Losy moich Rodziców. Pierwsze własne mieszkanie po wojnie.

Gorzów Wlkp. był miastem poniemieckim. Nazywał się w czasach przedwojennych i wojennych Landsberg. Położony nad piękną Wartą i rozłożony na zielonych wzgórzach został w 25 % spalony przez wojska radzieckie w 2 tyg. po wyzwoleniu. Wypalone zostało centrum, uratowała się  XIV katedra. Ale pozostało dużo domów, w których mieszkania były gotowe do zamieszkania.

Rodzice otrzymali mieszkanie przy ul. Kosynierów Gdyńskich 102.

Odwiedzałam kiedyś to miejsce. Wchodziło się w mroczną  bramę a następnie stromymi schodkami na niskie pierwsze piętro. Mieszkanie było ponoć niewielkie i ciemne, ale Rodzicom i tak się wydało przyjazne.

Przecież po wojnie nie mieli nic, nawet  własnego kąta…..

 

Na medycznej ścieżce. Szpital Sienna- Andrzej.

Andrzej

 

Dr Andrzej Pelc był przystojnym mężczyzną. Miał czarną czuprynę i błyszczące niebezpiecznie oczy.

Nic dziwnego, że któregoś dnia wydarzyła się pewna historia której był adresatem. Po pewnym czasie wszystko nam opowiedział.

 Otóż matka leczonego przez Andrzeja niemowlaka nagle zapałała do tego lekarza burzliwym uczuciem. Tak dalece  prześladowała go swoją adoracją, że w końcu doszła do wniosku, iż on jest ojcem jej dziecka. Biedny Andrzej wywijał się jak mógł, by jej nie spotykać, ale nie było to możliwe, gdyż dziecko jeszcze wymagało hospitalizacji .

 Sytuacja od początku wydawała się rodem ze szpitala psychiatrycznego.

Na szczęście któregoś dnia przyszedł mąż tej kobiety i wyjaśnił, że niedawno sama przestała  brać leki z powodu rozpoznanego wcześniej schorzenia i we wzbudzonym nawrotem choroby  manifestującej się niespodziewanym szałem  miłosnym  ponownie trafiła do swojego oddziału i teraz on będzie się informował o stanie zdrowia dziecka. Zresztą wkrótce przybył ze swoją mamą i zabrali zdrowe już dziecię do domu.

Oj, niewesoła to była historia i w tym wszystkim biedny , skołowany Andrzej.

Mam nadzieję, że był to jedyny taki przypadek w jego życiu zawodowym.

Ale nie można było wykluczyć powtórki, bo powszechnie było wiadomo, że mężczyźni lekarze, a szczególnie pediatrzy bywali obiektem westchnień mamusiek ich małych pacjentów. ..

 

Losy moich Rodziców. Poszukiwanie miejsca na ziemi.

Poszukiwanie miejsca na ziemi

 

Rodzice od razu rozpoczęli dyskusję co dalej począć.

Tato już miał propozycję pracy w Warszawie, gdyż tam przybył bezpośrednio po wojnie jego pomagier w pracach projektowych, pan Balicki, który został wiceministrem komunikacji.

Któregoś dnia Mama się zebrała, załatwiła zastępstwo w szkole i pojechali do Warszawy. Jak wyglądała stolica tuż po wojnie nie muszę pisać.

Gdy Mama ujrzała straszliwie zniszczone miasto, od razu rzekła, że ma w sercu ruinę i mieszkać w ruinach nie chce. Tata też się nie kwapił, gdyż była tylko możliwość niezłej pracy, ale żadnych widoków na mieszkanie.

Dość podobnie wyglądał spalony Wrocław, który obejrzeli podczas kolejnej wyprawy w poszukiwaniu miejsca na ziemi. Tam już mieszkali kuzynowie taty- Dzierżyńscy z matką- Walerką, starszą siostrą Staśki, matki Ojca. Oni jakoś się tam już zaadoptowali, mieli nawet ładne duże mieszkanie, ale Rodzice nie chcieli tam mieszkać.

