Na medycznej ścieżce. Przerażenie….

Po kilku latach, gdy pracowałam już w szpitalu zakaźnym przy ul. Siennej, usłyszałam na raporcie porannym, że właśnie do oddziału biegunkowego przyjęto Grzesia M. Nazwisko miał na tyle nietypowe, że pomyślałam jedynie o moim maleńkim pacjencie z Bielańskiego Szpitala.

Zajrzałam do dyżurki lekarskiej, wszystko w dokumentach się zgadzało, i dom dziecka i tamten pobyt na Bielanach…

Pognałam więc na 2 piętro , wpadłam do sali, gdzie leżał ten chłopiec.

I cóż ujrzałam….to, co ujrzałam było przerażające.

Na  środku sali stało spore łóżeczko  a właściwie klatka. A w niej miotał się zupełnie nieświadomy miejsca i czasu człowiek.

A właściwie niby człowiek.

Raczej dzikie stworzonko.

Wydawał dziwne odgłosy, nie patrzył w oczy, może cierpiał, ale ocena jego stanu była niemożliwa.

Nie mogłam się poruszyć, stałam jakbym wrosła w podłogę, jak słup soli.  

Wpatrywałam się w tę twarz, która nosiła ślady dawnej urody i piękne rzęsy były jak kiedyś i wykrój oczu…ale głowa niewiele urosła przez te lata.

To klasyczny przykład małogłowia, powiedziała lekarka z oddziału, która dłuższy już czas stała obok mnie, czego nie zauważyłam.

Tak, powiedziałam, i sobie poszłam unosząc tamte myśli i marzenia by mój syn był taki piękny.

Nikomu o tym jeszcze nie opowiadałam, bo było zbyt przerażające.

Po latach ktoś ze starych pediatrów powiedział, że niemowlęta o takich pięknych rzęsach zawsze budzą jego niepokój….

 

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty (8)

 Nasza podróż trwała pełne  dwa dni.

Bryczką mojego Taty dotarliśmy do stacji kolejowej, oddalonej o 12 km od Rakowa, potem już koleją żelazną do Wilna, skąd braliśmy pociąg do Warszawy.

W Warszawie zmienialiśmy dworzec i znaleźliśmy się pociągu do  Bielska Białej.

 Samotni w przedziale przytulaliśmy się do siebie, usiłując w ten sposób dodać sobie odwagi. Wiedziałem co przeżywa Stefa. A może nawet nie wiedziałem jak bardzo się bała. Nic nie mówiła, ale gorączkowo szukała mojej dłoni. Czułem, że pragnie wsparcia jak nigdy dotąd.

Ożywiła się tylko w okolicach Pszczyny.

Stanęła przy oknie i poprosiła, bym patrzył razem z nią. Wstałem, objąłem ją ramieniem najczulej jak potrafiłem i czekaliśmy. I wtedy zobaczyłem w dali ogromne, niebosiężne strome lesiste zbocza.

To były Jej góry. Beskidy zajmowały cały horyzont i ten widok powodował, że wstrzymywałem oddech.

Nigdy przedtem nie widziałem prawdziwych gór.

Po chwili krajobraz złagodniał i wydało się, że góry odpłynęły.

Wjechaliśmy do kotliny Żywieckiej, powiedziała.

Moja jesteś góralko, szeptałem i może jeszcze jakieś słowa, a może to były tylko myśli stłoczone w mojej głowie .

Po kolejnej przesiadce dotarliśmy do Łodygowic.

Na ulicy obok dworca zauważyłem masywnego, czarniawego  chłopaka, który stał obok pięknie przystrojonych koni zaprzężonych do ładnej czyściutkiej bryczki.

Intuicyjnie pomyślałem, że to pewnie ktoś z rodziny mojej wybranej. Oczywiście nie byłem do końca pewien, czy w ogóle ktoś nas spotka. Okazało się , że był to brat  Stefy- Szczepan. Potraktowałem to jako dobry dla nas znak .

Wyładowując bagaże, kątem oka zerkałem na powitanie  brata z siostrą.

To powitanie było nawet czułe co nie bardzo korespondowało z opowieściami o chłodnej naturze  górali . Nabrałem więc nadziei, że nie taki diabeł straszny, jak mówią niektórzy.

 Gdy zbliżyłem się do Szczepana, ujrzałem niechęć  w jego oczach i już wiedziałem, że jestem tutaj nieproszonym gościem.

 

Na medycznej ścieżce. Śliczny chłopczyk.

Był  przełom roku 1972/ 1973.

W tym czasie byłam już w trzeciej ciąży.

Chcieliśmy mieć dużą rodzinę i bardzo się cieszyliśmy z tego faktu. W podtekście trochę miałam nadzieję, że urodzę chłopca. Wszak zwykle każda matka chce mieć potomków różnej  płci. A u nas w domu były już dwie małe córeczki. Justyna miała wtedy 3 lata a Ewcia 2 lata .  Ta ciąża, jak i poprzednie  była bezproblemowa, więc dzielnie chodziłam do pracy.

