” Dmuchawce, latawce, wiatr”

 

Dmuchawce0.JPG

 

 

 

„… dmuchawce, latawce, wiatr.
Daleko z betonu świat…..”

Chciałoby się śpiewać za  Urszulą. Z wiatrem jesienno nieomal zimowym ale wiosennym bo majowym przychodzi ta melodia.

Patrzę na nasz przeddomowy trawnik , gdzie pozostawiono nieskoszone niby klomby z żółtymi mniszkami . Tak, wszyscy wiedzą, że je uwielbiam i dzisiaj sprawili mi taki piękny prezent, nie kosząc tam trawy….

A ja widzę mojego Tatę, Boże jak dawno to było- ponad 30 lat, który wsiewa do zakładanego właśnie nadbużańskiego trawnika małe spadochroniaste nasionka.

A może dowiedziałam się o tym dopiero wtedy, gdy zakwitły….a sąsiadka prosiła, żebyśmy ten chwast wykopali, bo zanieczyści jej ogród.

Teraz sobie przypomniałam, że już kiedyś o tym wspominałam…ale to takie miłe, że pozwalam sobie na powtórkę.

…a wówczas Tata  obrażony, zniesmaczony choć jak zwykle elegancko dyskretnie wyważony cicho spokojnie ale zdecydowanie odparł, że specjalnie zebrał nasiona na   Sadach Żoliborskich i tutaj je zasiał….

Moje piękne, wspomnienioworzewne wiosenne uśmiechy- mniszki pospolite …..

 

 

DmuchawceMlecze.JPG

 

 

Dmuchawce.JPG

 

 

Dmuchwace00.JPG

” Szukam, szukania mi trzeba”….Pierwsze spotkanie z Wojtkiem Belonem…

 

 

372px-BOGDANP_Wojciech_Belon_PORTRET.jpg

 

Zdjęcie Wojciecha Belona zamieszczone w Wikipedii

 

 

Szukam, szukania mi trzeba,
Domu gitarą i piórem,
A góry nade mną jak niebo,
A niebo nade mną jak góry.

 Fragment utworu „Sielanka o domu „ autor i kompozytor Wojciech Belon

 

Belon0.JPG

Ławeczka przed Domem Kultury w Busku Zdroju a na niej samotny Wojtek Belon( zdj z kwietnia 2014)

 

 

Smutny i samotny jesteś Wojtku w tym Busku.

Uczcili Ciebie w 2008 roku godnie, jak swojego dawnego słynnego obywatela.

Ale jesteś z metalu wyrzeźbiony i samotnie na kamiennej siedzisz ławce w przed Domem Kultury. Dotykam Ciebie i czuję tylko zimno.

A przecież kiedyś żyłeś, miałeś serce wielkie tkliwe, umysł wiatrem poezji podszyty i piękne słowa pisałeś , takie zwyczajne, dla ludzi i śpiewałeś je ludziom by myśleli o swoich domach, pejzażach nadnidziańskich, bieszczadzkich , o życiu śpiewałeś, o miłości i nieuchronnym zbliżaniu się tego co ostateczne.

      W ogóle Ciebie nie znałam, coś tam słyszałam o Wolnej Grupie Bukowina, ale w Twoich czasach, zajmowałam się swoimi problemami i na muzykę miejsca nie starczało. Jak dobrze, że  jest Internet i filmiki z Tobą i Twoje śpiewanie dziś jak żywe….Masz wielu sympatyków a nawet wielbicieli….tak więc żyjesz wśród nas, naprawdę żyjesz….

 

Wojciech Belon zmarł w nocy z 3 na 4 maja 1985 roku, spoczywa na Cmentarzu w Busku.         Urodził się w 1952 roku w Kwidzynie, rodzinnym mieście matki- Wandy ze Stępniowskich, notariuszki. Wkrótce potem jego rodzice z maleńkim synkiem powędrowali do miasta rodzinnego ojca do Opola Lubelskiego a następnie do Skarżyska Kamiennego i w 1965 osiedli w Busku Zdroju.

Zamieszkali w bloku, a z okien ich mieszkania rozpościerał się szeroki widok na wielkie sady.

Pewnie wtedy Wojtek zaraził się marzeniem o wolności, pięknej przyrodzie i wędrowaniu. Przecież już dojrzewał, uczęszczał do VII klasy szkoły podstawowej. W Busku ukończył LO . I w tym czasie realizował swoje marzenia. Stał się zapalonym turystą, został członkiem PTTK.   

