Na medycznej ścieżce. Wracam do pracy.

List ten przeczytałyśmy razem z Mamą.

Kierownik mojej poradni zwracał się z bardzo uprzejmą prośbą, bym wróciła do pracy, bo on ma trudności personalne.

Nie zdążyłam zareagować, gdy Mama obwieściła, że takie spokojne dziecko jak Marcin może pozostawać pod ich opieką .

Ich, czyli moich Rodziców, a ja powinnam wrócić do pracy.

Miałam wątpliwości, czy mogę Rodziców obciążać obowiązkiem opiekowania się dziećmi. Ale dziewczynki już chodziły do przedszkola, więc w domu pozostawał jedynie Marcinek. Faktycznie był dzieckiem bardzo spokojnym, chętnie i wielkim apetytem  zjadał wszystkie posiłki i w ogóle nie sprawiał żadnych kłopotów.

Tak więc po przedyskutowaniu z Rodzicami i Mirkiem, zdecydowałam się na powrót do pracy.

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 12 )

 Dodatkowo moją sytuację pogorszyły kolejne wydarzenia . 

Oto któregoś dnia Stefa postanowiła pokazać mi góry z bliska.

Wybraliśmy się więc na Skrzyczne, górę, która królowała nad wsią.

Wydawało się, że ma dość łagodne zbocze.

Cieszyłem się, gdy powoli zbliżaliśmy się do jej podnóża.

Pachniał cudnie wielki las, a ścieżki wydawały się wyraźne i dostępne.

Wdrapywaliśmy się w górę, sapałem, ale dorównywałem kroku Stefie.

Po pewnym czasie miałem wszystkiego dość.

Szczytu góry nie było widać a wędrówka była trudna i ciągle się wydłużała .

Myślałem wtedy, pocieszając się, że łatwiej będzie z powrotem.

Wszak zejście z góry powinno być bezproblemowe.

Gdy wylądowaliśmy na szczycie, widok na sąsiednie góry i wielką kotlinę leżącą u stóp zapierał mi dech.

Było cudnie.

Siedziałem wśród krzaków kosodrzewiny, na jednej ze skał, obok miałem swoją Stefą i niczego więcej nie potrzebowałem do pełni szczęścia.

Potem rozpoczęliśmy powrót.

I tutaj przeżyłem swoisty szok.

Droga w dół, wbrew moim wyobrażeniom była katastrofalna.

Nogi gnały do przodu, traciłem równowagę, hamowałem z całych sił mięśniami ud.

Nogi mi cierpły , kamienie pod stopami się rozchodziły, pryskały spod powierzchni, traciłem równowagę.

Ponadto  czułem zawrót głowy patrząc w dół gdzie zda się wciągały urwiska i miałem wrażenie, że się oderwę od tego stromego zbocza i zacznę spadać.

Na medycznej ścieżce. Krótkie delektowanie się macierzyństwem.

Tym razem miałam urlop macierzyński, więc czułam pełen luz.

Po urodzeniu Justyny wróciłam na zajęcia po 7 dniach, a po pojawieniu się na świecie Ewy po 2 tygodniach.

Tak więc ówczesne państwo nasze ludowe na mnie trochę zarobiło, gdyż nie naraziłam nikogo na fundowanie mi urlopu macierzyńskiego.  

Teraz delektowałam się czasem spędzanym z dziewczynkami i maleństwem.

Planowałam roczny urlop bezpłatny , nawet go zaczęłam i chyba zaliczyłam ok. 3 miesięcy.

Ale pewnego dnia ktoś zadzwonił do drzwi.

Otworzyłam , był tam goniec z mojej poradni z listem od szefa.

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 11 )

Ale po złożeniu moich oświadczyn zamiast radości i akceptacji ujrzałem mroczną chmurę w  spojrzeniach rodziców Stefy.

Wówczas Stefa, próbując ratować sytuację  zaczęła zapewniać, że nic się nie zmieni, że nadal będzie się starała spłacać dług, który zaciągnęła w czasie swojej edukacji.

Jej rodzina była wielodzietna a rodzice uważali, że dali jej wykształcenie i teraz należy się im zapłata.

 W moim mniemaniu dług ten już dawno spłaciła.

