty… … 

Tym pierwszym w życiu zauroczeniem porażona, chowałam swoją dość wesołą i bezpośrednią naturę pod  maską dziewczyny bardzo poważnej, bezuśmiechowej i pewnie bardzo nudnej….

I gdy tak rozmyślam nad tamtymi czasy i nad sobą, nagle słyszę głos. Spoglądam w kierunku, skąd dochodzi. Widzę tam moją Wagę, stale mi towarzyszy, a na jednej z szal siedzi człeczek i to on mówi:

Dość samobiczowania babciu, wiem, że to twoja natura i twój zawód, by analizować, rozważać, ale przecież byłaś całkiem fajną licealistką. Niebrzydką, dość zgrabną zielonooką. Sportami, recytacjami, konferansjerkami, kinem, teatrem i książkami zajętą. A że nie przeżyłaś z Tomaszem czegoś więcej, może i lepiej. To los chciał, by to co było pomiędzy wami, tak bardzo młodymi,  pozostało piękne i czyste….Słucham, lubię słuchać takich własnych wewnętrznych polemik…fajnie mi tak….

 

HiacyntyE-ogrĂłdek.jpg

.Zdjęcie z netu.. 

 

 

 

 

Nadążyć za Jackiem Dehnelem.

I przerwa w Opowieści Sylwestrowej się wydłuża, bo przyfruwają inne tematy i bardzo chcą się tu znaleźć. Tak mam, jakiś wewnętrzny imperatyw przychodzi z którym nawet nie usiłuję walczyć. Ale potem wrócę do tamtego, co rozpoczęte czeka. Pewnie tamto wspomnienie będzie już wypłowiałe, ale to nic…..

     Przed kilkoma dniami zadzwoniła Grażyna ( bratowa Mirka ) i otrzymałam od Niej „ głaski”. To ponoć określenie psychologów, jak mówi mój rodzinny, najmłodsza córka Paulina. Głaski są potrzebne, by żyć i czuć się dobrze. Oczywiście mogą być fałszywe głaski, ale nie chcę tak myśleć, odrzucam także teraz takie myślenie o tym co powiedziała Grażyna- Że lubi moje miękkie teksty w blogu ( bezwartościowe w mojej ocenie pisanie )  że czyta i coś Jej to daje. Chcę Jej wierzyć. Było też w rozmowie z Nią o książkach. Kiedyś butnie utworzyłam tu rozdział pt. Książki. Dużo czytam dzięki ukochanej michałowickiej bibliotece i przemiłym Paniom ( ukłon i podziękowanie w Ich stronę) , bo wyjmują książki z regału i mówią, że to dla pani….Potem się zacukałam, jak mawiają niektórzy i przestałam pisać o książkach. Bo wszak krytykiem nie jestem ani znawcą literatury. Nie mam prawa. Ale Grażyna mnie wsparła i namówiła. Pisz jak czujesz, tak też można. Ona jest osobą fachową, oczytaną, zorientowaną, dla mnie „ z wyższej półki” i w dodatku przez wiele lat była redaktorem PWN- wyjaśnienie dla młodych- bardzo poważnego Państwowego Wydawnictwa Naukowego. Tak więc gdy Grażyna mnie” głaskiem „ ośmieliła, piszę…. Tym razem będzie  o „Dzienniku roku chrystusowego” Jacka Dehnela.

 

 DehnelOkładka.jpg

Jacek Dehnel upozowany na Autoportret Rembrandta…

 

 

Dzienników nie lubię czytać. Nie czytam bo nie lubię. A może nie lubię bo nie czytam. Przyznam, że nawet próbowałam Dąbrowskiej, Iwaszkiewicza a nawet Mój wiek Aleksandra Wata. Za trudne dla mnie, za dużo wiedzy której nie ogarniam. Niestety dziesięciolecia spędzone z „literaturą „ medyczną są stracone dla rozwoju. Może też natura nie dała mi pamięci do szczegółów: nazwisk, wydarzeń historycznych itp. Już na wstępie się w tym gubię …

