O czym szczyrka Żylica.

SAM_7160.JPG

Zdjęcie z  fotografii zawieszonej wśród innych , pięknych, na ścianie kawiarni w Szczyrku ( nazwy nie pomnę , znajduje się przy głównej ulicy nieopodal odbicia do Biłej). Tutaj Żylica jeszcze ma nie uregulowane brzegi…

 

 

 

Gdy już równina mazowiecka przede mną i dudni Warszawa w dali ja jeszcze słyszę jak szczyrka moja Żylica.

Zostało we mnie to pierwsze, jeszcze dziecinne  zakochanie w tej górskiej rzece i trwa, czasem przytłumiane codziennością.

   Ponoć została nazwana Żylicą bo przypominała góralom wielką żyłę  która zbiera wody  źródeł i strumyków wypływających  z Malinowskiej góry i przełęczy Salmopolskiej  na wysokości ponad 900 m.n.p.m. . Jest szeroka jak na swój dość krótki bieg, bo po pokonaniu 23 km  wlewa się do  położonego na poziomie 341 m. n.m. sztucznego zbiornika retencyjnego na Sole zwanego Jeziorem Żywieckim.

Rzeka ta płytka i przejrzysta gdy bezdeszczowo , po nawet niewielkich opadach  natychmiast przybierająca groźny , mętny i rwący wygląd . Potrafi być groźna i kapryśna. Pewnie pamięta gdy wiele szkód wyczyniała w czasie powodzi. W czasach współczesnych , wielokrotnie niszczyła dolny Szczyrk a w czasie największej współczesnej powodzi w tym rejonie, w 1958 roku jej poziom w Rybarzowicach osiągał aż 310 cm, w 1970 roku zniszczyła większość mostów w swej dolinie, uszkodziła most kolejowy w Łodygowicach , rozmyła na szerokość kilkudziesięciu metrów przyczółek betonowego mostu drogowego w Zarzeczu.

Za karę  jej koryto w znacznej części ludziska  uregulowali. W Szczyrku, który od jej szczyrkania został nazwany,  oglądałam betonowe dziurkowane kraciasto kajdany założone na brzegi tej rzeki A ona pomimo zniewolenia nadal   szczyrka sobie wśród gór, bawi się z kamykami które sobie przyniosła,  wytoczyła, wygładziła , oszlifowała i nadała im piękne kształty….

    A na marginesie. O szczyrkaniu dowiedziałam się niedawno. Niezwykłe jest to, że pomimo słusznego już wieku, jeszcze coś potrafi mnie zadziwić. Tak więc żyć warto…..Otóż ostatnio przeczytałam w przewodniku, który od dawna leży na półeczce naszej beskidzkiej chatynki, że górale szczyrkaniem nazywali nieustanną muzykę którą tworzy bystra górska woda wespół z  kamieniami  jej   brzegów i  dna. 

Ale także szczyrkają przygłuszone dudniącogrzechoczące dzwonki zawieszone na szyjach pasących się na halach owiec. …

Owiec już teraz niewiele, może za kilka lat coś się zmieni. Pozostały więc dzwonki sprzedawane w sklepach z pamiątkami i szczyrkanie Żylicy, które mam w pamięci.

Tak więc wśród dalekiego gwaru miejskiego i mazowieckiej melancholijnej równiny wsłuchuję się w dal i słyszę muzykę gór…..

 

 

 

korzystałam z pozycji : Mirosław Barański „Beskid Śląski przewodnik „ Oficyna Wydawnicza „Rewasz”Pruszków, 2007

 

 

P5071780.JPG

 

 

P5071776.JPG

 

 

P5071777.JPG

 

Żylica w pobliskich Szczyrku i mojej Godziszki – Buczkowicach…dawno dawno temu  spławiano drewno z gór tę rzeką do tej miejscowości. zdj własne

 

 

” Tych lat nie odda nikt…”

PA100720.JPG

Ulica Południowa w Godziszce prowadząca w góry, na Siodło, Skrzyczne, Skalite….

 

 

 

Dzisiaj Irena Santor śpiewa w mojej głowie: „Tych lat nie odda nikt”….

     A ja wcale nie chcę, by ktoś oddał mi tamte lata. Lata dzieciństwa.

Bo one były, piękne, wonne, pełne utrwalonych w pamięci obrazów i smaków. Były tak piękne, że powtórka nie jest potrzebna.

Zresztą one są. Utrwalone w mojej pamięci, pisaniu, zdjęciach widzianych kiedyś oczami dziecka pejzaży. Pejzaży  stworzonych z gór, mgieł , chmur , wioseczek z maleńkimi domkami nanizanymi na grzbiety sfałdowań dna Kotliny Żywickiej, zawieszonych gdzieś na zboczach z łyskającymi nocnymi światełkami, gdzie ludzie podobnie jak przed wielu laty toczą swoją ziemską dolę.

