List do bratanka, Jacka Łukaszewicza ( 8 )

 

Jacku!

 

 

W moim ostatnim liście  pisałam  o Twojej Mamie, wspominając ją serdecznie. Ale właściwie niewiele o niej wiem,  o Gercie, o Jej życiu zawodowym i losach.

I dlatego  teraz  zajrzałam do Internetu, szukając  tam  jakiegoś Jej śladu.

Ku mojemu pewnemu zaskoczeniu znalazłam kilka informacji. Jakże miło, że o Niej nie zapomniano. Przecież minęło już tyle lat, kiedy wyjechała z Polski, z Zielonej Góry. Jestem wdzięczna ludziom, którzy prowadzą kalendarium wspominając tych, którzy odeszli. Jeśli  ludzi o których znajdujemy informacje, nie znaliśmy, to obojętnie przemykamy się wzrokiem po takich tekstach.

Ale jeśli byli i są nam bliscy, zatrzymujemy się w biegu, wspominamy i cieszymy się, że w ten sposób wracają do nas, stale żywi. I tego właśnie doświadczyłam, gdy w zielonogórskim portalu znalazłam taką notkę . Z niej się też dowiedziałam, kiedy opuściliście Polskę. Był to rok 1981, tak więc jak obliczyłam , miałeś wtedy już 18 lat, a myślałam, że znacznie mniej. …Cytuję to, co napisano o Twojej Mamie:  

 

<<Zielona Góra

 

16 sierpnia 2003 roku

Zmarła redaktor Gertruda Fajger – Łukaszewicz. Od 1962 roku dziennikarka Zielonogórskiej Rozgłośni Radiowej ( wcześniej dziennikarka „ Nowin Rzeszowskich ”) . Specjalizowała się w reportażu radiowym o tematyce rolnej.. W sierpniu 1981 roku wraz z synem Jackiem wyjechała do Austrii a stamtąd do Sydney w Australii. Pisała do tamtejszej prasy polonijnej

. Wydała książkę „ Moja emigracja” .>>

 

Może ta notka jest lakoniczna, ale nie dla nas, bo byliście i jesteście nam bardzo bliscy ….

 

A oto inna informacja o Gercie, zamieszczona w portalu  „ radio Gubin”

 

<< …Początek ostatniego programu upłynął jednak w jubileuszowym klimacie a to w związku z obchodami 35-lecia Państwowej Szkoły Muzycznej I stopnia w Gubinie. Gościem Forum była dyrektorka placówki Alicja Gil, która przypomniała kilka ważkich faktów z historii szkoły, nazwiska znakomitych absolwentów i kilka ważnych wydarzeń z życia szkoły w jej długiej już przecież historii. Uzupełnieniem tych rocznicowych refleksji był archiwalny reportaż zrealizowany w latach 70-tych przez dziennikarkę Radia Zielona Góra Gertrudę Fajgier – Łukaszewicz pt. „Egzamin z Teraźniejszości” z lat 70-tych. Jego bohaterem był pierwszy dyrektor i inicjator powstania szkoły Leonard Kuryłowicz. ….>>

 

I jeszcze jedna wzmianka zamieszczona w Internecie opracowana przez pana Rusiaka z

 „  Życia Literackiego” :

<< …Zielonogórski oddział ZLP nadal utrzymywał intensywną współpracę z Wydawnictwem Poznańskim , które niemal każdego roku wychodziło na rynek Krakowy z utworami autorów lubuskich. ….wydano w 1980 w Poznaniu antologię „ Reportaż z Nadodrza”, którą…opracował redakcyjnie A.K. Waśkiewicz. W antologii znalazły się reportaże dziennikarzy zielonogórskich i gorzowskich: ( m.in. ) Gertrudy Fajger – Łukaszewicz….>>

 

    Szkoda, że nie mam tych materiałów, poczytałabym z chęcią. Pewnie, gdyby się bardzo postarać, można byłoby je otrzymać. Ale moje umiejętności w tym temacie są niewielkie, więc nawet się nie zabieram. Ale może Ty, Jacku albo Twoi synowie kiedyś się zainteresują i dotrą do tych publikacji….

Nie posiadam także książki Twojej mamy, którą napisała na emigracji, a o której wspominano w kalendarium. Wiedziałam, że pisywała w australijskiej prasie polonijnej i wydała książkę , ale tej publikacji nam nie przywiozła. Nie wiem dlaczego, może nie przywiązywała do niej dużej wagi…szkoda….

 

Kończę już ten list, pozdrawiam Ciebie bardzo bardzo ciepło. U Was już pewnie późna wiosna , bo wszak w czasie gdy u nas Boże Narodzenie, w Australii pełnia lata.

Swoją drogą to niezwykłe, że na jednej wspólnej naszej kuli ziemskiej taka różnorodność…a już nie wspomnę o fakcie, że Wy chodzicie do góry nogami, patrząc z naszej perspektywy…

jak to wszystko działa, trzyma się jakiejś całości stale mnie zadziwia …i wiesz co, Jacku, tak rozmyślam teraz nad tym, kto to wymyślił, stworzył. Może  On był , może naprawdę był…..

 

Jeszcze raz pozdrowienia i uściski dla Twoich , ciocia Zosia.

