Legenda o Byczej Górze.

Spragniona wiedzy szerszej i ciekawszej nt. Buska pognałam do biblioteki sanatoryjnej zlokalizowanej na terenie sanatorium Krystyna. Wyszłam zachwycona, dźwigając pięć książek o tym traktujących, w tym „ Buskie legendy”  (wyd. „Studio ScriptGraf ” Busko Zdrój 2002) Franciszka Rusaka,  polonisty, wieloletniego dyrektora Buskiego Domu Kultury, który przez lata zbierał regionalne ciekawostki historyczne,  etnograficzne i z dziedziny kultury.

     A oto legenda o Byczej Górze, o której pisałam wcześniej. Na niej to właśnie rozsiadło się bardzo stare Sanatorium Mikołaj, w którym mam przyjemność spędzać porę moich  wywczasów sanatoryjnych

 „Na wschodniej stronie alei Mickiewicza, tuż przy jej południowym krańcu, leży wzniesienie od niepamiętnych czasów zwane Byczą Górą.

Pogański wywód jej nazwy jest czystą fantazją  ale nie pozbawioną elementów prawdopodobieństwa. Bowiem odkopano  w tej okolicy stosunkowo dużo narzędzi paleolitycznych i neolitycznych a nawet znaleziono posążek kultowy, bez wątpienia z epoki przedchrześcijańskiej……

 

 LegendyBycza.JPG

 

Rycina z ww publikacji autorstwa Szymona Kobylińskiego

 

 

Legenda o Byczej Górze

 

 ” Działo się to w czasach , gdy na nasze ziemie nie dotarła jeszcze wiara chrześcijańska.

Nasi przodkowie wierzyli w liczne bóstwa, które mieszkały w świętych gajach, na szczytach gór oraz przy źródłach potoków i rzek.

Na górze , która wyróżniała się wysokością, wśród rozległych łąk i bagien, postawiono drewnianą gontynę, czyli słowiańską pogańską świątynię,  poświęconą bogu bydła Welesowi.

Lud mieszkający opodal trudnił się przede wszystkim hodowlą krów, gdyż z powodu podmokłych terenów nie mógł uprawiać roli.

Bydło stało się podstawowym źródłem utrzymania, a więc i symbolem dostatku, wobec czego oddawano mu wyjątkową cześć i uważano za wyjątkowy dar boski. Nic więc dziwnego, że proszono bogów o sprzyjającą pogodę oraz o zdrowie bydła, gdyż od tego zależał ich los i pomyślność. Raz w roku, letnią porą , składano Welesowi symboliczną żertwę ( ofiarę ) z najdorodniejszego byka, którego zabijano na szczycie góry.

Żrec , czyli kapłan składający ofiarę, po zabiciu zwierzęcia wypijał kilka kropli byczej krwi w celu przywołania bóstwa i posłuchania jego przepowiedni.

Wszystkie te obrzędy rozgrywały się na oczach zgromadzonych ludzi, którzy z zaciekawieniem czekali na pomyślne wróżby kapłana.

Po skończonych czynnościach guślarskich wszyscy zasiadali do wesołej uczty zjadając mięso  właśnie co zabitego byka.

Dla boga bydła, Welesa pozostawały tylko kości, które uroczyście palono w ogniu oraz czaszka zwierzęcia , którą nabijano na wysoką żerdź wkopując ją nieopodal pogańskiej świątyni zwanej gontyną lub kąciną.

W ten sposób powstał przez  lata szereg tyk z zatkniętymi nań czaszkami , które były z dala widoczne.

Zaprzestano tych barbarzyńskich praktyk z chwilą likwidacji pogaństwa.

Zburzono gontynę, spalono posąg Welesa, zniszczono upiorne czaszki byków.

Została jedynie nazwa pogańskiej góry- Bycza Góra….”

Mikołaj, Mikołaj…

MikołajUlicaPod.JPGUlica u podnóża Byczej Góry , gdzie Sanatorium Mikołaj. Właśnie wschodzi słońce…a ja wracam z Parku Zdrojowego

 

 

I wylądowałam w Sanatorium Mikołaj w Busku Zdroju.

Powinnam jakoś specjalnie to uczcić, bo to mój pierwszy taki wyjazd dzięki łaskawości NFZ. Oczywiście aktualne jest przysłowie lepiej późno niż wcale, ale należało  o tym pomyśleć wcześniej. Widzę tu wielu młodych ludzi, całkiem na chodzie, którzy wielokrotnie już korzystali z takiej formy pobytu i terapii. W końcu przez całe swoje życie człek wpłacił niezłą sumkę na leczenie, a właściwie z niczego nie korzystał.  