Na wędrówki zawsze zabierał ze sobą nieodłączną gitarę. Na biwakach, przy ogniskach grał i śpiewał ówczesne przeboje ale stopniowo odkrywał przed kolegami to, co mu grało w duszy. Prezentował więc im własne utwory i kompozycje. Pewnie słuchali w zadziwieniu i zachwycie….

     Jeszcze w czasach licealnych wystąpił po raz pierwszy publicznie z własnymi  piosenkami.

Latem 1971 roku z młodszą koleżanką z buskiego liceum- Grażyną Kulawik i kilkoma szkolnymi kolegami zdobył  jedną z głównych nagród na IV Giełdzie Piosenki Turystycznej w Szklarskiej Porębie.

 To był początek Wolnej Grupy Bukowina.- muzycznej grupy z kręgu poezji śpiewanej.

Występowali razem- Wojtek i Małgorzata Belon, Grażyna Kulawik, Ryszard Dygdoń, Andrzej Rędziński  . Później w tej grupie znaleźli się  Wojciech Jarociński, Wacław Juszczyszyn, Jan Hnatowicz, Tadeusz Gos, Ryszard Styła, Bogusław Mietniowski, Andrzej Pawlik.

Belon wraz z Wolną Grupą Bukowiną jeździł z koncertami po całym kraju. Chłopcy stali się profesjonalistami a śpiewanie stało się ich źródłem utrzymania.

Ale Wojtek źle się czuł w takiej roli, opowiadał, że w gonitwie za pieniądzem zagubili gdzieś pierwotny sens muzykowania. Już nie odczuwał pierwotnego  smaku radości  z bycia razem i ze wspólnego śpiewania.

Dlatego też w 1982 roku zespół zawiesił działalność.

Wojtek Belon przez krótki czas współpracował z „Wałami Jagiellońskimi”, potem występował samodzielnie czasem tylko z gitarzystami swojej poprzedniej grupy.

     W 1985 roku po śmierci Belona, Wolna Grupa Bukowina zamilkła, by po 5 latach podjąć próbę reaktywacji….

 

 

BelonGitaraNapis.JPG

 

 

BelonGitara2.JPG

 

 

BelonGitara1.JPG

Zdjęcia fragmentów gitary, którą trzyma Wojtek Belon siedzący na ławeczce w Busku Zdroju ( foto z kwietnia 2014 roku).

 

 

 

 

 

 

 

Santo subito….

 

 

P7220597.JPG 

 

 

„ Około 30 minuty transmisji z Rzymu wyłączyłem telewizor i poszedłem na spacer. Z poczucia całkowitej nieprzystawalności do tego, co widzę i słyszę, Z zawstydzenia samym sobą. Zmiażdżony skalą oczekiwań, jakie zgłoszono wobec świata, więc również wobec mnie….” Tak napisał Jarosław Mikołajewski w dzisiejszym felietonie pt. Biedny papież, zamieszczonym w Gazecie Wyborczej . I dalej cytuje słowa ks. Twardowskiego : ” Matka moja tak święta, że tylko przez skromność nie czyniła cudów”…..

       Zazdroszczę  wiernym, którzy do Rzymu z wielkim trudem przybyli i nie mogli oglądać bezpośrednio tej uroczystości, bo nie zostali dopuszczeni przed ołtarze. Skazani na sandały na obolałych nogach i telebimy cieszyli się jak dzieci z tego co nastąpiło. I nie przeszkadzało im to, że centralne wygodne miejsca zajęli różni oficjele w lakierkach. …

Zazdroszczę im tej wiary i dziecięcego entuzjazmu .

Jak mi do tego daleko, coraz dalej….

Postrzegam Kościół mój dawny,  zapamiętany oczami dziecka w coraz czarniejszych barwach. Przytłacza bezmiar grzechów księży , drażni pompa ich okryć , obrzędów , słów bez pokrycia. Nie rozumiem idei namnażania świętych , gdy widzę matki dzieci skazanych na wegetację, które są z nimi, walczą i w dodatku pomagają innym.

Gdzie się podziała moja dawna wiara? A może nigdy jej nie było?

       Mój kościół nadal pozostaje w koronach starych nadbużańskich sosen, w samotnych łazęgach  po wydmowym lesie i postojach gdy tylko szumna cisza jest towarzyszem. Tam jest mój Bóg….

I powtarzam końcowe słowa Jarosława Mikołajewskiego zawarte w wymienionym felietonie:  „ Wszystko jest takie jak było. Rewolucji chwilowo nie będzie. Ani we mnie, ani na świecie”.

 

 

2.JPG

 

 

3.JPG

 

 

5.JPG

 

 

P6080315.JPG

 

 

1.JPG

Gdy własny mąż jest moim kierowcą.

