Na medycznej ścieżce. Pożegnanie Siennej.

Pożegnanie z Sienną

 

 

 

Na Sienną wróciłam tylko z podaniem o rozwiązanie umowy o pracę.

Pani Dyrektor podpisała bez słów komentarza, ale wcześniej miałam rozmowę z Panią dr Czachorowską, która mnie namawiała na pozostanie.

Było to balsamem na moją zbolałą duszę. Nawet proponowała , że będę mogła pozostać w Jej oddziale o którym zawsze marzyłam.

Jednak to przyszło już za późno, stało się to co się stało.

W tym czasie już nie miałam wątpliwości.

Czułam się odrzucona i właściwie wolna od mojej pierwszej miłości, Siennej.

 

Nadal jednak byłam z tym magicznym miejscem związana emocjonalnie.

Śledziłam z odległości i  z niepokojem to, co się tam potem działo, różne roszady personalne, reorganizacje, zawłaszczanie pięknej nazwy Szpitala.

Nie ma już mojego szpitala, jedynej takiej miłości.

Inny szpital, pewnie niczemu niewinny nosi nazwę Szpital im. Dzieci Warszawy…dlaczego?

 

Gdy jestem w centrum Warszawy, zawsze zaglądam w rejony Siennej i Śliskiej, z czułością i nieomal dziecięcym zauroczeniem oglądam opustoszały już teren i zabudowania  poszpitalne.

 

Mam aktualne zdjęcia tego budynku, budynku w którym tyle się działo i dobrego i złego…gdzie został kawał mojego życia….

Moje pierwsze i jedyne takie zakochanie….

 

Na medycznej ścieżce. Zmiana pracy.

Temat zmiany pracy ożywa w niespodziewanych okolicznościach.

 

Temat ożył w zupełnie innych okolicznościach.

 Gdy urodziłam Palinkę i przeszłam na urlop bezpłatny, postanowiłam wykorzystać ten czas nie tylko na dyżury ale też na  staże do specjalizacji II stopnia, którą już otworzyłam.

Wiadomo było, z jakim trudem otrzymałam te poprzednie delegacje ze szpitala do I stopnia specjalizacji.

Cudem by było oddelegowanie mnie po powrocie z rocznego urlopu.

Ponieważ w czasie stażu był duży luz, można było się spóźniać , wychodzić wcześniej a nawet w uzasadnionych przypadkach nie przychodzić, wyobraziłam sobie, że czas urlopu jest do tego celu idealny.

Wybór CZD nie był przypadkowy, gdyż znając Anie i wiedząc o pobłażliwości  Pani profesor Wyszyńskiej mogłam liczyć na jeszcze większy luz stażowy.

Zadzwoniłam do Ani, oczywiście nie było problemu z miejscem stażowym i zgłosiłam się do tej sezonowej pracy.

Ale okazało się, że zażądano ode mnie skierowania z podstawowego miejsca zatrudnienia .

Wydawało się to zwykłą formalnością.

Ale okazało się progiem nie do przebycia.

Ufnie udałam się do Pani Dyrektor Oziemskiej, przedstawiłam prośbę i zupełnie nieprzygotowana na odpowiedź odmowną, dostałam przysłowiowym obuchem w głowę.

Otóż Pani Dyrektor oznajmiła, że nie może dać mi takiego skierowania, bo nie jestem jej pracownikiem.

 Zapytałam tylko, jak to, przecież czuję się bardzo związana z tym szpitalem, dyżuruję i tylko tutaj chcę  dalej pracować.

Nawet nie walczyłam , przecież prawo było za mną , gdyż pozwalało na odbywanie różnych studiów w czasie urlopu wychowawczego a cóż dopiero zwykłych staży.

Zachwiałam się i nieprzytomnie wybiegłam z gabinetu.

Nie wiem jak się znalazłam w mojej ukochanej dyżurce, rozryczałam, opowiedziałam o rozmowie i długo nie mogłam się uspokoić.

Ja, tak bardzo zakochana w Siennej, wierna do bólu nie jestem ich.

Nie mogłam uwierzyć, że coś takiego mnie spotkało.

Zostałam wykluczona…

O ile pomnę zbiegli się koledzy i bardzo mi współczuli, pocieszali…

Powoli dochodziłam do siebie, w tramwaju dojrzewałam, mam nadzieję, że nikt nie widział moich zaryczanych oczu.

Gdy wróciłam do domu, nie miałam już wątpliwości.

Nie mogę  wrócić na Sienną , nic mnie nie wiąże, nie jestem ich człowiekiem..

