Poranne rozmyślania w drugim dniu Świąt Bożego Narodzenia…

Święta, święta i właściwie po świętach. Już drugi dzień od Bożego Narodzenia się rozpoczyna. Było jak zwykle ciepło i rodzinnie. Nieco zamieszania w naszym pustym już domu. Dzieciaki przybyły, jedzenie przyniosły, potem posprzątały i wyfrunęły do swojego życia. Kolędy były śpiewane i grane na pianinie przez babcię. Niestety jak na razie żadne z wnucząt nie wykazuje zainteresowania nauką gry na instrumentach. Wprawdzie kiedyś Julka ładnie na gitarze brzdąkała, malowniczo siadając na wysokim stołku, ale minęło. Mam wprawdzie nadzieję, że muzykowanie do niej wróci, tak jak do mnie wróciło po 40 latach. A pozostała czwórka wnucząt jeszcze wykluwa się z jajka nieomal, wypierza. I zobaczymy jak z nimi będzie. Wprawdzie z Majcią i Mikołajem rodzice chodzą do filharmonii na poranki muzyczne dla dzieci, które nadal prowadzi chyba nieśmiertelna ciocia Jadzia. Przecież i my bywaliśmy z małymi naszymi dziećmi na koncertach przez nią prowadzonych.

Tak więc wstaje dzień i niebo zaczyna grać kolorami, więc łapię aparat i zdjęcia jeszcze ciepłe tutaj wrzucam. Refleksyjny to poranek, bo najpierw leniwy, przejedzony wszak, a potem stopniowo myślenie „pod sufitem” się rozwija  o tym, że czas mija, jeden odchodzi a drugi przychodzi. A my jesteśmy, trwamy. Jak długo jeszcze ? Ale w tym miejscu muszę przerwać, bo dalsze rozwijanie tematu prowadzi na smętne tory. Więc przerywam, nie myślmy o tym co będzie, co los przyniesie. Cieszmy się każdym dniem który wstaje, chwilą ulotną daną nam na własność i myślmy pozytywnie. Podobno takie myślenie przynosi samo dobro.

Jestem z Wami Wszystkimi, Kochani – bierzemy się za ręce i tworzymy łańcuch bliskich sobie serc. Jesteśmy razem- czy też to czujecie?

 

 

Widok0.JPG

 

 

widok00.JPG

 

 

widok2.JPG

 

Właśnie wstaje dzień, drugi dzień od Bożego Narodzenia. Zapraszam do naszego domku, gdzie choinka czeka i otwarte serca dla Was, Kochani ….

Boże Narodzenie.

 

choinka o.JPG

 

 

 

Nadchodzą Święta Bożego Narodzenia, od wieków nieodmiennie piękne, czarodziejskie i radosne.

Może zanurzając się ich magii zapomnimy o  codziennych troskach, cierpieniu, czasem bezsensownej krzątaninie  i wrócimy do dzieciństwa….A przyjdzie wtedy sen w ramionach Matki, już nieobecnej może, ale zawsze czuwającej nad swoim dzieckiem…. Tę nadzieję i życzenia przesyłam Wszystkim Bliskim i Dalekim….

Perła w ciechocińskiej koronie.

 

 

ŁazIV.JPG

 

 

ŁazIVD..JPG

 

 

ŁazIV,1.JPG

 

 

Oczywiście może oburzyć się jakiś znawca sztuki, ale dla mnie prawdziwą perłą w Ciechocinku jest Szpital Uzdrowiskowy nr 1 czyli dawne Łazienki IV. Obiekt ten zaprojektowany przez Juliana Majewskiego, zrealizowany w latach 1900- 1906, potem wielokrotnie remontowany z daleka pysznie lśni bielą, urodą bryły i dachowych ozdób. To tylko zewnętrzny ogląd. Mam wielką ochotę tam zajrzeć, ale lękam się brzydoty, zaniedbania czy brzydkiego zapachu, co zdarza się nierzadko w tym kraju. Ładna fasada, a wnętrze to ruina.

