Urok wczasów wagonowych…wakacje z Pawłem.

Wczasy spędzane z Pawłem Konopielko.

Już gdzieś pisałam, że po wojnie, gdy jeszcze nie wrócił z syberyjskiej katorgi  Jan Konopielko, moi Rodzice starali się pomóc Helenie, która samotnie wychowywała dwóch synów. Starszy, Mirek już sam gdzieś buszował po świecie, a młodszy od niego o 6 lat Paweł, był właściwie moim rówieśnikiem .

Kiedyś Rodzice zaproponowali, by spędził z nami wakacje na wczasach wagonowych nad morzem. Miał wtedy chyba ze 12 lat, był już samodzielny, opanował sztukę wyszukiwania połączeń kolejowych, czego kiedyś uczył go mój Tato. Tak więc gdy dostaliśmy list z informacją, że przyjeżdża ze swojego Lidzbarka, nie posiadałam się z radości. Byłam właściwie jedynaczką, gdyż starszy o 13 lat brat- Zenon miał już swoje sprawy. Byłam bardzo towarzyska i stale spragniona kontaktów z dzieciakami. Wprawdzie Paweł już dzieciakiem nie był, ale Go bardzo lubiłam, był mi jak brat.

Dzień Jego przyjazdu był  dla mnie prawdziwym świętem. Wypatrywałam czy już nadchodzi, ale najczęściej szliśmy na dworzec, by go powitać. Bywał u nas kilkakrotnie, więc stałam się już prawie pannicą, ale emocje które towarzyszyły jego przyjazdowi były zawsze bardzo dziecinne. Zachowały się dwa zdjęcia z tych wspólnych wczasów. Tak więc gdy wysiadał z pociągu, bez trudu w gąszczu podróżnych rozpoznawałam tę wysoką, bardzo chudą i nieco przygarbioną sylwetkę z nieodłącznym buro zielonym płaskim , chyba wojskowym plecaczkiem na plecach. Kroczył powoli, starannie stawiając swoje długie nogi i uśmiechał się szeroko.

Potem codziennie rano, tak jak się umówiliśmy wieczorem, budziłam Go, by razem pobiec nad morze i zanurzyć w morzu. Odwracał się do ściany, mrucząc coś pod nosem i widząc, że nie ma ochoty na opuszczenie swojego łoża, rezygnowałam z zakłócania mu spokoju i sama biegłam przez wydmy nad moje ukochane morze. Mama opowiadała, że po chwili jednak siadał na łóżku, przeciągał się i oznajmiał pod nosem- pójdę, bo się jeszcze utopi…A ja pląsając z falami nagle widziałam, jak na szczycie pustej wydmy pojawia się samotna dobrze znana sylwetka. Jaka wtedy ogarniała mnie radość, nie muszę pisać…

Nie zapomnę wspólnych wakacji w 1954 roku, w Łebie. Wówczas Rodzice otrzymali wiadomość, że zmarła Babcia, Mama Taty- Stanisława Łukaszewicz z d. Rodziewicz. Mieszkała z ciotką w Trzciance Lubuskiej, długo słabowała, ale ogólnie była w dobrej formie. W tym dniu wstała z łóżka i poszła do kuchni. Przy krojeniu wędliny wypadł jej z ręki nóż i łagodnie się osunęła na ziemię. Ciotka podbiegła, ale Babcia już nie żyła. Miała 82 lata- słuszny jak na owe czasy wiek. Tak więc rodzice po naradzie z Pawłem i znajomymi, którzy zajmowali sąsiedni wagon, ustalili, że mnie nie będą zabierali, bo droga z licznymi przesiadkami. Zostałam więc sama z Pawłem w naszym wagonie. Był chłopakiem odpowiedzialnym, zawsze był potem odpowiedzialny, więc czułam się z nim bezpiecznie. Zawsze spał w jednym kącie wagonu, obok mojego Taty a ja po drugiej stronie. Odległość była znaczna, więc gadaliśmy do późnej nocy, na tę odległość. Coś mi opowiadał, bo chyba jednak trochę się bałam. Miałam wówczas 8 lat….