Pomimo dopłaty do pokoju dwuosobowego , opłaty klimatycznej  w wysokości 3 zł /dz oraz jednorazowej 21 złotowej obligatoryjnej opłaty za wygody ( TV, lodówka, czajnik) , co w sumie stanowiło  450 zł za trzy tygodnie , taki pobyt po prostu się opłaca.  Jedzenie jest niezłe, choć skromne, warunki bardzo dobre – łazienka, wymienione powyżej dodatki i stale ciepłe kaloryfery, co różni znacznie to miejsce od słabo ogrzewanego a właściwie prawie nie ogrzewanego pensjonatu Gosia, w którym przebywa mąż. Zabiegi są na miejscu- kąpiele siarkowe, jakieś wodne masaże, tudzież bezpośrednie masaże kręgosłupa dłońmi całkiem miłego człowieka oraz bardzo dla mnie przydatne, bo już wypróbowane zabiegi krioterapii na moje mocno sfatygowane ręce.

Tak więc, żyć nie umierać, jak mawiał nasz bliski znajomy.

Tym bardziej, że słońce zagląda w okna a współmieszkanka gdzieś wybyła. Pełen spokój, cisza a  niedługo kolacja ….

Ale o Sanatorium Mikołaj o jego historii, urodzie i magii miałam napisać, a  wcisnęły się te poprzednie słowa, więc niech sobie pozostaną w tym miejscu.

     Obiekt  został malowniczo ulokowany na szczycie Byczej Góry, której nazwa nie wiadomo skąd się wzięła. Ponieważ snuję romantyczne historie w swoim umyśle, to powstał tam obraz tej właśnie góry jawiącej się  jak wielki byk, który się wyleguje tworząc znaczne wybrzuszenie na łagodnym zboczu  spływającym z Garbu Pińczowskiego gdzie ulokowało się miasteczko.

W takim to uroczym miejscu w 1837 roku , za czasów Królestwa Polskiego , ulokowano szpital dla ubogich składający się z części dla Żydów i drugiej dla chrześcijan. Podobno była to inicjatywa cara Mikołaja I , i  jego częściowy wkład finansowy w budowę, a także udział  składek  ludności i szlachetność dr Jana Oczapowskiego, autora nazwy tlen, znanego wileńskiego a następnie warszawskiego lekarza , który m.in. napisał broszurkę pt.

” Wiadomości o użyciu wód buskich w leczeniu różnych chorób” a dochód przeznaczył na budowę tego szpitala.

Od czasu, kiedy go wzniesiono a obecnie przeznaczono na Sanatorium , w miasteczku wystąpiły dwie wielkie epidemie cholery. Co się tu wtedy działo trudno sobie wyobrazić. Pewnie szpital pękał w szwach a wszędzie były trupy, trupy, trupy…..

Tak, Sanatorium Mikołaj, gdzie trafił mi się pobyt jest miejscem  magicznym . Czuję to w dzień i w nocy, gdy gwiazdy patrzą, te same gwiazdy co kiedyś….obojętne i zimne….a wtedy przychodzą duchy…

 

 

Mikołaj00.JPG

 

Mikołaj01.JPG

 

 

Mikołaj.JPG

 

 

MikołajRyzalit.JPG

Z Przewodnika o Busku Zdroju, skopiowałam te słowa o  tym budynku i całym kompleksie dawnego Szpitala Mikołaj:  ” Stanowi on ciekawy przykład architektury pierwszej połowy XIX wieku, gdyż posiada płytki piętrowy ryzalit na osi i czterospadowy dach, a w częściach bocznych dwuspadowy”. Ryzalit, jak poczytałyśmy w necie to występ elewacji, który powiększa przestrzeń wewnątrz a jednocześnie ozdabia…

 

MikołajTył.JPG

” Wesołe kumoszki z Windsoru”

 

KogutKura0.JPG

Uciekają z planu zdjęciowego , spiesząc w sobie tylko znanym kierunku

 

 

 

 

Tak jak zaplanowaliśmy, przybyliśmy do Buska pod pensjonat Gosia.

Jest on położony jest bardzo ładnie i wygodnie. Naprzeciwko znajduje się wejście do okazałego Parku Zdrojowego , tylko małą uliczkę przekroczyć trzeba.  Na skraju parkowej alejki znajduje się kiosk z gazetami, na czytanie których nawiasem mówiąc czasu braknie, potem Kapliczka Św. Anny a następnie  otwiera się szeroki widok na urodziwe Sanatorium Marconiego.

Ale wracam do tematu.

Otóż pensjonat Gosia okazał się troszkę nagryzionym zębem czasu obiektem, ale ogólnie fajnym.

Po przyjeździe od razu obejrzałam całe obejście. Był tam dość zaniedbany ogród, ale może to typowe dla tej kwietniowej pory roku, jakieś porozrzucane narzędzia i całość sprawiała wrażenie raczej przygnębiające.

Ale nagle zobaczyłam coś niezwykłego w takim miejscu, coś co mnie od razu zniewoliło i radośnie porwało.

Pod ścianą budynku spokojnie i leniwie leżały sobie kury z równie leniwym kogutem. Bractwo kurkowe było kolorowe, pierzaste, nie zamknięte za jakimś ogrodzeniem. Wylegiwały się razem z rudym kotem, z którym były w wyraźnej komitywie.

Spodziewałam się piania koguta o 4 rano, ale to nie nastąpiło. Widać że towarzystwo zostało dobrze wychowane, by nie przeszkadzać kuracjuszom.