Paradne wejście jest zamknięte, więc pokonuję drzwi skromne, położone z boku, nad którymi napis informujący o czynnym basenie oraz sponsorowaniu Szpitala przez NFZ. Gdy przewrotnie  napisałam sponsorowaniu- oczywiście natychmiast chciałam sprostować- przecież ta organizacja siedzi w naszych portfelach, rządzi naszymi ciałami, decyduje kogo ratować, a kogo odsyłać na ważne zabiegi do kolejki- niech latami czeka. Jednym słowem Narodowy Fundusz Ochrony Zdrowia to pan życia i śmierci. Ale dość tych dygresji. Może nie istnieje idealny system ochrony zdrowia, więc dlaczego nasz miałby taki być.

Tak więc, ponarzekawszy, wracam do ciechocińskiej perły w koronie.

Wchodzę więc do wnętrza dawnych Łazienek IV. Pomimo informacji, że obiekt jest czynny, wchodzę na palcach, nieomal wstrzymując oddech. Kolejne drzwi otwieram, parkiet lśni niebezpiecznie, sufit zawieszony gdzieś tak wysoko, że głowę zadzierać trzeba. Korytarze szerokie, po bokach ponumerowane drzwi . Nikogo nie widzę,  ludzi jakby wywiało.  Nagle się jedne otwierają i wychodzi z pomieszczenia na ten lśniący parkiet paniusia w skromny szlafroczek ubrana i człapie w kapciuszkach w nieznanym kierunku. Zjawa to , czy co?   Przecież ja już widzę panie zwiewne, wytworne, pachnące cygaretkami i perfumą egzotyczną oraz panów we frakach, którzy zmierzają w kierunku, gdzie właśnie ja. Przy nich  źle się czuję w swoim zimowym obuwiu, z kurtką w ręce , ubrana byle jak… usuwam się więc pod ścianę, a właściwie się w nią wtapiam. Na twarzy czuję że jakiś woal mnie muska delikatnie i towarzystwo znika.

Otwieram oczy , a obok właśnie przeczłapuje kolejna osoba w szlafroczku , zagubiona w tym wielkim korytarzu.

Zbieram się w sobie, odwagę przywołuję, bo ciekawość – co dalej zobaczę- silniejsza od nieśmiałości mojej.

I stawiając ciężkie zimowe buty na tej drewnianej cudnej zadbanej podłodze podążam za rozbawioną grupą, którą widziałam chyba we śnie na jawie.

I nagle otwiera się przede mną widok, którego chyba opisywać nie będę, bo mam zdjęcia. Wystarczą, muszą wystarczyć, opisu nie będzie, bo słów nie ma odpowiednich.

Napiszę tylko, że to jest sala balowa, obecnie zwykła poczekalnia.

I już orkiestra stroi instrumenty, wciskam się we framugę drzwi, aż wreszcie znajduję dobrą kryjówkę za otwartymi wierzejami. Przez niewielką szparkę podglądam. Właściwie to nie wiem, czy lubię podglądać- chyba nie. Ale widok jest dostępny wszystkim, więc nie jestem takim pełnym podglądaczem- pocieszam się. Tkwię tak pomiędzy ścianą a drzwiami i chłonę widoki i muzykę i ten początek XX wieku, jeszcze pełen elegancji, czas inny niż nasz, a może dlatego, że umyty przez wskazówki zegara i kartki z kalendarza, nieco już rozmazany, sepią przyprószony….jest pięknie, muzycznie, pary wirują  walcem , ale już pora wracać. Niechętnie wyłażę ze swojej kryjówki, zresztą nogi trochę ścierpły….

Gdy czuję niewielki mrozik na nosie i policzkach, wracam do rzeczywistości swojej, szaroburej.

Ale dlaczego widzę otwarte paradne wejście od podjazdu, i ostatnie pary wysiadające z powozu….może to jakiś obraz ostatniego z rodu znanych malarzy- Kossaków- Karola a może to tylko moja wyobraźnia….jest cudnie…odchodzę bezkwietną o tej porze aleją, ciechocińskim deptakiem i unoszę myśl, że są jeszcze w Ciechocinku inne perły, odrestaurowane ale bronią tam dostępu panienki w recepcji i ceny zaporowe, hotelowe i  nowobogackich ciuchy o  czterocyfrowych złotówkowych cenach.