Pomimo braku skierowania rozpoczęłam staż, po zakończeniu uzyskałam podpis pani Profesor oraz  kolejną propozycję pracy w Jej zespole. Był to już ostatni dzwonek, gdyż pozostał tylko jeszcze jeden przydzielony etat dla tego zespołu. Przypominam, że CZD było jeszcze w trakcie organizacji.

Tym razem odpowiedziałam twierdząco.

Zanim udzieliłam tej odpowiedzi, Pani Profesor mnie namawiała , radziła, by zmieniać pracę, bo to sprzyja rozwojowi.

Przekonywała, że praca to nie ślub, który trudniej rozwiązać.

Że warto podjąć pracę w  tej ważnej wtedy placówce jakim było CZD,  rozejrzeć się po świecie, poznać to miejsce i najwyżej odejść.

Pani Profesor mówiła, że nawet jeśli popracuję u jej boku tylko przez rok, to i tak wystarczy by mieć pogląd.

Gdy się zgodziłam, miałam wrażenie, że jeśli wytrzymam tutaj tylko rok, to będzie dużo.

Ale jak się okazało, utknęłam w tym miejscu przez kolejne 23 lata, aż do emerytury .

Oczywiście praca w CZD była ciekawa. Taki był zwyczaj, że każdy z kolegów poza zwykłą pracą w oddziale otrzymywał zadanie by zajmować się dziećmi z określonymi problemami nefrologicznymi . Ja otrzymałam zadanie, by „prowadzić „dzieci u których występował objaw zwany krwiomoczem.

Zwykle  pacjenci byli już wcześniej diagnozowani w Przychodniach Nefrologicznych w całej Polsce lub w Oddziałach Dziecięcych a następnie po zaakceptowaniu przez Prof. Wyszyńską specjalnego wniosku na dalsze leczenie w CZD, otrzymywali termin wizyty w Poradni Nefrologicznej CZD .  

Pani Profesor dawała swoim asystentom dużą swobodę, kontrolując tak, że właściwie w ogóle tego nie odczuwaliśmy….

 

 

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. List od Zdzisława Morawskiego.

Korespondencja:

(  list od Zdzisława Morawskiego, który Zenon Łukaszewicz zamieścił w

” Moim alfabecie….”)

 

   Zenonie z Zenonei

   Piszę do Ciebie ten list po przeczytaniu kilku twoich kawałków w „ Nowej”, gazecie dość nieporządnej, robiącej wrażenie, że redagują ją ludzie bez znajomości wagi słowa. Twój tekst wyraźnie wyróżnia się na tym tle. Ale czy to radość? Raczej zaledwie pociecha. Pociecha, że piszesz książkę, ale przyznaję szczerze, że nie takiej książki oczekiwałem od ciebie, leniu patentowany. Sądziłem zawsze,  a i o tym gadałem, że Zenona z Zenonei stać na dobrą książkę krytyczną, że jesteś w stanie przewyższyć takich pustych gadaczy jak np. Błoński , który napisał parę książek, ale w żadnej nie zawarł choćby jednej roztropnej myśli. Tamten powodu swojej grafomanii profesoruje na UJ i bzyczy się po pismach udając mądrość, aty, co robisz ty? Ty zacząłeś pisać ploty. Alfabety. Podkisiele. Podurbany. Podgąsiorki. Prawda, że  piszesz  lepiej od nich wszystkich, ale czy to jest krytyczno- literackie pisanie, którym wnikasz w tekst tak ,że znajdziesz w nim coś o czym nikomu się nie śniło. Robisz co innego. Spełniasz zapotrzebowanie społeczne na tandetę. Popatrz dookoła uważnie i zauważ, że tandeta , a wręcz taniocha panoszy się na bazarach i w umysłach ludzkich. Tandeta umysłowa potrzebuje od piszących tandety. Ludzie nawet roztropni spełniają wolę tandety. Popatrz co wyprawiają różni tandeciarze: Gierki, Kiszczaki, Wałęsowie, Drzycimscy, Kurscy, Kozłowscy- robią umizgi do tandety. Oczywiście przy tym wygadują kłamliwe wzniosłości, że robią to dla człowiek, że piszą by go poinformować „ jak było” , a w istocie wypisują, by owego człowiek skokietować przez umizgiwanie się jego plotkarskim skłonnościom. Oni wiedzą ,że plotę człowiek lubi, że przynajmniej jedną godzinkę w dniu musi poświęcić znajomym, bo inaczej musiałby sam siebie obgadywać, jak roztropnie zauważył Kornel Makuszyński.  Ale czy wszyscy muszą leźć w tej stadności?

