Losy moich Rodziców. Zenon, mój brat.

 

Mój najstarszy brat- Zenon. Zdjęcie z rodzinnego albumu, opisane ręką Taty.

 

 

W maju 1934 roku przyszedł na świat ich pierwszy syn.

Poród trwał kilka dni.

Dziecko urodziło się sine, ale wkrótce żwawo krzyczało.

Było silne, duże i barczyste.

Nadano mu na imię Zenon.

Ojciec przyjechał, obejrzał syna, nawet się wzruszył i wrócił do Wilna, do pracy.

Chłopak rósł .

Kilkuletni brzdąc wychodził do pobliskiego lasu i wracał przynosząc opowieści o wspaniałej leśnej ciszy i urodzie roślin.

Mama widziała, że chłopiec ma talent, umie obserwować świat i dostrzegać jego piękno.

Ale w cichości się niepokoiła nadwrażliwością syna i swoistego rodzaju egzaltacją.

Był bardzo grzecznym dzieckiem, posłusznym , zaprzyjaźnionym z ludźmi.

Wyobrażała sobie kim zostanie w przyszłości.

Tym dotkliwiej przyjmowała wszystkie późniejsze kłopoty i porażki życiowe swojego pierworodnego.

Wyrastałam w takiej atmosferze, wiedziałam, że to dziecko jest dla niej wszystkim.

Mając trzy lata  mówiłam, nieco zrezygnowana,  że ja jestem tatusia a Mama ma Zenona.

 

Losy moich Rodziców. Ślub …

Moją przyszłą Mamę- Stefę, pogrążoną w bezdennej rozpaczy, zupełnie nieobecną  ubrali w suknię ślubną i poprowadzili przed ołtarz.

Poddawała się biernie, z apatią.

Wacław udawał, że wszystko jest w porządku.

Zresztą wszyscy udawali, bo cóż mieli innego robić.

Gdy znalazła  się w kościele i usłyszała cudne niebiańskie organowe dźwięki pękły nagle lody w sercu Stefy.

Nie mogła się powstrzymać. Łzy same płynęły , zalewając twarz. Usiłowała hamować szloch, może nawet jej się to udało, może nie.

W pewnej chwili usłyszała cichy głos księdza Żuka, zaprzyjaźnionego z nią katechety, który łagodnie przywoływał ją do tego świata. Chyba to podziało orzeźwiająco, bo uroczystość przebiegała zgodnie z planem.

 

Pod koniec uroczystości zaślubin  wyjrzało wielkie słońce  i zagrało w witrażach.  

Ludziska zwrócili na to uwagę i wszyscy uważali, że  litościwe niebiosa zesłały tak cudną chwilę, na osłodę  osobistego dramatu panny młodej. Przecież jej przeżycia znali wszyscy, bo to było małe miasteczko, gdzie wszyscy się znali i wszyscy wszystko o sobie wiedzieli.

Przyjęcie ślubne było piękne, w domu Łukaszewiczów.

Rodzice nie opowiadali o tym, jak wyglądało.

Jednak Tato lubił wspominać poranne wydarzenie.

Było niesamowite.

Czerwcowy  ciepły poranek powitał wielki rzęsisty czerwcowy deszcz.

Przyszedł nagle i był ogromny.

Oczyścił powietrze i ustąpił tak nagle jak przyszedł.

Wtedy wszyscy wyszli przed dom ,  zdjęli buty i na bosaka tańczyli w deszczu…

 

Losy moich Rodziców. Milczenie Godziszki.

Moja Mama, Stefa  do końca miała nadzieję, że w tak ważnym momencie życia rodzina jej nie opuści.

W dniu ślubu od świtu wypatrywała w oknie czy nie przybywają bliscy jej ludzie.

Ale czekała nadaremnie.

Okrutna Godziszka milczała, a jej serce krwawiło.

Nie czuła żadnej radości ze ślubu, nawet żadnych emocji, zamknęła się w sobie, jak zresztą już potem nieraz bywało.

 

Losy moich Rodziców. Agnieszka…

List od Stefy z zawiadomieniem o terminie ślubu i zaproszeniem na pewno dotarł we właściwym czasie do jej rodzinnej  Godziszki.

Stefa upewniła się  , że tak jest.

Była w kontakcie listownym ze swoją przyrodnią siostrą Agnieszką.