Zdjęcia tych widoków takich samych jak kiedyś,  wykonuję teraz. Mam takie szczęście, że dożyłam czasów kiedy technika popędziła do przodu i w kieszeni czeka czujnie aparat cyfrowy z niewielkim wprawdzie zoomem  i możliwością oglądania fotografii na gorąco . Aparat fotograficzny  z mojego dzieciństwa i młodości to zawieszona na szyi mojego Taty Zorka a potem Verra . Sprzęt ten z czułością i nabożeństwem nieomal, pielęgnowany przez właściciela, z wkładanymi filmami i całą czarodziejską procedurą wywoływania którą obserwowałam w naszej zaciemnionej specjalnie gorzowskiej łazience mieszkania  przy dawnej ulicy Nowotki a teraz Orląt Lwowskich. Mój Czarodziej- tata pracował a ja z zapartym tchem obserwowałam moment kiedy na papierze zanurzonym w płynie płaskiej kuwety stopniowo pojawia się obraz. To były cudowne magiczne chwile….

 ….może kiedyś moje dzieci, wnuki czy nawet prawnuki zapamiętają to co im pokazałam, o czym opowiadałam,  poczytają to co piszę, obejrzą zdjęcia.

A jeśli to nie przetrwa, to po prostu tutaj wrócą i znajdą ślady Beskidzkich prapradziadków, Stefki Łukaszewicz z domu  Jakubiec ( tych od Kruczków, jak tutaj się mówi) urodzonej w Godziszce.

I tak jak my teraz staną na wznoszącym się tu zboczu góry  i będą patrzyli na całą  Kotlinę Żywiecką, prawie taką jak kiedyś, i góry i mgły i wioseczki na horyzoncie i światełka zapalające się na górach…i wtedy wrócimy….

 

 

P5021549.JPG

 

w dali Beskid Żywiecki- Pilsko, Romanka i po lewej zarys zbocza Babiej Góry…domki Lipowej nanizane na sfałdowanie Kotliny Żywieckiej…

 

 

Babia.JPG

Babia Góra…widok ze zbocza Skalitego…

 

P5071731.JPG

Widok ze zbocza Skalitego…wioski u stóp – Godziszka, Słotwina, Lipowa…

 

P5071730.JPG

Zdjęcie jeszcze wiosenne- Widok ze zbocza Skalitego- Jezioro Żywieckie w dali, Godziszka u stóp….

 

PA040343.JPG

Zdjęcie jw. z większym zoomem…

 

 

 

SAM_7046.JPG

Kościół w Pietrzykowicach( pod Żywcem)…autostrada w budowie…znak czasów…

Góra Skalite jak kobieta pracująca…

PA130171.JPG

Skalite we mgle. Widok  z poziomu od 500 n.p.m, od strony Kotliny Żywieckiej, Droga a właściwie ul Południowa w Godziszce.

 

 

Góra to przysadzista, niezbyt urodziwa, ale silna , niezłomna i pracowita. Ozdobiona piękną , jedną z największych polskich skoczni narciarskich, liże rany po jej niedawnym remoncie, bo wgryzać się musieli nieźle w jej zbocze by niedawno przeprowadzić gruntowny remont obiektu i dodatkowo zamontować wyciąg . Dźwiga więc góra tę swoją ozdobę w milczeniu….znosi hałasy kibiców a może nawet cieszy się z nimi, gdy Polacy zwyciężają. Tak jest od strony Szczyrku.

Od strony Kotliny Żywieckiej, tam skąd ją codziennie oglądam została poryta wielkimi drogami , których rola jak do tej pory nie jest w pełni jasna…serce boli gdy patrzę na jej obnażone boki, chociaż mam okazję spacerować tymi wygodnymi dla niemłodych już nóg drogami i delektować się widokami. Tak więc każdy medal ma dwie strony….

I przy takim obciążeniu niedawnymi buldożerami, które działały na zboczach i jeszcze świeżymi ranami,  góra ta codziennie daje nam pyszną wodę ujętą w liczący ponad 60 lat godziszczański wodociąg , dostarcza wody licznym strumieniom a także magicznym źródełkom ponoć przynoszącym ludziom zdrowie.

Takie jest moje Skalite, magiczna, cierpliwa góra ciężko pracująca jak kobieta…

 

 

PA010090.JPG

 

Skocznia narciarska Skalite w Szczyrku

 

 

SAM_6897.JPG

 

Nowa trasa biegowa? COS w Szczyrku, jak informują tabliczki, wyryta na zboczach Skalitego. Wejście od Godziszki. W dali najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego- Skrzyczne.

 

 

SAM_6952.JPG

 

Nowe drogi na zboczu Skalitego.

 

 

PA050451.JPG

 

Nadchodzi noc.  Wszyscy układają się do snu. Góry odpoczywają po wizytach turystów i drwali. Tylko Skalite ( po prawej) nieustannie  pracuje, uporczywie zasysając wody podziemne i tłocząc je z wielką siłą  na powierzchnię ….