 

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 24 )

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

 

 

 

 

Cz.24

 

 

  <<….   W innych oddziałach szpitala zmieniali się ordynatorzy, zmieniał się też profil oddziałów w miarę potrzeb epidemiologicznych. Wraz z rozwojem szczepień ochronnych jedne choroby zaczęły wygasać ( koklusz, dyfteryt, polio) , pojawiały się natomiast nowe problemy, jak wzrost zachorowań na wirusowe zapalenie wątroby w.z.w. ( żółtaczkę zakaźną), zapalenie opon mózgowo- rdzeniowych , salmonellozy. Niektóre oddziały zamykano, uruchamiając w razie potrzeby nowe. I tak dawne oddziały dla kokluszu i dyfterytu zamieniono na oddział dla chorych na w.z.w. , a oddział dotychczasowy dla polio- na oddział neuroinfekcji. W oddziale dla w.z.w. zmieniali się często ordynatorzy. Początkowo kilkanaście łóżek prowadziła dr Barbara Jaroszyńska. Potem dr Maria Rossa- po kursie szkoleniowym w Pradze Czeskiej, wprowadziła metody diagnostyczne  i lecznicze, kontrole i dietę, wypracowane przez klinicystów czeskich. Po niej przez krótki okres była ordynatorem dr Aleksandra Kulesza, a następnie , również krótko, doc. dr med. Aniela Marks- Zakrzewska ( drugi dyrektor). Częste zmiany kierowników nie sprzyjały ciągłości pracy. Dopiero gdy w roku 1961 oddział w.z.w. objęła dr Halina Oziemska, prowadziła go bez przerwy ponad 30 lat.

    Wobec nasilających się nadal zachorowań dzieci na w.z.w. zaszła konieczność otwarcia drugiego oddziału, na 38 łóżek, którego ordynatorem został dr med. Ryszard Dębski. Oddzielono salki dla chorych na w.z.w. A i w.z.w. B.

      Po odejściu dr med. D. Łukaszewicz do Instytutu Matki i Dziecka oddział neuroinfekcji prowadziła dalej dr med. Anna Gecow, a następnie dr med. Monika Czachorowska, ordynator przez ponad 25 lat, jedyny lekarz szpitala, który ma trzy specjalizacje: pediatryczną, zakaźną i neurologiczną.

    Oddział zakażeń jelitowych ( biegunki, czerwonki, salmonellozy) ponad 30 lat prowadziła dr med. Zofia Truchanowicz. Przechodząc na emeryturę przekazała kierownictwo swemu wieloletniemu współpracownikowi, dr Andrzejowi Pelcowi.

         Dyrektorami szpitala byli kolejno:

    Dr Eugenia Pomerska 1953-1957

    Doc. Dr Aniela Marks- Zakrzewska 1957-1961

    Dr Witold Gloksin 1961-1964

    Dr med. Halina Oziemska 1964-1977

    Dr Barbara Artman- Przetakiewicz 1977-1979

    Dr med. Halina Oziemska ( ponownie) 1979- 1982

    Dr med. Ryszard Dębski od r. 1982; jest dyrektorem kierującym tą placówką najdłużej ze wszystkich swoich poprzedników, a zarazem ordynatorem oddziały w.z.w. ( przypis red.- ten artykuł opublikowano w 1998 roku)

     Pierwszą przełożoną pielęgniarek była siostra Janina Drągowska, która ustawiła od początku pion pielęgniarek w systemie trójzmianowym oraz obsadę izby przyjęć. Drugą przełożoną pielęgniarek była siostra Alina Oziębło; obecnie przełożoną jest siostra Zofia Wielbut. ( dane z 1998 roku- przyp. red). Istnieje stała, ścisła współpraca z pielęgniarkami oddziałowymi oraz z pracującymi w przychodni przyszpitalnej….>>

   

Jest Takie Miejsce. Cmentarz żydowski w Otwocku ( 2 ).

 

Wszystkie zdjęcia  do dwóch rozdziałów na ten temat, wykonała Zofia Konopielko, autorka bloga, w 2012 roku

 

A może śpią tutaj szczęściarze …..

 Anno, Polu, Felicjo, Stefanjo urodziłaś się w takim dobrym ciepłym domu. Od chwili przyjścia na świat byłaś właściwie szczęściarą. Twój Bóg wybrał dla  ciebie wygodne  miejsce, bo chyba nie byłaś dzieckiem żydowskiej błotnistej biedoty, której nie byłoby stać  na leczenie daleko od domu. Wówczas pewnie nigdy by ciebie tutaj nie przywieźli ,  nie zobaczyłabyś tych pięknych podotwockich lasów. .

Rosnąc w dobrobycie, oglądałaś  spokojnie  jak płoną światła menory i dzieliłaś się sabatową chałką z rodzeństwem. Czasami Twojej mamie  śmiesznie przekrzywiała się peruka na głowie. Nie zastanawiałaś się nad tym, że ma ogoloną głowę. Przyjmowałaś swoje życie i głęboką tradycję jako rzecz zwykłą. Baraszkowałaś z rodzeństwem w letnim czasie, gdy zawozili cię na letnisko. Niewiele dzieci polskich miało takie wakacje a tym bardziej dzieci biedoty twojego narodu. Tak więc byłaś wyróżniona wśród rówieśników . Może kiedyś umierał w twoim domu jakiś młody człowiek,  ale odbywało się to dyskretnie, nie byłaś bezpośrednim świadkiem żadnej rodzinnej  tragedii. Ubierano ciebie w  ładne szatki, a  w domu stół  i kredens był pełen smakołyków . Jednym słowem niczego ci nie brakowało .