      Co ja ci po staremu, to jest po przyjacielsku mogę poradzić? Kończ to paskudztwo bo je zacząłeś, ale już dziś weź się za porządną robotę. Choćby za rozebranie struktury wierszy w ich spoistości materialnej. Przecież widzisz i wiesz, że słowo po jego napisaniu nabiera samodzielnego bytu materialnego. Oczywiście, jeśli jest słowem kreatorskim, a nie blubraniem za pomocą stękań, świstaniem, za pomocą słownych szelestów. Widzisz, jaki ze mnie megaloman, swoje osiągnięcia do opisania ci podpowiadam. A dlaczego mam tego nie robić? Wszak jestem megalomanem. A dlaczego mam nim nie być? Książę Metternich  mawiał: glamałem, glamię i glamał będę. Wysłuchaj mnie dobrze Podłoto i zrozum, że jeśli ja napisałem do Gierka w liście ( nie do żadnego KW, jak nabreszyłeś, tym w KW później tekst udostępniłem) to, co później wypracowali wszyscy eksperci Solidarności razem ( ja w roku 1970 a oni w 1980) to nie mam prawa do satysfakcji? Ale ty Głupiano mego listu do Gierka nie czytałeś, bo gdybyś przeczytał, powiedziałbyś mi to, co powiedział Jerzy Kwiatek ,ówczesny kierownik wydziału KC: myślałem, że napisał to wybitny socjolog, że jurysta, a zobaczyłem pod tekstem twój podpis. Widzisz co się dzieje z braku lektur, widzisz jak wygląda to moje otwieranie otwartych drzwi. Przy okazji, dla ścisłości, powiem ci, że napisałem do Gierka ba jego listowną propozycję, bym powiedział , co sądzę o drodze po jakiej Polska  idzie. Napisałem. Stało się co przewidziałem. Pamiętam ,że dwadzieścia parę lat po moim liście jeden z jego czytelników powiedział- skąd Pan o tym wiedział? Ale o tekście słowa nie napisał. Bo właśnie Solidarność ogłaszała tryumfalne swoje przemyślenia i żaden konformista nie mógł powiedzieć , że przed solidarnościowymi odkrywcami był Morawski. Takiej herezji nie mógł wygłosić. Jak dziś nikt nie może napisać o odkryciach Morawskiego w poezji. Czy znów jest to wywalanie otwartych drzwi? To pytanie jest zawsze zasadne. Już Sarbiewski wiedział, że ze wszelkich działań na rzecz sztuki poezja jest najbliższa boskości, bo tylko ona naprawdę kreuje. Sarbiewski znał grekę i wiedział, co znaczy słowo „ kreator”. A to ,że nasi  dzisiejsi poetyccy mamzegeci zapomnieli i o Sarbiewskim i o Wergilim to doprawdy nie moja wina. Myślę nawet, że moje myślenie o tych wybitnych postaciach jest moją megalomanią. Głupiano moja najmilsza.

      Napisałeś mi kąśliwie, że miałem ogłaszać swoją teorię poezji nadmaterialnej w Moskwie i jakoś nic o tym nie słychać. A jak ma być słychać, czyścioszku nowonarodzony, jak miało być słychać? Było słychać, co mogło być słychać. Napisałem esej, wygłosiłem go jako referat na gnieźnieńskim spotkaniu  młodych poetów , powtórzyłem go na poznańskim w listopadzie, miał być drukowany w „Poezji”, ale jej już nie ma, miałem jechać do Moskwy na okrągły stół literacki, ale pojechał kto inny ( z Warszawy) bo na tej konferencji niezłe diety płacili, a ci z W-wy co trzeba mówić nie wiedzieli, ale gdzie dobrze płacą wiedzieli. Żebyś już więcej takich głupot nie wypisywał przy tym liście wyślę ci tekst „ Nowych obszarów wyobraźni” byś przeczytał  jeśli jeszcze na takie głupstwa jak czytanie masz ochotę. Przy okazji przestrzegam cię dziś byś o tym serio nigdzie nie pisał bo mogę cię zagryźć z tego powodu, że to jest jedyna w polskiej poezji ( znów megalomania) materialistyczna jej teoria. Rzuciliby się na ciebie Urbańscy, Błońscy, ich spowiednicy Tischnerowie . Bowiem dziś wszystko  co jest racjonalistyczne  i materialistyczne wywodzi się z szatańskich odmętów. Głupota i obskurantyzm przebijają niebiosa. Mam nadzieję ,że ty, Zenon z Zenonei , gdzieś pod chmurami się zatrzymasz.

      Piszę do ciebie ten list , nie po to, by zgłaszać pretensje o to, co o mnie napisałeś, gdybym nawet miał pretensje to bym ich nie zgłosił, bo jako człowiek roztropny ( megalomania) przyznając sobie prawo do osądu rzeczywistości muszę przyznać je innym, zwłaszcza tym, o których sądzę, że mają prawo do własnego widzenia rzeczy. Masz takie prawo i wolno ci je ogłaszać- nawet skrajne, ale zdaniem moim powinno to trzymać się zawsze w ramach przynależnej mądrym elegancji.