Tym razem okazało się inaczej. Zabrałam się za Jacka Dehnela”  Dzienniki roku chrystusowego”. Dehnela lubię po jego Lali, Saturnie i Matce Makrynie. I teraz mam za swoje. Galopuję za nim, usiłuję dopędzić tego 33 letniego młodzieńca i dostaję zadyszki. Jego dni wypełnione po brzegi. Może, gdybym kiedyś opisywała  swoje też by tak było. Oczywiście się nie porównuję, bo porównywanie tych dwóch jakości i smaków  życia  byłoby świętokradztwem w stosunku do Dehnela.
I Dehnel pędzi przez ten swój wiek chrystusowy, młodzieńczy z urokiem i wdziękiem. Czego tam nie ma. Zmiksowane w każdym dniu . Złe określenie, zmiksowane. Tylko dobrze wymieszane tak jak się działo. Codzienność jedzeniowa, knajpiane barowe i wytworne międzynarodowe smaki, widać, że lubi się tym delektować , stroje, przebrania, szczegóły remontu starej pięknej kamienicy , spotkania autorskie w kraju i zagranicą różne, czasami z jednym słuchaczem który śpi albo w ostatniej chwili ucieka, bo okazało się, że to nie ten pokój do którego miał się udać. Czasami dyskusyjne, szerokie.

Życie w pociągach.

Podróże, barwne szczegóły pejzażu, kraje ( dla mnie niesamowite o Islandii i Indiach ) i miasta, które aż chciałoby się zobaczyć oczami autora, porównać z własnym oglądem  a może podyskutować . Oj, gdybym była młodsza, pojechałabym Jego śladami z kopią tego co napisał. Ale tak nie będzie już, pozostaje klimat w oczach i pamięci.

 I są tam ludzie, ludzie których i tak nie znam i nie poznam. Obcokrajowcy wpisani w swój krajobraz i spotykani w Polsce, nieznajomi z pociągów i przyjaciele . Czasami tylko ich inicjały, dla znajomych z tej Dehnelowej śmietanki pewnie do rozszyfrowania.

Ładnie o pisaniu Pawła Huelle ( lubię ), źle o Ninie Andrycz. I Brzydko , czego nie lubię, o „Ostatnim rozdaniu” mojego ukochanego i bardzo szanowanego Wiesława Myśliwskiego. Dlaczego? Pewnie szczerze, ale do bólu . Nie lubię tak, nie ma niczego o tej książce, co się podoba Dehnelowi . Jednostronna, prześmiewcza nawet opinia. No cóż, młodość krytyczna, bezkompromisowa. Skąd ja to znam. Jakieś cienie z przeszłości się kłaniają. Ale teraz myślenie, że przecież zawsze można znaleźć pozytywnego, choćby dla równowagi. Tutaj moja gwiazda przewodnia- Waga się kłania. Ale tu Dehnel nic dobrego o Myśliwskim . Szkoda. I pozostaje pytanie, czy młodzik 33 letni może zrozumieć dobrze , odczytać myśli, rozważania, problemy  86 latka jakim jest Myśliwski. Czy ma w ogóle prawo oceniać ?

I wracając do  ksiązki o której miało być. Coś innego. Dehnel ciepło o Pietii  , od 10 lat ich związek i czułość . Nie ma o seksie, więc nie myślę. Tylko romantyczny homoseksualizm. Zero  brutalności, brzydkich słów i określeń.  Tylko przytulanie i bliskość, przyjaźń, wspólne zainteresowania. Ładnie. Powoli przychodzi do mnie zrozumienie, że  może być prawdziwa miłość do osoby tej samej płci .

I do tego bystry ogląd świata. O polityce i zakłamaniu kleru z czym się w pełni zgadzam . Aż dziw, że tak zapędzony nadąża, widzi, komentuje. No, cóż młody jest po prostu.

Poza tym ta  książka jest pełna muzyki .  Zanurzenie w muzyce. Zakochanie w niej od dzieciństwa. I  zrozumienie muzyki, podobnie jak malarstwa, ubiorów.