     I przyszedł taki poranek , kiedy się poczułaś jakoś inaczej niż zwykle. Wstałaś z łóżka lepka od potu i nawet pościel była mokra. Ale pomyślałaś, że przecież upalny wieczór był i noc gorąca. I tylko nie wiadomo  dlaczego mama z zaniepokojeniem oglądała  twoją poduszkę. Potem mierzyli ci temperaturę i kręcili głowami. Przecież ty się czułaś właściwie dobrze, byłaś podniecona, ożywiona a nawet przychodziły do ciebie takie dziwne sny,  nasączone tajemniczą seksualnością, jeszcze ci nieznaną w realu. Czasami kaszlałaś,  ale na wiosnę przecież zdarzały się przeziębienia. Kiedyś , gdy tak sobie kaszlałaś coś dziwnego wyplułaś i wówczas zauważyłaś krew na chustce, którą ocierałaś usta . Pewnie pomyślałaś, że to krwawienie z rany po wyrwanym zębie. Słodki smak w ustach przecież był ci już znany….

     Odwiedzał ciebie twój ukochany pan doktor , delikatnie badał, a potem zamykał się z rodzicami w drugim pokoju.

Zostawałaś w łóżku z ciekawą książką, bo uwielbiałaś czytać a teraz trafiła ci się taka niepowtarzalna okazja, bo miałaś dużo czasu na lektury…

     A potem wieźli ciebie bladą z zapalającym się rumieńcem na policzkach na letnisko, jak mówili. Znałaś takie wyjazdy, tylko jeszcze nigdy nie byłaś w tej okolicy, w podwarszawskich lasach. Podróż była długa, bo twoi wybrali to odległe miejsce, twierdząc, że jest dla ciebie najlepsze.

Cieszyłaś się na zmianę w swoim życiu, przecież lubiłaś podróże. Nie mogłaś zrozumieć smuty rodziców , ich badawczych , pełnych niepokoju spojrzeń.

Może tak nie było, bo ty już wiedziałaś . Wiedziałaś, że jesteś bardzo chora. I wiedziałaś, że to  gruźlica.

Ale myślenie o złym końcu w twoim wieku było tak dalekie i tak nieprawdopodobne, że go w ogóle nie było.

Tylko te twoje nienaturalnie błyszczące oczy. Oczy , które  im, twoim rodzicom mówiły, że ich dziecko jest bardzo chore. Z tych oczu czytali chorobę i widzieli w nich czającą się śmierć. Ale odpędzali od siebie takie  myśli , bo mieli wiarę w to miejsce i lekarskie cuda. Ta wiara podstępnie ofiarowywała im różowe okulary nadziei.

Witałaś się z radością z tą krainę piasków i pięknych lasów sosnowych . Potem pobiegałaś do swojego domku, który czekał letniskowo obiecując nieznane ci jeszcze rozrywki. Wszystko ci się podobało , i pokój ozdobiony kwiatami  i łóżko nakryte barwną kapą. Bez żalu żegnałaś się z rodziną wydobywając swój najpiękniejszy uśmiech z oczu ciemnych a jednak już  lękliwych zmęczonych wiecznym kaszlem . Łapczywie wchłaniałaś tutejsze żywiczne suche i lekkie powietrze, jak dobrze się czułaś, gdy wpadało do twoich biednych chorych płuc  ….

Może nie zdążyli  ciebie więcej zobaczyć żywej. Odeszłaś jakiejś nocy pozornie cicho i niepostrzeżenie.

 A może oni , twoi rodzice czy bracia, byli przy tobie , trzymali za rękę i przeprowadzali przez ciemną rzekę na  jaśniejący na horyzoncie drugi brzeg tego nieznanego nam innego świata.

Pożegnali ciebie tak jak przystało na prawdziwą dziewczynę z żydowskim rodowodem. Musiałaś spocząć tutaj gdzie ostatecznie zamknęłaś oczy, w tej ziemi, gdyż pochówek  był konieczny w ciągu tej samej doby od odejścia. Nie wróciłaś do swojej rodzinnej miejscowości, ale wcale tym się nie przejmowałaś, bo zdążyłaś polubić te strony.

Zostałaś pod sosnami, które kochałaś , w towarzystwie  kamienia, na którym napisano, że byłaś – Anną,  Polą, Felicją czy Stefanją.

Zostałaś opłakana jak należy , pożegnana czule.

Może twoi bliscy czasami ciebie odwiedzali z nieodmiennym smutkiem . W domu wspominali ciebie miłą zwiewną teraz już nieobecną.

Oni jeszcze nie wiedzieli, że to właśnie ciebie wyróżnił  los . Pewnie, że byłaś za młoda na odejście, chorowałaś, ale zabrałaś tam, w zaświaty ich czułe pożegnanie….

       Bo po latach nadeszła fala brunatnego  oceanu, bezwzględna, zachłanna i zagarnęła cały twój , wasz świat  …. było getto, Treblinka, Oświęcim, brud wagonów towarowych wiozących ufnych jeszcze Żydów do jakiegoś miejsca na ziemi, gdzie ponoć miało się żyć lepiej … a potem  dusze twoich bliskich opuszczały ciała przez wysokie kominy , odpływały w niebo gdzie ponoć wolność i sprawiedliwość tylko. Nikt po nich nie płakał, nie żegnał  a  szczątki spopielone zmył z powierzchni ziemi ciepły wiosenny litościwy deszcz. Spoczęły w  ziemi bez  uroczystego  tradycyjnego pochówku ….

Ominęło ciebie to , dziewczyno, więc nie płacz, a się ciesz pod otwockim słońcem.