                               Kończę i pozdrawiam, Twój Zdzisław

  PS. Trziszce faktycznie odebrałem głos, ale dlatego, że Zygmunt nie zachował umiaru i przekroczył normy zacietrzewienia. On o to wcale nie ma do mnie pretensji. Czy wiesz, co ten głupol w W- wie zrobił? Przy Foksal kopnął W. Nawrockiego w dupę, po czym zmykał przed nim po Krakowskim a z obaj ruch zatamowali. Czy ty ich widzisz w tej bójce? Nawrocki Zygmunta nie dopadł.

  II PS. Kiedy” Kotwa” wyszła Wasilewski nie był jeszcze członkiem KC, co niniejszym przypominam a i wypominam.

  III PS. Wywyższyłeś mnie, draniu, że jestem samoukiem, że nikt mi na drodze do wiedzy nie pomagał, że ja wszystko sam. Bo ja miły łgarzu na katedrze wyższej szkoły partyjnej słuchałem wykładów i Brasa i Schafa i Adlera i Zana i Kotarbińskiego.

 

                                                    Gorzów, dnia 1.11.1991

 

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Zdzisław Morawski.

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. Na stronach 121-127 zawarta jest opowieść o Zdzisławie Morawskim….

 

 

 Zdzisław Morawski

 

 

   Gorzowski poeta i prozaik, dramatopisarz i publicysta, zasłużony działacz  społeczny, urodzony w Aleksandrowie Kujawskim, był osobowością na tyle barwną i interesującą, że bez niego miasto straciłoby swój koloryt lokalny. Był przy tym znakomitym gawędziarzem, urokliwym i błyskotliwym kompanem wszelkich biesiad rozrywkowo- literackich.

   Był współzałożycielem oddziału Związku Literatów Polskich w Zielonej Górze, będąc już autorem debiutanckiego tomiku wierszy „ Pejzaż myśli” ( Poznań 1959), wcześniej współorganizował Lubuskie Towarzystwo Kultury i czasopismo „ Nadodrze”. A jeszcze wcześniej ujawnił się jako zadeklarowany człowiek lewicy, wstępując w 1945 roku do Polskiej Partii Robotniczej i pracując w różnych ogniwach terenowych PPR , a następnie PZPR.

   Poznałem go w latach debiutu, redagując „ Stilon Gorzowski”. Pisywał w nim recenzje teatralne pod pseudonimem Zbigniew Rawski. Wiele wieczornych godzin spędziliśmy w nieistniejącej już kawiarni „Wenecja” żywo dyskutując o poezji przy niskoprocentowych aperitifach. Tak , tak!- wówczas nie rozpijano społeczeństwa wyłącznie mocnymi alkoholami. Te żywe dialogi przeradzały się chyba stopniowo w pewien rodzaj przyjaźni i sympatii, które- choć w niektórych latach zakłócane- przetrwały aż do jego śmierci. Zdzisław z usposobienia był przekorny i niekonsekwentny . Przy tym – samouk. Z trudem tedy odkrywał nowe lądy wiedzy humanistycznej, pilnie i dużo czytając. Ale porządkowanie tej wiedzy następowało w nieco wolniejszym tempie. Toteż, bywało i tak, że w swoich refleksjach poszukiwawczych , wyrażanych w druku lub podczas rozmów, odkrywał nagle coś według niego nowego, co było już właściwie  dawno znaną prawdą, stąd bierze się jego inna cecha charakteru: megalomania. Utwierdzał się w przekonaniu , że jest odkrywcą nieznanych lądów, swoje idee starał się przenosić na grunt codzienności. Tak było w latach 70 i 80., gdy przygotował projekt reformy struktur partyjnych i przekazał go gorzowskiemu KW PZPR , a nawet  chyba samemu gen. Jaruzelskiemu. Jako materialista z przekonania, myślący jednak idealistycznie, z naiwnością dziecka sądził, że jego głos będzie wysłuchany. Mylił się. Ten głos nigdzie nie dotarł, to znaczy nie trafił do świadomości adresatów.

     Krzepiące, że Zdzisław nie popadł z tego powodu we wściekłą frustrację, lecz nadal intensywnie pracował literacko, działając zarazem w Zarządzie Głównym ZLP jako przewodniczący Komisji Rewizyjnej. I szkoda, że gdy opisywał swoje kłopoty z wydaniem powieści „Nie słuchajcie Alojzego Kotwy” na łamach gazety, nie ujawnił do końca, że wreszcie pomógł mu Andrzej Wasilewski , który był członkiem KC a Zdzisław z racji pełnienia swej funkcji miał do niego ułatwiony dostęp.