Trochę później, na wczasach w Mielnie, któregoś dnia Paweł zniknął. Zawsze nam towarzyszył, albo mówił dokąd idzie. Ale raczej sam się nie wypuszczał, stale był w naszej orbicie. W tym dniu długo się nie pojawiał , więc Rodzice się zaczęli niepokoić. Wybrałam się z Ojcem nad morze, wypatrując chłopaka. Ale nikogo podobnego nie było widać. Ludzi zresztą o tej popołudniowej porze już było niewiele. Bardzo się bałam, że może się utopił. Tato chyba był spokojniejszy, jakoś wierzył, że Paweł głupot nie będzie robił, a do nich należała samotna kąpiel morska. I gdy tak człapaliśmy tą plażą, wypatrując oczy nagle zobaczyłam samotną łódź, odwróconą do góry dnem. Przechodząc obok , odwróciłam się i cóż ujrzałam. Otóż za tą łodzią, na piasku, oparty o jej brzeg siedział sobie najspokojniej Paweł. Ale gdy był sam, moje oburzenie nie byłoby tak straszne. On jednak siedział z dziewczyną. Musiałam się nieźle pieklić czy rozpaczać, nie wiem, ale następnego dnia Paweł się wybrał do miasta i po powrocie wręczył mi małego celuloidowego chłopaczka z gumową czapeczką. Pokazał, że po jej zdjęciu można do wnętrza nalać wodę, założyć czapeczkę i po jej naciskaniu chłopiec będzie siusiał. Tym prezentem, jak każdym innym, gdyby był, zostałam obłaskawiona. Śmieszna to była zabawka, ale w tamtych purytańskich czasach raczej niezwykła…..Ale i tak większość czasu Paweł spędzał z moim Tatą. Miałam mnóstwo koleżanek i z nimi zabawiałam się od świtu do nocy. Paweł wyraźnie lgnął do Ojca, miał wielką potrzebę tych kontaktów, przecież sam się wychowywał bez Jana a poza tym lubili się, pasowali do siebie charakterami. Zawsze dyskutowali żywo, albo spędzali czas na grubym rozkładem jazdy, wyszukując różne połączenia do dziwnych miejsc, dzisiaj się mówi, że odbywali wirtualne podróże. Tato , który chodził prosto jak trzcina, zawsze zwracał uwagę na sylwetkę Pawła, który miał tendencje do garbienia się. Zalecał, by chodząc trzymał ręce splecione z tyłu, a nawet miał pomysł, by w tej pozycji nosił za plecami kij podłożony poprzecznie pod łokcie. Przez parę dni Paweł wykonywał zalecenia, ale potem już tego  zaniechał….

Na stołówce Paweł był znakomitym kompanem. Wyjadał z półmiska wszystko co się dało, zwłaszcza, że Tato nie jadł serwowanych tam obiadowych posiłków , gdyż był na diecie z powodów poobozowych zaburzeń gastrycznych i  Mama organizowała mu posiłki, specjalnie przygotowywane w garnuszku, który rodzice zawsze targali ze sobą z Gorzowa….

Gdy kiedyś, całkiem niedawno  zapytała mnie Grażyna, żona Pawła o moje z nim relacje, odpowiedziałam jak było. Nigdy , przenigdy nie był mi nikim innym jak serdecznym ciepłym bratem….

 

 

 

 

 


Urok wczasów wagonowych…spotkanie z morzem.

Odwiedziny morza

Po śniadaniu nadchodził moment odwiedzenia morza. Nie zapomnę tej drogi przez trochę wilgotnawy las. Była długa i niezbyt miła. Czasami atakowały nas roje komarów i wówczas rodzice zakładali mi pelerynę na głowę i resztę ciała, zasłaniali chustką twarz i wszyscy w podobnych strojach biegiem przemierzaliśmy tę trasę.

Za to chwilę później usłyszałam szum.

Zawsze myślałam , że to szaleje wiatr w drzewach.

Ale gdy wdrapywaliśmy się na dość wysoką piękną, śnieżnobiałą wydmę z jej szczytu nagle otwierał się widok jedyny taki, niepowtarzalny. Cały horyzont wypełniało wielkie szumne, falujące stale, jakby żywe najprawdziwsze morze. I ten słony smak na wargach….

Gdy teraz słyszę szum naszego nadbużańskiego lasu, stale myślę, że tam, niedaleko nagle ujrzę morze. Jeszcze kilka kroków, i jeszcze ….widzę już wydmę porośniętą krzywymi sosnami, ale gdzie jest to moje wymarzone morze…jest w oczach uszach i mojej wyobraźni. Jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy tylko przymknąć powieki….