Oj, czego nie ma w  tym „ Dzienniku roku chrystusowego” Jacka Dehnela.

    Jednym tchem trudno wymienić, bo zadyszka moja wiekowa się włącza. Ale brnę przez tę lekturę i czuję powiew młodości, skrzydło jej mnie muska . Nie drażni mnie niejaka zarozumiałość autora. Dużo już w życiu zdziałał , poezje, portale, organizacje,  nagrody, powieści , więc ma prawo. Do tego prawo nieomylnej  młodości . Tu znowu moja wrodzona wyrozumiałość, a może starcza, się włącza. Ale nie drażni mnie jego pewność siebie. Jest miły.

Ciekawe jaki będzie jego dziennik np. osiemdziesięciolatka, no może siedemdziesięciolatka , jeśli taki napisze .

Ale jedno jest pewne, że  już tego nie przeczytam…..Na razie  jest dobrze…..

 

800px-Jacek_Dehnel.jpg

Jacek Dehnel sprzed kilku lat. Zdjęcia z Wikipedii….pewnie takie lubi Jego matka. Sam pisze, że krytykuje te upozowane…

Na marginesie Opowieści Sylwestrowej (6)

ja tyłem, ew awatar.JPG

 

 

 

Kochani, wiem, że czytacie to co wypisuję. Dzięki za maile w których swoje podobne wspominki wrzucacie. Miło, że mamy tak samo. Czas wszystko wybiela, uszlachetnia nawet, a wydarzenia z przeszłości, jeśli zostają w pamięci , oglądane  z dalekiej nieomal kosmicznej perspektywy są zwykle piękniejsze niż naprawdę były.

    Żyłam w wielkim pędzie, nie było czasu ale i potrzeby, by oglądać się do tyłu. Wszystko się działo tu i teraz i stale otwierało się nowe jutro. Studia, potem  stałe dokształcanie się , prace naukowe, doktorat, jakieś programy badawcze, ponad 20 kilometrowe dojeżdżanie z Żoliborza do CZD w Międzylesiu dwoma lub  trzema środkami komunikacji. Często nie dawało się wsiąść do sławetnej F , pospiesznej linii autobusowej wtedy tak nazywanej bo już z Woli jechały tłumy cuchnące czosnkiem , „ wczorajsze”.  I tak było przez  moje ostatnie 25 lat pracy. Tam już czekali pacjenci, bo dojeżdżali z daleka i pociągi wyrzucały ich na warszawskie dworce, potem ładowali się  do autobusów, z tobołami, bo trzeba było ciuchy jakieś zabrać, jedzenie , leki dla dzieci.

Dzielni rodzice małych moich pacjentów, wiele matek powinno zostać świętymi, bo często tatuś nie wytrzymywał choroby czy niepełnosprawności swoich dzieci, trudów z nimi życia, nie mógł patrzeć, że potomek  i opuszczał rodzinę. Tu pozdrawiam rodziców Czarka i Michasia Ś. Słów brakuje, by Ich nazwać. Dzielni, to za mało. Dziękuję Im za pamięć, za piękne kartki z życzeniami na wszystkie okazje, o pamięć hodowaną przez ponad 10 lat . Cóż mogę im napisać. Żadnych słów pocieszenia bo nadziei nie ma . Tak więc wysyłam kartkę z widoczkiem Warszawy i życzę im Siły….Tylko Siły…

Tak więc żyłam  sprawami pacjentów  ich życiem , myśleniem o nich.

Równolegle  toczyło się moje . Rodzina, czworo dzieci, dom czy wreszcie czas kradziony na teatry, kina, czasem książki beletrystyczne i jakieś podróże. Gdy myślę o tamtych  czasach, to wydaje mi się, że oglądam życie innej kobiety, która to dźwigała i dała radę.