Gdy następnego dnia odbywałam poranny spacer ujrzałam to  stadko na chodzie , już ożywione i bardzo aktywne.  Radośnie gnało wzdłuż ogrodzenia , zręcznie lawirując pomiędzy zaparkowanymi samochodami.

Gromadka była tak pogodna, że nie sposób było się do nich nie uśmiechać.

Rozprężyłam się zupełnie i od razu wszedł mi do głowy tytuł komedii  Wiliama Shakespeare’a „ Wesołe kumoszki w Windsoru”. Tak mi ten tytuł zagrał w głowie i sercu , że nadal tak nazywam owe kurki, które spotykam w różnych miejscach uzdrowiska.  Po prawdzie jeszcze nigdy nie widziałam, by kury wędrowały sobie tam gdzie im dusza zagra, po ulicach i podwórkach zwłaszcza miejscowości kurortem zwanej . Gdzie  pełno  kuracjuszy, często poważnych a nawet pompatycznie poważnych, czasem nadętych, czasem kokieteryjnych ale zawsze odświętnych….

   I  pomimo tego, że treść wspomnianej komedii  ( poczytałam w necie by ją przypomnieć) nie koresponduje z moimi kurami, ale tytuł tak. W tej komedii  rubaszny szlachcic sir John Falstaff postanawia uwieść równocześnie dwie zamężne mieszczki . Jednak przyszły nieszczęśnik nie wie, że one są przyjaciółkami i nie mają przed sobą tajemnic. Obie panie układają  plan działania, by ukarać podrywacza. Realizują go z dobrym efektem.  Zemsta ich nie jest krwawa ale dość zabawna .M.in. ów podrywacz –  Falstaff kończy w Tamizie , gdzie zostaje wyrzucony razem z brudną bielizną …

Zmieniam więc tytuł . I zamiast „ Wesołe kumoszki z Windsoru” nazywam moje stadko

” Wesołe kokoszki z Buska”. Też fajnie…

 

 

KogutKura.JPG

Gorzowski sen o Busku Zdroju.

Jestem już w  Busku Zdroju i mnogość zajęć przerasta moje możliwości pisania . Mam nadzieję na ustabilizowanie tej sytuacji, chociaż obecność współlokatorki pokoju sanatoryjnego-  przemiłej gawędziary może stanowić niejaką przeszkodę. Na razie tekst, który zamieściłam w portalu MM- Gorzów pod nickiem Łuka w 2011 roku, po pobycie w tym czarownym miejscu…..

 Gorzowski sen o Busku Zdroju.

Miałam piękny sen. Byłam w Busku. Gdy się obudziłam , jak zwykle  wbił mi się w oczy ogromny napis na ścianie odległego  wieżowca – Nida Gips. Śnieżna Dolina Nidy niedaleko Buska . Przetarłam oczy  . Jestem w Gorzowie.  

 

Niedawno  byłam w Busku . Teraz  mam wspomnienia, zdjęcia,  foldery i wiadomości z Internetu.

 

Położenie.

Powiat buski  leży na Wyżynie Małopolskiej , na tzw.  Garbie Pińczowskim, sąsiadując z  innymi regionami tej Wyżyny – Niecką Solecką i Doliną Nidy.

Miasteczko znajduje się 50 km na południe od Kielc i w 80 km na północny wschód od Krakowa.

 

Budowa geologiczna.

Wiele milionów lat temu w  okresie mezozoiku i trzeciorzędzie powstawały na tych terenach fałdowania alpejskie. W miocenie znajdowało się tutaj płytkie, ciepłe morze. W wyniku szybkiego parowania , dopływu wód słodkich i niewielkich opadów dochodziło do strącania osadów. Wtedy powstawały gipsy .Na obrzeżach powiatu buskiego znajdują się też skały kredy..

Solanka morska morza  mioceńskiego została nasycona siarką z pokładów gipsowych . Siarka przy udziale węgla i wodoru oraz bakterii beztlenowych zmieniła wartościowość z VI i IV na II. Powstały siarczki i wielosiarczki. Z tych ostatnich przy pomocy odpowiedniego pH wody wydziela się siarkowodór, który z łatwością przenika do organizmu przez skórę i błony śluzowe. Leczy choroby układu krążenia, skóry, narządu ruchu i układu nerwowego.

Źródła takie znajdują się w wielu miejscowościach Europy ( m. in. Baden) i w Polsce.( m. in. Lądek Zdrój, Wieniec Zdrój, ale najbardziej nasycone są w Busku ).

 

Historia

Już w XI wieku zaobserwowano ,że z błotnistego terenu wypływają źródła o zapachu siarkowodoru. Teren ten nazywano bugskiem. Wówczas tam powstały pierwsze chaty pasterzy. 

W   XII wieku stanął pierwszy kościół p.w. św . Leonarda.

Wg zapisków Jana Długosza , właścicielem terenów był rycerz Deresław , który w 1180 roku sprowadził tam  zakon norbertanów.