 

 


Urok wczasów wagonowych…

 

Wagony, upragnione ukochane wagony

Wagony w Jastarnii, w tym pamiętnym 1951 roku, kiedy tam byliśmy pierwszy raz stały na torach i własnych kołach. Miało to swój niepowtarzalny urok. Wczasy wagonowe w Mielnie , kiedy tam bywaliśmy w latach późniejszych już zdjęto z kół i stały na betonowych legarach, biedne w moich oczach bo jakby ułomne.

Obok sznurów wagonów , od strony lasu  pokazywał się  niski obszerny przeszklony  pawilon, a którym mieściła się recepcja, świetlica i stołówka. Wszystko to odnalazłam tam niedawno, trochę zaniedbane, ale ze śladami dawnego uroku.

Po przyjeździe i  otrzymaniu kluczy w recepcji, gorączkowo szukałam naszego wagonu. Porównywałam numery napisane na każdym nibydomku, z numerem przypiętym do klucza. To była super zabawa, z dreszczykiem emocji nawet. Z daleka usiłowała zgadywać, który to może być i gdy pasowało to z przyznanym numerem, cieszyłam się a jeśli nie, też nie było problemu- akceptowałam każdy wagon położony w dowolnym miejscu.

Wagony były pomalowane na kolor zielony i miały urocze małe okienka. Uwielbiałam takie okienka i małe domki.

Do wagonu wchodziło się po dość stromych drewnianych schodkach. Cudnie pachniały świeżym drewnem i jak wspominali Rodzice już pierwszego dnia pobytu z nich spadłam, na szczęście nie doznając urazu.

Tego nie pamiętam, ale nie miałam lęku przed tymi schodkami, a mój podziw i zachwyt trwał.

Po otwarciu drzwi wchodziłam z zapałem do środka. W necie nie opisano, jak wyglądało wnętrze takiego wagonu. Otóż były to pierwotnie  wagony do przewozu bydła a może także żołnierzy z końmi w czasie gdy trwała jakże nieodległa jeszcze wtedy wojna. Zachwycałam się surowymi pobielonymi ścianami z których wystawały tajemnicze metalowe kółka. Było to cudnie fascynujące. Tato powiedział, że do tych kółek przymocowywano zwierzęta, by nie przemieszczały się podczas jazdy. Od razu sobie wyobrażałam, że niedługo nasz pociąg sapnie i ruszy  w siną dal. Stale miałam poczucie, że jesteśmy w długiej i fajnej podróży w nieznane.

W rogach wagonu stały metalowe łóżka, przykryte sztywnym gryzącym zgrzebnym kraciastym kocem. Tato od razu zsuwał dwa i ja miałam super spanie pomiędzy rodzicami, czasami tylko wpadając w szparę pomiędzy łóżkami.

Pod cudnym okienkiem przez które widać było stołówkę i wielkie nadmorskie sosny mieściła się umywalka ze zbiornikiem na wodę oraz wiadro umieszczone pod nią. W tych pierwszych latach nie było łazienki i kuchni jak pisze ktoś w necie. Wodę przynosiło się z kranu zlokalizowanego niedaleko stołówki a wc mieścił się poza obrębem wagonów, był drewniany, z dziurami do siedzenia w desce mocno cuchnący chlorem. Od tej pory , jeśli jeszcze gdzieś poczuję zapach chloru, od razu mam skojarzenia, całkiem miłe, nie jakieś obrzydliwe, z tymi wc-tami wczasowymi z mojego dzieciństwa. Tato nalewał wodę do zbiornika, który mieścił się nad umywalką a potem wynosił pełen wiadro gdzieś poza wagon, a może wylewał pod wagon- nie pomnę.

Przebudzenie w wagonie

Zasypiałam w moim wagonie zmęczona podróżą, wrażeniami i tą wielką radością, której doświadczyłam.

Nad ranem budziło nas tupanie po dachu. Okazało się, że to przybywały w odwiedziny mewy i tupaniem oraz uderzaniem dziobami w blaszany dach dopominały się chleba. Już wiedziały, że mogą mieć tutaj dodatkową ucztę i do rybek konsumowanych nad morzem dostaną resztki suchego chleba.

Czasami budziło nas w nocy uporczywe miarowe drobne dźwięki . To zaczynało padać. Krople deszczu odliczały czas i też było cudnie. Nie bardzo rozumiałam, dlaczego rodzice nagle tracili humor. Mieli już doświadczenie, że kiedy w lipcu, a szczególnie gdy oni przybędą nad morze, zaczyna padać, to taka pogoda może się utrzymywać przez całe dwa tygodnie. Ale ja lubiłam deszcz, taplanie w kałużach i inne zabawy w błocie.