Niedawno znaleziono twój cmentarz, zarośnięty wielkimi krzewami, ukryty przed oczami ludzi, uporządkowano nieco i czasami ktoś przybywa w to miejsce pochylając się z zadumą nad twoim nagrobkiem – i czyta Anna, Pola, Felicja, Stefanja tu leży, kochana kiedyś opłakana i pożegnana.

Chciałoby się rzec że leży tutaj prawdziwa szczęściara  … .ale nie można, bo oczy wilgotne i niespokojny wiatr wielki w sosnach i serce przerażone powagą ogromu tego miejsca  …

 

 

Jest Takie Miejsce. Cmentarz żydowski w Otwocku ( 1 )

Cmentarz żydowski w Otwocku.

Największy na Mazowszu cmentarz żydowski znajduje się w  odległości ok. 25 km od centrum Warszawy, w Otwocku a właściwie w obecnych granicach administracyjnych Karczewia. Jest położony  w lesie sosnowym przeciętym ulicami Andriolliego (m. in. projektanta miejscowych domów i twórcę stylu nazwanego przez K.I. Gałczyńskiego- świdermajer) a ul . Czerwonej Drogi ( wyłożonej gruzem ze zburzonej Warszawy ) .

Kirkut  został założony w XIX wieku. Chowano tam przede wszystkim zmarłych w miejscowych szpitalach i sanatoriach p/gruźliczych.

Chorzy przybywali tu na leczenie nawet z dalekich zakątków Polski, wierząc w cudowną moc klimatu . Gdy umierali, zgodnie z tradycją żydowską , tego samego dnia musieli być złożeni w grobie. Jeżeli mieszkali daleko, nie można było transportować ciał i grzebano je na tutaj.

II wojnę światową cmentarz przetrwał w całkiem niezłym stanie.

Jednak w latach powojennych stał opuszczony, dewastowany , zabierano stamtąd macewy , które ponoć po zlikwidowaniu żydowskich napisów przerabiano na kamienie nagrobne cmentarzy katolickich. Wiele grobów rozkopano a wydobyte kości odsprzedawano studentom medycyny .

Przez centralną część tego cmentarza poprowadzono linię wysokiego napięcia, niszcząc wiele nagrobków.

Stopniowo cały  teren zarastał krzewami i odchodził w zapomnienie.

Od 2002 roku z inicjatywy miejscowych społeczników m.in. nauczycielek z otwockiego liceum : Katarzyny Kałuszko, Marii Bołtryk; redaktora naczelnego pisma „ Więź” – Zbigniewa Nosowskiego a także obecnie bardzo znanego ze swoich odważnych wypowiedzi i szykanowanego  przez władze kościelne – ks. Wojciecha Lemańskiego, wówczas proboszcza , powołano  Komitet Pamięci Żydów Otwockich i Karczewskich. Z ich inicjatywy podjęto prace porządkowe na cmentarzu żydowskim w Otwocku i pobliskim Karczewie, gdzie zwykle chowano miejscowych. Wstępnie wykarczowano krzewy i drzewa zarastające cmentarz. Dzięki wysiłkom mieszkańców Ośrodka Readaptacyjnego  Ministerstwa Zdrowia i grupy baptystów z USA na obwodzie nekropolii ułożono głazy zaznaczając jej granice.

W 2007 roku zespół młodych ludzi związanych z warszawską Gminą Wyznaniową Żydowską wykonał  inwentaryzację  nagrobków. Dane personalne zmarłych, zdjęcia i opis lokalizacji grobów zostały umieszczone na stronie internetowej

http://cemetery.jewish.org.pl/otwock/

Do dziś w lesie sosnowym zachowało się około 1200 nagrobków. Wyraźny jest rzędowy układ grobów, a na części macew można dostrzec ślady oryginalnych polichromii.

Nagrobki  z Otwocka są świadectwem zróżnicowania majątkowego i obyczajowego  społeczności polskich Żydów z okresu pierwszych czterech dekad XX wieku. W większości nie stanowią one dzieł sztuki, chociaż zdarzają się pomniki nagrobne łudząco podobne do tych, jakie można spotkać na cmentarzach  innych wyznań. Większość z nich nosi piętno miejscowych rzemieślników, którzy mając wiele zamówień, wytwarzali je jakby seryjnie. Obok prostych macew dość często pojawia się motyw złamanego drzewa, który w żydowskiej kulturze sepulkralnej jest sposobem upamiętnienia osób zmarłych w młodym wieku. Wymienia się tutaj pomnik studentki Felgi Lichtenstein zmarłej w wieku 22 lat czy dwudziestojednoletniej Poli Buchwald.

Na nagrobkach widnieją napisy w różnych językach:  w języku hebrajskim, polskim, niemieckim i rosyjskim, co świadczy o asymilacji i przenikaniu różnych kultur w środowisku żydowskim.

Ponadto wielokrotnie odchodzono od tradycyjnej struktury żydowskiego epitafium :

„ Tu pochowany….syn/córka….zmarł/a w dniu…Niech dusza jego związana będzie w węźle życia wiecznego”. Takie napisy widnieją jedynie w języku hebrajskim.

Ale przykładowo napis na grobie Poli( widnieje na zdjęciu wykonanym przeze mnie i tutaj załączonym) jest zupełnie różny w treści .

Na macewach można znaleźć też nazwę miejscowości skąd przybył do Otwocka chory i tutaj zmarł. Stąd wiadomo, że ludzie ci pochodzili z Warszawy, Łodzi, Płocka, miast Śląska i Zagłębia a także Pińska, Kowla, Odessy, Słoniami, Horodyszcza, Wilna, Miru, Moskwy czy Nowego Jorku.