   Teraz pełen luz emerycki, czasem opieka nad wnukami, spokojny ogląd dookolnego świata i pora zaglądania do przeszłości. Tak mi przyszło, dane mi było dożyć tego wieku i Wam kochane Wnuki tak przyjdzie, kiedyś, za dziesiątki lat….życzę Wam tego, bo to fajny okres w życiu. Spełnienie , spokojne oczekiwanie na koniec życia. Ale wspomnienia ratują przed myśleniem o końcu, przed lękiem. Tak więc pielęgnujmy wspomnienia, niech w nas żyją, rozkwitają nawet. To bezpieczne… i dlatego piszę sobie i Wam , snuję te opowieści z przeszłości o kolorach uczuć….takie pisanie pomaga ….

 

Przerywnik.

Ten tekst napisałam trzy dni temu, ale dzisiaj dopiero wrzucam, bo jakoś wczoraj nie było okazji. Tamto wspomnienie miłe sercu ale jestem tu i teraz. I codzienność chociaż monotonna, też ładna przez swoją zwyczajność. Tak więc zapraszam w tę moją codzienność.  Potem wrócę do  tamtego tematu by go zamknąć, zapewniam…..

SAM_3011.JPG Trzej Królowie w 2016 roku przynieśli takie niebo, uwielbiam takie

 

Czytam dzisiejszą  Wyborczą, którą sobie przyniosłam z michałowickiego sklepiku . Każda tam wyprawa to los na loterii, albo dowieźli albo nie dowieźli. Dlatego muszę tam zapuszczać swoje kroki, co nie jest po drodze do centrum tego „city”, gdzie już w jednym kiosku na pewno dowieźli. Więc drepczę w tym ogromniastym minus szesnastostopniowym mrozie opatulona jak na Syberię, smrodu dymów wydobywających się z wielu kominów staram się nie wdychać, co przy fizjologii człowieka mającego płuca nie jest zadaniem łatwym, ale za to słońce świeci cudnie, świat pobielony mrozem też ładny. Jednym słowem żyć nie umierać. Nawet kosy dość licznie się pokazują, mieszka ich tu dużo jak widać, przysiadają na ogrodzeniach albo trawie pobielonej, łypią oczkiem błyszczącym w aksamitnej czerni piór, soczyście żółtym dzióbkiem kuszą i jak ja też wyraźnie cieszą się słońcem. Tylko oczka moje już nie takie bystrzutkie jak kiedyś, infekcją powleczone, ale widzą dookolny świat, I jest dobrze.

 Tak więc po tym ok. kilometra liczącym kółeczku docieram do wymienionego na wstępie sklepiku , wchodzę w kłębach pary do  dość mrocznego wnętrza z nikłym ciepełkiem , bo pan właściciel przesadnie nie ogrzewa i dobrze. Zerkam na półkę łowieckim okiem i widzę. Jest Wyborcza. Udało się. Dowieźli. Upolowana. Jeszcze jakieś drobne zakupy, bo wszak jutro święto Trzech Króli i wszyscy świętują, znowu, bez pamięci i radośnie. Przedszkolaki już przedszkolakują, ale uczniowie jeszcze na łasce lub niełasce rodziców w domu siedzą. Bo ferie Bożonarodzeniowe i Noworoczne  długie jaki diabli. Kto to wymyślił? Niejaki Kropiwnicki będący kiedyś prezydentem Łodzi poddał myśl, a politycy ochoczo temat kupili. I oto mamy nieustanne grudniowostyczniowe święta. Boże Narodzenie, Nowy Rok , kalendarz łaskawie dodał weekend i to jutrzejsze święto na dodatek nadchodzi. Może należy się cieszyć, że nowe władze mamy, bo jest szansa na kolejne dni wolne od pracy i nauki-  Miesięcznice Smoleńskie. To dopiero będzie raj!

     Jeszcze po przyszkolnym placu zabaw, który całkiem niedawno powstał na pustym chwastowym polu dzięki funduszom unijnym ( tak tak dzięki) wydreptuję drugie kółeczko potem dziergam trzecie do apteki i tak zostawiając za sobą iście koronkowy ślad wracam na ul. Szarą gdzie już majaczy w tle  nasz domek przysadzisty, chałupiasty, zgniłozielonodachowy, słodki i zgrabiałymi palcami otwieram furtkę .