Nigdy jej o tym nie mówiłem, ale wiedziałem, że przez te kilka lat, gdy uczyła w Rakowie , żywiła się skromnie- widywałem jej posiłki- chleb, ziemniaki- i stale wysyłała pieniądze do swojego domu.

Wspominała kiedyś, że w czasie pobierania edukacji w Białej głodowała. Z domu dostawała worek ziemniaków i mleko a w czasie nauki w Seminarium miała stypendium za dobre wyniki w nauce. Więc wydawało mi się, że jej dług względem rodziny nie był znowu tak duży.

Jednak stale miała poczucie, zresztą  skutecznie podtrzymywane przez jej rodziców, że ponieśli duże straty finansowe związane z jej wykształceniem.

Teraz ich zapewniała, że nadal będzie oszczędzała i wysyłała pieniądze rodzinie. Ale oni nie odpowiedzieli.

    Nie dali swojej zgody na małżeństwo ale też wyraźnie nie oponowali, co napawało mnie jakąś nadzieją.

Pomyślałam, że gdy pobędziemy jakiś czas razem z nimi, poznają mnie lepiej i może w którymś momencie, ostatecznie przy pożegnaniu dadzą jakiś znak, że mnie akceptują i godzą się na nasze małżeństwo.

 W tym momencie jednak, nie doczekawszy odpowiedzi, zmieniliśmy temat rozmowy.

Spanie miałem w stodole na sianie i spędziliśmy w tej wsi kilka dni chwilami tylko spotykając się z rodzicami  Stefy.

Byłem traktowany jak powietrze i czułem się z tym źle.

Na medycznej ścieżce. Słodkie oblewanie syna.

Potem Mama opowiadała jak to było wieczorem , gdy po porodzie czekałam bezskutecznie na przybycie męża.

Było tak: Mirek długo nie wracał , ale to się nierzadko zdarzało, gdyż jego firma prowadziła budowy w terenie i często tam wyjeżdżał.

Ale gdy zadzwonił dzwonek do drzwi, Tato otworzył i ukazał się Mirek w całej okazałości. Wszedł wprawdzie na własnych nogach, ale podtrzymywany przez dwóch kolegów. Gdy zobaczyła go Mama,  od razu skierowała ekipę  do pokoiku, gdzie złożono młodego ojca na wygodnym tapczanie po czym zapadł on w głęboki rozkoszny chrapliwy sen.  

No cóż, syna należało solidnie oblać.

To oblewanie opisał nawet syn Andrzeja Kalwasa , ówczesnego radcy prawnego w Kablobetonie,  w swojej książce – był wtedy podrastającym chłopcem i  stał ( jak pisze – zwyczajowo stojakował )  w oknie i widział gdy tego dnia jego ojciec wraca krętą drogą do domu.

Takie to były słodkie  koleżeńskie czasy gdy rodziły się nam wszystkim dzieci …

Na szczęście  w moim domu widziano Mirka w takim stanie tylko raz.

Synek przyszedł na świat 30 marca 1973 roku, jest zodiakalnym Baranem i nazywa się Marcin

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 10)

Gdy dotarliśmy do rodzinnego domu Jakubców w Godziszce ujrzałem duże zabudowania gospodarcze i rozłożystą ciemną chałupę posadowioną przy drodze. Wybiegło sporo dzieciaków, potem pojawili się rodzice Stefy. Patrzyli na mnie spod marsowych brwi, nieprzyjaźnie i badawczo.

Wyskoczyłem z bryczki, podałem rękę Stefie.

Wysiadła , czułem jak drży jej  dłoń . Pewnie i jej serce biło jak szalone z wielkiego lęku .

Podeszliśmy do jej rodziców, przedstawiłem się.

W końcu miałem jakąś kindersztubę i naturę łagodną przyjazną.

    Po pewnym czasie poczułem, że pękają pierwsze lody, bo ujrzałem na twarzach rodziców  mojej dziewczyny coś co mogło wyglądać jak uśmiech.

Jakże byłem naiwny, tak oceniając  to powitanie.

    Odetchnąłem z ulgą. Stefa też się rozluźniła.

Gdy weszliśmy do mrocznej izby, pochylały się nad nami obrazy rozwieszone skosem pod samym sufitem. Takie rzędy świętych obrazów widziałem po raz pierwszy.