     Gdy rozwiązano ZLP i tworzył się „ neo-zlep” w Zielonej Górze, Morawski przez pewien czas przebywał poza  Związkiem. Pomimo próśb słanych z Zielonej Góry przez Ryndaka i Koniusza, aby zasilił ich oddział. Później niespodziewanie Zdzisław jednak zapisał się do „ neo- zlepu”, ale do ….poznańskiego oddziału. Wybrał lepsze, ciekawsze i bardziej liczące się środowisko literackie. Był to jego kolejny figiel spłatany kolegom.

    Kiedyś z dumą opowiadał, jak to ratował ZLP i grupę pisarzy partyjnych, jeszcze za czasów prezesowania Jana Józefa Szczepańskiego. Prowadził obrady w czasie burzliwych sporów, odebrał prawo głosu Zygmuntowi Trziszce, który tam wykrzykiwał. Emocje ponosiły salą,  on  z opanowaniem sterował porządkiem obrad. A później , mając już spory dorobek literacki- a największe artystyczne sukcesy osiągnął w poezji- referował nam swoją teorię „ idei materii”, której daje wyraz w najmowych tomikach. Wykładnia tej teorii miała być ogłoszona w Moskwie , a później w kraju. Ale  minęły lata i jakoś nic o tej rewelacyjnej  publikacji nie słychać.

     Jako prozaik, Zdzisław dał się poznać niedobrą, schematyczną i publicystycznym językiem napisaną powieścią „ Kwartał bohaterów” ( Łódź , 1965) oraz wspomnianą już powieścią o charakterze groteskowym pt. „ Nie słuchajcie Alojzego Kotwy”. Zamysł był bardzo interesujący, gorzej z wykonaniem. Podobnie jak Wiesław Myśliwski , jestem zdania, że powieść została napisana manierycznym językiem, choć znajdują się w niej wcale ładne sceny  literackie.

      Dla mnie Zdzisław jest przede wszystkim interesującym poetą, autorem znaczących w polskiej liryce tomów: „ Płaskorzeźby”( Śląska, 1956), „ Obecność” ( Śląsk ,1974), „ Wektory” ( Katowice, 1979), nie licząc arkuszy poetyckich , wydanych przez Lubuskie Towarzystwo Kultury i Gorzowskie Towarzystwo Kultury. Różne wektory wyobraźni autora prowadziły w kierunku poszukiwań własnej, odrębnej oryginalności. Podobnie niezłe sukcesy osiągał Zdzisław w twórczości dramatycznej. A ściślej mówiąc komediowej. Jego utwory o takim właśnie charakterze , jak „ Wilcze doły”, „ Żarty moich dni”, „Technik księstwa Donderów” były wystawiane przez teatry w Gorzowie i Zielonej Górze. Natomiast dramat Pt. „ Maria Preta” odniósł pewien sukces w gdańskim Teatrze Wybrzeże, a „ Rzymska Łaźnia” na scenie Teatru Eksperymentalnego Klubu Związków Twórczych w Łodzi. W dorobku autora jest tez kilka słuchowisk radiowych, realizowanych głównie przez Rozgłośnię PR w Zielonej Górze.

     Myślę , że w Zdzisławie  zawsze miałem życzliwego, prostolinijnego przyjaciela, co to potrafi doradzić, ale i zadrwić. Gdy z Koniuszem byliśmy- za czasów redagowania „ Nadodrza” w Gorzowie, natknęliśmy się na niego. Gdy redaktor naczelny udał się do pobliskiego sklepu po flachę , Zdzisław nagle urządził i publiczną awanturę na chodniku, słusznie zresztą zarzucając nam, że obniżamy poziom pisma. To było wtedy, gdy toczyliśmy rozpaczliwą walkę o czytelnika, wypełniając komuny erotyką i przedrukami z zachodnioniemieckiej prasy bulwarowej. Ja zgadzałem się z Morawskim, uważając już wtedy, że pismo ulegnie likwidacji przede wszystkim z przyczyn finansowych. To było też powodem naszej scysji z Januszem Koniuszem. Głosiłem tezę, podobnie jak Morawski, że nie można rezygnować z poziomu pisma za cenę przedłużania jego agonii. Koniusz uważał inaczej: że publikując „ ekscytujące” teksty , tłumaczone przez panią Bartosiewicz z niemieckich bulwarówek lub ogromne, nudne reportaże obyczajowe Haliny Ańskiej- zdoła uratować „ Nadodrze”. Te wysiłki pisania „ pod publiczkę” okazały się daremne. Gdy poziom pisma sięgnął bruku, musiało ono- zresztą jak wiele innych- również ulec likwidacji. I tu akurat Zdzisław Morawski miał rację….