    I oto jestem. Tutaj rozkosz, bo ciepło miło, słonecznie. Pachnie chleb, który wypiekam co ranka. Maszynę odpowiednią kupiłam niedawno. Średniodroga Tefala, ładna, nie szpeci kątka kuchennego bo czarno srebrzysta i w dodatku super. Jest. Wsypuje i wlewa się składniki a ona wykonuje pracę od A do Z.  Początkowo wydaje supermlaszczące dźwięki, gdy miesza ciasto. Delektuję się tym odgłosem, bo nie cierpiałam ugniatania ciasta. A teraz mam maszynę i świeżutki chlebek. Myślę wtedy o Tacie goni, który był pierwszym piekarzem po II wojnie światowej przyjechawszy z Inowrocławia do Gorzowa. Jeszcze brakuje mi ziaren czarnuszki, by zapach dzieciństwa poczuć. Ale muszę poszukać w Warszawie, na pewno gdzieś znajdę. Poza tym kanapa czeka okulary i gazeta. I czytanie rozpoczynam. I cóż widzę w dodatku do Wyborczej Nauka dla każdego. Coś fajnego tam znajduję i z przyjemnością sobie czytam….I tak pełznie mój dzień z szybkością wprost proporcjonalną do wieku. Zatrzymać taki czas….

 

SAM_3002.JPG

 

SAM_3003.JPGWczesnostyczniowy 2016 roku świat za naszym michałowickim oknem….

Opowieść Sylwestrowa (5)

 

 

4aa733de8d1ce_o,size,933x0,q,70,h,aded52.jpg

Pogrzebałam w necie i znalazłam bardzo stare zdjęcie pana Kurczewskiego i jego chóru. Ale Tomasz, jeśli na nim był, to pewnie gdzieś z tyłu po lewej…

 

 

Tomasz, moje pierwsze zauroczenie.

Bo to chyba nie było zakochanie tylko zauroczenie, fascynacja. Otóż chłopak ten nazywał się Tomasz W. ( tak jak mój dziadek!) , był studentem pierwszego lub drugiego roku AM w Poznaniu , śpiewał w grupie basów chóru Kurczewskiego i jednocześnie był opiekunem młodych, bo taki mieli system w zespole. Spotykaliśmy się codziennie, zwykle wieczorową porą, gdy już jego mali chórzyści zmęczeni nieustannymi próbami szli spać a my wróciliśmy z wycieczek.

 Kiedyś siedziałyśmy w swoim pokoju i wtedy starsze dziewczyny a w tym Grażyna A. powiedziały, że właśnie idzie szosą. Wyjrzałam. Szedł sam, jak zwykle dużymi spokojnymi krokami nieco przygarbiony, z nausznikami na czarnej czuprynie czyli właściwie z gołą głową pomimo iście syberyjskiego mrozu.  Jak powiedział potem, sam się wybrał na Śnieżkę i wieczorem wracał.  Dziewczyny właśnie wtedy powiedziały, że mi zazdroszczą, że najprzystojniejszy etc. Ja byłam niewzruszona, nieprzyjęta, ot zwyczajność była dla mnie. Coś naturalnego.

Potem był koniec obozu, klimatyczny występ chóru i bal na pożegnanie . Rozstanie. Żadnych dziewczyńskich łez, czułości, przytulań. Wymiana adresów, bo nawet zwykłe kablowe telefony w tamtych czasach były rzadkością. Wnukom muszę wspomnieć, że w tym 1965 roku nikt nie słyszał o telefonach komórkowych czy o Internecie. Niemożliwe, prawda?