To nie dla zwykłych jak ja śmiertelników.

A dawne Łazienki IV to obiekt dla nas, chorych ułomnych niezdarnych niebogatych ale potrafiących się cieszyć zaproszeniem do tego miejsca, gdzie muzyka gra tajemna i cienie minionej epoki mieszkają….

 

 

ŁazBalowa.JPG

 

 

ŁazBalowa2.JPG

 

 

ŁazBalowa1.JPG

 

 

ŁazBalowa4.JPG

 

 

ŁazBalowa3.JPG

 

 

ŁazienkiIVd..JPG

 

Ciechocińskie spotkanie z Karolem Juliuszem Kossakiem

KarolJuliuszKossaWilla.JPG

 

 

karolJuliuszKossakTablicaDom.JPG

 

 

 I w tej ciszy niedzieli grudniowej niespodziewanie czekało na mnie pogodne spotkanie z Karolem Juliuszem Kossakiem, ostatnim ze znanego rodu malarzy .

Bo gdy tak drepczę alejkami mojego ulubionego parku ciechocińskiego nagle zawieszam oko na sąsiadującej z nim starej drewnianej willi. Z daleka usiłuję przeczytać tekst na umieszczonej tam tablicy. Muszę podejść, bo już wzrok nie tak sokoli jak kiedyś. I wtedy czytam  : Tutaj mieszkał……

A potem idę sobie w kierunku  popularnej w Ciechocinku  fontanny, tzw. grzybka, gdzie ujęcie wody solankowej, najstarszej i stale hojnej. Nie słyszę znajomego plusku tej fontanny, gdyż o tej porze roku, już większość nie działa, ale jest grzybek….

Nieopodal otwiera się aleja drugiego parku, chyba bardziej znanego niż ten mój, gdzie drzewa fotografuję stale. Tu spacerują zwykle wytworni ludzie i ci mniej wytworni, ale chcący być na topie,  bo miejsce to jest słynnym deptakiem wyśpiewanym w piosence . I właśnie na skraju tego parku przy dość wąskiej drożynie ktoś ustawił stelaże a na nich kopie obrazów Karola Juliusza Kossaka.

Wprawdzie widziałam tę galerię  już w zeszłym roku, ale teraz oglądam detalicznie, wchodzę w jej treść i  przenoszę się do czasów, które malarz utrwalił na wieki.

I słyszę szum powozów, śmiech kuracjuszy złapanych w kadrze, jakieś słowa miejscowego księdza ganiące  za  wielkie grzechy i prawie niewinne grzeszki  i cieszę się ze spojrzeń złapanych w locie….

 

 

KarolJuliuszKossak5.JPG

 

 

KarolJuliuszKossak6.JPG

 

 

KarolJuliuszKossak4.JPG

 

 

KarolJuliuszKossak3.JPG

 

 

KarolJuliuszKossak2.JPG

 

 

KarolJuliuszKossak1.JPG

 

Zdjęcia z plenerowej wystawy prac Karola Kossaka w Ciechocinku

 

 

 

Karol Juliusz Kossak ur. w 1896 we Lwowie , zmarł w 1975 w Ciechocinku.

Na nim zakończyła się dynastia malarzy Kossaków i tak jak dziadek Juliusz , wuj Wojciech i stryjeczny brat-  Jerzy bardzo lubił malować konie.

Szkołę średnią ukończył  we Lwowie i tam już pobierał pierwsze lekcje malarstwa i rozpoczął studia w Wiedniu. Wybuch  I wojny światowej przerwał tę edukację, gdyż został wcielony  wojska austriackiego. Po zakończeniu wojny kontynuował studia w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie . Z dyplomem jej absolwenta  nauczał rysunku we lwowskich gimnazjach a po zawarciu związku małżeńskiego z Antoniną Wandą Czerkawską zamieszkał w jej majątku rodzinnym. W 1934 roku rodziła się jedyna ich córka Teresa.