Magiczne Skalite, ukochane moje…

 

PA020128.JPG

Skalite, widok od Godziszki. Ulica Południowa i przełęcz Siodło …

 

 

 

 

I nieustannie wracamy w Beskidy , do miejsc gdzie urodziła się i spędziła pierwsze lata życia moja mama- Stefka. Szukamy Jej śladów, które czas skutecznie wymazał, ale zostały w mojej pamięci. Opowieści Mamy, moje dziecięce wspomnienia z pobytów wakacyjnych u wujka Szczepana pachnących świeżym sianem, krowami, chrumkaniem świń , krowami i porannym mlekiem „ prosto od krowy” które ciocia wstrzykiwała prosto do metalowego kubeczka pokrytego białą emalią z dużym uchem, który był mój w te wakacje. Do tej pory czuję ciepło tego kubka gdy po napełnieniu  brałam go w dłonie. Owa niezwykła łaskawość ciała krowy, jej zapach i niepowtarzalny smak mleka i pianka to najpiękniejsze klimaty mojego przecież miejskiego dzieciństwa… Piana unosiła się wysoko ponad brzeg kubka i pozostawała na górnej wardze, gdy łapczywie chlipałam to świeże mleko… Uwielbiałam takie poranki….

Ale miało być o Skalitem.

Siedzimy sobie więc pod naszą szałasochałupką z Kotliną Żywiecką u stóp i poglądamy  na dookolne góry zamykające ową kotlinę.

Na wschodzie pasmo Beskidu Małego, na południe Beskid Żywiecki a my  opieramy się o Beskid Śląski. Nad nami Skrzyczne z dwoma piersiastymi górkami- Palenicą i Niesłychanym Groniem.

A obok nich przysadziste, kopiaste Skalite. Zaliczane jest do Pasma Baraniej Góry, stąd niewidocznej ,  sięga 864 m. n. m. i poprzez przełęcz Siodło łączy się z najwyższym szczytem tego Beskidu- Skrzycznem a także ze starym kurortem- Szczyrkiem, o którym pewnie kiedyś wspomnę. Szczyrk to już inny świat. Dla nas nieomal obcy i odbierany właściwie jako mało przyjazny.

Tak więc siedzimy sobie na zboczu górskim a mój wzrok stale wędruje na Skalite. Jej nieustanna wielowiekowa cierpliwa praca w dostarczaniu nam wody , dźwiganie skoczni narciarskiej od strony Szczyrku i niedawne rozrycie zbocza przez wielki sprzęt by powstały liczne szerokie dukty na których dwie ciężarówki mogłyby się minąć . Wprawdzie można po nich wygodnie wędrować, ale nadal nie wiemy w jakim celu powstały. Jak mówią miejscowi, być może utworzono je dla narciarzy… Na pewno zostały okupione cierpieniem tej góry i być może odległymi skutkami zniszczenia poszycia i niebywale licznych cieków wodnych.

Tak więc z lękiem patrzę na tę górę i gdybym wierzyła, że Bóg mnie wysłucha wznosiłabym do niego modły o zachowanie tej góry.

Na razie ona cierpliwie milczy i gra na niej zachodzące słońce a przerzedzone wielkie świerki wspinają się na szczyt jak wędrowcy strudzeni ale pełni siły i widzący swój cel.

Tak więc piszę o Skalitem i życzę tej górze wytrwania i ostatecznego zwycięstwa w walce z destrukcyjnym działaniem okrutnego człowieka….

 

....JPG

 

 

 

P5021582.JPG

 

 

P5021607.JPG

 

 

PA040359.JPG

 

 

P8080340.JPG

 

 

ap foto 127.jpg

 

Wycieczka do Warszawy sprzed 100 lat…

 

SAM_6255.JPG

Ulica Erewańska, obecnie Kredytowa ok 1913 roku. Na dole po prawej kamienica Bogusława Hersego. U góry, pośrodku kopuła kościoła ewangelickiego. Z lewej wieża nieistniejącego już soboru na pl. Saskim. Zdjęcie ze zdjęcia zamieszczonego w  Wyborczej pod artykułem Jerzego Majewskiego.

 

 

 

Gdy wybieram się do centrum stolicy, razi przypadkowość wrzucanych tam wieżowców. Choć nie wszystkie zachwycają architekturą  i w dodatku nie pasują do siebie, ale jest to jednak miasto mojej dojrzałej młodości, a więc bliskie, z wieczornymi zapachami i wspomnieniami ….

I chciałoby się , żeby czułością projektantów było obdarowane. Ale tak nie jest…

Coraz więcej też zagrodzonych fragmentów boisk szkolnych przez dawnych właścicieli, którzy odzyskali swoją lub nabytą własność i chyba czekają na lepsze czasy a tymczasem teren porastają dziko rosnące topole. Dzieciaki nie mogą grać swobodnie jaki kiedyś w nogę …no cóż ludzie ludziom są gorsi niż wilki….