W mojej stronie nie było takiego zwyczaju ozdabiania mieszkania.

Usiedliśmy przy stole. Najstarsza siostra Stefy podała jakąś strawę.  Już nawet  nie wiem, co jadłem, cały czas myślałem nad tym, co będzie dalej.

Miałem przygotowany scenariusz.

     I teraz nadeszła właściwa pora.

Po skończonym posiłku, wstałem i oficjalnie podziękowałem .

Potem podszedłem do rodziców Stefy i przyklękając na jedno kolano poprosiłem ich o rękę córki z trudem hamując wielką tremę.

    Przecież wszystko było logicznie uzasadnione. Dziewczyna miała już 25 lat, była wykształcona i samodzielna. Ja też już miałem zawód i dobrą pracę. Moja rodzina była przyzwoita, akceptowała wybrankę , ba, nawet bardzo ją lubiła.

     Więc  o naiwny, uważałem, że rodzice Stefy powinni się zgodzić na nasze małżeństwo.

 

 

Stefa, moja narzeczona,  rok 1932

 

Wigilia 2012 roku w Michałowicach.

 

 

 

 

 

 

 

oczekiwanie….

 

 

 

Wedzia z Patkiem( 3 mies)  i Dora ( lat 19)

 

 

 

Dziadek z Patkiem- najmłodszym wnukiem, Justyna- najstarsza córka. W tle Paulina, nasza najmłodsza córka z mężem Albertem Rosińskim.

 

 

Justyna( lat 43) – nasza najstarsza i Wedzia( lat 21) – jej córka starsza

 

 

 

Wedzia, Witon i Jula( lat 17)

 

Witonek, czyli Wiktor Rosiński- starszy syn Pauliny i Alberta- ma 4 lata i 3 miesiące.

 

Mirek, Michał( lat 12) i Jula z ojcem- Marcinem Gregorowiczem, mężem naszej Ewy. Jego Mama jest gorzowianką jak ja:)

 

 

 

 

Ewa( lat42),jej syn Michał i Jula Gregorowiczowie.

 

 

W domu Ewy i Marcina.

W przeddzień Wigilii Ewa zorganizowała u siebie pieczenie ciasteczek, zaprosiła wszystkie nasze wnuczęta.

Dobrze, że tam  był Marcin z Majką i Mikołajem, bo następnego dnia przeziębieni mocno pozostali w domu.

 

 

Jedynie Leza nie była zadowolona z takiej ilości gosci i zajęła bezpieczne miejsce. Ale potem się rozchmurzyła (*-*)

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Poród trzeciego dziecka …

Jeszcze po południu odwiedził mnie Mirek. Tzn niezupełnie odwiedził, bo nie można było wchodzić do takich oddziałów osobom postronnym . Więc gdy usłyszałam wołanie zza okna, to wyjrzałam na zewnątrz .Na szczęście  oddział mieścił się na parterze, a pod okna można się było dostać przez dziurę w płocie szpitalnym. Jeśli ktoś nie wie, to przypominam, że wtedy nie było telefonów komórkowych, a pojedyncze automaty telefoniczne na korytarzach zwykle nie działały. Ucieszyłam się, że zobaczyłam Mirka. Pogadaliśmy przez chwilę, ale ja miałam już bóle, o czym mu nie powiedziałam. Obiecał , że wstąpi  rano jadąc do cukrowni w Glinojecku, którą właśnie budowała jego firma o dźwięcznej melodyjnej nazwie Kablobeton .

Moja akcja porodowa rozwijała  się bardzo dynamicznie, więc w pewnym momencie podeszłam do pielęgniarki i zameldowałam, że już. Widząc mnie, uwierzyła i zaczęła sprowadzać na blok porodowy, który znajdował się poniżej oddziału patologii ciąży. Już na schodach przysiadałam i informowałam, że tutaj urodzę. Dość przerażona pielęgniarka ciągnęła mnie na siłę. Na progu sali porodowej rozglądałam się za wolnym łóżkiem, ale niestety wszystkie były zajęte. I wówczas położne zwlokły dziewczynę, która się wiła na najbliższym łóżku. Zapamiętałam jej nieprzytomne zdumione i przerażone oczy. Próbowała się zapierać, ale bez rezultatu. Posadzono ją  obok łóżka na krześle a mnie położne pomogły wdrapać się na to wyro. Nie czekałam ani chwili, w końcu nie wypadało zajmować nie swojego łóżka za długo i natychmiast  urodziłam.

