Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 17 ).

W czasie najdłuższego odcinka  podróży z Warszawy do Wilna powróciło do nas ciepło.

Patrzyła na mnie swoimi jarzącymi błękitnymi wielkimi oczami, nawet się uśmiechnęła.

Przytulała się do mnie ja do niej i byliśmy jedno.

Wiedziałem, że żadna siła nas nie rozłączy.

Na medycznej ścieżce. Mama ma złamaną szyjkę kości udowej.

Pognałam więc do domu, wykorzystując wszystkie możliwe tramwaje i autobusy, gdyż nie posiadałam samochodu na swoją ulicę Broniewskiego nr 22. W tamtych czasach  zdobycie taksówki było zupełną niemożliwością, wobec tego nawet nie pomyślałam o popełnieniu telefonu i zamówieniu taksówki.

Wpadłam do bloku równolegle z lekarzem Pogotowia Ratunkowego.

Nie było żadnych dyskusji, rozpoznanie było pewne.

Mamę wtłoczono na krześle do maleńkiej windy, bo tylko takie były w tym bloku.

Zresztą były tylko dwie, na  cały10 piętrowy wieżowiec, z 14 mieszkaniami na piętrze.

Potem Mamę ulokowano na noszach i rozpoczęła się gehenna transportu przez pół Warszawy na Ochotę, gdyż na Jotejki był dyżur ortopedyczny.

Nie zapomnę tej trasy.

Siedziałam bezradnie obok Mamy, a Ona jęczała z bólu na każdej nierówności ulicy, zresztą stan techniczny karetki był opłakany, wszystko skrzypiało, podskakiwało i trzęsło niemiłosiernie.

Jakoś dobiliśmy do Izby Przyjęć. Tam po odczekaniu w kolejce do lekarza i następnej do pracowni RTG Mama wylądowała na oddziale.

Powiedziano mi, że mogę wracać do domu, gdzie czekało troje moich małych dzieci.

Gdy zadzwoniłam wieczorem do lekarza dyżurnego, dowiedziałam się, że Mama ma założony wyciąg, tzn przeborowaną kość udową i będzie leczona zachowawczo, leżąc tak długo, aż kość się nie zrośnie.

Byłam zrozpaczona, bo tyle już wiedziałam, że przewlekłe leżenie może być dla Mamy bardzo niebezpieczne.

Raniutko pojechałam na Jotejki, gdzie przyjął mnie miły pan ordynator i powiedział, że owszem , założyli wyciąg, ale podjęli  decyzję  założenia Mamie gwoździa unieruchamiającego złamaną szyjkę .

Zabieg był długi, ale w końcu się doczekałam powrotu Mamy z bloku operacyjnego.

Od tej pory wszystko przebiegało gładko, szybko znaleźliśmy się razem w domu.

Mama zaczęła chodzić z kulami, potem już bez kul, do czasu, gdy się okazało, że głowa kości udowej jest martwa, co oznaczało znaczne skrócenie nogi, utykanie a przede wszystkim ogromne bóle.

Gehennę przerwał dopiero po latach bardzo serdeczny, litościwy i uczynny Pan Profesor W.R., nasz Sąsiad działkowy. Ale o tym może napiszę później.

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 16 )

W miarę oddalania się od beskidzkich krajobrazów, Stefa łagodniała.

Jakby ta silna magnetyczna złowroga siła , która łączyła ją z miejscem urodzenia i tamtymi ludźmi słabła, rozluźniała się .

Powoli ta niewidzialna pętla puszczała i poczułem jej głowę na swoim ramieniu.

Może tylko zasnęła i mimowolnie się o mnie oparła, ale wolałem to interpretować po swojemu, optymistycznie dla mnie.

Wyobrażałem sobie, że do mnie wraca, że jest moja i tylko moja.

Na medycznej ścieżce. Wielkie serce Marzenki Kieniewicz .