I właśnie  czytam w Spacerowniku, dodatku do Wyborczej to, co spisał Jerzy S. Majewski o starej Warszawie i jestem zadziwiona, wszak tak mało znam historię. Ale cóż, każdy ma prawo do  własnych zdziwień i to nawet fajnie, gdy przychodzą nawet w tak późnym wieku kalendarzowym jak mój….I pozostaje podziw i żal, że nie jest tak jak kiedyś. Jednak wszystko się zmienia a historia nas nie oszczędza…

Byle ominęły nas jakieś kataklizmy dziejowe a czas bardzo niespokojny. Wschodnia Ukraina płonie a apetyt naszego odwiecznego moskiewskiego wroga wydaje się przeogromny. Tak więc uciekam od strachu wyłażącego ze wszystkich publikatorów, który już się zdążył zainstalować w sercu i wracam do starej pięknej Warszawy. Zapraszam więc do wspólnej wędrówki w czasie przeszłym. Oto streszczenia wybranych fragmentów wspomnianego artykułu : „Nowoczesna Warszawa sprzed stu lat”.     

 

 

„W 1913 roku, rok przed wybuchem I wojny światowej, Warszawa była metropolią , jednym z największych, najszybciej rozwijających się miast w Europie- z nowoczesnym systemem kanalizacji i elektrycznymi tramwajami.

I choć miastem rządzili rosyjscy zaborcy, samorząd dopiero raczkował, a korupcja wśród urzędników osiągała horrendalne rozmiary, to zmian zapoczątkowanych przez prezydenta miasta Sokratesa Starynkiewicza oraz rewolucję 1905 r. nie dało się zatrzymać”.

Warszawa liczyła wówczas 900 tys. mieszkańców.

W wielkim tempie wznoszono wysokie budynki o żelbetowych konstrukcjach zaopatrzone w elektryczne windy.

Dwie wielkie gazownie dostarczały gaz do mieszkań.

Sklepy zachwycały wspaniałymi witrynami a bogaci mieszczanie coraz chętniej podróżowali samochodami.

Ulice wykładane modą rosyjską deskami stopniowo brukowano równą kamienną kostką a nawet niektóre pokrywano asfaltem.

Do wieczora w wielkich kawiarniach balowali artyści i eleganccy mieszkańcy miasta.

     Rozrastały się przedmieścia. Rozwijał się przemysł na Woli, Powiślu, na Powązkach dymiły kominy fabryczne a wyroby znajdowały zbyt w Imperium Rosyjskim. Tędy w głąb Rosji płynęły diamenty, rubiny i wyroby złotnicze skąd płynęła fala dużych pieniędzy.

 Rosła więc w siłę burżuazja, która mieszkała w pałacach a kamienice należały do najbardziej luksusowo wykończonych na kontynencie. Równocześnie jednak mroczne podwórka studnie , wilgotne sutereny i poddasza ukrywały nędzę i smutę podczas gdy od frontu błyszczały eleganckie mieszkania.

     Architekci i działacze społeczni w 1913 roku nie tylko marzyli ale  planowali unowocześnienie zabudowy. Poszukiwali sposobów likwidacji podwórek studni. Wzorem rozwiązań angielskich i niemieckich projektowano pierwsze miasta ogrody mające otaczać Warszawę i rozpoczęto ich realizację w Ząbkach i na Młocinach.

    Otwarto dwa teatry- Polski i Nowoczesny priorytetowa była Filharmonia i Operetka , podczas gdy Opera pozostawała nieco w tyle.

    Jak grzyby po deszczu wyrastały kinematografy.

    W tymże roku nasza noblista- Maria Skłodowska- Curie założyła w Warszawie filię własnej pracowni radiologicznej i natychmiast docierały tu najnowocześniejsze rozwiązania techniczne.

    Ponieważ blisko jedno czwartą mieszkańców stanowili Żydzi Warszawa poza tym, że była bezdyskusyjną stolicą kulturalną Polski, stała się obok Nowego Jorku światową stolicą języka jidysz.

    Równocześnie mieszkańcami miasta byli Rosjanie. Garnizon rosyjskiej Twierdzy Warszawa liczył kilkadziesiąt tysięcy ludzi, poza tym byli rosyjscy urzędnicy i ich rodziny, profesorowie rosyjskich uczelni jakimi były wtedy: Uniwersytet Warszawski i Politechnika.

    Nad licznymi wieżami kościołów i mniejszych cerkwi górował wzniesiony przez zaborców za niebotyczne sumy sobór na Placu Saskim, po którym nie został nawet ślad.

     W 1905 roku , gdy wybuchła rewolucja,  car pozwolił na utworzenie dumy w Petersburgu. Był to rosyjski parlament do którego weszli też polscy posłowie z Warszawy.