To ona napisała do Stefy, że w Godziszce huczało. Oczywiście oficjalnie nikt o tym nie mówił, ale szeptano po kątach.

Agnieszka wprost spytała macochę- Mariannę, która potwierdziła, że list z Rakowa dotarł.

       Losy Agnieszki nie były łatwe. Zakochała się w Niemcu i wbrew woli rodziny wyszła za niego za mąż.

Z tego powodu  została wyklęta przez rodziców, ale po latach powoli przełamywała rodzinne lody , zbliżała się do nich.

Potajemnie udzielała pomocy młodszemu przyrodniemu rodzeństwu i w końcu nawiązała też jakieś kontakty z ojcem i macochą.
Jednak jej Niemiec nie miał prawa wstępu do rodzinnego domu i nigdy nikt go nie poznał.

Mieszkała w Bielsku z niechcianym i wyklętym przez jej rodzinę mężem i  była szczęśliwa…

      W pewnym sensie jej losy trochę wzmacniały Stefę, przywracały wiarę w siłę uczuć i możliwość sterowania własnym losem.

Losy moich Rodziców. Odpowiedzialność Stefy i oczekiwanie.

Po  rozmowie z ojcem Wacława, Tomaszem, Stefa nabrała siły.

Poczuła się odpowiedzialna za własne życie.

To uczucie nie było jej obce, to była  cecha jej charakteru- odpowiedzialność.

Miałam tego przykłady , w dzieciństwie i potem, gdy mieszkaliśmy razem w Warszawie, od 1970 roku do końca życia rodziców, tj. 2000 – 2002 roku.

 

Stefa była odpowiedzialna, zahartowana trudnym życiem i konsekwentna. Przecież  opuściła dom rodzinny w 10 roku życia, zamieszkała kątem u obcych ludzi i uczęszczała do szkoły w wielkim nieznanym mieście.

I dała radę.

Potem wybrała pracę na dalekich wschodnich rubieżach Polski i bez lęku tam podążyła.

 

A jednak jak bardzo była związana z ojcem , jak krótko przez niego trzymana, świadczyły te opory przed ślubem , na który ojciec nie wyraził zgody.

 

A może czuła się rozdarta pomiędzy odpowiedzialnością za własne losy ale też za  liczną niezbyt zamożną rodzinę .

 

A może tylko było jej przykro, że jest samotna na tej wileńszczyźnie ,wśród obcych ludzi.

 

Może potrzebowała wsparcia.

Pewnie tak.

Nie wiem i już się nie dowiem.

Pewnie wszystkie wymienione elementy miały swój udział w tym, że tak bardzo czekała na przełamanie oporów ojca i jego zgodę.

 

Po rozmowie z Tomaszem, ojcem jej Wacława, uspokojona, podtrzymana na duchu , pewna swojej decyzji  napisała ciepły list do rodziców, uzasadniając  swój krok.

Zapraszała ich na ten ślub, licząc , że może wyślą chociaż jakiegoś delegata.

Wszak jej rodzina była tak liczna i wiele osób już było pełnoletnich , więc daleka podróż nie byłaby problemem.

Zresztą deklarowała, że przyśle pieniądze na bilety kolejowe.

Losy moich Rodziców. Rozważania o przyszłości.

Po siedmiodniowej przerwie wracam do wrzucania tych zapisków.

Przyczyną przerwy był wirusy. Zagnieździły się w komputerze i w naszych nosach i oskrzelach. Nadal  te objawy falują , jeszcze nie widać końca tej infekcji.. Najmłodszy wnuczek- Patryk jest jeszcze w szpitalu…

Teraz spadł śnieg, ale przed kilkoma dniami jakoś wiosennie śpiewały ptaki…

 

 

 

 

wracam do Losów moich Rodziców:

 

Wacław widząc radosną i ufną twarz Stefy, powrót jej siły i wiary w słuszność decyzji małżeństwa, był szczęśliwy.

Postanawiał w duchu, że nigdy nie zawiedzie ukochanej.

Że zawsze będzie przy niej.

Razem na dobre i na złe.

Na dobre i na złe razem.

 

I na marginesie wspominania tamtych czasów  rozmyślam sobie o  prawdach ponadczasowych.

O odwiecznych cechach młodości, takich jak ufność, wiara we własne siły i optymizm.