Osada otrzymała prawa miejskie od krakowskiego księcia Leszka Czarnego. Ponieważ miasto leżało na szlakach handlowych na Ruś i do Krakowa, rozwijało się szybko.

Bywał tam król Władysław Jagiełło , a jego Jadwiga ponoć moczyła nogi w wodzie z tych źródeł .

Miasto zostało zniszczone w 1474 r. przez szlachtę udającą się na Węgry , potem złupione w 1542 roku , a w czasie najazdu szwedzkiego w 1655 zupełnie upadło .

Dopiero w  1776 roku  zainteresowano się niezwykłą wodą ze źródeł w Busku i powstały prace naukowe udowadniające ich lecznicze własności.

 Ważne dla Buska nazwiska to:  ksiądz Franciszek Belin Ossowski , hrabia Leopold Biust i dr Winterfeld, który w roku 1808 prowadził  badania nad składem wody .

W  1819 roku następuje kasata Klasztoru Norbertanek- Busko jako dobro zakonne przechodzi w ręce rządu Królestwa Polskiego, a ten w  wydzierżawia je generałowi Feliksowi Rzewuskiemu.  Generał zadbał o rozwój  miasta . Spoczywa przy kościółku św . Leonarda w Busku .

W 1828 roku następuje oficjalne otwarcie Uzdrowiska.  

W 1922 roku dr Szymon Starkiewicz założył sanatorium dla dzieci „ Górka”, które stało się sławne na cały kraj .

Spośród  kilku starych i ładnych obiektów , najpiękniejsze jest Sanatorium Marconiego (tzw. Łazienki Marconiego.). Marconi był włoskim architektem,   urodzonym w Rzymie w 1792 roku. Gdy miał 30 lat  został zaproszony do Królestwa Polskiego ,  przez generała Paca. Pozostając w naszym kraju przez wiele lat projektował liczne obiekty w Warszawie  m. in Hotel Europejski , więzienie na Pawiaku, Kościół Boromeusza na Powązkach a także ratusze w Radomiu i Łowiczu , pałac  w Dowsbudzie  i właśnie podziwiane Łazienki w Busku. Łazienki , wybudowane w 1836 roku są obecnie obiektem sanatoryjnym, pięknie utrzymanym z salą koncertową i dwoma kawiarniami.

 W Busku odbywają się liczne krajowe i międzynarodowe imprezy kulturalne tutaj. in.  Międzynarodowe Festiwale Muzyki im. Krystyny Jamroz, której rodzina była związana z miastem a także  Ogólnopolski Festiwal Piosenki  im. Wojtka Belona ( zmarłego w 33 roku życia twórcy Wolnej Grupy Bukowina ). Był mieszkańcem Buska i tutaj jest pochowany .

 

Moje wrażenia

–   Stwórca ofiarował Busku i okolicom piękne łagodne krajobrazy  , faliste wzgórza i rozległe widoki z ich grzbietów

–    Busko jest małą polską bardzo starą ale pełną urody perełką .

 Obie części miasteczka- zwykła i zdrojowa , są  wyodrębnione  ale  pozostają w wielkiej architektonicznej harmonii .

Miasteczko zostało posadzone  jakby okrakiem na Garbie Pińczowskim. 

Na grzbiecie garbu , niby siodło ulokował się  Rynek .

Od Rynku spływa  długa , szeroka i prosta 3 kilometrowa aleja , ocieniona  wielkimi drzewami, która przechodzi przez ozdobną bramę  parku zdrojowego i kończy się przed najpiękniejszym obiektem Buska, wspomnianym już  sanatorium – Łazienkami Marconiego .

– Busko położone jest na wys. 250 m. n. p. m i ma swój mikroklimat , co powoduje , że oddycha się tu lekko , normalizuje się ciśnienie tętnicze ,  poprawia się nastrój.

W niektórych miejscach czuje się delikatny zapach siarkowodoru , ale tutaj  jest on przyjemny , bo jakby leczniczy , odbierany jako  aromat .

Opuszczając to miejsce  człek lekki uzdrowiony i wypoczęty unosi pod powiekami piękne jakby wyciszone wtopione w krajobraz obiekty i od razu chce tu wracać.

–  I człek miewa jeszcze  sny , takie jak ja dziś, sny  o przyjaznym i dobrym Busku z nagłym obudzeniem w Gorzowie.

 

– I teraz uwaga na marginesie artykułu .  

Dźwigając” urodę „ reklamy umieszczonej na wieżowcu os. Staszica pt „ Nida Gipsy „, my Gorzowianie ,  powinniśmy wnioskować o sponsorowanie bezpłatnych pobytów w Busku 🙂

 

 

Komu w drogę temu czas….

Trasa0.JPG

Trasa do Buska, zdjęcie sprzed 3 lat…

 

 

 

Przed 3 laty byłam w prastarym, od urodzenia polskim uzdrowisku- Busku Zdroju.  Urzekło  mnie długą historią, urodą i jakimś trudnym do nazwania ciepłem. Chciałam tam wrócić .