Musiałam raz jeszcze wrócić do pewnej opowieści o śp. Marzence Kieniewicz.

Ta niezwykła dziewczyna jeszcze raz pokazała prawdziwą klasę.

Otóż pewnego dnia, gdy właśnie  rozpoczynałam przyjmowanie pacjentów w mojej przychodni ,  otrzymałam telefon od Taty. 

Tragicznym tonem powiedział mi, że Mama upadła w przedpokoju i nie może się podnieść. Ponadto skarży się  na ogromny ból w lewej pachwinie. Nie miałam wątpliwości, że jest to złamanie szyjki kości udowej- bardzo częste u kobiet w tym wieku. Nogi się pode mną ugięły. Odpowiedziałam Ojcu, by nie usiłował  podnosić Mamy a ja zamówię karetkę i postaram się natychmiast przyjechać. Zadzwoniłam do Pogotowia Ratunkowego, gdzie przyjęli moją prośbę.

Ale łatwo było powiedzieć, że zaraz wrócę do domu. Pod drzwiami mojego gabinetu kłębił się tłum chorych.

Pobiegłam do sąsiedniego gabinetu, w którym przyjmowała pacjentów moja koleżanka z grupy studenckiej Alicja O. Błagałam ją, by zajęła się chociaż kilkoma moimi pacjentami. Odmówiła kategorycznie, mówiąc, że już skończyła pracę i zamierza pójść sobie do domu. 

Wobec tego zajrzałam do gabinetu, gdzie urzędowała Marzenka Kieniewicz. Pod jej drzwiami też był tłumek. Gdy tylko wspomniałam  , że Mama najprawdopodobniej złamała szyjkę kości udowej i  nawet nie zdążyłam poprosić o pomoc, natychmiast odpowiedziała, żebym jej oddała wszystkie swoje karty. Potem wyszła na korytarz i poinformowała pacjentów, że będzie przyjmowała naprzemiennie  swoich i moich pacjentów.

Głosem nie znoszącym sprzeciwu zaleciła, bym już znikała z przychodni.

Marzenka, moja Marzenka, śliczna dziewczyna o urodzie wschodniej lalki i sercu na dłoni. Prawdziwy człowiek Kościoła, po prostu Prawdziwy Człowiek.

Odeszła w zaświaty, ale zostawiła innym swoją myśl i energię i siłę .

Tylko dlaczego odeszła, dlaczego musiała odejść.

Dobry Boże, pewnie i tak nie odpowiesz…..

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 15 )

Wracaliśmy w  milczeniu.

Stefa siedziała obok mnie w przedziale zapatrzona w swoje góry, które wkrótce zniknęły za linią horyzontu.

Wydawało się, że jest obcą smutną kobietą.

Byłem może nadwrażliwy, ale już taka była moja natura.

Odbierałem emocje ludzi otaczających mnie całym ciałem , byłem jak membrana.

Tak kiedyś o mnie powiedziała moja mama.

Uczucia innych przyjmowałem na siebie, długo je przechowywałem w sobie, wracając do nich myślami.

Nie była to łatwa natura i wcale nie było mi z tym dobrze.

Ale cóż.

Musiałem dźwigać ciężar nieudanego pobytu we wsi mojej ukochanej, czułem, że nie spełniłem oczekiwań Stefy.

Jednym słowem nie byłem z siebie zadowolony i teraz wszystko było możliwe.

Nawet rozłąka z moją wybraną.

Takie czarne myśli tłukły się w mojej głowie w czasie tej nieszczęsnej podróży do Rakowa.

 

Uśmiechnięte Oko Pana Boga.

Jurek zmarł  mając zaledwie 50 lat  .

Chcę go spotkać i wreszcie powiedzieć to , czego nie zdążyłam.

Powiedzieć, że go bardzo kochaliśmy….

 

I właśnie dzisiaj  umówiłam się  z Jurkiem .