 Ten tekst zamieściłam w portalu MM Gorzów pod nickiem Łuka 21.09.2009 r. Jest więc stary ale jary. Dzisiaj go znalazłam….uśmiechnijmy się!

 

0.JPG

 

 

 

Wracaliśmy samochodem. Jak zwykle prowadził mąż, a ja, stary kierowca siedziałam obok. Topór wisiał w powietrzu. Uratował nas aparat fotograficzny.

Wybieramy się w dość długą podróż. Oczywiście, samochodem. Jestem starym kierowcą ,  ale teraz prowadzić nie mogę, bo są odgórnie narzucone zasady. Kierowcą w tym wypadku może być tylko on, mój mąż. Potulnie siadam obok. Trasa jest prosta i znana. Nie muszę szukać mapy, a potem odpowiadać za źle wybraną drogę. Ulga..

  

 Wyjeżdżamy za późno, bo nie przewidział trudności, a ja przecież mówiłam… Jedziemy.

Pogoda jesienna, dzień krótki, zbliża się szarówa, zaczyna siąpić, potem już pada równo.

 

Czuję jakieś skurcze w nogach od wciskania nieistniejących po mojej stronie pedałów. Potem zaczyna drżeć prawa ręka od obsługiwania swojego kierowcy : a to przecieranie okularów, podawanie butelki z wodą, ocieranie potu z czoła.  Wprawdzie potu nie widzę, ale za to skutecznie zasłaniam kierowcy pole widzenia.

 Mój lewy łokieć już całkiem zdrętwiał  przyciśnięty do boku, by nie przekroczyć granicy jego królestwa. Bardzo pilnie obserwuję szosę, więc moja szyja przypomina szyję Masajki, a oczy mgłą zachodzą od wypatrywania znaków przydrożnych.

 

Już dawno zachrypłam. Jest źle.  Atmosfera gęstnieje. W powietrzu wisi topór.

Zamiana miejscami nie wchodzi w grę. Wyjść w pełnym biegu też trudno. 

I  gdy już z wielkim trudem hamuję kolejną falę mdłości, wyjmuję aparat fotograficzny. Robię zdjęcia.

  

Wszystko odpływa. Deszcz nadal pada, ale jest ślicznie. Błogi spokój. Dojeżdżamy bez problemów.  

Mąż jakoś dziwnie zrelaksowany wysiada z samochodu.

A  ja mam swoje deszczowe, dla mnie bardzo klimatyczne zdjęcia..

 

 

2.JPG

 

 

1.JPG

 

 

5.JPG

 

 

6.JPG

 

 

3.JPG

  Bielsko Biała zza deszczowej szyby. Piękny odrestaurowany dworzec austriackiego cesarza Franciszka Józefa – będąc obok, warto zajrzeć do wnętrza i obejrzeć zjawiskowy sufit….

Chotel Czerwony….

Ten tekst od wczoraj chodzi mi po głowie. Jednak rzeczywistość mnie zmogła. Po wczorajszej podróży powrotnej, spokojnej, skąpanej w słońcu i ozdobionej białymi chmurzastymi wycinankami na błękicie nieba nadeszła nagła potrzeba odwiedzenia Śródborowa. Dzieciaczki naszych dzieciaczków zachorzały a rodzice byli pilnie potrzebni w pracy więc pozostali dziadkowie jako ostatnia decha ratunkowa. Babcia więc, chcę nie chcąc świtem wstała, zamroczona trudnością aklimatyzacji na plaskanym i wilgotnym Mazowszu po fantastycznym klimacie w Busku i podążyła najpierw per pedes potem kolejką WKD i SKM oraz ostatecznie taksówkąw wiadomym celu. Na szczęście dzieciaczki dzieciaków jakby lepiej się poczuły, więc kamień z serca babci spadł z hukiem. Wracała  więc przez 3 godziny bardzo zadowolona tą samą 45 km drogą i oto pomiędzy rozpakowywaniem praniem ciuchów sanatoryjnych oraz próbą sprzątania domu, bo kurze obległy go przez te trzy tygodnie, babcia ta siadła wreszcie by napisać to co ma w sercu. Sprzątanie może poczekać, tym bardziej że i tak jego końca nie widać….

Zanudziłam wszystkich pewnie tym gadaniem, ale przecie czytać tego nie ma przymusu…

     A było tak. W pierwszy dzień świąt Wielkiejnocy odbyliśmy z dziewczynami niedaleką wycieczkę w okolice Buska. Zamierzonym celem była osławiona Wiślica, samo jądro Polski. Ale krótka notka w małym przewodniku o innym miejscu nieomal po drodze zresztą położonym spowodowała, że do dziś mam w oczach właściwie tylko to.