Wczasy wagonowe zachowane w mojej pamięci.

Takie były te wczasy wagonowe zachowane w mojej pamięci.

 

 

To był czas niezwykły, magiczny . Gdy już poznałam smak wczasów wagonowych tęskniłam za nimi przez cały rok.

Codziennie pytałam rodziców, kiedy wyjazd. I gdy wreszcie zbliżał się wraz z zapachami lata ten historyczny moment, wyłaziłam ze skóry ze szczęścia.

Rodzice byli zapobiegliwi, więc wszystko przygotowywali przez kilka dni. Nie zapominali o ciepłej kołdrze dla swojej córeczki, gdyż lato w lipcu sprawiało niespodzianki. A to było przenikliwe zimno, a to lało przez całe urlopowe dwa tygodnie. Bywało, że przeciekały dachy wagonów , zalegała wilgoć i wszystko było w środku mokre. Tak więc poza ciuchami, a także garnuszkiem na zupę dla mojego Taty, który był na specjalnej poobozowej diecie , był jeszcze tobół z kołdrą. Bardzo go lubiłam, bo na twardej ławie pociągu, którym podróżowaliśmy Mama go rozwijała i smacznie spałam w mojej kołderce.

Pierwsze wczasy wagonowe, które ujrzałam były w Jastarnii. Pociąg, który zmierzał na Hel , przemykał obok sznura wagonów, które stały na bocznicy. Zatrzymywał się  nieopodal i do tej pory przystanek ten nosi nazwę- Jastarnia- Wczasy wagonowe. Właściwy Dworzec Kolejowy w Jastarnii znajduje się kilka km dalej. Ktoś pisze w necie, że było tam spokojnie. Oczywiście było, za wyjątkiem tych chwil, kiedy obok przejeżdżał z impetem i gwizdem pociąg do i z Helu. Było to kilkanaście razy na dobę i wówczas drżały szyby w naszym mieszkalnym wagonie. Ale nam, kolejarzom to nie przeszkadzało, wszak to było wpisane w ich zawód…a nawet miłością było…

Wczasy wagonowe zachowane w mojej pamięci.

Takie były te wczasy wagonowe zachowane w mojej pamięci.

To był czas niezwykły, magiczny . Gdy już poznałam smak wczasów wagonowych tęskniłam za nimi przez cały rok.

Codziennie pytałam rodziców, kiedy wyjazd. I gdy wreszcie zbliżał się wraz z zapachami lata ten historyczny moment, wyłaziłam ze skóry ze szczęścia.

Rodzice byli zapobiegliwi, więc wszystko przygotowywali przez kilka dni. Nie zapominali o ciepłej kołdrze dla swojej córeczki, gdyż lato w lipcu sprawiało niespodzianki. A to było przenikliwe zimno, a to lało przez całe urlopowe dwa tygodnie. Bywało, że przeciekały dachy wagonów , zalegała wilgoć i wszystko było w środku mokre. Tak więc poza ciuchami, a także garnuszkiem na zupę dla mojego Taty, który był na specjalnej poobozowej diecie , był jeszcze tobół z kołdrą. Bardzo go lubiłam, bo na twardej ławie pociągu, którym podróżowaliśmy Mama go rozwijała i smacznie spałam w mojej kołderce.

O wczasach wagonowych.

O wczasach wagonowych tak napisano  w internecie.

<< Historia wczasów rodzinnych  rozpoczęła się w 1933 roku. Wówczas to w Łodzi i Bielsku Białej powstało Robotnicze Towarzystwo Turystyczne. Rok później w Warszawie- Stowarzyszenie Rodzina Kolejowa. Kolejne organizacje zjednoczyły się w Centralnym Biurze Wczasów, które miało siedzibę w Warszawie.

Po wojnie, w 1949 roku utworzono Fundusz Wczasów Pracowniczych. Była to instytucja, która przejęła bazę wypoczynkową i do lat 90 zmonopolizowała organizowanie różnych form wypoczynku dla pracujących.

Ośrodki wczasów wagonowych powstawały w końcu lat 40 i na początku 50- tych ubiegłego wieku. Najpopularniejsze były miejscowości nad morzem- w Jastarnii, Mielnie, Darłowu, Helu i Ustce. Znajdowały się też z Zakopanem i Nowym targu oraz na Mazurach w Ruciane- Nida a także na Dolnym Śląsku w Szczawnie Zdroju.