I nadszedł rok 2014 i mój  sen o powrocie do Buska ziścił jaśnie wielmożny NFZ, przysyłając po dwuletnim oczekiwaniu skierowanie do tego właśnie uzdrowiska. Będę w sanatorium po raz pierwszy co jak na moje długie życie jest pewnym wydarzeniem.

Ucieszyłam się, że zostałam wyróżniona pobytem w najstarszym, magicznym obiekcie- w Sanatorium Mikołaj.  Oczywiście już poczytałam w necie i teraz czekam na to , jak mnie przywita.

Nie wiem jakie warunki otrzymam, bo okazało się, że nie ma gwarancji na pokój tylko dla siebie, gdzie mogłabym spokojnie kontynuować pisanie do tego blogu o piątej rano, jak to mam w zwyczaju.  

Wprawdzie do skierowania dołączono cennik pokojów sugerując możliwość wyboru : do pokoju jednoosobowego z łazienką dzienna opłata wynosi 30 zł, dwuosobowego- 20 zł i wieloosobowego bez łazienki w pokoju – 10 zł . Do tego dochodzi opłata klimatyczna dzienna ponad 4 zł i nie wiem co jeszcze.

Ja, naiwna, miałam nadzieję, że będę mogła wybrać dwójkę i dokwaterować sobie męża. Ale gdy tam zadzwoniłam, okazało się, że w ogóle nie ma miejsc dla osób bez skierowania z NFZ, a także nie ma żadnej gwarancji, że otrzymam tzw. jedynkę. Tak więc jadę w przysłowiowe ciemno, a mąż z bratową mają wynajęte pokoje w sąsiadującym z sanatorium pensjonacie Gosia. Tu cena noclegu  w jedynce wynosi  40 zł- podaję, gdyby ktoś chciał tam się wybrać.

Tak więc po pierwszym rozczarowaniu tematem zakwaterowania, który okazał się piękną fikcją NFZ ,bo  zabrakło informacji , że nie każde sanatorium gwarantuje możliwość wyboru. Ale człek się powinien cieszyć, że w ogóle sanatorium mu przyznano.

Tak więc postanawiam się cieszyć a nawet radować…. Prastare sanatorium Mikołaj  ufnie i szeroko  obejmę ramionami, jak mojego wnuka, też Mikołaja…A jak będzie? Zobaczymy.

Tak więc jutro rano w drogę ruszamy w stronę Kielc, a potem odbijamy na Busko…

     Fajnie, że  jeszcze raz powędruję  szeroką aleją na szczyt Garbu gdzie rozsiadł się  uroczy ryneczek . Innego dnia  wdrapię się na inne wzgórze gdzie sanatorium Górka . Tam poszukam wspomnień z  opowieści mojej dawnej ordynator Oddziału Neuroinfekcji nieistniejącego już Szpitala im. Dzieci Warszawy przy ul. Siennej w Warszawie- dr Moniki Czachorowskiej, która tu przez lata konsultowała tu dzieci po przebyciu polio i  naszego przyjaciela, profesora ortopedii Witolda Ramotowskiego , który przyjeżdżał z Kliniki Ortopedii w Warszawie i operował dzieci z pozostałościami po przebyciu tej choroby.

I może wybiorę się na wycieczkę  do Pińczowa, gdzie” już dnieje”….albo  pobiegnę na spotkanie z Koziołkiem Matołkiem do Pacanowa, gdzie kozy kują…

Co jeszcze zobaczę, zwiedzę, czego doznam, jak będzie , opowiem detalicznie, zapraszając wszystkich do Buska….

A wszystko mam nadzieję udokumentować ładnymi zdjęciami….

Tak więc w drogę, komu czas….

 

 

położ Buska(1).JPG

 Zdjęcie ze zdjęcia w przewodniku

 

 

Tatarki z mojego dzieciństwa.

417px-Tatar_woman_XVIII_century.jpg

 

 

 

 

 

Oglądam zamieszczony w Wikipedii wizerunek  XVIII wiecznej kobiety tatarskiej sporządzony przez nieznanego autora i usiłuję znaleźć charakterystyczne, poznane w dzieciństwie rysy twarzy . Zdejmuję więc z głowy tej Tatarki przyodzienie , dodaję jej uśmiech i wreszcie jest…jakiś cień, ślad i  wreszcie fala ciepłych dziecięcych gorzowskich wspomnień….

Jak już wielokrotnie pisałam, urodziłam się po  wojnie w mieście bliskim granicy z Niemcami. Przybyli tam moi rodzice po wojennej zawierusze . W poniemieckim mieście Gorzowie znaleźli swój nowy dom i próbowali żyć normalnie. I tak z czasem się stało. Pozostały tylko ich opowieści o straszliwych czasach, łzy matki nocą opłakującej utratę wojennego synka i pewnie jakaś radość z mojego przybycia na świat.

Łaziłam z mamą po Gorzowie. Bardzo lubiłam cotygodniowe wyprawy na rynek .

