Losy moich Rodziców. Mama już jest damą w swojej Godziszce.

W Bielsku czekała ich jeszcze jedna przesiadka do pociągu do Łodygowic.

U celu podróży koleją czekał brat- Szczepan i wystrojoną świątecznie bryczką dowiózł towarzystwo do domu rodzinnego dziadków.

Jakoś pewnie nic szczególnego tam się nie działo, bo Mama nie wspominała tamtych czasów.

Myślę, że Jej pozycja w domu rodzinnym była już zupełnie inna.

Była samodzielna, zarabiała całkiem nieźle, umiała się ubrać.

Po wcześniejszym bardzo skromnym trybie życia, uznała, że należy dbać o siebie. Dość często bywała w Wilnie, odwiedzając męża i tam zaopatrywała się w kapelusze i piękne suknie.

Teraz w Godziszce pewnie błyszczała.

Pozbyła się akcentu, którym  mówiły moje ciotki , miała skrystalizowany pogląd na świat i pewnie udzielała porad rodzeństwu.

Pewnie tak było, bo całkiem niedawno jedna z kuzynek , która mieszka stale w górach wspominała z dwuznaczna miną, że ciocia zawsze  usiłowała ich wychować.

Myślę, że tak było, miała do tego prawo a jak to zostało odebrane, to druga strona medalu….

 

 

 

Losy moich Rodziców. Emocje na drodze do Warszawy.

W czasie podróży Zenon bardzo się zaprzyjaźnił z panem siedzącym obok.

Ucinali sobie pogawędki, tak jak to trzylatek i poważny pan potrafią.

Podróż mijała spokojnie.

Ale w pewnej chwili sąsiad ów wyjął  pudełeczko, a w nim dorodne truskawki.

Był to niewątpliwy rarytas.

Zenonowi zabłysły oczęta, skwapliwie skorzystał z propozycji poczęstowania się.

Zjadł kilka owoców, a gdy pan zamierzał ułożyć to pudełko na półce nad głową, Zenon zaprotestował.

Oznajmił, że on wprawdzie się najadł, ale jego mamusia na pewno też ma ochotę na te smakołyki.

Mamusia wprawdzie się krygowała, ale w końcu zjadła jedną truskawkę, dziękując wylewnie. Po godzinie zauważyła na buzi synka czerwone grudy, których liczba niezwykle dynamicznie wzrastała.

Po kilku chwilach dziecko wyglądało jak wielka truskawka.

Mama wpadła w panikę.

Nigdy czegoś podobnego nie obserwowała u Zenona.

Na szczęście jeden z panów zajmujących miejsce w tym samym przedziale okazał się lekarzem. Wyjaśnił, że na pewno mały ma uczulenie na truskawki i wydobył jakiś lek- prawdopodobnie wapno- , który komisyjnie rozpuszczono w wodzie wydobytej z butelki wiezionej przez moją zapobiegliwą Mamę.

Po jakimś czasie wysypka zaczęła blednąć.

Wszyscy odetchnęli.

W tak to urozmaicony sposób minął czas podróży  i niebawem zakomunikowano, że pociąg zbliża się do celu.

Mama wiedziała, że ma teraz przesiadkę do Bielska.

Już kiedyś pisałam, że pociąg z Wilna docierał na stację Warszawa Wileńska, która znajdowała się za Wisłą.

Należało przemieścić się na drugą stronę rzeki i pokonać kawał miasta do Dworca Warszawa Główna. Z tego dworca odjeżdżały pociągi do różnych miast polskich położonych po lewej stronie Wisły , w tym do Bielska.

Ponieważ Mama już miała opracowany plan podróży, więc bez emocji, po wytoczeniu się na peron  wezwała dorożkę .

Pewnie pomogli jej usłużni panowie, towarzysze podróży.,

Po ulokowaniu bagaży oraz syna Mama zasiadła w eleganckim pojeździe .