Pojawiła się kolejna propozycja – nie wiem dokładnie, kto proponował. Może to Nowiccy- tak to na pewno oni się odezwali z Gorzowa. MaryniaNowicka była jedyną córką siostry mojej Babci- Staśki, czyli kuzynką Taty. Nowiccy przybyli do Gorzowa wcześnie, zajęli ładne mieszkanie a właściwie pół poniemieckiej pięknej wilii , mąż Maryni- Władek, pracował w urzędzie, który się zajmował dysponowaniem poniemieckich mebli. Oczywiście sobie zorganizował też niezłe. Potem się dowiedział o możliwości pracy dla Ojca, oczywiście na ukochanej kolei i zaprosił Rodziców do Gorzowa. Jak długo trwały te wszystkie przymiarki, nie wiem. Jednak chyba i tak krótko jak na tamte czasy, gdzie sposób komunikowania się ludzi polegający chyba jedynie na korespondencji listownej, ale może jednak już były czynne telefony.

W efekcie Rodzice wylądowali w Gorzowie już w końcu 1946 roku.

Na medycznej ścieżce. Szpital -Sienna- klub na korytarzu.

Klub na korytarzu

 

W czasie przerwy kawowej z reguły rzadko schodziliśmy do wspólnej dyżurki na parter. Panował tutaj zwyczaj przesiadywania na korytarzu, gdzie było wyniesiony stolik i kilka krzeseł, więc czuliśmy się tam jakby w miniklubie. Przypominam, że były to zgrzebne czasy drugiej połowy lat 70 ubiegłego wieku i tylko nasza wyobraźnia ubierała różne surowe wnętrza. Tak więc i tym razem wyobrażaliśmy sobie, że jesteśmy co najmniej w kawiarni Hotelu Europejskiego. Tym bardziej, że rozmowy były fajne, luźne i człek czuł się tam swobodnie. Nie było zwyczaju omawiania w porze kawowej pacjentów ani zwyczaju poruszania spraw służbowych. Po prostu fajny 30 minutowy luz…

Dr Truchanowicz opowiadała o swojej młodości. O tym, ze wyszła za mąż za wspaniałego człowieka- wdowca z dwiema córkami. Młodsza córeczka tego pana zakochała się z wzajemnością w swojej pani doktor, którą była właśnie dr Zofia. Ta miłość udzieliła się jej ojcu i postanowili się pobrać. Było to bardzo czułe i troskliwe stadło. Mieli jedynie problem ze starszą córką, która nie akceptowała macochy. Sprawiała im sporo kłopotów, ale gdy dorosła i wyszła za mąż, sytuacja zmieniła się diametralnie. Nagle wróciła do domu, była dobrą kochającą miłą córką i miała świetny kontakt z macochą. Ta opowieść do mnie powracała, gdy miałam kłopoty z moją pierworodną i była dla mnie optymistycznym pocieszeniem….

Z Panią dr Truchanowicz wiąże się jeszcze jedna Jej śmieszna opowieść. Gdy nadchodziła późno jesienna i zimowa pora Pani Doktor przybywała w swoim nieśmiertelnym, zupełnie przyzwoitym  paltocie. Zawsze komentowała swój wygląd, oświadczając, że znowu nikt się nie włamał do jej mieszkania i nie wyniósł tego płaszcza. Bowiem marzy o tym by nagle zniknęło gdyż inaczej nie potrafi się z nim rozstać…

 

Losy moich Rodziców. Aparat do pomiarów.

Aparat do niwelacji.

 

Ale najważniejszy dla Taty był  poniemiecki przyrząd do niwelacji, taki sam jakim się posługiwał w obozie dokonując pomiarów.  Był Jego miłością, moim nieustannym zachwytem i niestety obojętnym przedmiotem dla mojego Brata- Zenona.

Dobrze pamiętam do urządzenie. Mieściło się w niewielkiej skrzyneczce. Napisałam, skrzyneczce, ale to było coś przepięknego, niesamowitego. Miało wymiary może 50x 40x 30 cm. Całość była pokryta chyba jakąś masą plastyczną ,wyglądającą jak kość słoniową-  chyba nie była to prawdziwa kość słoniowa, a może? . Miało pokrywę zamykaną na niewielki lśniący zameczek. I całość była schowana w materiałowy futerał.