Barwny tłum, wesołe znajome już kumoszki witały. Unosiłyśmy słoje z gęstą śmietaną, białe sery trójkątne, wyjęte ze śnieżnego płótna i wonne osełki masła , nie mówiąc o żywej trzepoczącej się w siatkowej siatce kurze , która próbowała mnie dziobać albo drapać pazurem i patrzyła wielkim błyszczącym okiem. Na szczęście nie bardzo kojarzyłam jak ona kończy życie, bo rodzice oszczędzali mi tego widoku. Więc postrzegałam ją jako ciekawe choć wrogie w tej siatce zjawisko.

Były też dni , kiedy Mama mówiła, że dzisiaj będą Tatarki. Opowiadała mi przy okazji, że przybyły z dalekiego kraju i od tej pory jawiły mi się jako istoty z innego tajemnego świata. Tylko od nich Mama kupowała  warzywa, bo tak jakoś czarowały ziemię, że rodziła pięknie i dorodnie.  

Wypatrywałam więc, czy  zobaczę je pierwsza . I zwykle tak było, więc wołałam radośnie, że są. Maleńkie, kształtne  czarnowłose kobietki o okrągłych buziach.  Zawsze myślałam, że są jak ładne lalki. Podobały mi się , lubiłam tajemnicę pochodzenia, którą nosiły i takie je zapamiętałam. …

Miałam wówczas kilka lat i cały świat wydawał mi się trochę zaczarowany, bajkowy. Więc od razu sobie wyobrażałam, że te ładne małe kobietki – laleczki są czarodziejkami.

Mama witała je  serdecznie, może były matkami jej uczniów i stąd ta znajomość, a może tylko sympatia bazarowa, nie wiem. Wiem tylko jedno, że czarna rzodkiew kupowana u nich była pięknie dorodna, nigdy potem już nie widziałam takiej, a wypatrywałam na warszawskich bazarkach wspominając gorzowskie Tatarki.

Te gorzowskie  dorodne  czarne kule przynosiłyśmy do domu a tata tarkował na tarce z drobnymi oczkami i surówka była pyszna choć mocno piekąca w gardło. Uwielbiałam także kromeczki chleba posmarowane masłem i pokryte cienkim krągłym talarkiem chrupkiej wilgotnej czarnej rzodkwi….

Do dzisiaj czuję charakterystyczną woń świeżej czarnej rzodkwi, utrwalony  zapach  i smak z gorzowskiego dzieciństwa…

 

 

 

Co się z nami stało….

 

Krokodyl;.jpg

 

 

Był koniec lat 60 ubiegłego wieku.

Warszawa jeszcze zachwycała specyficznym wieczornym zapachem, przepastnym ogromem i ukrytą w niektórych miejscach urodą.

Nasze studia jeszcze były w toku, moje  po przeniesieniu z poznańskiej AM.

Zawiązały się nowe znajomości z ciekawymi ludźmi, przetrwały przyjaźnie z niektórymi do tej pory.

I nadszedł  pierwszy nasz warszawski Sylwester 1968/1969.

Na Rynku Starego Miasta była dość kultowa wtedy  knajpa o ładnej nazwie Krokodyl. Nie pomnę kto zaproponował to właśnie miejsce balowe, a my jak zwykle byliśmy chętni do spotkań i różnych rozrywek.

Gorzowska krawcowa uszyła mi na tę okazję wąską krótką sukienkę z  falbanką  okalającą dekolt i drugą szeroko kończącą sukienkę nad kolanem . Była  z miękkiej, jak wtedy się mówiło lejącej się a przede wszystkim  zielonej , nieco lśniącej materii . Dobrze się w niej czułam , chciałabym ją obejrzeć raz jeszcze, dotknąć. Nie jest to możliwe, bo gdzieś się zapodziała. Ale któżby przechowywał przez te ponad 40 lat dawną sukienkę. W naszym małym mieszkaniu niewielka szafa ledwie mieściła codzienne ciuchy. A dzisiaj żal, że sobie gdzieś poszła…zielona świeża , taka jak nasza młodość…oj ta nasza młodość….

     Tak więc nadszedł Sylwester i czas Krokodyla. Nie znałam tej knajpy, ale koledzy wiedzieli jak tam jest. A było ładnie, tylko miejsca do tańczenia niewiele.  Zasiedliśmy  pod ocalałym z wojny piwnicznym ceglanym magicznym niskim sklepieniem , nad butelkowym stołem ….

I wtedy ktoś pstryknął to zdjęcie .

Przetrwało i zda się, że mamy dwadzieścia lat , jak wtedy….

I tak idąc wzrokiem od lewej strony zdjęcia widzę Anię o niespotykanie alabastrowej skórze , , dużego Macieja  obok  autorkę tych wspomnień w zielonej opisywanej i Mirka. Nasze twarze porysował czas, Mirkowi ładnie posypał srebrem głowę  a Maćkowi niedawno zaproponował przeprowadzkę w zaświaty.  

Czy myśleliśmy wtedy o przyszłości? Pewnie nie .

Niezależnie od tego myślenia czy nie myślenia  przeżyliśmy  kawał życia.

A teraz co się z nami stało? Nic wielkiego, po prostu  czas nam odbiera to co dał…ale  dzięki mu za to, że dał….