Obejrzeliśmy Wiślicę i wylądowaliśmy w miejscowości o dziwnej tajemniczej nazwie Chotel Czerwony. Wyraźnej miejscowości właściwie nie było a jeno domeczki porozrzucane z rzadka  na rozległym terenie z którego wypiętrzała się górka z kościołkiem na szczycie. Krajobraz to był sielski powolny rzewny nieomal.

Wdrapawszy się na wzgórze, znaleźliśmy się obok kościółka . Ufundował go w 1440 roku Jan Długosz, znany dziejopisarz , nauczyciel synów królewskich oraz kustosz kolegiaty wiślickiej . Kościółek wzniesiono w tym samym  miejscu gdzie przedtem były prastare kolejno chyba trzy drewniane obiekty sakralne….

Dobrze się stało, że dotarliśmy tam  dokładnie w momencie, gdy msza się w nim skończyła i po rozwlekłych i przewlekłych śpiewach miejscowych pań, zresztą dość miłych, ludziska opuścili kościół. Księżulo właśnie zabierał się do zamykania wrót wielkim  kluczem, ale widząc naszą gromadkę uśmiechnął się szeroko i zaprosił do wnętrza. Chętnie opowiadał i pokazywał to co tam najstarsze i najpiękniejsze. A jest tam mnóstwo ciekawych detali, nawet je sfotografowałam, ale muszę doczytać i pewnie będzie to jeszcze materiał na kolejną opowieść. Na razie więc tylko wspomnę o tym co stało się dla mnie najważniejsze.

Dla mnie najpiękniejszy wstrząsający w wyrazie był gotycki krucyfiks znajdujący się na ścianie zachodniej. Jak podają , został wykonany w 1400 roku. Nie muszę zamykać oczu by widzieć twarz Chrystusa ukrzyżowanego. Przejmujący to widok…

Wyszliśmy milcząc z uśmiechniętym rozradowanym księdzem, który jak powiedział spędza w tej parafii ponad 20 lat i wygląda na to, że jest tam sam. Wikarego na pewno nie ma, bo został zapytany przez dociekliwego mojego męża. O ew. gosposię mąż nie spytał, dając dowód delikatności i dyplomacji, za co go nawet podziwiałam….

      Ale jadąc do miejscowości Chotel Czerwony nie tylko kościółkiem się interesowałam. Otóż wzgórze gipsowe, na którym jest położony odsłania swoje tajemnice. Szukaliśmy więc ich na zachodnim zboczu, a ksiądz nam wskazał dokładnie to miejsce, dzięki czemu uniknęliśmy dłuższych poszukiwań. A są to tzw. wychodnie gipsu. Nikt nie odsłonił warstw ziemi przykrywających skały gipsowe, po prostu jak nazwa podaje- same sobie wyszły. Może kusiło je słońce i chciały pokazać w jego promieniach lśniącą pełnię urody a może piękny rysunek kryształów. Nie wiem. Dla nas słoneczko łaskawe nie było, ale pomimo szarawej pogody zrobiły na nas wrażenie wielkie , kilkumetrowej wysokości szczupłe kryształy skał gipsowych , często  połączone bliźniaczo w tzw. jaskółczy ogon. Zachwycaliśmy się hojnością ziemi, która odsłania tu  swoje tajemnice. Pokazuje to, co nam pozostawiły  wysychające słone morza przed milionami lat…właśnie wtedy powstały skały gipsowe, siarczanowe skały osadowe…..

U podnóża góry znaleźliśmy też wejście do tajemniczego ponoć 20 metrowego lochu, zasłonięte teraz kratą. Loch ów zwano kuchnią proboszcza….

Czasu jednak nie stało, by wypytać o wszystko naszego zaprzyjaźnionego proboszcza. Żegnał nas przed swoją plebanią, stojąc samotnie i serdecznie zapraszał by odwiedzić to miejsce jesienią, gdy węgierki sypną owocem. Pokazywał bielą obsypany szmat ziemi spływający ze wzgórza. I mówił, że są to sady należące do plebanii i śliwy rodzą co roku jak oszalałe, tak obficie, że nigdy nie można zebrać całego plonu….

Tak więc już dziś ostrzę sobie zęby na powrót na Ponidzie, do Chotla Czerwonego, do maleńkiego kościółka z wzruszającym kamiennym nadprożem wytartym  stopami wiernych drepczących tu przez prawie 600 lat , do proboszcza złaknionego turystów a może po prosu ludzi do pogadania i wreszcie do węgierek soczystych z kościelnego sadu. Czyż nie jest to najpiękniejsze z możliwych zaproszenie?