Koszt pobytu na tych wczasach był refundowany przez Fundusz Wczasów Pracowniczych. Organizacja ta miała przybliżyć obywatelom uroki państwa socjalistycznego , i faktycznie pozwalał na rodzinne spędzenie urlopu za niewielki, właściwie symboliczny koszt. Ponadto dla rodzin kolejarskich był to jeszcze mniejszy wydatek, gdyż otrzymywali oni bezpłatny dojazd koleją. Wczasy takie odgrywały jeszcze jedną rolę, tak teraz modną- były to wyjazdy integracyjne. Ludzie mieli możliwość się poznać i zaprzyjaźnić.

Wagony były przystosowane do zamieszkania w okresie wakacyjnym. Miały wydzielone sypialnie, kuchnie i węzeł sanitarny. Wagony ustawiano na bocznicach kolejowych, z dala od najbliższego miasteczka, co umożliwiało letnikom spokój i ciszę.

Zaadoptowane do zamieszkania wagony były dość wygodne, ale wymagania wczasowiczów były w tych czasach niewielkie. Noszono przaśne stroje, wyciągnięte dresy i klapki „ fakirki”.

Jak było w tradycji wczasów w dobie PRL, na każdych wczasach był obecny referent kulturalno- oświatowy- popularnie zwany kaowcem.

On odpowiadał za organizację czasu i wypoczynku wczasowiczów. Organizował wieczorki zapoznawcze, ogniska, wycieczki krajoznawcze a nawet edukacyjne prelekcje, pokazy slajdów dotyczące nadmorskiej fauny i flory.

Jeśli ktoś sobie teraz nie wyobrazi takiego kaowca, może go znaleźć w kultowym filmie Barei zatytułowanym „ Rejs” ze znakomitą rolą Stanisława Tyma.

Ci, którzy mieli okazję uczestniczyć we wczasach wagonowych wspominają je z rozrzewnieniem. Nierzadko rodziny wyjeżdżały po kilkanaście razy co rok do tej samej miejscowości.

Obecnie większość takich ośrodków zlikwidowano, a tabor kolejowy niszczeje na bocznicach, część znalazła się w muzeach kolejnictwa.

Ostały się jeszcze jedynie w miejscowości Dziemiany w powiecie kościerskim i w Giżycku. Zainteresowanie jest tak duże, że należy rezerwować tam miejsca ze znacznym wyprzedzeniem.

Anna Kazejak w nagrodzonym  w Gdyni filmie „ Bocznica” utrwaliła obraz wczasów wagonowych.>>

Moje najpiękniejsze wakacje. Podróż na wczasy wagonowe.

Moje najpiękniejsze wakacje . Podróż na wczasy wagonowe.

Byłam tak mała, że nie wiedziałam co to wakacje, urlopy i wczasy.

Miałam niewiele ponad 3 lata  kiedy po raz pierwszy wybraliśmy się w wielką podróż.

Przygotowania trwały dość długo, rodzice spakowali wielkie walizy i któregoś dnia opuściliśmy nasz dom i powędrowaliśmy na gorzowski  dworzec.

Dobrze, że był niedaleko, należało tylko przejść przez park i potem w dół ulicą Dworcową.

Dworzec był wielki i zapełniony ludźmi. Nigdy przedtem tam nie byłam. Jedynym wielkim zgromadzeniem ludzi, które widziałam, to kościół. Ale tam ludzie siedzieli cicho , co najwyżej śpiewali i tak w ogóle nic ciekawego się tam nie działo.

Tutaj wszyscy taszczyli jakieś bardzo ciekawe tajemnicze walizki, byli czerwoni z upału, mieli zdenerwowane oczy , ciągnęli za ręce swoje dzieci.

Moi rodzice zachowywali się spokojnie i ten spokój mi się udzielał. Mogłam więc swobodnie i bez szarpania  patrzeć sobie na wszystkich.

Poszliśmy dostojnie na peron i tam było podobnie jak na dworcu, tylko trzeba było uważać, aby nie spaść na tory. Należało bezpiecznie odsunąć się od wysokiego brzegu przepaści peronu i spokojnie siedzieć na walizce.

Zachwyciłam się dworcem i peronami. Od tej pory lubiłam takie miejsca

 Wkrótce usłyszałam głośne sapanie i gwizd świdrujący uszy.

I nagle w wielkich kłębach dymu wtoczyło się wielkie czarne, spocone i tłuste cielsko parowozu.

Znałam bajkę Brzechwy pt Lokomotywa, więc byłam już uświadomiona i przygotowana do tej podróży.