 

Zenon był wniebowzięty, gdyż koń i pojazd budził jego wielki zachwyt.

Postanowił podróżować stojąc na stopniu-  progu pojazdu.

 I żadne łagodne perswazje Mamy  nie pomagały.

Ale w końcu pan dorożkarz przejął władzę . Siedział przed nimi na wysokim koźle. Nagle odwrócił się i pokazał marsową minę. Nie musiał nawet nic mówić, bo wszystko zadziałało jak należy.

Mój braciszek zamilkł i potulnie jak baranek usiadł obok Mamy .

Po chwili był już tak zajęty obserwowaniem jadących obok samochodów , że zapomniał o swoim pomyśle.

I tak to w wytworny sposób przemierzyli miasto stołeczne.

Losy moich Rodziców.Jadą do domu rodzinnego.

 

Zenon ma dwa lata. Zdjęcie z albumu rodzinnego ze śladem  pisma  Taty.

 

 

Po poprzednim wpisie pełnym dygresji pora wrócić do czasów rakowskich.

Mama była szczęśliwa, gdy otrzymała pojednawczy list od Ojca.

Zbliżały się wakacje, więc dla nauczycieli pora wielu wolnych dni .

Dlatego  planu podróży nie układała długo.

Tato jak zwykle był zajęty swoją pracą zawodową, nie mógł otrzymać urlopu w tym terminie, a może nie chciał tam jechać, pomny swojego poprzedniego pobytu w górach.

Tak więc któregoś dnia Mama z trzylatkiem, bagażami, nocnikiem i różnymi bambetlami została dowieziona bryczką do Olechnowicz, skąd odjeżdżał pociąg do Wilna.

W Wilnie już oczekiwał Wacław , który tego dnia urwał się wcześniej z pracy .

Mój Ojciec dzielnie wydobył  żonę, syna i cały ten majdan z przedziału po czym zapakował do pociągu jadącego do Warszawy.

To była dopiero połowa drogi.

 

 

Losy moich Rodziców. Marianna i jej pierworodna.

Może jednak Marianna, druga żona Michała Jakubca, mama Stefki drążyła jakimś nieodgadnionym sposobem kamienne serce męża.

Przecież zawsze  mówiła swoim dzieciom, że nigdy ich nie będzie zmuszała do zawierania związków małżeńskich z osobami , których nie kochają. Pewnie jej własne doświadczenie było tak bolesne, że nie chciała unieszczęśliwiać swoich dzieci.

A tymczasem jej najstarsza córka, Stefka tak bardzo walczyła o swoje szczęście, tak bardzo się starała przekonać ojca do swojej decyzji i spotkała odmowę, mur, milczenie.

Wyobrażam sobie, jak bardzo przeżywała tę sytuację  Marianna .

Na pewno bardzo kochała swoją pierworodną córkę.

Gdy umierała w 1946 roku, stale wypatrywała przybycia mojej Mamy. .

A w tym czasie moja Mama  leżała w gorzowskim szpitalu z zagrożoną ciążą.

Moja Mama do swojej śmierci  wspominała swoją Rodzicielkę  i przeżywała od nowa fakt, że się nie pożegnały.

Jak dobrze, że mnie się udało. Tak los zdarzył, że Stefa umierała w sędziwym wieku, w swoim domu i w otoczeniu dzieci i wnuków.  Przesadziłam, pisząc- w otoczeniu dzieci. Nie, tak nie było. Nie przybył mój brat, Jej pierworodny, Zenon. Miał jakieś swoje ważne problemy, mieszkał daleko, w Zielonej Górze i tak uzasadniał swoją nieobecność, gdy Mirek do niego wydzwaniał.

Zapamiętałam takie wydarzenie sprzed kilku lat od dnia pożegnania Mamy, była już wtedy unieruchomiona, źle słyszała i niewiele widziała.