Na tym cmentarzu znajdują się też mogiły- czasem symboliczne- ofiar Holocaustu…..


Tekst opracowałam na podstawie http://www.kirkuty.xip.pl/otwock.html

zdjęcia są własne …

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 23 )

 

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

 

 

 

 

 

Cz.23

 

 

 

<<….    Z roku na rok zachorowania na polio nasilały się, zawłaszcza wśród najmłodszych dzieci do lat trzech: w szpitalu hospitalizowano wtedy po kilkuset chorych rocznie. Stan szpitala wynosił dotychczas 150- 190 łóżek. Przy największym nasileniu epidemii polio w 1958 r. wszystkie pomieszczenia szpitalne zostały zamienione na salki chorych- dzieci było 220. Praca w takim przetłoczeniu była niezmiernie trudna. Dzieci z porażeniami kończyn górnych i dolnych miały stosowane codzienne kocowanie, potem gimnastykę mięśni, a  dzieci z porażeniem mięśni oddechowych, nie mogące samodzielnie oddychać, przebywały w żelaznych płucach. W roku 1953 szpital miał jeden aparat żelaznych płuc, a w latach 1957- 1958 już trzy aparaty w oddzielnym pomieszczeniu, pod stałą opieką pielęgniarki. Kiedy aparat, w którym znajduje się dziecko, jest ustawiony właściwie, a dopływ energii elektrycznej jest stały, chory ma zapewnione oddychanie, ale gdy na skutek awarii elektrycznej praca aparatu ustaje, należy natychmiast podłączyć „ napęd ręczny” za pomocą specjalnego urządzenia, by nie dopuścić do dłuższej przerwy pracy żelaznych płuc. Tym „napędem ręcznym”( drąg wmontowany do aparatu) pchanym ręcznie do przodu i do tyłu, należy prowadzić „ wdech- wydech” do czasu ponownego włączeni elektryczności. Zdarzało się tak raz w czasie dyżuru, gdy troje dzieci było w żelaznych płucach.

 

      Ordynator oddziału polio dr med. Danuta Łukaszewicz- Dańcowa wszystkie siły oddawała w tych latach porażonym dzieciom, walcząc o każdą porażoną kończynę, o każdą grupę mięśniowa, o dzieci z zaburzeniami oddechowymi. Ważyła każdą decyzję, kiedy można robić przerwy, na jak długi okres, a kiedy u kogo zastosować aparat pancerzowy, obejmujący mięśnie klatki piersiowej. W tej bohaterskiej codziennej walce nieustannie pomagały jej dr med. Anna Gecow- doświadczony klinicysta i dr med. Monika Czachorowska. Doktor med. D. Łukaszewicz została odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi. Wydała drukiem książkę „ Poliomyelitis- choroba Heinego – Medina”, z której uczyły się potem pokolenia studentów, lekarzy pediatrów , zakaźników, neurologów…>>

 

 

 

W części tego blogu w rozdziale „na medycznej ścieżce” wspominam czasy, kiedy pracowałam w tym szpitalu, obecnie nieczynnym Szpitalu im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej. Opisywałam swoje wrażenia z Oddziału Neuroinfekcji, owo żelazne płuco, które już tylko straszyło w pokoju przylegającym do dyżurki pielęgniarskiej, o przypadkach choroby Heinego- Mediny, które widziałam , kocowaniu , dr Czachorowskiej i personelu tego niezwykłego dla mnie oddziału. W czasach, kiedy pracowałam na Siennej( 1975-1981) epidemie polio już się nie zdarzały. Stało się to dzięki szczepieniom. Aż strach pomyśleć, że takie choroby mogą wrócić, bo obecnie panuje moda wśród rodziców, by w ogóle nie szczepić dzieci…

 

 

 

 

 

      

 

 

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza.( 7 )

List do Jacka ( 7 )

 

Jacku !!!

Piszę do Ciebie, bo taką mam wewnętrzną potrzebę. Bo kto do Ciebie może tak pisać.     Widziałam dużo, zapamiętałam i teraz utrwalam tamte czasy. Niech nie odejdą w cień zapomnianej przeszłości. Tak więc dopóki są we mnie, dopóki żyję jeszcze, to posłuchaj….

    Wiedzieliśmy o Tobie dużo, Twoja mama- Gerta pisywała regularnie listy do Rodziców. Zapamiętałam Jej rozwichrzony charakter pisma, te duże litery stawiane z rozmachem. Było tam o życiu australijskim, o Waszych losach i losach Twoich dalekich kuzynek, które już wcześniej wylądowały na tym dalekim kontynencie…Wiem, że te listy były dużym wydarzeniem w życiu moich Rodziców, a Twoich dziadków. Przecież na tym etapie życia, w tej późnej starości żyli jedynie światłem odbitym od swoich dzieci, ale przede wszystkim wnuków….

    Minęło kilka lat i gdy tylko stało się to możliwe,  Twoja Mama  zaczęła odwiedzać Polskę. Pozostawiła tutaj swoją rzeszowską rodzinę, jeszcze żyli Jej rodzice. Miała wielu przyjaciół no i nas…

Mieszkaliśmy już wtedy w Warszawie i gdy Twoja mama, Gerta przylatywała z Australii do Polski zatrzymywała się na kilka dni w domu moich Rodziców, a Twoich Dziadków.

Spotkania były serdeczne, chociaż już wtedy nie była żoną mojego Brata….