Ten wielki parowóz ciągnął co sił straszliwie dużo jednakowych wagonów.

Ależ on musiał być silny i dzielny.

Wagony były pękate i miały rzędy drzwi z oknami, które prowadziły bezpośrednio do przedziału.

Każdy przedział miał swoje drzwi.

Niesłychane.

Zajęliśmy miejsca na ławce i wkrótce to co za oknem zaczęło gwałtownie uciekać. Siedziałam zauroczona i jak zwykle od razu poczułam się diabelnie głodna.

Więc mama wyjęła kanapki i okazałego działkowego pomidora.

Gdy nacisnęłam zębami gładki miąższ, trysnęła fontanna soku. I moja sukienka, z której byłam tak bardzo dumna- różowa w białe wzorki, wiązana na ramionach zamieniła się w pomidorową katastrofę.

Nawet mama nie krzyczała, ale widziałam, że się zasmuciła. Niestety na wydobywanie nowej sukienki z wielkiej walizy, która już była wtłoczona na górną półkę, czasu nie było. Bo zanim się obejrzeliśmy był Krzyż- czyli nasza stacja przesiadkowa.

Rodzice ponownie wytaszczyli walizy i mnie przy okazji.

Po jakimś tam czasie nadjechał inny pociąg, do którego z wielkim trudem udało się nam wepchnąć. Niektórzy pasażerowie podawali bagaże przez okna. Był potworny wakacyjny tłok. Ale myśmy mieli bilety tzw klasy I , i tam było nieco luźniej. Tato biegał wzdłuż przedziałów i w końcu gdzieś wypatrzył miejsce dla mamy i dla mnie. Sam zwykle stał na korytarzu.

Gdy nadchodziła noc, rozpoczęłam się układać do snu. Oczywiście rozłożyłam się na kolanach mojej mamy i smacznie spałam.

Gdy tylko rodzice mnie budzili bo była kolejna przesiadka, półprzytomna, ale dziarska kroczyłam z nimi , po czym układałam się i pytałam mamę- czy mogę zasnąć.

Mama się zgadzała, więc ja dalej chrapałam.

To zostało mi do dziś.

Potrafię zasnąć w pół sekundy , spać dowolnie długo lub krótko, wybudzam się kiedy trzeba całkiem przytomna po czym mogę spać dalej, jeśli tylko można. Dzięki temu przetrwałam te lata, kiedy dyżurowałam w szpitalach zwykle dwa razy w tygodniu

Na medycznej ścieżce. Czwarte dziecko.

Moje czwarte dziecko

 

Na Siennej było jak zwykle. Praca, dyżury i te nieszczęsne żółtaczki, które mnie nudziły, o czym wspominałam już wcześniej.

Na wiosnę  1979 roku zorientowałam się , że jestem w ciąży. Dyżury całodobowe, zaburzony rytm życia spowodował w moim organizmie zmiany hormonalne z całkowitym rozregulowaniem cykli miesięcznych. W tej sytuacji antykoncepcja była bardzo trudna,  właściwie niemożliwa. I mając już troje podchowanych dzieci, nie planując dalszego rozwoju rodziny teraz byłam w stanie odmiennym.

Nie muszę ukrywać, że czułam się z tym nieporadnie. Dotyczyło to pewnej mierze lęku przed trudami , ale też złamania danego słowa. Otóż przychodząc na Sienną, zapewniałam, że to już koniec mojego rozmnażania się. Uwierzyli, zaakceptowali mnie, a ja teraz zawodzę. Nie wiedziałam, jak to powiem lekarzom, ordynatorom. Bałam się ich reakcji. Ale tutaj spotkała mnie miła niespodzianka. Gdy spotkałam na korytarzu mojego ówczesnego ordynatora dr Dębskiego, od razu nieomal szeptem mu wyznałam, że będę miała jeszcze jedno dziecko. Pan doktor serdecznie się ucieszył, objął  kordialnie i wyściskał. Powiedział, że gdyby im się tak zdarzyło, to pomimo trzech już dorastających synów, zdecydowaliby się na kolejne dziecko.

Odetchnęłam i z optymizmem a nawet radością pomyślałam o swojej przyszłości.

Nie wiem jakie były komentarze poszczególnych ludzi z zespołu, wszak nie wszyscy mieli dzieci, albo mieli jedno lub dwoje a w dodatku moja ciąża sprawiała im problem dyżurowy i w ogóle personalny.

Oczywiście dyżurowałam do połowy ciąży, bo takie były przepisy.