Udzielono zgody na otwarcie prywatnych szkół z wykładowym językiem polskim na terenie całego Królestwa Polskiego.

      Autor Spacerownika proponuje wędrówkę  po mieście śladami tamtych lat. Można jeszcze teraz znaleźć ślady tamtej wielkomiejskiej  Warszawy.

Jej główna aorta , ulica Marszałkowska,  została nieomal całkowicie zniszczona po tragedii Powstania Warszawskiego 1944.

Okruchy tamtych lat świetności miasta znajdziemy w odbudowanym Teatrze Polskim, kamienicy hrabiów Krasińskich przy Mazowieckiej, w Domu pod Orłami na Jasnej, czy w pierwszym w Warszawie Domu Towarowym Braci Jabłkowskich.

      Proponowany spacer  niespodziewanie kończymy na Nowym Świecie, gdzie do 1913 roku działało pierwsze w Warszawie…..sztuczne lodowisko.

 

 

SAM_6260.JPG

 

 

SAM_6257.JPG

 

 

SAM_6258.JPG

 

 

Zdjęcia ze zdjęć zamieszczonych w ww artykule . Warszawa ok 1913 roku. Plac Zielony( Dąbrowskiego) z kamienicą Hersego i kamienica Pod Messalką przy Krakowskim Przedmieściu

Uśmiech klematisa…

 

P8060120.JPG

 

 

W sierpniowy, trochę pochmurny jak na razie  poranek powitał mnie w ogródku klematis. Zakwitł niespodziewanie, bo całkowicie zaniedbany sprawiał wrażenie , że poszedł sobie gdzieś w świat. Pędy miał jakby zaschnięte a listeczki wątłe. I tutaj nagle wielki cudny rozkwit. Jak to w życiu bywa, z niepozornego młodzieńca wyrasta piękny dorodny mężczyzna, a z myszowatej dziewczynki bujna kobieta. Tak rozmyślając, witam się z moim klematisem ciepło i oczy sycę urodą jego kwiatów.

Polska jego nazwa to po prostu powojnik ( Clematis)  a wywodzi się z rodu jaskrowatych

( Ranunculaceae) która obejmuje ok. 500  gatunków. Spotkać go możemy w krajach gdzie klimat umiarkowany i ciepły, ale najliczniej w Chinach i Japonii.

Potrafi rosnąć do 8 metrów, płożąc się po ziemi a gdy znajdzie w pobliżu podporę, wspina się cierpliwie ku niebu owijając się wokół niej przy pomocy ogonków liściowych. Rodzi piękne kwiaty i zadziwia owocami ukrytymi w puchowej kulce które spokojnie trwają do zimy w tym samym miejscu gdzie się urodziły.

Warto pamiętać, choć nie sądzę, by ktoś miał ochotę na konsumpcję jego liści czy kwiatów i owoców , że roślina jest lekko trująca….

Natomiast roślina jest świetną odżywką dla zbolałej melancholijnej duszy, czego miałam okazję doświadczyć. Widok kwiatów niespodziewanie pojawiających się na wielkiej masie zieleni wywołuje zachwyt i uśmiech , taki na cały dzień. Dobrego dnia więc….

 

 P8060115.JPG

 

 

P8060116.JPG

 

 

P8060121.JPG

 

 

P8050113.JPG

Mój klematis posiada bardzo wytworne imię , nadane mu przez hodowców ” The President „…

Tekst na podstawie zdjęć, niewielkich myśli i odczuć własnych oraz  wiedzy czerpanej z Wikipedii…

 

Czy Jezus jest Bogiem?

 

640px-Christus_Ravenna_Mosaic.jpg

Chrystus, mozaika z VI wieku, Ravenna. Zdjęcie z Wikipedii.

 

 

 

To, że Bóg istnieje, nie  wątpię. Czuję Jego obecność w mojej samotności, w ciszy i szumach  puszczy nadbużańskiej,  nad bezkresnym morzem czy w szerokim niebie i milczeniu gwiazd. Może czasem w pustych kościołach. Ale nie w grupach rozmodlonych roznamiętnionych wiernych , dla mnie jedynie  pseudowiernych. Nie czuję tej wspólnoty, a nawet gubię tam nie tylko siebie, ale także tracę ślad mojego Boga….

   Ale od wielu lat zastanawiam się nad swoistym fenomenem naszej religii, która nakazuje wierzyć że istnieje Bóg w trzech Osobach-  Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty.  Zazdroszczę ludziom, którzy otrzymali dar wiary, ale ilu takich jest na tym świecie? Dlatego najlepsze określenie mojego stanu to agnostycyzm. I wątpię czy kiedyś dostąpię nagłego olśnienia i wtedy wszystko stanie się jasne. A może jednak kiedyś stanę się człowiekiem bezkrytycznej wiary.