Tylko Tato mógł otwierać to kuferkowe pudło. Przysiadałam obok niego z zachwytem i wstrzymywałam oddech. Bowiem było równie piękne w środku. Wyłożone czerwonym aksamitem stanowiło obudowę dla dziwnego lufiastego przyrządu. Dobrze pamiętam to urządzenie, zawsze mnie zachwycało. Tato z namaszczeniem je wyjmował , objaśniał . Miało jakby krótką lunetę ze szkiełkami tajemnymi. Ponoć  miało zdolność obserwacji terenu i dokonywania pomiarów, na podstawie których Tato wykonywał swoje obliczenia pomiarowe. Przyrząd był lśniący , piękny i tajemniczy. Zresztą nadal pozostał dla mnie tajemniczy, gdyż wybrałam zupełnie inny zawód. Tato stale mnie namawiał na studia politechniczne, ale ja miałam już zakodowaną medycynę.

Tato widząc moją determinację w wyborze zawodu, nie walczył ze mną tak jak z moim bratem, szybko zrezygnował ze swoich planów. No cóż, zawiedliśmy Go z Zenonem  na całej linii.

Bo przyrząd właściwie był przywieziony z myślą, że przyda się Jego pierworodnemu Synowi. Tato sobie wyobraził, że on zostanie inżynierem. Oczywiście jak bywa z marzeniami rodziców, dzieci mają swoje ścieżki, czasami niezrozumiałe dla rodziców. Zenon popatrzył na ten cenny dar obojętnie, a może nawet nie zwrócił na to uwagi. Myślę, że serce Ojca się krajało i krwawiło. Aparat ten Tato kupił od Amerykanów za przydzielone więźniom kieszonkowe, oszczędzał więc i myślał o Zenonie.

Powitanie Ojca z synem, jak pisze Zenon było chłodne. Obydwaj zupełnie inaczej sobie siebie wyobrażali. Przez tyle lat rozłąki, powstały fałszywe obrazy istniejące jedynie w ich wyobraźni. Tak więc zawód na całej linii.

Do tego obojętność Zenona na ów przyrząd to był już początek wiecznej wojny Ojca z Synem.

Ale teraz jeszcze nie wiedzieli jak będzie dalej.

Tato jakoś przełknął  zachowanie syna i zajął się  rozdawaniem innych  darów, rozmowami z członkami rodziny Stefy, którzy zgromadzili się w chacie rodziców Stefy.

Wartość Stefy w oczach rodziny znacznie wzrosła.

Na medycznej ścieżce. Szpital Sienna- oddziały biegunkowe.

Oddziały biegunkowe

 

Na szczęście nie musiałam jeszcze osiadać na nudnych dla mnie żółtaczkach.

Miałam przed sobą jeszcze kilka miesięcy pracy w oddziałach biegunkowych.

Tutaj królowała zawsze uśmiechnięta, duża i kordialna dr Zofia Truchanowicz. To ona zastępowała dyrektora, wówczas, gdy spięta i przejęta po raz pierwszy zgłosiłam się na Sienną, w odpowiedzi na gazetowy  anons o konkursie na stanowisko młodszego asystenta. Polubiłyśmy się wtedy od pierwszego wejrzenia i chyba ona zdecydowała o przyjęciu mnie do pracy. Nie jestem pewna, czy surowa dr Oziemska podjęłaby sama taką decyzję.

Tak więc teraz znalazłam się pod skrzydłami dr Zosi.

Oddziały biegunkowe były właściwie dwa. W jednym skrzydle pracował dr Andrzej Pelc, Marysia Gajda i lekarz, który się szkolił. W tym wypadku ja. Po drugiej stronie pracowała  dr Alicja Wiśniewska. Ciemnooka, ciemnowłosa, niejednokrotnie z eleganckim cienkim papierosem była wzorem opanowania. Podziwiałam ją, że po dyżurach udawała się do kosmetyczki, gdzie podobno znakomicie odpoczywała. Miała już dwie prawie dorosłe córki, więc pewnie też mniej pracy w domu. Tak myślałam, gnając do mojej czerdaki i wiecznie rozbałaganionego mieszkania. Ale nawiasem mówiąc, nie chodziłam na żadne zabiegi kosmetyczne, bo najzwyczajniej  tego nie lubiłam.