Będzie czekał w Specjalnym Miejscu na gorzowskim Rynku.

Rynek zawsze taki kolorowy i rozfalowany , dzisiaj jest  poważny, zadumany listopadowo.

Właśnie powoli gaśnie dzień  i nadchodzi wilgotne jesienne zmierzchanie.

Wchodzę do tego Miejsca Specjalnego, do  tajemnego kręgu zakreślonego gorzowską „Aleją Gwiazd „ i ścianą katedry.

Jestem w samym jądrze miasta .

   Jurek  już czeka , stoi oparty o  ścianę katedry.

Ręce ma  założone do tyłu .

Staję obok i wtedy nasze dłonie przylegają do ciepłej  chropowatości zawsze zachwycająco wielkich katedralnych cegieł.

 Gdzieś, za naszymi plecami za masywną ścianą kościoła , ciężko oddycha przesycony modłami , ogromny główny ołtarz.

Nieopodal szybują , oswojone już z miastem , duchy sąsiedniego , nieistniejącego  cmentarza..

 

Zaczynamy rozmawiać .

I rozmawiamy , rozmawiamy jak nigdy .

Opowiadam, że  nazwałam go Jasny .

Że tylko jego zapamiętałam z tamtej klasy.

Zapamiętałam mimo , że nie należał do grupy chłopaków , na widok których wszystkim dziewczynom trzepotały rzęsy .

Nawet nie wiem czy  były w naszej klasie osoby , które tak naprawdę wiedziały co pulsuje w jego wnętrzu , jak patrzy na świat, o czym myśli i marzy.

       Widzę,  że zachował swoją łagodność i pogodny trochę nieśmiały chłopięcy uśmiech.

 

Opowiadam o tym jak ważna dla mnie była jego matka. Jak ją obserwowałam idąc na działki. Cieszyłam się , gdy widziałam jak siedzi za parterowym oknem. Jasnowłosa drobna  i krucha w bardzo grubych okularach , nieruchomo skupiona na swojej pracy.

Jej obecność oznaczała dla małej dziewczynki dobry spokojny dzień.

 

Wreszcie mówię to co najważniejsze , co było we mnie zawsze.  

Mówię to dopiero teraz.

Że go kochałam , że inni też go kochali .

Ale czy ktoś z nas  zdążył mu to powiedzieć , nie wiem…

Tylko się uśmiecha  , po swojemu dziecięco zakłopotany…

     Obiecuje, że  przyśle   zupełnie nowe fotografie Gorzowa.

Tak dużo ich już wykonał.

Cieszy się .

Przecież już pokonał czasoprzestrzeń i może wreszcie fotografować   z nieograniczonej perspektywy .

 Podobno jego miasto wygląda tak , jak  kiedyś wspólnie oglądana  scenografia  do  „Ptaków „ Arystofanesa.

    Proszę o jeszcze jedno zdjęcie, specjalne .

Obiecuje.

To będzie zdjęcie  Uśmiechniętego Oka Pana Boga .

Teraz czekam..

 

Zostaję  sama z Rynkiem , w objęciach nocy. 

Podchodzę do miejsca , gdzie Gorzowska Aleja Gwiazd.

W pełnym mroku nie widzę , ale wiem, że tam są .

Tak piękne, jak piękna jest pamięć miasta o swoich najbliższych ,  jak serce ofiarowane sercu.

Pod stopami czuję łagodne wypukłości rysunku płyt wpisanych w kamienne podłoże…

 

 

Gorzów, moje miasto. Jurek Szalbierz.

Taki dzień.

Trzeci dzień nowego 2013 roku.

Seweryn Krajewski rzewny w radio.

Samotność.

Niebo z twarzą poszarzałą, zapłakana ziemia.

Komputer.

Otwarty.

Czas powrotów.

Tylko daleka przeszłość jaśnieje.

Zakochanie we wspomnieniach.