A może do końca swoich dni pozostanę pełzającym po ziemi  robalem, który widzi jedynie przysłowiową „ pełną michę”. A jeśli on widzi i czuje więcej niż nam się wydaje? …

Jak na razie więc szperam w necie, z nadzieją, że wątpliwości innych pozwolą mi poczuć się raźniej w gronie niedowiarków. I oto  w portalu każdystudent.pl  znalazłam artykuł którego autorem jest Paul E. Little, zatytułowany „ Wiara, która nie jest ślepa”.  Skopiowałam fragmenty by streszczając nie uronić sensu. Zapisuję tutaj, by łatwiej wracać, gdy odczuję potrzebę…tak więc zaczynam od Sokratesa powtarzając za nim „ Wiem, że nic nie wiem”  …

A tak pisze Paul E. Little :

„…Gdy słyszymy, co twierdzi o sobie Jezus, mamy tylko cztery możliwości. Musimy uznać Go albo za kłamcę, albo za szaleńca, albo za legendę, albo za Prawdę. Jeśli stwierdzimy, że On nie jest Prawdą, automatycznie podpisujemy się pod jedną z trzech pozostałych możliwości, czy zdajemy sobie z tego sprawę czy nie.

(1) Pierwsza możliwość: Jezus kłamał, gdy mówił, że jest Bogiem – wiedział, że Nim nie jest, ale świadomie zwodził swych słuchaczy, aby przydać autorytetu swoim naukom. Niewielu poważnie przyjmuje takie stanowisko. Nawet ci, którzy zaprzeczają boskości Jezusa, uważają Go za wielkiego nauczyciela moralności. Te dwa stwierdzenia są ze sobą sprzeczne. Jezus nie mógłby być wielkim nauczycielem moralności, gdyby w najważniejszym punkcie swego nauczania – dotyczącym Jego tożsamości – świadomie kłamał.

(2) Drugi wariant jest nieco łagodniejszy, choć nie mniej szokujący: Jezus był szczery, ale oszukiwał samego siebie. Jeśli ktoś dziś stwierdziłby, że jest Bogiem, nazwalibyśmy go szaleńcem. Tak też powinniśmy nazwać Chrystusa, jeśli byłby zwiedziony w tak istotnej kwestii. Gdy jednak oceniamy życie Chrystusa, nie widzimy oznak szaleństwa czy braku równowagi psychicznej, jakie cechują osobę obłąkaną. Widzimy natomiast człowieka będącego pod wielką presją, ale zachowującego doskonałe opanowanie.

(3) Trzecia możliwość jest następująca: opowieści o Jezusie twierdzącym, że jest Bogiem, to legenda. Stworzona została w trzecim i czwartym wieku przez Jego entuzjastycznych uczniów, którzy włożyli w usta Jezusa słowa, jakie zaskoczyłyby Jego samego. Gdyby Jezus przypadkiem wrócił, natychmiast by się ich wyparł.

Teoria legendy została w znacznym stopniu obalona dzięki odkryciom współczesnej archeologii. Wykazały one ponad wszelką wątpliwość, że cztery biografie Chrystusa powstały za życia osób współczesnych Chrystusowi. Zdaniem dra Williama F. Albrigtha, światowej sławy archeologa i emerytowanego wykładowcy Johns Hopkins University, nie ma żadnego powodu, by uznać, że którakolwiek z Ewangelii powstała później niż w 70 r. po Chrystusie. To niewiarygodne, by zwykła legenda o Chrystusie spisana w formie Ewangelii zdobyła taki rozgłos i wywarła tak duży wpływ, jeśli nie opierałaby się na faktach.

Podobnie fantastyczną sprawą byłoby, gdyby ktoś w naszych czasach napisał biografię Johna F. Kennedyego, w której ten twierdziłby, że jest Bogiem i że może odpuszczać ludziom grzechy, a na końcu by zmartwychwstał. Tak niedorzeczna historia nigdy nie spotkałaby się z szerszym przyjęciem, ponieważ wciąż żyje zbyt wiele osób, które znały Kennedyego. Teoria legendy nie może się obronić w świetle faktu wczesnego datowania manuskryptów Ewangelii.

(4) Jedyna alternatywa, jaka nam pozostaje, jest taka, że Jezus mówił prawdę. Należy jednak przyznać, że same słowa niewiele znaczą. Słowa są tanie. Każdy może wygłaszać twierdzenia o swojej wielkości. Wiele innych osób uważało się za Boga. Każdy z nas może stwierdzić, że jest Bogiem, jednak pytanie brzmi: Jak możemy to udowodnić? Obalenie mojego roszczenia tego rodzaju nie zajęłoby wam nawet pięciu minut, a w waszym przypadku zapewne nie byłoby to znacznie trudniejsze. Jednak w przypadku Jezusa z Nazaretu nie jest to takie proste. Miał w zanadrzu referencje, które potwierdzały Jego tożsamość. Powiedział: „Choćbyście Mi nie wierzyli, wierzcie cudom, których dokonuję, abyście poznali i zrozumieli, że Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu” (Ewangelia Jana 10:38)…..”