Dopiero życie przynosi refleksje i powoli pogrążamy się  w oparach smuty.

 

I to jest wielkie szczęście, że młodzi   nie wiedzą co ich czeka.

Bo rzeczywistość bywa okrutna i gdybyśmy ją znali wcześniej, może nie podjęlibyśmy tej walki jaką jest małżeńskie życie.

 

 

Zderzenie marzeń z rzeczywistością bywa niespodziewanie bolesne.

A  życie pisze pisze i pisze  swoje scenariusze, rozdaje testy do rozwiązania i czeka na nasz błąd, potknięcie.

.

 

I dopiero wtedy, gdy pozytywnie przejdziemy  razem taki test i wytrwamy w związku zachowując  wzajemny szacunek, czułość, przyjaźń możemy swoją smutę rozproszyć i cieszyć się tak właśnie przeżytym życiem.

 

Dałam się ponieść takim rozważaniem, ale cóż ja bidula mogę wiedzieć- dopóki żyjemy, przyszłość jest nadal  niepewna ….jeszcze nie czas na podsumowania…

 

Losy moich Rodziców. Powrót wiary w szczęście.

Na szczęście ślubu nie odwołano.

W czasie rozmowy z Tomaszem Stefa nabrała pewności siebie. Poczuła się silna, by stawić czoło wszelkim przeciwnościom.

Wielkie uczucie, które było w niej,  uskrzydlało.

Myślała, że teraz już wszystko może.

Przenosić góry.

Fruwać w przestworzach.

Nie wyobrażała sobie trudów i znojów życia w małżeństwie.

 Zresztą nikt, chyba nikt, kto zdąża w kierunku ślubu o tym nie myśli.

Losy moich Rodziców. Chyba najważniejsza rozmowa w życiu Mamy.

I właśnie wtedy Tomasz rozpoczął spokojną rozmowę, którą Mama zapamiętała do końca swoich dni.

O tej rozmowie wspominała często.

Opowiadała  mi o tym wieczorze intymnym, o swoich odczuciach i wielkiej czułości i dobroci oraz mądrości życiowej swojego przyszłego Teścia.

Był on spokojny , poważny i bardzo bardzo  ciepły.

Nawet sobie nie wyobrażała, że taki może być ojciec.

Do tej pory nigdy tego nie zaznała . Jej zapracowani rodzice nie mieli w sobie tej łagodności i cierpliwości by rozmawiać z córką. Wydawali polecenia i oczekiwali, by była posłuszna. Teraz otworzyła się  i odważyła na najszczerszą rozmowę w swoim życiu.

Przyszły Teść zadawał jej konkretne  pytania.

Dotyczyły one  jej wizji swojego przyszłego życia,

-odpowiedzialności,

-potrzeby założenia rodziny ale też szczególnie podkreślał  

-wielkie znaczenie podstawowego prawa człowieka .

Wagę prawa do własnego szczęścia.

 

Rozmawiali długo. 

Wychodząc, zrozumiała, że sama musi  podjąć decyzję, bo jest to jej własne życie, tylko jej …..

Losy moich Rodziców. Zaproszenie na rozmowę.

Załamany Wacław wrócił do domu i o wszystkim opowiedział Rodzicom.

 Było im bardzo żal syna, smutno i przykro…. Wacław wyjechał do pracy.

Jednak zaplanowanego ślubu nikt nie odwołał i jego termin zbliżał się coraz bardziej.

Wyznaczono go na 14.czerwca 1932 roku.

Może przypadkowo, a może celowo ta data sąsiadowała z urodzinami Taty. Urodził się bowiem w Rakowie 15 czerwca 1908 roku.

W domu Łukaszewiczów wrzało, dyskutowano nad tym, co należy zrobić, by pomóc młodym.

To, że się kochali, było widoczne na odległość.

Wreszcie po rodzinnej naradzie Tomasz , mój dziadek, zaprosił Mamę na podwieczorek.

W tym czasie Stanisława musiała nagle wyjść z domu. Jak mniemam wyszła celowo, by ułatwić rozmowę.

 W domu poza Tomaszem nikogo nie było.

Ojciec Wacława zaprosił Stefę do stołu, przyniósł samowar, podał herbatę.

Byli sami w atmosferze sprzyjającej szczerej serdecznej rozmowie.