Po II wojnie światowej , w 1948 roku przybył z żoną do Ciechocinka, gdzie mieszkał do końca życia przy ul Traugutta, obok parku zdrojowego.

 

Lubił używać akwareli, we Lwowie wydał cykl pocztówek – reprodukcji swych akwareli z huculskimi widokami. Ilustrował książki swojej kuzynki Zofii Kossak-  Szczuckiej.

Twórczość jego nie jest tak znana jak obrazy dziadka i stryja, zresztą ocalała tylko niewielka część jego dorobku. Większość to prace z okresu pobytu w Ciechocinku, gdzie chętnie rysował otaczającą go rzeczywistość a także scenki z życia kuracjuszy….

       Tak go wspominają znajomi: „ z żelazną konsekwencją malował od godziny dziewiątej do pierwszej, a w plenerze praca zajmowała mu codziennie wiele godzin. Malował do ostatnich dni…..”.

 Jakże barwną musiał być postacią w Ciechocinku- właściwie już go widzę –  fantazyjnie ubrany, dźwigający sztalugi właśnie przemierza park zdrojowy, o, już przysiada na murku. A ja stoję z boku i obserwuję. Spod jego starej już dłoni wyłania się na śnieżnej bieli czystej kartki jakaś postać rysowana węglem. Już i inni przystają i tworzymy mały tłumek gapiów. I jest inaczej niż teraz….jakby bardziej odświętnie i refleksyjnie i radośnie. Jeden człowiek może zmienić krajobraz…..

 

( oprac na podstawie Wikipedii)

 

Niedzielny spacer po ciechocińskim parku.

 

DrzewaPień.JPG

 

Niedzielny spacer po ciechocińskim parku

 

 

Lubię ten park, samotny grudniowo, teraz trochę zapłakany.

Drzewa pamiętające ubiegłe wieki stoją zastygnięte w czasie, może zasłuchane w wiatr i wpatrzone w niebo.

Drzewa, obojętni świadkowie ludzkich kroków, dyszących oddechów, pospiesznych słów o miłości, żarliwych i kłamliwych zapewnień że tylko ona jedyna, łez wylanych po rozstaniu i marzeń stale nowych albo już umarłych i spokoju starości, pogodzenia z życiem, z upływem lat, nieubłaganym i  odmierzanym już teraz laseczką i chwiejnym drobnym krokiem….

 

 

drzewa5.JPG

 

 

drzewa4.JPG

 

 

drzewa6.JPG

 

 

drzewaRzeĹşba0.JPG

 

 

drzewaRzeĹşba.JPG

 

 

drzewałzy.JPG

W Ciechocinku.

 

 

SanPodTężniami.jpgI dotarliśmy do celu….

Od kilku lat zatrzymujemy się w Szpitalu Uzdrowiskowym „ Pod Tężniami” , który pomimo swojej nazwy, w niczym nie przypomina szpitala. Można go nazwać nowoczesnym hotelem z zapleczem służącym do rehabilitacji oraz stałym dyżurem lekarskim i pielęgniarskim.

Tak więc korzystamy z siłowni, różnych  zabiegów np. krioterapii, miejscowej znakomitej ponoć borowiny jakiś laserowych czy ultradźwiękowych fal  i moczymy się w dwóch basenach , jednym z miejscową solanką i drugim z wodą zwykłą . Oba baseny  mają głębokość do 1,5 m , ale pływać można oraz z lubością poddawać się zainstalowanym tam różnorodnym hydromasażom, wygrzewać w saunach i opalać na sztucznej łączce.

Wszystko to jest przeplatane znakomitymi posiłkami , więc z zapałem  konsumujemy  wysokowarzywane kolorowe jedzonko zgarniane ze stołów szwedzkich….po kilku dniach tak intensywnego życia powoli chce się wracać do domowej rzeczywistości, tym bardziej, że Święta Bożego Narodzenia tuż,tuż…

 

 

SanFonta.JPG

 

 

Szachy.JPG

 

 

SanJadalniaWidok.jpg

 

 

SanatWidokTężnie.jpg

 

Widok z okna na tężnie i wały przeciwpowodziowe

 

BasenWiosna.JPG

 

 