 

A na marginesie. Podejrzewam, że mieszkańcy tej miejscowości  mogą mieć problem z poprawnym napisaniem nazwy hotel, bo wszak ich wieś Chotelem jest ….jednak jak podają w przewodniku tym razem ja popełniłam błąd, gdyż należało napisać Chotla a nie Chotela. Istny gąszcz ortograficznego zamętu mam teraz w głowie….

Fajny ortograficznyśliwkowokościółkowygipsowy zamęt……

 

 

ChotelKościół.JPG

 

 

KrucyfiksGotycki1400.JPG

 

 

krucyfiks1.JPG

 

 

krucyfiks2.JPG

 

 

ChotelGips.JPG

 

 

ChotelGips00.JPG

 

 

ChotelGips0.JPG

 

 

ChotelPlebania.JPG

Wielkanoc….Wielkanoc….

drzewo kwitnące, kwiecień11.JPG

 

Kwitnący sad na Górce w Busku.   Optymizm……

 

 

 I dzieją się Święta Wielkiejnocy.

Za oknem słychać już dzwony, śpiewy i ptaki wtórują jak mogą ogólnej radości. A ja siedzę przed komputerem , wśród docierających do pokoju sanatoryjnego  odgłosów Rezurekcji z niedalekiego kościoła i rozmyślam.

Święta te tak bardzo przez nas co roku oczekiwane , to jednocześnie przeżywane do bólu głowy spiętrzenie wydarzeń z życia Jezusa.

To nieprawdopodobna kumulacja emocji – od Drogi Krzyżowej gdzie skrajne cierpienie , udręka, umieranie, składanie do grobu, cisza. 

I wreszcie dzisiejsza  eksplozja radości, że Zmartwychwstał . To tylko trzy dni .

I aż trzy dni by uwierzyć , że  zostały odkupione nasze winy. 

Życzenia sobie nawzajem składamy z nadzieją, że się spełnią.

Wesołych Świąt mówimy a myślimy o spokojnym dookolnym świecie, o Miłości wzajemnej wszystkich ludzi , o zdrowiu , dostatku i spełnieniu innych może tylko drobnych albo nawet dziwnych marzeń….

                      Alleluja!!! Kochani…..

 

 

grĂłb1.JPG

 

 

 

GrĂłb.JPG

 

Z kościoła im.Brata Alberta w Busku. Chrystus w grobie z autentycznej miejscowej gipsowej skały….

 

 

 

koszyczek.JPG

 

Koszyczek Wielkanocny który przywiozły do Buska nasze najstarsze wnuczki- Weronika i Dorota….niedługo Wspólne Śniadanie….

Droga Krzyżowa.

Dzisiaj  byłam świadkiem niezwykłej Drogi Krzyżowej.

Nie była typowo miejska, uliczna czy wiejska , gościńcowa.  

W Busku procesja tradycyjnie przemierza aleje Parku Zdrojowego.

Pognałam tam  o oznaczonej godzinie , nastrój gęstniał a ja z zapartym tchem i sercem w którym odzywały się głosy dzieciństwa zajęłam się fotografowaniem.

Nie ukrywam, że podniosły nastrój się udzielał……jedynie dzieciaki czasami wypadały z roli i ponosiła je wrodzona werwa, czego przykładem fajny chłopiec na zdjęciach ….

I tylko wielkie parkowe  drzewa stały obojętnie a wszechobecne tu zawilce szeroko otwierały swoje białe zaciekawione oczęta….

 

1.JPG

 

 

 

3.JPG

 

 

 

5.JPG

 

 

 

6.JPG

 

 

 

7.JPG

 

 

 

9a.JPG

 

 

 

12.JPG

 

 

 

13.JPG

 

 

 

14.JPG

 

 

 

Spotkanie z Marconim.

markoniec.JPG 

Aleja Mickiewicza wiodąca z Rynku i za bramą przechodząca w  Aleję Marzeń…widok z Parku Zdrojowego…

 

 

Od trzech tygodni codziennie spotykam się z Henrykiem Marconim. Ten słynny architekt często odwiedza Park Zdrojowy w Busku.

Jeśli czasem zapomni, przywołuję go natężając myśli. Źle napisałam. Myśli o Marconim nie natężam, bo same wychodzą z mojej głowy, gdzie jest im tłoczno. Wyfruwają w tym miejscu , na cudnej parkowej  Alei Marzeń , gdy  wpatruję się w  Łazienki, które lśnią na jej końcu jak drogocenna kolia , i gdy odwracam głowę  by zobaczyć szczyt Garbu Pińczowskiego, gdzie Rynek….