 

 

Na medycznej ścieżce. Propozycja zmiany pracy.

Propozycja zmiany pracy

 

Ale muszę cofnąć się w czasie.

 Około 1977 roku odeszła z Siennej obecna profesor Anna Jung.

Jak już wspominała, w czasie pracy w oddziale żółtaczkowym zaprzyjaźniłyśmy się. Ponieważ została adiunktem w Klinice Nefrologii CZD, namawiała mnie na to, bym pomyślała o zmianie pracy.

Kilkakrotnie umawiała mnie na rozmowę z Panią Profesor Wyszyńską, która utworzyła w CZD Klinikę Nefrologii, ale nie mogłam się zdecydować na tę wyprawę do CZD. Odległość była duża. Z mojego Żoliborza do Międzylesia było to  ponad 30 km w jedną stronę.

Jednak w końcu, po ponownych naleganiach Anny , wreszcie  się zdecydowałam. Pokonałam trasę tramwajem i dwoma autobusami i do CZD przyjechałam wymięta i skrajnie zmęczona. Pani profesor Wyszyńska pamiętała mnie z egzaminu specjalizacyjnego, przyjęła z sympatią i zaproponowała pracę.

Podziękowałam , odpowiedziałam , że to trudna decyzja, że jestem przywiązana do Siennej i muszę przedyskutować z mężem.

Gdy wróciłam do domu, byłam szczęśliwa, że to koniec podróży w tym dniu i nawet sobie nie wyobrażałam codziennych takich wędrówek.

Odpowiedziałam Ani, że jednak się nie decyduję i sprawa przyschła.

Cieszyłam się Sienną, jej klimatem i świetnym położeniem w sercu Warszawy.

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Florian Nowicki.

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. Na stronie 142-143 znalazłam notkę o Florianie Nowickim . Miałam wtedy 13 lat, gdy bywał u nas w domu, a przedtem Zenon o nim często opowiadał . Pan Florian Nowicki  był pierwszym redaktorem gorzowskiej zakładowej gazety pt. „Stilon” i chyba starał się o zapewnienie jej wysokiego jak na gorzowskie warunki i zakładową gazetę poziomu. Brat kontynuował tę myśl i w czasie, gdy  Zenon został redaktorem naczelnym ( jak pisze- jednoosobowej redakcji) wydano specjalny literacki dodatek pt. Nadwarcie, wymieniany jako pozycja warta wymienienia przez Alfreda Siateckiego w portalu regiopedia lubuskie. Szkoda tylko, że nie wymienia nazwiska mojego brata. Ale cóż c ‚est  la vie…..

 

 

 

Florian Nowicki

 

 

     Z Florianem Nowickim , nieżyjącym już pisarzem i działaczem kultury Gorzowa , łączyły mnie szczególnie bliskie związki . To po nim przejąłem redagowanie „ Stilonu Gorzowskiego”, on mnie wprowadzał życzliwie w arkana sztuki dziennikarskiej , jako że wówczas tworzyłem jednoosobową redakcję , a społecznie wspomagali mnie pracownicy fabryki: Urszula Macińska , Kazimierz Suwała , Adolf Tynfowicz , Zbigniew Wiśniewski i Waldemar Kućko w roli fotoreportera.

     Nowicki, który walczył z faszyzmem jako „ syn pułku” , posiadał charakterystyczne cechy ludzi wychowanych w wojsku : niespożytą energię w realizowaniu różnych inicjatyw społecznych , towarzyski sposób bycia oraz poczucie trywialnego dowcipu , rubasznej anegdoty. Był przez pewien czas prezesem miejscowego Towarzystwa Kultury , doskonałym animatorem wielu przedsięwzięć kulturalnych oraz z pasją starał się urzeczywistnić swoja ambicje pisarskie . Poza publicystyką  , zajmował się felietonem, pisaniem utworów satyrycznych oraz wierszy lirycznych . Jest autorem poematu o bitwie pod Lenino , nagrodzonym w jakimś ogólnopolskim konkursie. W wydawnictwie MON opublikował zbeletryzowane wspomnienia ze szlaków wojennych pt. „ Najkrótszą drogą” , przełożone następnie na język rosyjski i wydane w Moskwie . Ta debiutancka książka ukazała się w 1970 roku , osiem lat później została wznowiona przez MON. Krytycznie oceniłem ją na łamach

„ Nadodrza” , bowiem połączenie w niej zapisów stricte historycznych z autorską fikcją nie okazało się zbyt fortunne . Od tego czasu kontakty nasze uległy oziębieniu , gdyż Florian Nowicki był „ chory” na literaturę i status pisarza , i podobno dopiero po jego śmierci dotarła do Gorzowa legitymacja ZLP z wypisanym nazwiskiem tego , któremu tak bardzo na tym zależało….