W czasie stażu na oddziale pediatrycznym, będąc już w wysokiej trzeciej ciąży  często zaglądałam do sali, gdzie leżało śliczne niemowlę. Był to dwumiesięczny  chłopczyk z zapaleniem płuc. Niestety to dziecko było porzucone przez rodziców i stało się  rezydentem domu dziecka. .

Chłopiec miał śliczną twarz cherubinka z pięknymi ciemnoniebieskimi oczętami i rzadko spotykanymi u niemowląt czarnymi , długimi gęstymi , wywiniętymi rzęsami.

Myślałam sobie, że może urodzę chłopca , który będzie taki ładny.

 

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty (7)

I nadszedł dzień naszego wyjazdu. Mama zapakowała jakieś wędliny własnego wyrobu i przepyszne ciasta, z wypieków których słynęła na cały Raków.

Wszak nie wypadało przyjeżdżać z pustymi rękami.

Stefa nakupowała prezentów dla rodziców i wszystkich dzieci.

Mój ojciec powiózł nas na stację kolejową i wpakował do przedziału pociągu zmierzającego do Wilna. Pewnie w duchu nam błogosławił i modlił się za powodzenie naszej wyprawy. Moja Mama uczyniła to już wcześniej żegnając nas znakiem krzyża i przytuleniem ze swoim śpiewnym – „dziateńki wy moje….”

 

Na medycznej ścieżce. Już wiem, że chcę zostać pediatrą.

W poradni dla dzieci były inne zwyczaje, niż na internie.

Codziennie rano spotykały się wszystkie lekarki w małym gabineciku szefowej- ślicznej hożej dr Moszczyńskiej.  Omawiano tam wszystkie przypadki schorzeń , które ostatnio występowały w tym rejonie. Był czas na ponowne zastanowienie się, przedyskutowanie. Również na bieżąco, już gdy dziecko było w gabinecie, zawsze mogłam liczyć na wsparcie którejś  ze starszych lekarek .

Najczęściej dotyczyło to różnego rodzaju wysypek.

Tak mi się spodobała praca z dziećmi, że złożyłam podanie w dyrekcji ZOZ-u , by mnie pozostawiono w tej poradni. Zobowiązywałam się , że rozpocznę  specjalizację z pediatrii,  na tzw. wolontariacie- tzn. w ramach własnego czasu.

Wiedziałam, że czasami lekarze tak zdobywali specjalizację.  

W czasie stażu specjalizacyjnego  miałabym przyjmować w przychodni jedynie w godzinach popołudniowych  i wieczornych a przed południem działać w  różnych oddziałach pediatrycznych obowiązujących dla zaliczenia stażu specjalizacyjnego.

Oczywiście wszystko miałoby się odbywać w ramach jednego etatu.

Zdawałam sobie sprawę z trudów jakie będę musiała ponosić przy takim systemie pracy, nie mówiąc już o czasie zabranym własnym dzieciom.

Miałoby  to trwać co najmniej 2 lata .

Na szczęście  jednak wkrótce dostałam negatywną odpowiedź z mojego żoliborskiego ZOZ-u . Bardzo przeżyłam, gdy na odwrocie mojego podania dyrektor oznajmił,  że niestety są duże braki personelu lekarskiego   w poradni internistycznej i w takich warunkach nie może zabierać internisty by oddać tego człowieka pediatrom.

I w ten to sposób nadal pracowałam jako internista.

Było to trochę beznadziejne, ale  wiedziałam że mam umowę z ZOZ-em na okres 3 lat po stażu , więc już nie podejmowałam kolejnych prób przeniesienia się do poradni dziecięcej.

Jednak  zaprenumerowałam pismo pt. „Służba zdrowia”, gdzie były zamieszczane ogłoszenia o ofertach pracy.

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty (6)

Pragnąłem pojechać razem z nią w tę nieznaną mi górską krainę i do ludzi, których trochę się bałem.

Nie chciała, broniła się, ale w końcu wyraziła zgodę.

Napisała kolejny list do domu z informacją, że przyjeżdża z narzeczonym.

Wybraliśmy się tam któregoś wiosennego dnia. A właściwie gdy wiosna już z latem się witała. Poprosiłem o dwa tygodnie urlopu i byliśmy wolni. Oczywiście wolność i radość z bycia razem była pozorna, bo zmącona bliskim spotkaniem z rodziną Stefy.

Ja byłem zupełnie nieświadomy tego,  co mnie tam czeka, ale to i dobrze, bo może przeżywałbym jeszcze bardziej.