I wtedy widzę, że jest , on, wielki Henryk Marconi. Nadchodzi a właściwie spływa z wysoko położonego Rynku. Gdy się do mnie zbliża, widzę na jego twarzy zadowolenie i dumę , że to on zaprojektował cały ten kompleks. Taki udany, miły oku całościowy kompleksowy projekt. Jego jest  Rynek i obecna Aleja Mickiewicza spływająca wstęgą szeroką w dół i przez wielką bramę ogrodzenia  przenikająca we wspomnianą Aleję Marzeń otuloną starymi drzewami parku które stoją na wielkim  puchatym zielonym dywanie przetkanym zawilcami i fiołkami   by zatonąć w Łazienkach czyli obecnym Sanatorium…..

Był rok 1822 gdy generał  Pac zaprosił do nas, do  Królestwa Polskiego 30 letniego wówczas rzymskiego architekta. Ten się zgodził , pozostał, działał, pracował , projektował , tu żył, założył rodzinę i zmarł mając 71 lat, co w tamtych czasach było wiekiem sędziwym. Na warszawskich Powązkach znajduje się jego grób, skromny, jednopłytowy….

 W Wikipedii nazywają go jednym z najwybitniejszych polskich architektów  pierwszej połowy XIX wieku. Podkreślam, polskich architektów. Pytam czy to prawda, że czuł się Polakiem, potwierdza….

Potem zaprasza mnie do Łazienek na kawę do maleńkiej uroczej kawiarni. Wiem, że kawa już pachnie i czeka sernik na gorąco, wart grzechu, tym bardziej, że nawet mój glukometr nie wariuje po takiej uczcie…

A dookoła jest pięknie i magicznie….

 

 

maroo.JPG

 

Dawne Łazienki Marconiego zwane teraz Sanatorium. Widok spod bramy Parku Zdrojowego…

 

marwnetrze2.JPG

 

W Łazienkach Marconiego

 

 

marwnętrze1.JPG

Hall Łazienek Marconiego- Orfeusz

 

marwnętrze.JPG

Hall Łazienek Marconiego- Eurydyka

 

 

marbalowa.JPG

 

Łazienki Marconiego. Dawna sala balowa przekształcona w latach 50 ubiegłego wieku w salę koncertową..

 

 

marwnętrze4.JPG

 

W  Łazienkach Marconiego…

W Busku wrony lubią dziuple….

Ptak.JPG

 

 

 

Jest pełnia kwietnia , miesiąc zalotów, budowy gniazd, krzątaniny , ptasich pokrzykiwań, szczebiotów i upojnych śpiewów. W Parku Zdrojowym jest mnóstwo fruwających śpiewaków, drepczących potem po zielonym puszystym dywanie poszycia, wśród kwitnących zawilców, fiołków i innych o nieznanych mi imionach kwiatków.

Uwielbiam poranne  wędrowanie  alejkami Parku Zdrojowego w Busku.

I oto widzę jak lecą dwie wrony z cienkim patykami w dziobie i lądują na pobliskim drzewie, z którym wycięto jeden z konarów. Wchodzą w głąb spróchniałego pnia i po chwili ponownie ruszają do działania. Odlatują. Zaglądam w to miejsce , dziupla jest przestronna , pewnie wygodna. Ale czy bezpieczna? Bo oto rozgrywa się przede mną scenka, której niestety nie zdołałam uwiecznić na zdjęciu. Słyszę wrzask wielki wroni , odwracam się w tym kierunku i widzę jak umyka wiewiórka co sił w nogach unikając ciosów silnego dzioba ptaka, który celuje w głowę rudej. Wstrzymuję oddech. Uff, udało się, wiewiórka zniknęła a wrona triumfalnie wróciła po swoje patyki.  Być może  domek w spróchniałym pniu był własnością wiewiórki….

Ciekawe wrony mieszkają w Busku. Grzebiąc w Internecie nigdzie nie znalazłam informacji, że lubią zajmować dziuple. Typowo  budują a właściwie splatają gniazda na wysokich gałęziach dużych drzew. Utworzony w ten sposób koszyczek wylepiają gliną, moszczą trawami, piórami kur domowych włosiem, korzonkami a także łykiem z drzew- najczęściej topól. Lubią rudy kolor tworzywa z którego powstaje ich gniazdo. Jednak w Busku mieszkają wrony domatorki albo  mają lęk wysokości lub nie lubią kołysania wiatrem , albo ukochały zacisze nisko zlokalizowanego domku jakim są obserwowane dziuple. A może są po prostu za leniwe na wicie pod niebem domku i idą na łatwiznę….