Moje codzienne i całonocne przebywanie obok Niej traktowała jakby to był obowiązek. Ano,

był.

I wówczas przyjechał do Warszawy mój brat i po raz ostatni odwiedził rodziców.

Gdy się zjawił , ujrzałam wielką światłość w oczach Matki.

 Był krótko, zmęczył się i znudził  trudną rozmową z prawie niesłyszącą i odjechał.

Ale wiedziałam, że to dla Niej był najjaśniejszy dzień.

Potem już się nie pojawiał, wyczekiwany przez wiele lat. Jak już napisałam wcześniej …

Losy moich Rodziców. Zaproszenie do rodzinnego domu.

Biegła do furtki , za którą stał listonosz, z biciem serca, złapała szarą kopertę i natychmiast otworzyła.

Czytała z wypiekami na policzkach i wkrótce obraz był zamazany przez łzy, które nieproszone spływały spod opuszczonych powiek. Łzy szczęścia.

Był to  upragniony list z Godziszki.

Na wstępie oczywiście ojciec nie omieszkał wypomnieć, że  nie spełniła ich oczekiwań, bo wyszła za mąż za wcześnie  i w dodatku za obcego, człowieka z innych stron.

Ale w następnych linijkach dość koślawo stawianych liter donosił, że wspaniałomyślnie jej wybaczają .

 A w końcowym fragmencie listu, piszą, że  zapraszają ją i dziecko do siebie, w góry.

To był niezwykły przełomowy moment w Jej życiu.

Do końca swojego życia  nie znalazła odpowiedzi na pytanie, dlaczego nagle jej ojciec złagodniał? 

Podejrzewam, że może brał w tym udział jakiś litościwy , bystry i dobry miejscowy ksiądz. Chyba tylko jemu ojciec mógłby się podporządkować. Ten ojciec Stefki – Michał, znany despota, który   nad całą rodziną jednoznacznie sprawował nieograniczoną władzę . Pewnie  nikt inny poza księdzem nawet by nie śmiał zapytać o jego córkę, przecież stale ich  córkę- Stefkę

Losy moich Rodziców. Stefa się doczekała…

Gdy Zenon miał dwa lata wreszcie odezwali się Rodzice Mamy.

Stefa nie milczała.

Stale próbowała nawiązać jakiś kontakt ze swoją rodziną.

W tym wypadku zachowywała się nietypowo, nawet mnie to dziwiło. Ponieważ z natury rzeczy  była uparta, zamknięta i  twarda . Ale jak się okazało tylko  pozornie nieugięta.

Jak wynika z Jej opowiadania o tamtych czasach, bezpośrednio po ślubie nie zamykała się w sobie, nie chowała urazy do Ojca.

Została bardzo zraniona, ale czuła przemożną potrzebę przebłagania swoich okrutnych gór.

Systematycznie wysyłała listy do domu, paczki z nowymi ciuchami, butami dla ojca, matki i rodzeństwa.

I wreszcie zdarzył się długo oczekiwany cud.

Któregoś dnia zawitał listonosz i z daleka wołał, że ma list z odległych stron.

Oczywiście wszyscy wiedzieli jaka jest sytuacja Mamy, bo jak pisałam, było to niewielkie miasteczko, ludziska się znali i interesowało ich cudze życie.

A cóż dopiero życie nauczycielki, która przybyła z dalekich stron, więc stale była inna, obca.

Na medycznej ścieżce. Nieskuteczna reanimacja.

Gdy pracowałam już w nowej eleganckiej przychodni, którą  wybudowano na Wrzecionie zdarzył się jeszcze jeden tragiczny przypadek.

 Byłam w trakcie przyjmowania pacjentów, gdy wpadł do gabinetu bardzo zdenerwowany człowiek krzycząc, bym biegła na ratunek.

Oczywiście takie hasło zawsze mnie mobilizowało , więc przepraszając pacjentkę, którą właśnie badałam, złapałam ap do pomiaru ciśnienia oraz fonendoskop i pognałam za tym człowiekiem.