SanatŚwięta.jpg

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.”Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 37 )

 

 

 

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

 

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

 

 Część 37

 

 <<…Pralni własnej szpital nie posiadał. Bielizna była prana i dostarczana czysta z Zakładów Sanitarnych samochodami. Magiel, szwalnia, magazyn znajdowały się w podziemiu budynku głównego, z oddzielnym wejściem od strony wschodniej. Kuchnia, zlokalizowana w podziemiu id strony zachodniej, ma dwa wejścia. Latami kierowana przez doskonałą kierowniczkę, p. Wiktorię Paradowską, wraz z personelem pomocniczym żywiła 120- 150 dzieci pięć razy dziennie z dietą wątrobową, zwykłą oraz ponad 100 pracowników ( obiady). Windą wewnętrzną ( kuchenną ) rozwozi się posiłki na cztery kondygnacje do kuchenek oddziałowych, od parteru do trzeciego piętra. Mieszanki mleczne dla niemowląt dostarczano codziennie do szpitala na zamówienie dietetyczki.

 

     Dzięki staraniom pracownic kuchni dzieci otrzymywały bardzo dobre, smaczne, estetycznie podawane posiłki, mogły dostawać dolewki i dokładki, jeśli tylko chciały. Zwłaszcza dzieci starsze bardzo to sobie chwaliły, a niektóre mówiły : „ Takiego dobrego jedzenia to my w domu nie mamy, nas jest pięcioro”. I mimo choroby przybierały na wadze w czasie hospitalizacji. Matki odbierając dzieci do domu wyrażały swoje pierwsze spostrzeżenie: „ Aleś ty zgrubiał w tym szpitalu”. A lekarze w epikryzie odnotowywali: „ Przyrost wagi 2,5 lub 3 kg”….>>

 

Tak, nie zapomnę wspaniałych dań, które serwowała ta kuchnia. Pani Wiktoria Paradowska królowała w kuchni , która mieściła się w podziemiu szpitala, czarnowłosa przystojna pani dostojnie dyrygowała swoim personelem . Zresztą sama też wykonywała szereg czynności kucharskich. W doniczkach na okienku hodowano zielone liście pietruszki, szczypiorek i koperek. Dla lekarzy dyżurnych zawsze znajdował się jakiś smakołyk specjalnie przygotowany, jak np flaczki ze skórek kurzych, których i tak dzieci by nie zjadły czy maleńka porcyjka tatara. Wypieki świąteczne to były prawdziwe delicje i żadna znana cukiernia warszawska  nie umywała się nawet….

 

 

       

Podróż do Ciechocinka.

Podróż do Ciechocinka.

 

Pomimo , że już grudzień, a Ciechocinek bezlistny i bezkwiatowy, lubimy tu wracać o tej porze roku.

W tym roku pogoda okazała się dla nas wyjątkowo łaskawa, bo dosłownie w przeddzień wyjazdu na szczęście opadł z sił szalony wicher zwany orkanem o ładnym imieniu –Ksawery.

Przemierzając autobusem poznaną już kiedyś drogę,  jak zwykle czekałam na spotkanie z Płockiem.

Widok ze starego mostu na Wiśle na to pięknie położone miasto  jest niezapomniany.

Nad wysoką skarpą nadrzeczną wypiętrzają się skupione na niewielkim obszarze wieże kościelne i domostwa , które oglądane z tej projekcji tworzą jakby  niewielką wysepką na horyzoncie….

Potem trasa wiedzie wzdłuż Wisły, i niebawem po prawej stronie szosy , za wysokimi krzewami, miejscami otwiera się obraz wielkiej wody.

To spiętrzone  wody tej rzeki, ujęte zaporą we Włocławku tworzą zalew ochraniający Ciechocinek przed wiosenną powodzią .

Miejsce to pomimo uroku, jest mroczne we wspomnieniach.

Wraca tamten październik, dzień 19, roku 1984.

I zda się unosi się znad tych wód duch obecnie Błogosławionego Księdza Jerzego Popiełuszko. Tak niedaleko jest miejsce, gdzie z zapory bezwzględni zwyrodniali mordercy ze Służby Bezpieczeństwa wrzucili jeszcze żywego, straszliwie skatowanego kapłana w odmęty spiętrzonej Wisły, przyczepiając mu do nóg dwa wielkie kamienie….