    Ale chciałbym jeszcze powrócić  do lat wcześniejszych , gdy – już mieszkając w Zielonej Górze – prezesowałem Klubowi Literackiemu LTK . Otóż , zaprosiłem na spotkanie z młodymi poetami i prozaikami znanego już pisarza Marka Nowakowskiego. Urządziliśmy sesję wyjazdową w Gorzowie , gdzie rolę gospodarza pełnił świetny organizator – Florian Nowicki. Był on wtedy dyrektorem wytwórni win i musztardy. Nas oczywiście musztarda nie interesowała , ale wina – nienajgorszego gatunku- było pod dostatkiem . Marek później długo wspominał te gorzowskie „ kąpiele winne”.

    A ja zachowałem we wdzięcznej pamięci postać człowieka życzliwego , pełnego witalności, ambitnego. Człowieka , który nauczył mnie makietować i odróżniać petit od garmondu . Ale przede wszystkim aktywnie żyć.

Na medycznej ścieżce. Paulinka.

Paulinka

 

Nadszedł listopad 1979 roku, tydzień po terminie porodu, jak zwykle zostałam przyjęta do oddziału patologii ciąży , gdzie wbrew przewidywaniom pewnego wykonanego przez lekarzy położników testu,  wkrótce urodziłam trzecią córeczkę- a czwarte dziecko- Paulinkę.

Odbyłam trzy miesiące urlopu macierzyńskiego i nie mając opieki nad dzieckiem , poprosiłam o roczny urlop bezpłatny .

Jednak niedługo potem  postanowiłam rozpocząć dyżury.

Nie chciałam zapomnieć tego, czego się już nauczyłam, pewnie też tęskniłam za moją pracą a ponadto chciałam wspomóc zespół , bo brakowało rąk do pracy, ale głównie dyżurantów.  Stale miałam poczucie winy, że zawiodłam kolegów i są przez to problemy.

Dyrekcja wyraziła zgodę na moje dyżurowanie i wkrótce rozpoczęłam regularne wychodzenie z domu , dyżurując 1- 2 razy w tygodniu . Dyżur obejmowałam od godziny 15, więc do szpitala musiałam się zgłaszać ok. 14, by od ordynatorów przejąć zalecenia dyżurowe, które zawsze też wpisywano do odpowiedniego zeszytu. Następnego dnia, po porannym raporcie, opuszczałam szpital.

W tym czasie dom był zabezpieczany przez Mirka, który wywiązywał się wcześniej ustalonych zobowiązań.

 Przed wyjściem zostawiałam w lodówce miski z jedzeniem dla Puśki z odpowiednimi napisami godzin posiłku.

Dla starszych dzieci zwykle zostawiałam jeden gar jedzenia…

 

 

 

 

Przedszkole muzyczne.

krysia Prońko w pr g rogu,marysia zielińska,ja,lat 6.jpg

 

Krysia Prońko ( znana piosenkarka, pedagog ) w prawym górnym rogu, ja poniżej.

 

Krótkie wspomnienie z przedszkola muzycznego.

 

Kolejne stare zdjęcie i wracają wspomnienia bardzo szczenięcych lat…

 

Były to wczesne lata 50 ubiegłego stulecia.

Przedszkole muzyczne  działające przy Szkole Muzycznej w Gorzowie przy ul Chrobrego .

Moje pierwsze tam kroki . Oczywiście z Mamą . Pamiętam , jakby to było dziś,  mroczną bramę wejściową  i   równie ponurą salę . A może to tylko mój  lękliwy nastrój ów mrok potęgował.

Bo właśnie miał się odbyć   egzamin wstępny do tego przedszkola .

Powitała nas duża  i piękna kobieta. Była sroga i  dostojna .  Jednak zachwycała   Jej  śniada uroda i   przecudne,  długaśne i szczupłe nogi . Pomimo tuszy  poruszała się z lekkością i gracją tancerki. To była Pani  Nowicka.

 Musiałyśmy odtwarzać dźwięki , które podawała na kamertonie . To był mój pierwszy i jedyny wyczyn śpiewaczy. Nie wiem na jakiej podstawie zostałam zakwalifikowana do przedszkola muzycznegoJ

…ale tam  był przede wszystkim taniec. Moja pasja. Taka do końca życia.