Dziwne były, bo przecież wiadomo, jak ważny jest pierwszy okres ciąży i jakie mogą być powikłania. Ale kiedyś tak było, a jak opowiadali inni, nawet nie było zwolnień od  dyżurów przez cały okres ciąż.

Posiedziałam jeszcze trochę w oddziale żółtaczkowym, ale po połowie ciąży postanowiłam zagrać.

Było to odruchowe i właściwie niczym nie uzasadnione.

No, właściwie uzasadnione jedynie tym, że mogłam wreszcie zrealizować swoje marzenie. Była nim praca w Oddziale Neuroinfekcji.

Któregoś więc dnia oznajmiłam , że obawiam się zakażeń w oddziale żółtaczkowym i bardzo proszę,  by mnie przeniesiono do Oddziału Neuroinfekcji.

Ordynatorzy musieli mieć dużo dla mnie tolerancji, bo nie dyskutowali, nie przekonywali, że wszędzie się mogę zarazić, jeno po prostu przenieśli mnie tam, gdzie czułam się najlepiej.

I w ten sposób dostałam szansę spędzenia kilku ostatnich miesięcy u boku pani dr Czachorowskiej. Starałam się pracować najlepiej jak umiałam, ale już pod koniec ciąży byłam bardzo gruba, ledwie mieściłam się w maleńkiej szatni, gdzie się przebierały lekarki. Cierpliwie więc czekałam, aż ktoś tam się rozbierze i opuści to miejsce. Dopiero wówczas mogłam tam wejść.

W czasie przerw kawowych polegiwałam na kanapie dyżurnego i tak przetrwałam do terminu porodu…

 

” Twórczość”, najstarsze pismo literackie…

Ponieważ w tekstach brata pojawiają się wzmianki o „ Twórczości”, w której zamieszczał recenzje, na temat tego pisma słów kilka zaczerpniętych z Internetu.( Wikipedia, culture.pl)

 

„Twórczość” jest  najstarszym pismem  literackim, miesięcznikiem . Ukazuje się od sierpnia 1945, początkowo był wydawany w Krakowie a od 1950 r. w Warszawie.

Od 1994 roku do końca marca 2010 wydawała go  Biblioteka Narodowa,  a od kwietnia 2010 – Instytut Książki.

Redakcją kierowali kolejno :  

w latach 1945- 1949 – Kazimierz Wyka ( choć pierwszy numer został formalnie podpisany prze Leona Kruczkowskiego);

w latach 1950- 1954 – Adam Ważyk;

w okresie 1955- 1980 –  Jarosław Iwaszkiewicz

w latach 1981- 2004 – Jerzy Lisowicz.

A po jego śmierci- od października 2004 r. redaktorem naczelnym jest Bohdan Zadura.

„ Twórczość „ odgrywała szczególnie ważną rolę w czasach, gdy redaktorem naczelnym był Jarosław Iwaszkiewicz, który kształtował jej profil a ponadto w latach 80- 90 ubiegłego wieku, kiedy to   za sprawą Henryka Berezy stała się swoistym laboratorium młodej prozy.

 

Profil „ Twórczości” obejmuje przede wszystkim publikację i ocenę dzieł literackich przed ich ukazaniem się w druku, eseje poświęcone literaturze polskiej i światowej oraz polską prozę współczesną . Czasami prezentacja całości lub obszernego fragmentu prozy zajmuje około połowę objętości numeru.

Wśród najważniejszych stałych rubryk w historii miesięcznika wyróżnia się ukazujące się od 1968 r. „ Przeglądy Prasy”. Ponieważ Andrzej Kijowski otrzymał zakaz druku pod swoim nazwiskiem, w 1984 r. zostały przekształcone w słynne „ Kroniki Dedala”.

Także od 1977 do 2005 roku w „ Twórczości” publikował swoje teksty Henryk Bereza. Ukazywały się one pod wspólnym tytułem „ Czytane w maszynopisie”.

Obecnie redaktorami „ Twórczości” są m. in Tadeusz Komendant, Leszek Bugajski, Janusz Drzewicki, Darek Foks.

Właśnie w okresie, kiedy redaktorem naczelnym był Jarosław Iwaszkiewicz mój Brat zamieszczał swoje recenzje w Twórczości. Jest to dla mnie osobista przyjemność, gdyż nie było łatwo spełnić oczekiwania  redaktora naczelnego. W dodatku Zenon mieszkał w Gorzowie, w mieście usytuowanym nieomal przy zachodniej granicy Polski, peryferyjnym , daleko od zgiełku stołecznego ale i od tego tygla, gdzie było łatwo o dyskusje twórcze które wydawały się niezbędne dla rozwoju literata.  Tak więc samotnie przebijał się do tego  „ wielkiego świata”, używając jedynie argumentów swojego analitycznego rozumu i dobrego pióra…..