Zakochanie w pamięci.

 

Znajduję wpis w portalu MM Gorzów już dawno zamieszczony przeze mnie pod nikiem  Łuka.

To spotkanie z  chłopakiem  z młodości, Jurkiem .

Wzruszenie.

Fala wszechogarniająca.

Jeszcze chwila w miarę przytomna na szukanie w necie.

Znajduję ślady.

 

W notatkach Biblioteki gorzowskiej napisano:

Urodził się 24.02.1947 r. w Gorzowie Wlkp. Zmarł 16.12.1997 r. Pochowany na gorzowskim cmentarzu w Zaułku Zasłużonych, ma tablicę pamiątkową w Alei Gwiazd na Starym Rynku.  
Absolwent Studium Nauczycielskiego w Gorzowie (kierunek: biologia). Członek Gorzowskiego Towarzystwa Fotograficznego od listopada 1974 r. W 1977 r. przyjęty do Związku Polskich Artystów Fotografików, gdzie pełnił funkcję kierownika lubuskiej delegatury.  
   Po śmierci Waldemara Kućki w 1981 r. przejął funkcję przewodniczącego Komisji Artystycznej GTF.  
Pracował zawodowo jako reporter najpierw w redakcji „Celulozy” w Ko­strzynie, a od 1981 r. „Ziemi Gorzowskiej”.  
Miał dziewięć wystaw indywidualnych, pięć po­kazów autorskich, brał udział w 24 wystawach zbiorowych w kraju i zagranicą. W 1991 r. laureat nagrody im. Waldemara Kućki przyznanej przez wojewodę gorzowskiego.  
Jego zdjęcia publikowane były w albumie Polska (wyd. Arkady, 1980) oraz w pismach Teatr, Interpress, Neuer Tag, Gazeta Lubuska.  
Prace Jerzego Szalbierza znajdują się w zbiorach GTF, Galerii BWA w Miejskim Ośrodku Sztuki, w Muzeum Narodowym we Wrocławiu oraz Bibliotece Narodowej w Warszawie. Większość negatywów Jerzego Szalbierza zaginęła. Artysta nie przywiązywał do nich wagi.       Pozostały tylko te, które ocalił i przekazał do BWA jego kolega – Maciej Perliński.  

A tak pisze o nim  jego przyjaciel,  Jerzy Gąsiorek :

 

Jurek robił wiele rzeczy: uczył w szkole biologii, łowił ryby, grał na gitarze, głównie jednak fotografował. W tej wielości zajęć był nieco roztargniony, mijały mu pomysły i zapały. Jedynie do fotografii miał cierpliwość. Tu był profesjonalistą. Chciał być zawodowcem: zdawał na wydział operatorski Wyższej Szkoły Filmowej. Kiedy mu się nie powiodło, za namową Waldka Kućki zapisał się do GTF, a wkrótce wystartował do ZPAF. Został przyjęty bez problemów, mając w dorobku szereg wystaw i nagród. Na wielu pracach byłem modelem Jurka. Prześcigaliśmy się w pomysłach. Zabieraliśmy do samochodu kilka dziwnych przedmiotów, wyjeżdżaliśmy w plener i aranżowaliśmy scenkę zupełnie niekiedy surrealistyczną. Ale w tych scenach zawsze było jakieś przesłanie. Potem następowało najważniejsze: wywoływanie i obróbka filmu…..

 

Jerzy Szalbierz, mój Jurek.

Takiego już nie znałam.

Tak dawno to było.

Ile wody upłynęło w naszej leniwej i bujnej Warcie.

I tylko wzgórza gorzowskie pochylają się nad nami

Jak zwykle milczą i słuchają

A on , niespokojny poszukujący duch

Poszedł dalej, aż do krańca naszego czasu…w  daleki tajemny inny świat.

 

 

Jurek  zmarł 16.XII. 1997 roku.