Był skromny, delikatny ,wątłej postury ale  wielki duchem i   niewygodny dla władz Polski tamtego czasu ten Kapelanem „ Solidarności „ .

Dobrze Go pamiętamy z czasów żoliborskich mszy za ojczyznę, które On celebrował, i do zgromadzonych tłumów mówił cichym, jakby nieśmiałym głosem swoje wielkie słowa:

„Zło dobrem zwyciężaj”.

Wieści o powtarzających się prześladowaniach Księdza przez SB , roznosiły się niewidoczną falą wśród tłumów, bo przecież oficjalne media jak zwykle kłamały….

I kiedyś , gdy wracaliśmy z teatru, zobaczyliśmy mnóstwo ludzi zmierzających do Kościoła , gdzie pełnił posługę kapłańską.  Poszliśmy za nimi. W kościele trwały modły o szczęśliwe odnalezienie zaginionego  Księdza. Wiadomo było tylko, że odprawił mszę w Bydgoszczy , wracał do domu i coś  musiało się stać na trasie….

Modlono się przez trzy dni i trzy noce, i pomimo, że nadzieja słabła, jeszcze tliła się jej iskierka…I gdy dotarła wiadomość o znalezieniu Jego ciała, które wydobyto z dna tego zbiornika , ciała  straszliwie zmasakrowanego wszyscy płakaliśmy …

    A  potem był pogrzeb, zebrały się wielkie tłumy, które  wypełniały okoliczne ulice i place, ludzie stali na dachach domów, my byliśmy przy ulicy dawnej Stołecznej, obecnie Ks. Jerzego Popiełuszki, odległej od Kościoła o chyba z pół km, gdyż bliżej już się dojść nie dało….

      Ale pora otrząsnąć się z tych wspomnień, dość takich czarnych myśli przywołanych widokiem tego zbiornika wodnego, nieustannych pytań czy esbecy byli ludźmi czy bestiami, bo obojętny autobus niesie nas dalej.

I wkrótce już widać zabudowania Ciechocinka, po lewej stronie estakada nowej autostrady i już majestatyczne tężnie witają….

 

 

Płock.jpg

 

 

WisłaZalew1.jpg

 

 

WisłaZalewBlog.jpg

 

 

Tężnie.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

       

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 36 )

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

Cz.36

 

 

<<….Kolejną ważną sprawą jest konieczność umożliwienia dzieciom chorym nauki szkolnej. Szkoła przyszpitalna zorganizowana została w roku 1963 pod kierownictwem mgr Ewy Suffczyńskiej wraz z zespołem nauczycielek i przedszkolanek. Prowadzona była praca dydaktyczna dla chorych zakaźnych w zakresie szkoły podstawowej ( przy Szkole Podstawowej nr 239, ul. Złota 72) oraz codzienna opieka dla dzieci w wieku przedszkolnym. Ta praca personelu nauczającego ułatwiła dzieciom pobyt w warunkach szpitalnych. W latach późniejszych uczniów było mniej w związku z okresowymi remontami i zmniejszeniem liczby łóżek szpitalnych. Niekiedy nauczycielki uczyły dwoje, troje dzieci indywidualni z jednej klasy. Dzieci nie miały zaległości w opanowaniu programu szkolnego. Jeżeli hospitalizacja musiała trwać dłużej, np. tygodniami, pacjenci otrzymywali zaświadczenie ze stopniami z poszczególnych przedmiotów w celu okazania w szkole macierzystej ( wraz z kartą informacyjną przy wypisie ze szpitala). Rodzice wiedząc o tym, że dzieci w toku leczenia również się uczą, odnosili się do szkoły z uznaniem , z serdecznością: przynosili zeszyty, bloki do rysunków, kredki i inne pomoce, a nawet proponowali dostarczenie książek, ale szkoła miała podręczniki, całe komplety dla poszczególnych oddziałów zakaźnych.

