Po kilku latach, gdy pracowałam już w szpitalu zakaźnym przy ul. Siennej, usłyszałam na raporcie porannym, że właśnie do oddziału biegunkowego przyjęto Grzesia M. Nazwisko miał na tyle nietypowe, że pomyślałam jedynie o moim maleńkim pacjencie z Bielańskiego Szpitala.
Zajrzałam do dyżurki lekarskiej, wszystko w dokumentach się zgadzało, i dom dziecka i tamten pobyt na Bielanach…
Pognałam więc na 2 piętro , wpadłam do sali, gdzie leżał ten chłopiec.
I cóż ujrzałam….to, co ujrzałam było przerażające.
Na środku sali stało spore łóżeczko a właściwie klatka. A w niej miotał się zupełnie nieświadomy miejsca i czasu człowiek.
A właściwie niby człowiek.
Raczej dzikie stworzonko.
Wydawał dziwne odgłosy, nie patrzył w oczy, może cierpiał, ale ocena jego stanu była niemożliwa.
Nie mogłam się poruszyć, stałam jakbym wrosła w podłogę, jak słup soli.
Wpatrywałam się w tę twarz, która nosiła ślady dawnej urody i piękne rzęsy były jak kiedyś i wykrój oczu…ale głowa niewiele urosła przez te lata.
To klasyczny przykład małogłowia, powiedziała lekarka z oddziału, która dłuższy już czas stała obok mnie, czego nie zauważyłam.
Tak, powiedziałam, i sobie poszłam unosząc tamte myśli i marzenia by mój syn był taki piękny.
Nikomu o tym jeszcze nie opowiadałam, bo było zbyt przerażające.
Po latach ktoś ze starych pediatrów powiedział, że niemowlęta o takich pięknych rzęsach zawsze budzą jego niepokój….