Wspominam Jej wizyty. Pojawiała się jak radosny huragan, miała w sobie tyle energii…Obładowana tobołami, stawała w drzwiach i swoim nieco zachrypłym głosem, który jej pozostał, pomimo tego że już  dawno przestała palić, komunikowała, oto jestem…

Po powitaniach, rozsiadała się na wersalce w dużym pokoju moich Rodziców, a Twoich dziadków i od razu otwierała którąś z dużych toreb, wydobywając prezenty. Myślałam o tym jak długo i starannie musiała się przygotowywać do tej wizyty. Każdy z nas otrzymywał jakiś australijski prezencik, o wszystkich pamiętała. Zapamiętałam  malutkie,  pluszowe misiaczki koala , i inne regionalne pamiątki, i zawsze jakieś ciuszki. W tych latach Polska była szara, przaśna i te kolorowe ciuszki zachwycały. W czasie ostatniej wizyty zdumiała się, że ten kraj się bardzo zmienił, stał się bardziej kolorowy i  owe ciuszki już nie budziły takiego entuzjazmu. Chociaż my cieszyliśmy się nieodmiennie bo docenialiśmy Jej pamięć o nas i wysiłek włożony w kompletowanie prezentów. Zachowałam niewielkie słynne australijskie opale, które przekażę kiedyś swoim dzieciom. Na opakowaniu napisałam od kogo i skąd są, może ktoś przeczyta…przypomniałam sobie też, że gdy Twoja Mama przybyła do nas z Australii po raz pierwszy przywiozła piękny wieniec z kwiatów chyba gardenii, który miejscowi w Bangkoku zakładali podróżnym na szyję  gdy ci przesiadali się tam z samolotu z Sydney do samolotu do Warszawy …a kiedyś , chyba gdy się u nas zjawiła po raz pierwszy poprosiła o wódkę z pieprzem. Miała jakieś dolegliwości gastryczne po tych samolotowych posiłkach. Okazało się jednak, że pieprz co prawda był, ale gorzej z wódką. Zadowoliła się więc naparem z dziurawca, który zaserwował Jej Twój dziadek i też pomogłoJ …..

    Opowiadaniom o Waszym życiu, oczywiście o Tobie ale też o specyfice waszej nowej ojczyzny, nie było końca. Wszystko nas interesowało bo Gerta opowiadała ciekawie. Nic dziwnego, przecież była dziennikarką z zawodu, więc potrafiła wyłapywać najbardziej interesujące historie…

Potem odwiedzała koleżankę która mieszkała gdzieś niedaleko nas, na Żoliborzu, wyjeżdżała do Rzeszowa, zwykle leciała tam samolotem z Warszawy, w planach miała jeszcze Zieloną Górę i wracając ponownie była u nas. Chyba jej pobyt w Polsce trwał  około dwóch miesięcy, ale nie jestem pewna….

To by było  na razie na tyle, Jacku. Pomimo tego, że tamte czasy dawno odeszły , i tamci bliscy mi Ludzie też przenieśli się do innego, ponoć lepszego świata i żyją już Wiecznie, wspomnienia moje  są stale żywe i chciałabym je zachować, utrwalić. Może się uda….

Pozdrawiam Ciebie Jacku i Twoich bliskich gdzieś tam daleko sobie żyjących , Twoja ciocia Zosia.

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 22 )

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

 

Cz. 22

 

 

<<….Profesor Bogdanowicz przeegzaminował lekarzy szpitala i nadał im specjalizacje w zakresie chorób zakaźnych. Tak więc wszyscy ordynatorzy i niektórzy asystenci mieli podwójną specjalizację. Oddziałami  w początkowym okresie kierowali: dr Halina Oziemska- oddział dyfterytyczny, 30 łóżek; oddział polio- dr med. Danuta Łukaszewicz- Dańcowa, 38 łóżek; oddział obserwacyjny- dr Michał Kokoszko, 18 łóżek; oddział biegunkowy- dr med. Zofia Truchanowicz, 32 łóżka; oddział kokluszowy- dr Betty Mosler, 32 łóżka…..>>

 

 

 

Wymienioną tutaj dr Zofię Truchanowicz opisałam w części blogu traktującej o mojej ścieżce zawodowej. To ona, w 1975 roku jako wicedyrektor szpitala zaakceptowała moją kandydaturę na asystenta szpitala. Jej pogoda ducha, szeroki uśmiech, poskręcane kudełki a co najważniejsze sympatyczny kordialny sposób bycia i  życzliwość dla ludzi oraz wyraźna mądrość życiowa spowodowała, że ten szpital jawił mi się jako nie tylko ciekawa ale także przyjazna placówka.

    Z kolei wspomniana dr Halina Oziemska , która była dyrektorem szpitala  ostatecznie zadecydowała o przyjęciu mnie do pracy. Odbyła ze mną długą rozmowę zadając wiele ważnych pytań i czekała na odpowiedź z jakimś smutkiem a nawet mrokiem w oczach.   Była kobietą wysoką, szczupłą, ciemnowłosą , zasadniczą i poważną do bólu.  Budziła  we mnie szacunek pomieszany z  lękiem…. To w późniejszych latach jej sposób reagowania spowodował, że podjęłam decyzję zmiany pracy- to też opisałam w części blogu „ na medycznej ścieżce”….

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.Historia Szpitala przy ul. Siennej ( 21 )

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

 

 

 

 

 

Cz. 21

 

 

 <<….W roku 1952, w miarę nadciągającej epidemii poliomyelitis ( choroby Heinego- Medina), Wydział Zdrowia m. st. Warszawy zdecydował uruchomić tu szpital zakaźny dziecięcy dla hospitalizacji tych chorych. W marcu 1953 r. przeprowadzono prace remontowo- adaptacyjne budynku głównego , z przeznaczeniem na oddziały dziecięce, budynku jednopiętrowego od strony ul. Siennej w celu umieszczenia izby przyjęć, administracji, apteki i laboratorium. Postawiono także barak drewniany jako budynek pomocniczy dla administracji na okres trzech lat. Ale jak każda prowizorka trwa on do tej pory.