Powiedzieli , że syn. Byłam szczęśliwa. Dziecko pięknie wrzeszczało, a mnie przerzucili  na płaski wózek , gdzie sobie spokojnie leżałam i  odpoczywałam.

Uczynna salowa podała mi ich służbowy telefon, który na szczęście miał bardzo długi przewód i zadzwoniłam do domu.

Mirek był w siódmym niebie i natychmiast , mimo późnej pory pognał do moich rodziców i przekazał wiadomość. Dziewczynek na szczęście nie budził.

Ja po dwóch przepisowych godzinach zostałam wywieziona  na salę położnic.

Mirek rano przed pracą wstąpił , liścik radosny  przekazał.

Oj, te panie salowe miały raj. Bardzo chętnie ganiały na izbę przyjęć, gdzie po drugiej stronie barykady czekał szczęśliwy tata i przenosiły paczki oraz listy. Każdy liścik oznaczał  drobny datek za usługę, więc pewnie w sumie zarabiały więcej niż pielęgniarki i położne razem wzięte.

W zwrotnym liściku do Mirka prosiłam o dostarczenie jakiś płynów do picia, bo mnie straszliwie suszyło po tych emocjach.

Obiecał, że wstąpi w drodze powrotnej z budowy.

Czekałam długo i cierpliwie ale się nie doczekałam . Nie były to czasy, kiedy w miejscowym sklepiku można było kupić wodę czy jakiś sok . Chyba nawet nie było miejscowych sklepików. Trwałam więc w swoim poporodowym wysuszeniu żłopiąc straszliwie zimną lurowatą lepką od cukru herbatę, którą ktoś litościwy mi podał do łóżka.

Mirek przybył dopiero następnego dnia , dostarczył jakieś domowe kompoty i inne wiktuały i było wszystko ok.

Na medycznej ścieżce. Wreszcie jestem pełnoprawnym lekarzem.

Rok stażowy minął szybko.

Dopiero wówczas otrzymałam tzw. prawo wykonywania zawodu.

Wkrótce urodziłam Marcina. Oczywiście nie wiedziałam, że będzie syn. Ale sobie pomyślałam, że jeśli moje dziewczynki rodziły się w Klinice przy ul.Starynkiewicza, to zmiana miejsca porodu może przyniesie chłopca. Ale to były takie sobie żarty.

Niby żarty, a  okazały się prawdą.

 Ponieważ jak w poprzednich ciążach poród nie nadchodził w terminie, to gdy minęły kolejne dwa tygodnie jak zwykle znalazłam się na oddziale patologii ciąży. Już nie rozpaczałam jak poprzednio, wiedziałam , że taki jest system . Jednak tym razem nie skłuli mi pupy straszliwie bolesnymi zastrzykami z hormonów przygotowujących do porodu, czyli porodu nie prowokowano,  bo po dwóch dniach już rano czułam, że chyba się zacznie.

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty (9)

 

Droga przez Kotlinę Żywiecką. W dali Beskid Mały i Żywiecki.

 

 

Ale brat Stefy widać, jakoś po swojemu kochał swoją starszą siostrę, więc w końcu się rozchmurzył i pozornie pogodził z sytuacją.

 Starałem się być miły i przyjazny.

Wkrótce para pięknych koni , która niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę, ruszyła z kopyta i uniosła naszą bryczkę w poprzek Kotliny Żywieckiej.

Jechaliśmy wśród pól, przekraczając liczne strumyki.

Kopyta stukały po ich kamienistym dnie i rozpryskiwały lodowatą wodę.

Czułem zimny i porywisty wiatr na twarzy.

A dookoła wznosiły się góry. Teraz rozkładały się leniwie wokół szerokiej przestrzeni, i z dalekiej perspektywy wydawały się jakby mniej groźne.

Urodziłem się w krainie falistej, wśród wzgórz łagodnych, przyjaznych i miękkich.

Tutaj wszystko wydawało się surowe i dzikie.