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Z ” Mojego alfabetu…”o Irenie Dowgielewicz.

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. A oto tekst o Irenie Dowgielewicz , gorzowskiej pisarce i poetce :

 

 

Irena Dowgielewicz

 

      Była pierwszą damą tzw. lubuskiej literatury, ale jej sukces był znany w kraju i gdzieniegdzie za granicą,  gdzie tłumaczono jej utwory. Przez całe swoje dojrzałe i twórcze życie mieszkała w Gorzowie , uprawiając zarówno prozę, jak i poezję. W 1962 roku w poznańskiej oficynie ukazał się tom jej opowiadań pt . „Lepszy obiad”. Był to debiut książkowy. Zafrapował Zbigniewa Bieńkowskiego , Zofię Starowieyską- Morstinową, wielu innych krytyków. W „ Twórczości „ na początku 1964 roku opublikowałem przychylne omówienie tej prozy. Od nieznanej mi osobiście wówczas autorki otrzymałem list z podziękowaniem, zawierający zarazem uwagi polemiczne wobec niektórych moich sądów oraz wyrazy aprobaty dla innych. Nie ukrywam, że ucieszyła mnie taka reakcja pisarki, nie traktująca wyniośle krytyków, co to wiedzą jak pisać, ale sami nie potrafią…

      Później były następne tomy jej prozy: „Przyjadę do ciebie na pięknym koniu” ( Poznań, 1965)- najlepszy zbiór jej opowiadań , „ Krajobraz z topolą” ( Poznań, 1966)- powieść osnuta na kanwie jej witnickich doświadczeń, wreszcie  „ Most”( Warszawa, 1968). I tomiki wierszy :  „ Sianie pietruszki”, „ Stadion dla biedronki”, „ Tutaj mieszkam”. I mnóstwo rozproszonych w antologiach i czasopismach tekstów.

     Dowgielewicz, jak myślę, potrafiła umiejętnie łączyć to co regionalne , z tym co uniwersalne . Z codziennej tkanki życia wydobywać światło i wartości przedtem przez nikogo nie dostrzegane . Miała liryczny typ wyobraźni, stąd jej proza jest inkrustowana poetyckimi metaforami, przenośniami, alegoriami.

     Jako kobieta, zahartowana na Syberii i późniejszymi przeżyciami osobistymi , potrafiła dzielnie walczyć o swoje sprawy. Gdy Wydawnictwo Poznańskie zwlekało z wydaniem jej opowiadań, ostro interweniowała w KW PZPR. Aż nie chciało mi się w to uwierzyć. A jednak ta interwencja poskutkowała. Była to chyba jedna z nielicznych , które przyniosły pożytek polskiej literaturze. Od 1962 roku należała do Związku Literatów Polskich, bo wówczas nie było Związku Pisarzy Polskich….

      Dzisiaj myślę: co się ostanie z jej twórczości w trwałym dorobku narodowej kultury. I nie potrafię na razie udzielić sobie samemu odpowiedzi.

 

 

Korespondencja

 

    Drogi  Panie Zenku, serdeczne dzięki za omówienie „ Obiadu” w 

„ Twórczości”. Recenzja jest kumoterska, ale w wielu punktach chętnie się z nią godzę, wydaje mi się słuszna krytyka „ Skwerku”, a także prawdą jest uwaga o zaangażowaniu autora- przecież to są w gruncie rzeczy moralitety, a w każdym razie kazania miarkowane nieco jaką taką ogładą literacką. Byłam dosyć zdziwiona , że tak wytrawny krytyk jak Starowieyska- Morstinowa zgoła tego nie dostrzegła, określając książkę jako „ upiorną”, ale chyba bardzo dobrą. „ Skwerek” chwali. Prawdą jest także to, czego inni krytycy nie dostrzegli albo nie w tym stopniu dostrzegli : miłość i radość życia. Stąd strony najbardziej gorzkie i ponure są właśnie protestem najgłośniejszym. Cieszę się, że w tym przynajmniej znaczeniu jestem „ prorokiem” we własnej wsi, co się na ogół zdarza nieczęsto…”

                                         ( List z 17 lutego 1964)