Druga lekarka z tej części oddziału to Maria Chmielewska- Jakubowicz, nazywana tutaj Basią.  Była żywiołowa, miewała różne humory. Ale zawsze mnie ciekawiły Jej opowiadania o esperanto. Znała ten język, dzięki temu miała wielu znajomych na świecie, których czasami odwiedzała. Ciekawa to kobieta myślałam, a tymczasem polubiłam jej sposób noszenia biżuterii, który do dzisiaj naśladuję. Otóż na jednym palcu gromadziła różne pierścionki, zresztą fajnie dobrane.

Zapomniałabym o dr Krystynie  Kołodziejczyk. Spokojna, zrównoważona, czasami smutnawa, potrafiła się ładnie uśmiechnąć a jak trzeba ochrzanić. Raz mi się to zdarzyło, miała rację i potrafiła zwrócić mi natychmiast uwagę. Wiem, że uwielbiała narty i zimą zawsze znikała na tydzień lub dwa. Widywałam ją po powrocie, zdarzało się wcale nierzadko, że siedziała przy swoim biurku z wyciągniętą pięknie zagipsowaną nogą.

Oczekiwaliśmy jej powrotu z gór usiłując zgadnąć, czy tym razem wróci cało…

Wiem, że miała syna i urodził jej się wnuk, który otrzymał imię Bolesław. Fajne imię, szczególnie w tamtych czasach, odważne.

Myślę, że jego rodzice mogli być ciekawymi ludźmi, z  fantazją.

 

Losy moich Rodziców. Jak święty Mikołaj…

Jak święty Mikołaj.

 Tak więc wreszcie  przybył do Godziszki mój Tato. Powiało wielkim światem. Wszak wracał z Zachodu.

Wszystkim się jawił jako nieomal św. Mikołaj.

Ubrany był nieźle, przywiózł  paczkę a w niej podarunki.

Był zawsze sumienny i zapobiegawczy, więc będąc w obozie przejściowym dla byłych więźniów skrzętnie zbierał jakieś drobiazgi których sam nie konsumował. Były więc kolorowe cukierki, jakieś konserwy , puszki z herbatą i kawą, czekolada. Większość z tych darów rozdał rodzinie Stefy, wzbudzając ich zachwyt i podziw.  

Jednak coś tam się uratowało.

Zapamiętałam z dzieciństwa przepastną szufladę w naszym gorzowskim mieszkaniu przy ul. Kosynierów Gdyńskich 106 . W dużym pokoju był ustawiony piękny kredens, oczywiście poniemiecki, a w nim owa szuflada. W chwilach szczególnej łaskawości Mamy mogłam się dobierać do tej szuflady. A tam właśnie były srebrzyste płaskie puszki, piękne. Któregoś dnia jedną z nich otworzyłam i ujrzałam dziwny czarny proszek. Mama powiedziała, że to jest amerykańska kawa, którą przywiózł Tata z Niemiec. W naszym domu kawy się właściwie nie pijało, a pewnie ta była cenną pamiątką. Co się z nią w rezultacie stało, nie wiem. Pewnie Tata w zapale porządkowania ją po prostu wyrzucił. Tak jak zrobił z innymi pamiątkami z obozu. Już pisałam do różańcu, który sam sporządził z miedzianych cieniuteńkich drucików. Było to prawdziwe dzieło sztuki. Taki sam los spotkał większość listów , które przysyłał Mamie z obozu. Pozostawił jedynie pojedyncze, które już tutaj pokazywałam…

 

Na medycznej ścieżce. Szpital im.Dzieci Warszawy,ul. Sienna /Śliska

Przymusowe  rozstanie z Oddziałem Neuroinfekcji

 

Po trzech miesiącach niestety zakończyłam zaplanowany okres szkolenia w Oddziale Neuroinfekcji.