 

 

Jest taki krzew a nazywa się Lantana …

 

 

W lipcowy poranek siedzę w kącie tarasu, pod parasolem, bo daszku nie ma a kapie z wielkiej lipy wczorajszy deszcz. Niestety wyczerpały się możliwości łapania internetu przez moje stareńkie urządzenie mobilne a zamówione nowe nie dojechało przed weekendem. Ale dobrze, że chociaż w tym dość niewygodnym miejscu mam kontakt ze światem. Dzisiaj postanowiłam opowiedzieć o bardzo ciekawym krzewie spotykanym w cieplejszym klimacie…..

 SardyniaDziwneKwiatyOwoce.jpg

Zdjęcie lantany przywiezione z Sardynii…

 

 

 

 

 

Wokół wszystko zielone, kwitnące, szalejące pszczołami zmierza do nieuchronnego końca barwnego sezonu . Tak mamy klimat…

    A ja  oglądam zdjęcia różnych kwiatów które wykonałam przez ostatnie lata i znajduję dziwny krzew. Zawsze gdy byłam w krajach basenu Morza Śródziemnego mnie zadziwiał. Bowiem na jednym pędzie zakwitały równocześnie dwie barwy podczas gdy obecne były także  owocki  jednolitego eleganckiego  granatowego koloru. Taki fajny barwny melanż.

Zajrzałam więc w końcu do netu w poszukiwaniu nazwy i informacji o tym niewielkim krzewie. I znalazłam….

   Krzew ten a właściwie jak Wikipedia go nazywa- półkrzew został nazwany lantana , należy do rodziny werbenowatych ( Verbenaceae) pierwotnie zamieszkujących Amerykę Środkową. Tam osiąga wysokość do 3 m, a miękka, słabo zdrewniała łodyga pokryta jest nielicznymi haczykowatymi cierniami. Liście są pomarszczone i owłosione, jajowatego kształtu, a po roztarciu nieprzyjemnie pachną i drażnią skórę.

Roślina ta uwielbia upalne lato, w porze chłodniejszej i deszczowej marnieje. Kwiaty są początkowo żółte , potem zmieniają barwę na pomarańczową a potem czerwonopurpurową. Owoce są granatowoczarne. Jednak nie napisano tam, że wszystko to można zaobserwować  na jednym pędzie .

Tak więc poznałam  roślinę, na której są  wszystkie barwy roku w jednakowym czasie.

 Aż żal, że u człeka czas zaciera ślady młodości i nanosi swoje stygmaty by ostatecznie bezpowrotnie zmieść nas z ziemi . No , cóż nie jesteśmy lantaną ….

A tak zaczynają się opisy dziejów Białorusi, tej udręczonej jak Polska ziemi…

W pradawnych czasach, jeszcze przed  narodzeniem Chrystusa, wielkie tereny na których obecna Białoruś leży zamieszkiwały germańskie plemiona Gotów, posiadających własny język,  przybyłych tu z południowej  Skandawii. Zajmowali ziemie ograniczone od zachodu  Karpatami i brzegiem dolnego Dunaju a od wschodu dorzeczem górnego i środkowego Dniepru. Wspomina o nich żyjący w latach 23-79 n.e.  historyk i pisarz rzymski – Pliniusz Starszy. W jedynym zachowanym dziele zatytułowanym Historia naturalna czerpie wiadomości z traktatu Pyteasza z Massali z IV wieku p.n.e.

      W 375 r. zostali oni wyparci przez przybyłe znad Dniepru agresywne plemiona Hunów. Zapoczątkowana wtedy Wielka Wędrówka Ludów spowodowała przesuwanie grup protosłowiańskich z obszaru dorzecza środkowego i górnego Dniepru , którzy szukali miejsc atrakcyjnych rolniczo a także bliższych szlaków handlowych wiodących do Bizancjum. Znaleźli je na terenach obecnej zachodniej Ukrainy, Mołdawii które stopniowo poszerzali by na przełomie V/ VI wieku sięgnąć  linii górnej Wisły , potem   po rozbiciu Hunów w 454 roku – Dunaju a w drugiej połowie VI wieku zajęli  tereny nad Łabą. Nastąpiło to po podporządkowaniu Awarom przybyłym tu nagle z Chin lub Turcji , którzy zadziwili miejscowych niespotykanym tu zwyczajem wiązania włosów w dwa warkocze …. Potwierdzają to przekazy żyjącego w VI wieku m.in. historyka i kronikarza rzymskiego Jordanesa jak i znaleziska archeologiczne.