Gdy przyjechałam do Gorzowa, Mama chyba poznała , że coś mnie trafiło. Opowiedziałam o Tomaszu, oczywiście bez zbędnych szczegółów. Po kilku dniach przyszedł od niego długi list już nie wiem jakiej treści, zapamiętałam tylko, że  bez żadnych wyznań, ale tego wcale nie oczekiwałam, list chyba był miły a ponadto wypadło z koperty  małe legitymacyjne zdjęcie. Był śliczny. Spełniał wszystkie kryteria wybrańca które podawały moje starsze koleżanki jeszcze w trakcie zimowiska. Był wysoki, szczupły  czarny. A w dodatku miał piękne oczy i inteligentne spojrzenie. I to by było na tyle.

Nigdy potem już nie zwracałam uwagi na urodę i wzrost człowieka z którym się spotykałam. Byłam nasycona i jakby spełniona tym pierwszym zachwytem.

A po 3 latach od tamtego spotkania wyszłam za mąż za człowieka będącego przeciwieństwem tego ideału. Ale za to miał serce na dłoni, emocje pięknie wyrażał i od razu mieliśmy wspólny rytm porozumienia, rozumienia, radości i wrażliwości. A do tego miał wielkie niebieskie  oczy z zaraźliwą energią z nich bijącą. Uległam i już od 48 lat jest tak samo…

 

Zdjęcie-0791.jpg

 

Opowieść Sylwestrowa ( 4)

Dzisiaj przed świtem jeszcze, wyszłam przed domek. Mróz wielki panował a na ciemnym niebie jeszcze lśniły gwiazdy. Pomyślałam, że jest tak jak wtedy. Nic się nie zmienia, tylko nas już tamtych nie ma. I wtedy przyszło do mnie pytanie.  Dlaczego opisujesz to, co było tak dawno, że nieprawdą się zdaje? I przyszła też odpowiedź: dla siebie piszesz, by utrwalić tamten czas i  zamknąć tamte wspomnienia. Ale też dla wnuków piszesz, by wiedzieli że ich babcia , co dziś jest zupełnie niewyobrażalne, była kiedyś zwykłą dziewczyną. Może taką jak oni, może trochę inną bo świat się zmienia. I wracam do moich siedemnastu lat. lat niewinności i pierwszych wzruszeń serca…

 

Leśny Zamekzimastare.jpg

Pocztówka z netu. Sudety-Karkonosze. Śnieżka po prawej,Leśny Zamek gdzie  przed pół wiekiem przyszło do mnie pierwsze oczarowanie. Jedyne takie….

 

Nad ranem wyszliśmy z Leśnego Zamku , a On mnie odprowadzał. Byliśmy sami, tylko my, nie wiem gdzie się podziała reszta moich kolegów. Szliśmy bardzo wolno pod wielkim bardzo rozgwieżdżonym niebem, po skrzypiącym śniegu obok zamarzniętych przejrzystych kaskad potoku, w których odbijało się  światło księżyca, wśród migotliwych srebrnych lśnień, i gwiazd zawieszonych daleko i szeroko na czarnej sukni  nocy. Byliśmy sami pod tym niebem, zamknięci jak w zaczarowanej szklanej kuli.  

Objął mnie ramieniem jak później nikt. Pewnie potem też tak bywało z kimś innych. Ale to był ten pierwszy raz. Siedemnastoletnie moje zauroczenie. Co kilka kroków stawaliśmy przytulając swoje twarze i całował mnie, ledwie dotykając ust. Nie czułam żadnej namiętności, motyli w brzuchu, nawiasem mówiąc nie bardzo wiem jak i co się wtedy czuje, galopady serca ani porywów szaleńczych nie było. Było  tylko nieznane mi jeszcze piękno bliskości  i spokój.

Był też spokój i przejrzyste lodowate piękno przyrody, gór śniegiem zasypanych ze Śnieżką zadumaną, z nitką  wijącej się szosy i zamarzniętych strumyków, i łagodnie spływającego z gór nocnego Karpacza . I tej ciszy i tego piękna i tamtych pocałunków, które trudno nazwać pocałunkami nie zapomnę. Wracają do mnie , już stareńkiej tamte dni jako coś bardzo pięknego dziewiczego, jedynego w życiu…..