Polubiłam jego specyfikę , dynamikę i ludzi, którzy tutaj pracowali. Czułam się tutaj jak ryba w wodzie.

Już nigdy potem nie doświadczyłam takiego żaru, zaangażowania i młodzieńczego entuzjazmu, nie było już takich zachwytów i emocji.

Pozostało jedynie  co najwyżej zaciekawienie trochę ubarwione poczuciem, że robię coś ważnego dla chorych dzieci.

To miejsce w szpitalu było  w pewnym sensie elitarne, gdyż z uwagi na problematykę i poziom wiedzy tylko tutaj  odbywali staże do specjalizacji z pediatrii i neurologii lekarze z innych szpitali.

Tak więc pozostanie tutaj było wyróżnieniem , jednak ja nie miałam szans, gdyż obowiązywały sztywne zasady. Jak już pisałam, od początku  byłam przydzielona  do żółtaczek

Opuszczałam więc mój wymarzony, ale nieosiągalny Oddział Neuroinfekcji z żalem, niechęcią i prawie łzami.

Chyba coś we mnie zostało z tego  zauroczenia problemami neurologicznymi a właściwie neuroinfekcyjnymi.

Chyba miałam w sobie jakieś  geny ułatwiające tę fascynację i przekazałam dziecku a może tylko mój mały syn właśnie wtedy  zaraził się moją pasją, gdy opowiadałam w domu  o specyfice tego oddziału . Bo lubił słuchać. Nie wiem.  Fakt jednak był taki, że po latach po ukończeniu studiów medycznych,  zupełnie dla mnie niespodziewanie , został neurochirurgiem.

Była to ponoć jego wymarzona specjalizacja, zadziwiająco  pokrewna  tej, która była moją niespełnioną miłością….

 

Losy moich Rodziców. Powrót Taty.

Powrót Taty

 

I wreszcie nadchodzi ten moment. Tak długo wyczekiwany, wyśniony po nocach. Ale to tylko moja interpretacja tych wydarzeń. Tak naprawdę nie wiem co czuje Mama, brat na pewno się cieszy- bo o tym napisał kiedyś w liście do mnie. Czy Mama czuje się na siłach, by podjąć nowe życie z tym człowiekiem, który właściwie stał się Jej obcy? Nigdy Mama o tym nie wspominała, a ja nie pytałam. Zresztą wówczas, gdy dorosłam do zadawania takich pytań, już tak wiele się działo w naszym życiu, że odpowiedź byłaby na pewno przefiltrowana przez gęste sito minionych lat.

Tak więc Tato wraca z obozowej tułaczki i po rocznym pobycie w Niemczech. Po rocznych lękach , niepewnościach i rozważaniach, o tym co go czeka w kraju, gdyż wieści o  prześladowaniach władz komunistycznych  a nawet aresztowania ludzi przybywających z Zachodu ( a on przecież był na Zachodzie) docierały do nich wszystkich, zgromadzonych tam wojennych rozbitkach.

I teraz wreszcie wysiada z pociągu i staje nieruchomo na peronie dworca w Bielsku. Jest blady i wyniszczony 6 letnim pobytem w obozie koncentracyjnym.

Na dworcu czeka na niego kobieta z nastoletnim chłopakiem.  Z trudem rozpoznaje znajome rysy, jakże inne niż zapamiętane z młodości. Widzi przed sobą  posiwiałą kobietę i jakiegoś chłopca , którego teraz trudno byłoby nazwać Nieniuś. Pisząc listy z obozu tak go nazywał, pewnie dziecko samo tak na siebie mówiło wtedy, gdy odjechał. Teraz to jest Zenon, wyrostek o pięknych oczach, które mu zostały do końca życia. Płonących , rozjarzających się światłem oczach  naszej Matki…

Mama stargana wojennymi przeżyciami, po stracie  dziecka – Wacusia, którego jej mąż nie znał, osiwiała w ciągu jednej nocy.