      I tylko Krokodyl jak niegdyś zaprasza na Stary Rynek i  ta stara fotografia przypomina naszą szumną dziką nieujarzmioną szaloną młodość…

I oto mamy wiosnę, nie tylko kalendarzową….

 

 Krokusy.JPG

 

 

 

Stale czekaliśmy na niespodziewany marcowy  atak zimy, ale przyszła wiosna. Mam nadzieję, że o śniegach i mrozach możemy zapomnieć. Nawet mój osobisty kierowca zdecydował zmienić opony zimowe na letnie. To już widomy znak, że należy odrzucić wątpliwości i najnormalniej się cieszyć wiosną. Wiosenką….prasłowiańską Vesną wywodzącą się prawdopodobnie od” was” czyli świecić lub „wes” tzn.  wesoły….

     Na razie oszałamia nagłe ciepło, wilgotny zapach ziemi i wonie iglastych drzew i krzewów gęsto rosnących w moich Michałowicach.

Już od kilkunastu dni cieszą oko krokusy, maleńkie żonkile uśmiechają się do słońca, błękitnieje barwinkowy kwiatek a  jakieś maleńkie chwaścikowe kwieciaki bieleją i kotki wierzby iwy nagle zakwitły.

    A dzisiaj rano usłyszałam poza wrzaskiem bażantów szum wielki nad tą wierzbą.

Jej korona była otulona mnóstwem miodnych brzękadełek. Z radością zauważyłam, że to pszczoły  wstały ze snu zimowego . Pstrykałam zdjęcia, ale albo uciekały z planu, albo zoom był za słaby więc tych milutkich owadów prawie nie widać. Ale musicie mi uwierzyć na słowo…..

 

krokusy00.JPG

 

Ĺźonkile.JPG

 

WierzbaPsaczoła.JPG

 

WierzbaPszczoła1.JPG

 

WierzbaPszczoła1.JPG

 

ĹźonkileduĹźo.JPG

 

Barwinek.JPG

 

krokusyżółte.JPG

Żal mi tych, którzy teraz się cieszą na Krymie- może nie mam racji…

 

Nigdy nie byłam na Krymie, dlatego  nie zamieszczam własnych  opisów panujących tam klimatów a jedynie informacje  z tzw. drugiej ręki . 

  W zeszłym roku wybrała się tam na wczasy moja koleżanka. Opowiadała z ożywieniem o tym planowanym urlopie, jednak po powrocie entuzjazm był bliski zeru lub nawet poniżej zera. Nie jest to dziewczyna rozpieszczona przez życie, zna świat, potrafi odróżnić to co ładne i nie krytykuje bez powodu. Z tej strony dobrze ją poznałam. Pomimo tego, że mieszkamy w tym samym mieście, spotykałyśmy się czasem przypadkowo w zupełnie dziwnych miejscach. A to na lotnisku , kiedy to okazało się, że wybraliśmy ten sam pobyt z tym samym biurem turystycznym na Rodos. A to niespodziewane w tym samym czasie wczasy w Portugalii. Po przedwczesnej śmierci Jej męża, Bronka wybraliśmy się razem do Chorwacji. Nigdy nie narzekała na jakość hotelu, złą pogodę czy jakieś inne trudności, zwykle nieuchronne  na takich wyjazdach. Zawsze pogodna, namiętnie pływająca w morskich toniach częstująca winem wieczorową balkonową porą.

Ta długa opowieść o Joannie to nie tylko przypomnienie Jej dobrej energii ale też podparcie do opinii którą niedawno przywiozła z  wczasów na Krymie.

Była zniesmaczona panującym tu postkomunistycznym klimatem, mnogością instalacji wojskowych, portów zapchanych okrętami , brzydkimi hotelami cuchnącymi środkami dezynfekcyjnymi , podławym jedzeniem i przaśnymi warunkami, które proponują turystom. Orzekła, że nigdy tam się już nie wybierze.

W dzisiejszej sytuacji Krymu na pewno   wybierze się tam niewielu Polaków.

     I oto widzę jak przed kamerami telewizyjnymi kobiety cieszą się z zaanektowania półwyspu przez Rosję  i opowiadają , że wreszcie nie będą oglądały skąpych turystów z Ukrainy – w domyśle i z Polski- bo jak podają było nas tam 300 tys. rocznie . Gdy wykrzykują  triumfalnie  , że teraz będą tu przybywali tylko Rosjanie- bogaci turyści i sypną groszem, najzwyczajniej żal mi się ich robi .

Bo nie chciałabym krakać.

Ale widząc w wielu krajach zachodnich turystów rosyjskich , bogatych , ozłoconych , rozhulanych rezydujących w swoich przepysznych hotelach nie bardzo ich widzę w tej krainie i w ośrodkach pachnących na odległość komuną.

Chyba wiele czasu potrzeba by zdewastowany zmilitaryzowany kraj krymski ożył, rozpalił swoje pierwotne uroki i przyciągnął  tych nowobogackich….

 

 

Krym się udał Panu Bogu, ale….