Jak widać wrony, tak jak ludzie mają różne gusty mieszkaniowe. Jedni lubią wysoko położone mieszkania z szerokimi widokami,  nawet jeśli są  w blokach, inni wybierają mieszkania przytulne, dziuplaste, przyziemne. ….

 

Ptakiooo.JPG

 

 

Ptaki012.JPG

 

 

Ptaki011.JPG

 

 

Ptaki0.JPG

 

 

 

 Pogadałam na temat wron, ale postanowiłam dowiedzieć się więcej na ich temat. Więc jak zwykle zajrzałam do Wikipedii . Jest fajnie, że przyszły czasy komputerowe i internetowe. Że takich czasów dożyłam. I fajna jest ta Wikipedia, chociaż niektórzy uważają, że potrafi powiedzieć nieprawdę. Ale ja sobie ją czytam i już….

     Wrona siwa jest średniej wielkości ptakiem z rodziny krukowatych i  podobnie jak moi gorzowscy Cyganie porzuciła wędrowny tryb życia a nawet polubiła miasta , gdzie pędzi wygodne osiadłe swoje dni. Jedynie ptaki młode, żądne przygody wędrują po Europie, jednak nie zapuszczając się w dalsze rejony świata.

Pomimo tego, że zawsze wrony lubiły doliny rzek, obrzeża jezior, małe laski w pobliżu łąk i terenów wilgotnych, w latach 30 ubiegłego wieku zostały mieszkankami  Warszawy, w latach 50  polubiły Poznań ale dopiero w latach 70  zaszczyciły swoją obecnością Wrocław, Kraków i Gdańsk. Interesują się parkami, wysypiskami śmieci tworzą własne rewiry, które lustrują siadając na antenach lub kominach. Czasami w lecie wybierają się na letnisko poza miastem, gdzie przebywają do zimy poczym wracają do swoich miejskich domostw.

Ptaki młode, żądne przygody wędrują po Europie, jednak nie zapuszczając się w dalsze rejony świata.

Wrona zamieszkuje tereny  północnej i wschodniej Europie od Półwyspu Apenińskiego i Łaby po Ural.

Wskutek mieszania z ptakiem krukowatym ale innego gatunku- czarnowronem, upierzenie jej może być różne od czarnego do szarego a także łaciatego.  Przesadziłam, pisząc, że łaciatego, poniosło mnie nieco. To nie żadne łaty ale wytworne ciuszki. Samiec i samica ubierają się jednakowo . Popielate piórka brzuszków i grzbietu pięknie się harmonizują z czarnymi metalicznymi elementami stroju przykrywającego główkę górną część piersi skrzydła i ogon.  Czarny dziób i ciemnobrązowe ciekawskie oczka dopełniają wizerunku.

   Przyznam, że czytając opis wytwornego wyglądu tych ptaków a także opowieść o ich wierności polubiłam te ptaki. Tworzą wieloletnie monogamiczne związki , pozostając w nich do końca życia jednego z partnerów.

    Lubią życie towarzyskie, stąd możemy je widywać w towarzystwie  gawronów czy kawek, od których są mniej płochliwe, chociaż bardzo ostrożne. Wspólnie spędzają czas na trawnikach, razem wędrują  jeśli tylko mają ochotę na wędrowanie.

Dieta wronia zależy od pory roku i lokalnych źródeł pożywienia . Ptaki te są  wszystkożerne, jednak uwielbiają pokarm zwierzęcy. Zjadają ze smakiem nornice , myszy,  jaszczurki i żaby.  Ale też nie gardzą drobnymi ssakami jak np. młodymi zającami, ptakami, owadami tudzież ślimakami i dżdżownicami. Zdarza się, że potrafią skonsumować młode wrony z sąsiedniego gniazda. Wymiatają też padlinę i odpadki ze śmietników. Potrawy mięsne urozmaicają różnego rodzaju surówkami owocowo warzywnymi. Czasami walczą o zdobyte już pożywienie przez inne ptaki i odważnie odbierają im zdobycz.

Z przyjemnością przeczytałam, że prowadzono obserwacje i badania na terenach gdzie Warta, moja gorzowska Warta uchodzi do Odry. Nigdy tam nie byłam, a ponoć jest tam raj dla ptaków. W tym rejonie wrony rzadko atakują inne ptaki wydzierając im zdobycz a także tylko sporadycznie zjadają jajka i pisklęta swoim pobratymcom. Widocznie ujście Warty jest krainą łagodności…..