Na załączonym do artykułu zdjęciu  nasza trójka .Wystrojona i  przejęta . Za chwilę  parkiet będzie tylko nasz . Jesteśmy przygotowani , by wykonać śląski taniec, trojak.  Jeszcze czuję  te bardzo ciasno zaplecione warkocze. Nie mogłam zamknąć oczu ani  ust zesznurować. Ale najważniejszy był  strój. Bardzo starannie uszyty. Zupełnie nowy .Pachnący . Do gorsetu , z tyłu , nieomal pod karkiem miałyśmy przypięte kokardy z długimi końcami sięgającymi ziemi. Wstążki były malowane ręcznie. W kwiaty.  Sam urok . To był cud, że w tak mizernych , zgrzebnych czasach, ktoś wyczarował te kreacje…Jednak  w Gorzowie żyli  wtedy cudotwórcy …

 

 

przeszkole muzyczne antek paul.jpg

 

 

Od lewej Emilka Paul, Antek Paul- jej brat i ja

 

Tekst własny wrzucony kiedyś do portalu MM Gorzów pod nickiem Łuka/ Klarka

 

 

Stara pocztówka…

Otwieram stare pudło z pamiątkami po zmarłych ponad 30 lat temu Teściach. Niby znam jego zawartość, ale moja pamięć jest ulotna i okazuje się, że znaleziona tam pocztówka znowu mnie zaskakuje , wzrusza . Czytam po raz już nie wiem który i widzę tego sympatycznego chudzielca, który pewnie na poczcie pisze do swojej matki te kilka słów. Helena może być szczęśliwa, teraz tam, w zaświatach, że miała takich synów- ciepłych kochających i potrafiących to okazać……nam została pamięć i ta pocztówka. Pocztówka od Pawła do matki……

 

 

PawełŁebaPocztówka.jpg

 

<<Kochana Mamo!

Do Łeby dojechałem szczęśliwie i znalazłem państwa Łukaszewiczów…….w wagonie dobrze się śpi……całuję Mamę syn Paweł…..>>

to było właśnie w 1955 roku. Jeszcze nie wrócił Jan z 12 letniej katorgi. Jak ciepło brzmi podpis, podkreślenie – syn Paweł….

List do Pawła.

List do Pawła.

 

I jak to los plecie nasze życie.

Nie zdążyliśmy się razem zestarzeć, by pogadać o dawnych czasach, powspominać. Odszedłeś od nas za wcześnie, jeszcze pochłaniała Ciebie praca, Rodzina , podróżowanie po świecie i wiele innych spraw, które nas nie łączyły.

Ale  zostały fajne dziecięce wspomnienia. Czyste, niewinne, pachnące morzem, wiatrem i wakacjami. Patrzę gdzieś w górę i wydaje mi się, że tam jesteś i słyszysz. Ba, nawet się do nas uśmiechasz tym swoim szczerym radosnym chłopięcym uśmiechem…..

Obejrzyjmy więc sobie razem te zdjęcia z czasów, gdy nasze życie było jeszcze białą nie zapisaną kartą….

 

 

MamaPawełJaOk1955.jpg

To my i moja Mama. Paweł jak zwykle opiekuńczy, trzyma mnie za rękę a może to ja go trzymam:) i ta ówczesna moda- ja już jestem w topless :). Jest rok 1955- mam 8 lat, Paweł 13…

 

 

 PawełJałeba1955.JPG

 Rok 1955. Łeba. Jesteśmy na wycieczce na wydmy ruchome.My centralnie w pierwszym rzędzie. Ja z nieodłączną torebką i chustką na głowie, Paweł uczesany w ząbek:). Oj, jak pachnie to siano….


PawełJaŁeba1955wczasywag.JPG

 

to zdjęcie powinno być na początku, bo właśnie przyjechał do Łeby Paweł, ale wydało mi się, że niepotrzebny układ chronologiczny….Wejście na teren wczasów wagonowych. Jest rok 1955, to wówczas umarła moja Babcia- Stanisława Łukaszewicz z d. Rodziewicz. Rodzice pojechali na pogrzeb, a my zostaliśmy sami….

 

 

wczasy wagonowe 1.jpg

 

 

PawełJaMorze.jpg

 

 

Mielno. Kolejne wspólne wakacje. Już jesteśmy prawie dorośli 🙂 Ja z koleżanką a Paweł zapatrzony w dal. O czym myśli? Już wrócił z Syberii jego ojciec, więc nie musi się martwić o losy Matki. Może tęskni za swoją dziewczyną, a może  tylko słucha szumu morza i nie myśli w ogóle….jak dobrze, że nie znamy swoich dalszych losów, możemy żyć pełną piersią bez szczególnych lęków….