Po drodze powiedział, że w pobliskim sklepie zasłabł jakiś mężczyzna.

Proszono o pomoc inną lekarkę z tej przychodni, ale ta powiedziała, że nie opuści swojego gabinetu.

Spytałam jeszcze, czy wezwano Pogotowie Ratunkowe- potwierdził mówić równocześnie, że aktualnie wszystkie zespoły są zajęte gdzie indziej.

Pod sklepem zobaczyłam gęstniejący tłum.

Z trudem przebiliśmy się do miejsca gdzie leżał pacjent. Upadł przy kasach i był nieruchomy. Szczupły, ciemny mężczyzna nie dawał znaku życia. Nie było tętna na tętnicach szyjnych, nie słychać było akcji serca, nie oddychał.

Szybko powiedziałam mężczyźnie, który mnie wezwał, by biegiem wrócił  do przychodni po zestaw reanimacyjny.

 Nie namyślając się rzuciłam się na podłogę i rozpoczęłam beznadziejną walkę.

Sztuczne oddychanie usta usta i masaż serca.

Nie miałam żadnej maseczki, ani nawet chustki, więc czułam usta pacjenta i okresowo wydawało mi się, że jakiś jego oddech.

Ale to było tylko powietrze, które wydostało się z jego płuc albo żołądka w czasie tej akcji. Wionęło czosnkiem , mimo tego nie ustawałam w akcji.

Działała adrenalina i uczucie, że ludzie mnie zlinczują, gdy zaprzestanę tej akcji.

Słyszałam ich pomruki coraz bardziej gniewne i pomstowania na służbę zdrowia, pogotowie etc.

Wpadła inna koleżanka , próbowała się wkłuć do zapadniętej żyły, by podać jakieś leki.

Potem zmieniła mnie przy oddychaniu usta usta.

Otarłam  swoje, zakrwawione, gdyż pacjent miał  chyba tylko jeden górny ząb, który mnie zranił.

Mimo zupełnej  beznadziei działałyśmy licząc na cud.

Ale cud nie nastąpił .

Przyjechała ekipa Pogotowia ratunkowego i oficjalnie stwierdzono zgon.

Wróciłyśmy do pracy, ledwie powłócząc nogami.

Na korytarzu czekał na nas kierownik poradni, dr Wojdan. Zaprosił do swojego gabinetu , wyjął z biurka butelkę i kieliszki, które napełnił alkoholem. Nie chciałyśmy pić, tłumacząc, że wracamy do pracy.

Powiedział kategorycznie, że po takiej akcji reanimacyjnej  usta- usta bez żadnego zabezpieczenia jesteśmy zagrożone jakimiś chorobami i jedynie alkoholowa dezynfekcja  może w jakiś sposób pomóc. Argument był przekonywujący i wypiłyśmy , tak jak kazał.

Wówczas, w tych latach 70 ubiegłego wieku, jeszcze nikt nie mówił o AIDS czy innych wirusach niosących straszliwe choroby.

Może i na szczęście, bo żyłyśmy w przeświadczeniu, że nasz kierownik uratował nas przed skutkami naszej akcji.

Oceniając z dalekiej perspektywy nasz czyn można mieć wątpliwości.

Jednak opis ten oddaje nasze niezwykłe  przejęcie zawodem , chęć i imperatyw niesienia pomocy ludziom …..i wielki młodzieńczy zapał

 

Losy moich Rodziców. Zenon, mój brat.

 

Mój najstarszy brat- Zenon. Zdjęcie z rodzinnego albumu, opisane ręką Taty.

 

 

W maju 1934 roku przyszedł na świat ich pierwszy syn.

Poród trwał kilka dni.

Dziecko urodziło się sine, ale wkrótce żwawo krzyczało.

Było silne, duże i barczyste.