 

Ptak01.JPG

 

 

Kwietniowy dzień w Parku Zdrojowym w Busku, gdy spadł śnieg w Tatrach

 

Przed trzema dniami podano w radio , że w Tatrach spadł śnieg.

Jak zwykle o 6 rano wyskoczyłam z łóżka, gdy tylko zabrzmiał dzwonek budzika w telefonie mojej współpasażerki, tfu, współlokatorki. Nie wiem dlaczego nie wykasowała tego zlecenia na czas, kiedy nie musi wstawać do pracy. Ale jest dobrze, bo mogę opuścić łóżko, oblucje łazienkowe odbyć  zaparzyć kawę i bez skrupułów otworzyć komputer pozostawiając wrodzoną delikatność w pościeli która nakazywała mi że nie wolno przeszkadzać. Przeszkadzam więc z radością i  bez granic o tej 6 rano. ..

Bo jest tak, że wieczorem zasypiam jak najedzone i przewinięte w suche pieluszki zdrowe niemowlę pomimo tego, że gra telewizor i pali się światło. Już się nauczyłam tego, żeby wrodzoną grzeczność chować w szufladę i pomimo zalewu opowieści koleżanki spokojnie oznajmiać dobranoc odwracając się do ściany. Budzę się około drugiej, widząc smacznie chrapiącą koleżankę po fachu , wyłączam telewizor, gaszę światło i jest ok.

Po tej przydługiej dygresji wracam do dnia, kiedy to powiedziano w radio, że w Tatrach spadł śnieg.

Jak zwykle wylazłam przed Mikołaja i zwyczajowo robiąc „niuch niuch „poczułam cudny świeży lodowaty powiew znad niedalekich przecież gór. Rześko było i ciekawie.

Tak rozpoczął się dzień niby zwykły, ale jakże inny wieczorową porą. Otóż gdy słońce zabierało się do snu, po raz enty poszłam do parku Zdrojowego. I to co zobaczyłam wprawiło mnie w osłupienie, zachwyt i już więcej nie będę się wysilała, by pomnażać określenia bo słów brakuje. Zdjęcia pstrykałam tylko a na niebie dział się teatr. Teatrum zwykle mówię, istny spektakl.

Koronki udziergane z gałęzi drzew delikatnie podtrzymywały szalejące niebo….dzięki Ci Stwórco, myślałam…..

 

Niebo.JPG

 

 

Niebo000.JPG

 

Niebo00.JPG

 

 

To były zdjęcia z Parku Zdrojowego w Busku wykonane tego  kwietniowego pamiętnego dnia, a raczej popołudnia, gdy spadł śnieg w Tatrach…

A to co o nim pisze Leszek Cmoch w ” Przewodniku dla turystów zwiedzających Ponidzie” .Wyd Agencja Turystyczna 2002 

 Buski Park

 „ Założony przez ogrodnika planistę Ignacego Hanusza. Plany architektoniczne ( przynajmniej cześci łazienkowej) wykonał Henryk Marconi.

W buskim parku wyodrębniamy trzy części: 1) ogród łazienkowski, zwany parkiem zdrojowym, bezpośrednio związany z Sanatorium Marconi”, zamknięty ogrodzeniem i rzeczką  Maskalisą. 2) poczwórna aleja Mickiewicza, promenada długości ok. 850 m, łącząca ogród łazienkowski z rynkiem3)skwerek o pow 0,7 ha na rynku ( pl.Zwycięstwa), stanowiący zabytkowe założenie ogrodowe z gwiaździstym układem dróg obsadzonych alejowo i przestrzeniami międzyalejowymi wypełnionymi formami krzewiastymi. W 1977 roku pomiędzy rzeczką Maskalisą a ul. Lipową powstała nowa część parku.

W ogrodzie łazienkowskim na pow. 16 ha rośnie ok. 4,5 tys drzew różnych gatunków. Najliczniej występują: klon pospolity, jesion wyniosły, klon jawor, klon polny, garb pospolity, robinia akacjowa, lipa drobnolistna, kasztanowiec zwyczajny, wiąz szypułkowy. Mniej liczne są: brzoza brodawkowata, modrzew europejski, czeremcha pospolita. Szczególne gatunki stanowią: kłęk kanadyjski, platan klonolistny, kasztanowiec żółty, katalapa bignoniowa.

Ok. 12 % drzew ma ponad 100 lat.

Charakter parku mają także lasek komunalny sosnowo- olszowy na wzgórzu Sole ( tzw. Małpi Gaj ) z drzewostanem ok. 50-letnim oraz ogrody sanatoryjne.”

 

Niebo0.JPG

 

Niebo1.JPG