     Na stanowisko pierwszego dyrektora szpitala powołano dr Eugenię Pomerską, której energia i zdolności organizacyjne od początku zapewniały dobry start i właściwy kształt placówki. Pomagał jej dbający o całość spraw administracyjno- finansowych  kierownik , Józef Oser. Dyrektor Pomerska dobrała zespół młodych lekarzy, głównie uczniów prof. Szenajcha, i doświadczonych ordynatorów pediatrów, którzy przez lata ofiarnie pracowali, zwalczając kolejne epidemii poliomyelitis , kokluszu, dyfterytu, biegunek.

      W pierwszych dwóch latach na bazie szpitala pracował Zespół Kliniki Chorób Zakaźnych Wieku Dziecięcego prof. dr Jana Bogdanowicza, zanim klinka została przeniesiona do własnej siedziby w Szpitalu Zakaźnym nr1…..>>

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza ( 6 )

List do Jacka ( 6 )

Jacku!!!

I oto kolejny list do Ciebie, bo pogadać by się chciało, ale daleko jesteś. Zresztą nie zawsze bezpośrednia rozmowa jest tak przyjmowana jak nieruchome słowo na papierze ( w tym wypadku monitorze). Nie budzi takiego sprzeciwu, nie może  odparować ciosów, po prostu  jest….

    Nie pomnę dokładnie, ale chyba miałeś 13 czy 14 lat, kiedy razem z matką wyemigrowałeś do Australii. Nie spodziewaliśmy się takiego przebiegu wydarzeń, chociaż już wiedzieliśmy, że tam wybyła żona naszego kuzyna ( syna brata  Twojego dziadka Wacka- Witolda Łukaszewicza, tego, który się urodził na syberyjskim zesłaniu ). Już kiedyś o nim wspominałam w tym blogu …zabrała ze sobą dwie córki, pozostawiając ich ojca w głębokim szoku i żałobie…. Ta kobieta porzuciła ciekawą pracę w Zielonej Górze, tak ładnie układała się jej kariera zawodowa, ale wybrała inne życie. Pochodziła z tych samych stron, w których urodziła się Twoja matka. Mieszkając w Zielonej Górze, przyjaźniły się , w pewnym sensie też stanowiły elitę tego miasta. Tak więc ich decyzje były szeroko omawiane w ich środowiskach. Echa docierały aż do Gorzowa.      

Podobno Ty bardzo chciałeś wyjechać. Nie wiem co Tobą kierowało, może tylko chęć przygody, a może oddalenie się od tego miasta, gdzie nadal mieszkał Twój ojciec  ale już z nową żoną, a jej syn był Twoim klasowym kolegą. Chyba nie darzyłeś go sympatią, bo jego matka zabrała Ci ojca…Tak więc zamknęło się koło wzajemnych pretensji. Pewnie zapamiętałeś to,  co  kiedyś wykrzyczała do Ciebie Iwonka . I teraz przyszła kolej na Ciebie, a teraz   Ty stawiałeś ten sam zarzut innemu chłopcu….Brutalny świat dorosłych zadeptywał Wam, biednym, porzuconym dzieciom, ich piękny niewinny i naiwny świat…

    Tak więc Gerta, Twoja mama zostawiła swoją radiową redakcję , gdzie była ceniona i nagradzana i poszła za Tobą, za Twoim pomysłem a może marzeniem. Wiernie Ci towarzyszyła, roztaczając opiekuńcze skrzydła. My już przestawaliśmy się dziwić tym decyzjom, musieliśmy zaakceptować i  tę sytuację, bo przecież nie mieliśmy wpływu na życie Zenona , jego żon i dzieci. Piszę, my, bo uczestniczyłam w rozmowach Twoich Dziadków, i razem z nimi próbowałam to wszystko objąć rozumem….  

I tak ten zły świat dorosłych osaczył mnie na początku mojego młodzieńczego życia. Pewnie dlatego budowałam potem tak swoją rodzinę , starając się by była silna i spoista, wielokrotnie rezygnując z własnych ambicji , potrzeb , jakby zatracając swoje ego. A wszystko dlatego, by zachować spokój i jakiś ład w mojej rodzinie . Teraz, po bardzo wielu latach patrzę na siebie z odpowiednim dystansem czasu, przyglądam się swojemu życiu jakby było to życie innej, obcej kobiety . I wiesz co , Jacku, pomimo jakiejś odrobiny  żalu, że czasami gubiłam swoje ego w swoim związku, czuję się z tym dobrze. Małżeńskie życie to wielokrotnie rezygnacja , akceptacja i tolerancja….i oceniając z tak bardzo odległej perspektywy jaką jest 45 lat w związku, takie postępowanie po prostu się najzwyczajniej opłaca ( wybacz, że używam tak brzydkiego, prawie merkantylnego  sformułowania) …

Mój Brat tego nie wiedział, może dopiero gdy się zestarzał, gdy był już schorowany, zrozumiał, że życie to nie wieczny bal. To ciężka harówa, czasem w pocie czoła i łzach, ale  warto . Wytrwał przy swojej trzeciej żonie do końca swoich dni. Był przy niej, gdy wielkie jego uczucie wygasło, bo przecież zawsze wygasa, był w chorobie, starości. A może to ona bardzo kochała i umiała tak kochać, że stanowiła niewidzialny magnes dla mojego niedojrzałego emocjonalnie brata. 