Pewnie Tata jest zdziwiony, ale oczywiście wrażenie pokrywa swoim zwykłym łagodnym uśmiechem. Ale w głowie  kołacze się jedna myśl. Co się z nami stało. ?  Gdzie się podziała jego hoża góralka  z pięknym uśmiechem, która powodowała przyspieszone bicie serca. Kiedy to było?- kiedyś było….

Może mimo wszystko tulą się do siebie. Może Mama w końcu wydobywa z siebie dawny uśmiech, nie wiem.

Może jednak powitanie jest chłodne,  oficjalne, bo przy świadkach, na oczach Jej zaciekawionych  braci.

Jadą bryczką do Godziszki, trzymają się za ręce, Zenon pomiędzy nimi uszczęśliwiony i jeszcze nie zdający sobie sprawy jak trudno będzie dalej…

 

Na medycznej ścieżce. O Hani Peńsko- Zawadzkiej.

O Hani Peńsko- Zawadzkiej

 

Koleżanka z Siennej, którą bardzo polubiłam, ciepła i miła Hania była bardzo opiekuńcza, a ponieważ w tym okresie jeszcze nie założyła swojej rodziny, miała mnóstwo dzieci chrzestnych.

Gdy urodziłam najmłodsze dziecko, Paulinę, też wybrałam Hanię na Mamę chrzestną .

Sądząc po zakłopotanej minie, nie była tym uszczęśliwiona, ale zgodziła się od razu.

Kiedyś miałyśmy razem dyżur, i Hania mi się zwierzyła, że zapisała się na Rajd Świętokrzyski, lubiła takie łazęgi. Był początek maja, jeszcze zimno na dworze i nie miała ochoty tam się wybrać. Przekonywałam jak umiałam, i wreszcie dała się namówić.

Gdy wróciła, była rozpromieniona i zmieniona.

Od razu wyczułam, że coś tam się wydarzyło.

Okazało się, że na tym rajdzie, w kieleckim poznała chłopaka, Zygmunta, którego nigdy tutaj nie spotkała, mimo, że w Warszawie mieszkali niedaleko.

Wkrótce wzięli ślub, który odbył się wczesną jesienią w magicznej atmosferze podwarszawskich Lasek. Chyba była związana z siostrami, które prowadziły tam Ośrodek  dla Dzieci Ociemniałych, być może jeszcze przez rodziców, bo po Powstaniu Warszawskim chroniły wielu uciekinierów z miasta.

Był i chyba jest tam jeszcze cudny maleńki, czarniawy, modrzewiowy kościółek.

O tej porze roku był cały spowity jasno błękitnym kwieciem  klematisów.

Hania była ubrana w stylu ludowym, zapamiętałam ogromną, kolorową chustę w kwiaty na jej ramionach.

Byli piękną i bardzo zakochaną parą. Hania od tej pory nosiła nazwisko męża- Zawadzka. Potem czasami bywali u nas w domu ze swoją córką Kingą.

Gdy rodziłam czwarte dziecko, najstarsza- Justyna miała 10 lat i ropień piersi. Hania zajęła się nią jak córką, była przy niej w nocy, gdy była po zabiegu w Szpitalu Chirurgicznym, w tzw. Omedze, której już nie ma. Dzięki temu mogłam być spokojna o losy najstarszej.

 Gdy z kolei w 5 roku życia, ciężko zachorowała Paulina, i leżała w CZD, też poprosiłam Hanię na pomoc. Zorganizowała konsultacje u dr Oziemskiej z Siennej, bo obraz choroby Pauliny był niejasny.

Tak, Hania zawsze była przy mnie w najtrudniejszych moich momentach, zawsze mogłam na nią liczyć.

Potem nasze kontakty się rozluźniły, miałyśmy swoje problemy rodzinne i niewiele czasu na spotkania.

Ale wiedziałam, że wystarczy mój telefon i będzie przy mnie Hania.

 

Po latach się dowiedziałam, gdy już dawno nie pracowałam na Siennej, że Hania długo chorowała i odeszła….jaki los jest niesprawiedliwy, że zabiera nam przedwcześnie tak wspaniałych ludzi….