Miał zaledwie 50 lat

Albo aż 50 lat

Bo może czas tak bardzo nasączony aktywnością

Liczy się podwójnie

 

Odszedł , ale dopóki o Nim pamiętamy, jest wśród nas, żywy i radosny.

 

Wracam do mojego miasta rodzinnego, do Gorzowa.

I jest ciepło promiennie jasno.

Niebo się uśmiecha.

Bo właśnie  spotykam naszą  młodość i kolegę z ławy szkolnej, wiecznego chłopaka z gitarą –  Jurka.

Jak Go nie kochać mówi moje serce….

 

 

 

cdn.

 

 

 

 

Zdjęcia ze zdjęć zamieszczonych w monografii o gorzowskim Klubie Jazzowym Pod Filarami.

 

 

 

 

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 14 )

Następnego dnia obudziłem się potwornym bólem gardła.

Wiedziałem dobrze co to jest.

Na anginy chorowałem często. Leczyłem się wtedy pędzlowaniem gardła za pomocą jodyny. Na szczęście Stefa znalazła jodynę u miejscowej zaprzyjaźnionej nauczycielki.

Wiem, że miejscowi naśmiewali się ze mnie.

Przyjechał obcy, rusek mówiono o mnie z pogardą i w dodatku rusek ze zdrowiem jak mimoza.

Ale wkrótce wyzdrowiałem i opuściliśmy Godziszkę.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że wyjechałem stamtąd bez  ulgi.

Do domu wracałem bez odpowiedzi na moje oświadczyny.

Pocieszałem się jedynie myślą, że nie usłyszałem kategorycznego zaprzeczenia.

Może to byli tacy ludzie, myślałem, surowi, hamujący emocje, inni niż moi krajanie.

Ale liczyłem na ich serca.

Może zamknięte, ale przecież gdzieś w głębi ludzkie i dobre.

Na medycznej ścieżce. System pracy w poradni już na pełnym etacie.

Rano odprowadzałam dziewczynki do przedszkola, potem zabierałam, a 7 miesięczny Marcin spokojnie pełzał po domu.

Praca w przychodni zajmowała mi znacznie mniej czasu niż późniejsza w szpitalach. W poradni , na miejscu były tylko cztery godziny pracy, a reszta czasu była przeznaczona na wizyty domowe.

Do przychodni dojeżdżałam jednym autobusem, był to nr 103, który kończył bieg pod Hutą Warszawa. W  tym czasie wybudowano nową jasną przychodnię, która mieściła się bliżej tej trasy autobusowej.

Wizyty domowe z reguły załatwiałam szybko- było ich 3-5 , oczywiście nie licząc znacznie większego natężenia w okresie grypowym.

W rezultacie ok. 15 byłam w domu. Dwa razy w tygodniu pracę zaczynałam o 15, ale wizyty załatwiałam przed południem.

Wszystko jakoś dało się pogodzić.

 

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 13 )

Cały spocony, jak przez mgłę , słyszałem śmiech mojej wybranej.

Była góralką od urodzenia i znała góry, pokonując ich zbocza od wczesnego dzieciństwa. Przecież kiedyś opowiadała jak ze starszą o dwa lata przyrodnią siostrą- Kaśką chodziły na jagody na Skrzyczne a nawet kiedyś Mama spadła w dół i staczając się gwałtownie , obijając o skały.

Wtedy ocalił jej życie stary pień jodłowy. który znalazł się na jej drodze.

Nie wyobrażałem sobie wtedy tego nawet w ułamku procenta.

Poznałem to teraz i nie było mi do śmiechu.

Spocony i brudny wreszcie wylądowałem u podnóża góry.

W strumieniu, który płynął na dole umyliśmy się, trochę odpoczęliśmy i powędrowaliśmy do domu Stefy.

Żwirowa droga przez wieś była długa żmudna i rozpalona słońcem.

Ale to nie był koniec moich cierpień.