Ale  Jacku, zatrzymałam się w tym miejscu pisaniny mojej do Ciebie, bo się opamiętałam , że przybrała ona jakby formę kazania . Ale wybacz, mam prawo, bo właśnie skończyłam 66 lat. A wiek to słuszny…Nie muszę tego Tobie mówić, bo jesteś jeszcze barwnym motylem i pewnie zrozumiesz dopiero wtedy, gdy zamienisz się w nieciekawą ćmę. O ile jest to możliwe, bo przecież w przyrodzie niczego takiego nie widziano. Ale za to można zobaczyć motyle z uszkodzonym skrzydłem….może więc mój list stanie się dla Ciebie przyczyną do rozważań nad Twoim własnym  życiem, gdzie chyba sporo błędów, jak mi się wydaje…

 To już kończę, bo wyczerpałam siły na tych rozważaniach. A pewnie i Ty masz już dosyć czytania tego, co stara ciotka wypisuje….pozdrawiam Ciebie jak zwykle bardzo serdecznie, Twoich synów i w ogóle ten piękny daleki  kontynent- Twoja ciocia Zosia

 

Drugie piętro lasu przebrane w jesienne szaty…

Z Portalu Korporacyjnego Lasów Państwowych:

 

„ …Prowadziliśmy odnowienia złożone, polegające na wprowadzeniu liściastych gatunków cienioznośnych, takich jak dąb i buk, na wycięte wcześniej w starym drzewostanie gniazda. Te dwa gatunki, sadziliśmy również w rosnącym jeszcze drzewostanie, jako tak zwane drugie piętro. Dzięki tym zabiegom, lasy …, mimo iż rosną na niezbyt urodzajnych glebach, stają się bardziej urozmaicone, odporniejsze na choroby czy szkodniki i oczywiście atrakcyjniejsze dla zwierzyny i turystów. „

 

 

 

Drugie piętro lasu przebrane w  jesienne  szaty…

 

Jeszcze niedawno był koniec października. Boże, jak ten czas nieubłaganie płynie. Pory roku przewijają się przed oczami jak kadry filmu. Ten seans jeszcze dla nas trwa i trwa. Ale pewnie już niebawem  ekran stanie się ciemny, zapalą światła i nadejdzie pora by wyjść z tego kina… ale dopóki co jeszcze  łapiemy piękne darowane obrazy, chwile ulotne, jak chociażby ta październikowa w moim lesie. …

Gdy tylko mogę odwiedzam mój las nad Bugiem. Widuję go wiosną, latem i jesienią . Zimą trudno się przedrzeć przez kopne śniegi i wtedy pozostają zdjęcia, wspomnienia i marzenia …

    Ten las jest fragmentem Puszczy Białej, należącej do ekosystemu Puszczy Kurpiowskiej. Rozłożony na piaszczystych wydmach, zagłębiający się czasem w błotniste niecki, otulony  meandrującym Bugiem i opasany Narwią zawsze cierpliwie czeka…

O tej późnojesiennej porze roku  las należy już tylko do mnie. Gdzieniegdzie przemyka jakiś spóźniony grzybiarz, bo  sezon grzybowy  właściwie się zakończył.

I  jestem sama z szumem wiatru, który hula wysoko, gdzieś w koronach wielkich sosen i śnię na jawie wielkie morze Bałtyckie, którego nie widziałam od tak wielu lat. Ten szum morski jest szumem z mojego dzieciństwa, ze słodkich czasów spędzanych na wczasach wagonowych.

I przekraczam magiczną linię lasu i  zamyka się za mną jego zaczarowana ściana i jestem już z nim, zatopiona w jego wnętrzu.

Idę drogą piaszczystą, a nade mną wysoko sklepienie niebieskie  zasłonięte misterną koronką uplecioną z najwyższych gałęzi sosnowych i brzozowych.

Surowe sięgające nieba pnie sosen przypominają kolumnadę jakiegoś kościoła. Tak, to jest właściwie dla mnie kościół, tutaj modlić się trzeba do Stwórcy i dziękować, że dał takie miejsca i takie chwile…

   I nagle w ten podniosły nastrój wdziera się wielka, dziecięca jaskrawa radość. Bo spomiędzy ciemnych pni sosnowych nagle wysypuje się złoto . Złoto jest nasycane migotliwym światłem jesiennego słońca, złoto jak w starej biżuterii jest różnorodnej próby i bywa rdzawe, czerwone a nawet jasnożółte.

Widok to niecodzienny , jedyny taki, bo dojrzały , jesienny.  Nic tylko stać, oglądać i smakować, oczy nasycać, fotografować

To u stóp wielkiego lasu przysiadły niskie drzewa liściaste. Czasem sprawiają wrażenie przechodniów kluczących pomiędzy sosnami , dziwacznie przebranych w jaskrawe kostiumy albo aktorów jakiejś sztuki w Wielkim Teatrze Przyrody..

Te liściaste drzewa sięgają zaledwie do podbrzusza sosen , ale są rozłożyste, pewne swojej urody i przydatności.

To jest drugie piętro tego lasu.

Piękne i ważne…

 

 

koronka.JPG

 

 

Las2Piętro.JPG

 

 

Las2Piętro1.JPG

 

 

Las2Piętro2a.JPG

 

 

Las2Piętro3.JPG

 

 

Las2PiętroWChowanego.JPG