Nadano mu na imię Zenon.

Ojciec przyjechał, obejrzał syna, nawet się wzruszył i wrócił do Wilna, do pracy.

Chłopak rósł .

Kilkuletni brzdąc wychodził do pobliskiego lasu i wracał przynosząc opowieści o wspaniałej leśnej ciszy i urodzie roślin.

Mama widziała, że chłopiec ma talent, umie obserwować świat i dostrzegać jego piękno.

Ale w cichości się niepokoiła nadwrażliwością syna i swoistego rodzaju egzaltacją.

Był bardzo grzecznym dzieckiem, posłusznym , zaprzyjaźnionym z ludźmi.

Wyobrażała sobie kim zostanie w przyszłości.

Tym dotkliwiej przyjmowała wszystkie późniejsze kłopoty i porażki życiowe swojego pierworodnego.

Wyrastałam w takiej atmosferze, wiedziałam, że to dziecko jest dla niej wszystkim.

Mając trzy lata  mówiłam, nieco zrezygnowana,  że ja jestem tatusia a Mama ma Zenona.

 

Na medycznej ścieżce. Niby banalne zaparcia…

Nie zapomnę też młodej kobiety. Ładna była , śniada, o pięknych oczach, zębach i włosach. Dorodna była i powiedziała, że ma dwóch kilkuletnich synków.

Przybyła tylko po receptę na jakiś środek przeczyszczający, gdyż uskarżała się na przewlekłe zaparcia.

Gdy spojrzałam na wpisy poprzedniej lekarki, pacjentka ta zgłaszała zaparcia  już od 2- 3 miesięcy i zostało to potraktowane zwyczajowo receptą na Bisacodyl.

Zamiast przepisać któryś ze znanych i popularnych leków, zainteresowałam się tym objawem.

Byłam przejęta swoją rolą młodej lekarki, więc zgodnie z posiadaną wiedzą rozpoczęłam wypytywanie, jak wyglądają owe zaparcia i o wszystkie objawy towarzyszące.

Odpowiedziała, że nie ma żadnych innych objawów, dopisuje jej apetyt i żywi się tak jak trzeba.

Jednak  rozpoczęłam drążenie tematu.  

Pytałam m.in. o kształt stolców.  Odpowiedziała, że są właściwie normalne.

Jednak zadałam jeszcze badanie dodatkowe , pytając czy nie są wąskie.

Ku mojemu zdumieniu, odpowiedziała twierdząco.

Dodatkowo spytałam, czy wyglądają jak ołówek. Potwierdziła….

A mnie pociemniało w oczach.

Ukryłam przerażenie, bo taki ołówkowe stolce należały do klasycznych  objawów guza  zlokalizowanego w dolnym odcinku jelita grubego.

Napisałam skierowanie na badanie rtg z kontrastem tzw wlew doodbytniczy.

W tamtych czasach nie było rozpowszechnione badanie przy pomocy wzierników, które teraz jest badaniem podstawowym.

Równocześnie wypisałam skierowanie do punktu konsultacyjnego Szpitala Bielańskiego, do mojego ukochanego doktora Korkuczańskiego.

Następnego dnia a może po dwóch dniach pacjentka przybyła do mnie ponownie ze zdjęciami rtg i karteczką od dr Korkuczańskiego, że jeszcze w tym tygodniu będzie hospitalizowana.

Była spokojna, chociaż już wiedziała.

Nie zapomnę tego zdjęcia ……

Być może, że guz już był tak duży, że objawy ołówkowych stolców wystąpiły dopiero teraz. A może nie, może były już wcześniej, tylko nikt o to nie pytał.

Może wówczas miała jakąś szansę wygrania z czasem.

Teraz była bez szans.

Myślę o niej czasami, o osieroconych dzieciach i o tym jaką jeszcze przebyła gehennę zanim przeniosła się do Niebieskiej Krainy Wiecznej Radości ….