   Dzieci przedszkolne, a zwłaszcza te, które uprzednio do przedszkola nie uczęszczały, po raz pierwszy w szpitalu zetknęły się z zajęciami i były nimi bardzo zainteresowane, wręcz zafascynowane. Z niecierpliwością oczekiwały na wejście przedszkolanki do salki. Rysowały, robiły wycinani, malowanki, naklejanki, plecionki, kolorowe robótki ręczne . Przedszkolanki miały mnóstwo pomysłów, lubiły swoją pracę, kochały dzieci i umiały je zachęcić, nauczyć, pochwalić, a same dzieciaki chciały „ działać artystycznie”, bo im się ta zabawa i efekty podobały.

     Szkoła i przedszkole kilkakrotnie organizowały w szpitalnym holu wystawę prac dzieci chorych. Podziwiali te wystawy również lekarze z innych szpitali i zaproszeni goście. Dzieciom ta zabawa skracała pobyt w szpitalu, uczyła nowych umiejętności, dawała nie znane dotąd przeżycia artystyczne. Ładne i pomysłowe były serwetki, laurki, albumy i zabawki przygotowywane na Boże Narodzenie i Wielkanoc.

Nie ma sposobu ustalenia kolejności i ważności dla chorego dziecka spraw- w sytuacji izolowania go w łóżku szpitalnym.

Czy ważniejsze jest podawanie leków, czy dobre jedzenie, czyste łóżko i czysta bielizna, czy nauka, czy kontakty z rodzicami? Oczywiście wszystko to jest ważne, by stworzyć warunki szybkiego zdrowienia….>>

 

 

 

 

 

 

 

       

Chcę być dorosłym…

Chcę być dorosły

 

 

 

Z tym najmłodszym wnukiem spędzam znacznie więcej czasu niż z pozostałą siódemką. Mam więc możliwość delektowania się jego rozwojem , pomysłami i uśmiechami. Pomysły są takie same ,  jakie mają dzieciaki w tym wieku, ale zawsze śmieszą i radują serce babci.

Patryk czyli Patek lub Patuś ma 15 miesięcy i chętnie sam się bawi. Poza klockami, które układa w piramidki, samochodzikami i piłką , którą zadzierzyście kopie lubi zabawy w dorosłych. Takie odkrywanie świata i radowanie się nim zdarza się tylko w dzieciństwie. Może czasem to przetrwać do wieku dojrzałego, ale raczej rzadko.

Siedziałam sobie zadowolona, że zapadła cisza i usiłowałam nad parującą herbatą poczytać książkę, ale po chwili się zaniepokoiłam, bo cisza była podejrzana. Zawołałam, ale on jeszcze mówić nie umie, jedynie na Wiktora mówi Korkor , więc się nie odezwał. Oderwałam się więc od tych miłych czynności i poszłam go szukać. Okazało się, że zadekował się w garderobie i był bardzo zajęty przymierzaniem buta swojego taty. Był bardzo zadowolony, gdy go znalazłam i zaraz dumnie wyczłapał na korytarz….…

 

 

But2.JPG

 

 

but4.JPG

 

 Potem przywlókł plecak Wiktora i usiłował go założyć na plecy. Musiałam oczywiście trochę pomóc, ale sprawiałam mu tym wielką radość.  I tutaj również udało mi się wykonać kilka zdjęć. Oto one…

 

 

ChcęByćDoroły.JPG

 

 

ChcęByćDorosły2.JPG

 

 

ChcęByćDorosły2a.JPG

 

 

ChcęByćDorosły3.JPG

 

 

ChcęByćDorosły3a.JPG

Oczywiście wszystkie ta zajęcia były krótkotrwałe, bo taki maluch szybko się męczy jedną czynnością. Najdłużej oglądał swoje ulubione książeczki z krową kaczką psem kotem naśladując dźwięki, które wydają te zwierzątka.

Na szczęście są teraz specjalne nakładki na krzesło, które są bezpiecznym siedziskiem dla malucha, więc razem rozpoczęliśmy celebrę konsumowania  obiadu….zdjęć z tego wydarzenia nie załączam, bo są całkowicie zapaprane zupką….