   Słowianie, ta gałąź ludów indoeuropejskich posługiwała się językami słowiańskimi, mieli wspólne pochodzenie, podobne zwyczaje, wierzenia i obrzędy. Żyli we wspólnotach krewnych tworząc rody. Elitę plemienną stanowiła  wybierana z najbogatszych rodów starszyzna plemienna a także  wojownicy posiadający konie spośród których wybierano dowódców wojskowych . To oni w czasie wędrówek i licznych wojen zachowywali faktyczną  władzę, którą zwykle przekazywali synom. Większość spraw plemiennych załatwiano w czasie ogólnego zgromadzenia- wiecu.  Zajmowali się hodowlą bydła i uprawą ziemi, głównie prosa. Gdy po kilku latach uprawiana przez nich ziemia stawała się jałowa, wędrowali dalej, zakładając nowe osady. Na nowym miejscu wypalali lasy i ugory użyźniali popiołem. Osady te składały się z ziemianek ułożonych w jednym lub kilku szeregach wzdłuż rzek. Każda miała duży kamienny lub gliniany piec. Zasłynęli z naczyń ręcznie lepionych z gliny, chętnie przejmowali pomysły innych ludów, jak Bizantyjskie ozdoby czy naddunajskie koła garncarskie…..

 

slowianie_zawada1.jpg

 

 

slowianie_zawada2.jpg

 

 

slowianie_naczynie.jpg

 

Słowianie Ozdoba srebrna i naczynia ze skarbu w Zawadzie Lanckorońskiej – 2 poł. X wieku ze zbiorów Muzeum Archeologicznego w Krakowie . Zdj z Wikipedii.

 

 

 

Dlaczego o Białorusi będzie…

800px-Belarus_satellite_image_MODIS_Terra_true_color_2010-06-29.jpg

Zdjęcie satelitarne Białorusi z netu…

800px-Europe_location_BLR.png

Położenie Białorusi w Europie. Zdjęcie z Wikipedii.

Nasza wschodnia sąsiadka, bliska memu sercu poprzez to, że tam są miejsca gdzie się urodzili  i  mieszkali nasi przodkowie. Na tych ziemiach znajdują się  ich groby a pozostali wyjechali do nowej Polski po II wojnie światowej. 

Jakże znajomo brzmią nazwy wielu teraz białoruskich miejscowości, rzek. I obrazy mam pod powiekami nigdy nie widzianych piaszczystych pagórków  oraz przepastnych grzybnych lasów z których miejscowi przynosili w koszach jedynie same borowikowe kapelusze, bo nie dawało się zebrać wielkiej ilości rosnących tam grzybów.  Rodzice często opowiadali ale nigdy potem już tam nie byli i nawet nie mieli ochoty na odwiedziny. Zamknęli ten rozdział swojego życia pozostawiając bliskie sercu wspomnienia. Rosłam w takiej atmosferze więc nic dziwnego, że hasło Białoruś przynosi tamte opowieści tkliwość i zadumę nad splątanymi losami ludzkimi.

    Ostatnio się wzruszyłam, gdy L. napisała, że zaprasza do siebie , na Białoruś.

I wtedy pożeglowałam tam myślami i chciałam się dowiedzieć czegoś więcej o tym kraju i jego dziejach. Pewnie powinnam studiować odpowiednie dzieła naukowe, ale nie jestem pewna czy nie utknęłabym na pierwszych stronach. Gąszcz informacji w necie, czasem sprzecznych , bo tylko przypuszczeń historyków  też spowodował zamęt w mej głowie. Zresztą nawet spisane dzieje zwykle nie bywają obiektywne, bo postrzegane okiem kronikarza…

   Zupełnie inna była literatura medyczna, z którą się oswajałam przez minione dziesięciolecia. Wydawała mi się bardziej przystępna, zawierająca zwykle jednoznaczne treści, mniej zawikłana i mniej hipotetyczna.

   Jednak postanowiłam, że spróbuję i pełna pokory dla własnej niewiedzy ale też pełna pasji poznania  siadłam przed komputerem i wyciągnęłam  z netu niekończące się historie i streściłam  i chcę to teraz wrzucić tutaj, w tym miejscu , gdzie zaglądają moje dzieci i przyjaciele.  

     Najbardziej lubię grzebanie się w najbardziej odległej przeszłości, bo wtedy zawsze  się zamyślam nad tym, że nie jesteśmy samodzielnym jedynym bytem ale swoje geny zachowań, cechy charakteru otrzymaliśmy od naszych praprapra…przodków. I porównuję i szukam w  nas tamtych śladów…

Także lubię czytanie o czasach niezbyt odległych  , przed, w trakcie i tuż po zakończeniu II wojny światowej, które są mi bliskie poprzez dawne opowieści moich rodziców. I lektura traktująca o tych wydarzeniach jest oświetlona obecnością rodziców, jest jakby spotkaniem z nimi.

  Mam nadzieję, że czytelnicy wybaczą mi  niedoskonałość przedstawiania wiedzy historycznej , a może uzupełnią, poprawią….cdn.