 

wodospadykrymskie.jpg

 

Wodospady krymskie. Zdjęcie wykonał Oleg Bryzgalov. Autor zamieścił je w necie i udostępnia za zgodą. Ponieważ nie mam z nim kontaktu, proszę o zgodę- mam nadzieję , że zaakceptuje. Jeśli nie, oczywiście usunę ….

 

 

 

 

Pewnie Stwórca się cieszył, gdy rzeźbił naszą ziemię.

W przypływie fantazji postanowił urozmaicić właściwie równą  linię brzegu Morza Czarnego przylepiając w jego części północnej trójkątny skrawek lądu tworząc półwysep i nadał mu na imię  Krym. Obrysował  go 1000 kilometrową  granicą z morzem  i  połączył  tylko jedną  wąziutką  wstążeczką z lądem  . Kiedy  zauważył, że nazwano go Przesmykiem Perekopskim , zgodził się na tę nazwę, podobnie jak  na nazwę Cieśniny Kerczeńskiej ,  która od wschodu  dzieliła ląd z owym półwyspem.

Ale jeszcze przedtem starannie modelował te przeszło 27 tys. km kwadratowych  swojego ulubionego Krymu.  Piękne pasma górskie liczne rozrzucił , gęstymi lasami przyprószył , wypiętrzył dwa  szczyty  sięgające 1545 m . n .p. m., które nazwał   Roman Kosz i Czatyrdah a potem dodał na północy wielką połać  stepu przyprawiając go słonymi jeziorkami . Południe obdarował ciepłym łagodnym klimatem i z przyjemnością obserwował jak dobrze się tam czuje  roślinność podzwrotnikowa a ludziom ofiarował  tam urocze doliny i piękne plaże nadmorskie. .

I o rzekach Stwórca nie zapomniał. Ale niecierpliwy był, bo szkicował krótkie i wyszło ich 1657 a jedynie przy 150 z nich dłużej przytrzymał ołówek i tylko one mają ponad 10 km długości.  Niestety lato wypijało i do tej pory wypija z nich wodę, zostawiając suchy zarys koryta i dopiero przełom lutego i marca wylewa z nieba wodę i wówczas rzeki bujne i dumne pięknie płyną do morza a czasami spadają z wielkich wysokości tworząc słynne  wodospady Krymskie.

      I przybyli ludzie na tę krainę czekającą .

Podobno najpierw pojawiali się tu z Iranu Taurowie ( ich najstarsze zabytki pochodzą z przełomu II i I tysiąclecia przed naszą erą)  a  także wędrujący koczownicy z terenów obecnej pd- wschodniej Ukrainy zwani Kimerami , w VII wieku przed naszą erą przywędrowali na Krym Scytowie, pochodzący podobnie jak Taurowie   z Iranu . To oni zbudowali potężne państwo, które przetrwało do II wieku p.n.e. Wówczas to wojska Aleksandra Macedońskiego i najazdy Sarmatów zniszczyły państwo, ale nie kulturę. Cudem uratowani  Scytowie odbudowali swój kraj na Krymie. Powstały ich miasta i równocześnie kolonie przybyłych tu Greków.  Jedno z miast było zlokalizowane w okolicach obecnego Sewastopola i tam, gdzie Kercz teraz. W efekcie na południu półwyspu mieszkali Taurowie a północ była nadal opanowana przez Scytów. Oba te narody toczyły  ze sobą nieustanne boje.

W I w.n.e. interweniowali  panoszący się w świecie Rzymianie. Scytowie nie mogli się z tym pogodzić i nie ustawali w walkach.

Jednak gdy w  III w.n.e pojawili się tu Goci, zburzyli miasta Scytów jednocześnie przynosząc zagładę temu państwu. Późniejsze najazdy Hunów unicestwiły resztki Taurów i Scytów a ocalałe państwa- kolonie greckie ulegały wpływom chrześcijańskim , które od III/ IV n.e. stopniowo zdobywało wpływy. …

Nie będę pisała o dalszych losach ludów zamieszkujących Krym, bo burzliwe były i może nudne …

Jedno jest pewne, Krym był półwyspem, gdzie przez wieki spotykali się ludzie Wschodu i Zachodu. I właściwie trudno orzekać kto ma największe prawa by uważać, że Krym jest jego. Ale to na marginesie tylko uwaga.

Ludziska zajmujący te tereny pozostawiali  wielkie bogactwo zabytków. Można podziwiać starożytne greckie ruiny, intrygujące miasta skalne- pamiętające średniowieczne twierdze, ruiny ormiańskich klasztorów, a także pamiątki po Tatarach: meczety czy słynny Pałac Chanów w Bachczysaraju.

Można też urządzać wyprawy w góry, wdrapywać na skałki, przemierzać szlaki rowerowe, pławić się w morzu, sycić oczy widokami, odwiedzać bazary pełne  kolorowych krymskich owoców….

Tak, Krym się udał Panu Bogu….

Jednak…cdn

 

Opracowałam na podstawie wiadomości z  różnych portali . Dodałam tylko od siebie  wymyślone informacje o Panu Bogu – ale może tak naprawdę było….