Po cichu trochę liczyłem  na swoje szczęście w kontaktach z ludźmi. Do tej pory nie miałem konfliktów ani w szkole ani w pracy. A w domu byłem młodszym synem i bratem, wyrastałem w ciepłej atmosferze rodzinnej, więc nie miałem okazji by hartować ducha. Rozpieszczały mnie też kobiety z którymi poprzednio zawierałem znajomości.

W głębi duszy byłem uparty , konsekwentny i miałem nadzieję, że przełamię opory rodziców Stefy jeśli nie swoim urokiem, to męskim zdecydowaniem….

Ta Rodzinka szaleje na kites…

Ewa

 

 

Marcin, mąż Ewy. Jego Mama jest gorzowianką, jak ja- czyż nie przedziwny zbieg okoliczności?

 

Marcin

 

 

Jula ich córka a moja wnuczka.

 

 

Michał, mój wnuk senior:)

 

Dzisiaj są urodziny naszej drugiej Córki- Ewy.

Mirek myślał, że 32, ale wyprowadziłam Go z błędu.

Ewcia właśnie ukończyła 42 rok życia.

Niebywałe.

Przecież niedawno się urodziła, co opisałam w części blogu zatytułowanej Na medycznej ścieżce. Właśnie na tej ścieżce działo się wszystko co najwazniejsze i najpiękniejsze w moim życiu.

W związku z dzisiejszym nastrojem refleksyjnym, co chyba zrozumiałym, ogladałam rodzinne djęcia.

I znalazłam te, nasycone nadbałtyckim słońcem , morską pianą i wielką radością życia.

Życzymy Tobie Ewuniu i Twojej Rodzince, by zawsze świeciło Wam pięknie słońce!!!!

Na medycznej ścieżce. Pierwsza samodzielna praca w przychodni pediatrycznej.

W tym czasie pracowałam też w poradni  pediatrycznej, dokąd mnie przeniesiono z przydzielonej mi  przychodni internistycznej. 

Przyczyna była prozaiczna, gdyż zachorował ktoś z pediatrów i zdecydowano , że muszę tam zapełnić przysłowiową dziurę.

Swoją drogą , to była odwaga, by podjąć taką decyzję i pozwolić na samodzielną bardzo odpowiedzialną pracę z małym pacjentem tak niedoświadczonej lekarce.

Jedynym argumentem, jak mniemam , był fakt, że posiadałam już dwoje dzieci i byłam w ciąży z trzecim co być może  stanowiło jakąś gwarancję nadziei że sobie poradzę a przede wszystkim nie przegapię jakiejś poważnej choroby.

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty (5)

Stefa czasami bywała w naszym domu, grzała się w cieple mojej rodziny.

W czasie tych wizyt widziałem, jak bardzo pragnęła miłości i przytulania.

Chyba nigdy nie dostawała tego w swojej rodzinie góralskiej- twardej i hamującej uczucia.  Zrozumiałem to dopiero po latach, gdy poznałem jej wieś i ludzi tam żyjących.

Powoli rozpoczęliśmy przygotowania do ślubu.

Wiem, że napisała o tych planach do swoich rodziców.

Każdego dnia czekała na wizytę listonosza.

Czekała długo.

Ale z Godziszki , z jej rodzinnej miejscowowści nikt nie odpowiadał. To milczenie było ciężkie jak głaz, za trudne do udźwignięcia przez młodą dziewczynę. Kładło się cieniem na naszym związku.

Więc któregoś dnia postanowiła tam pojechać i porozmawiać osobiście.

 

Na medycznej ścieżce. Pediatria…

Staż na pediatrii był miły, mimo , że leżały tutaj chore dzieci.

W tamtych czasach nie było możliwe, by w oddziale równocześnie przebywali ich rodzice. Objawy choroby były nasilane przez dramat rozłąki. Ale byli to bardzo dzielni pacjenci i pozornie dość szybko przystosowywali się do narzuconych warunków. Jednak jaka była cena i późniejsze konsekwencje rozdzielenia z rodzicami, rozpoczęto się zastanawiać znacznie później. Dzisiaj już nie można sobie wyobrazić, by akceptować zwyczaje tamtych czasów.

Właściwością organizmów dziecięcych był burzliwy przebieg choroby.  Na każdą infekcję reagowały całym organizmem.  Zwykle równocześnie występowały objawy ze strony układu oddechowego, pokarmowego, moczowego. Nawet zwykły katar mógł powodować biegunkę.

Do oddziału przyjmowano takie dzieci , których stan kliniczny wymagał leczenia płynami i lekami podawanymi dożylnie, co nie było możliwe w warunkach domowych.

Po zastosowaniu właściwego leczenia  maluchy szybko wracały do pełni sił i naturalnego żywiołowego zachowania.  

Polubiłam pediatrię. 

Pacjent pediatryczny jest prawdziwy. Nie udaje, nie symuluje, nie dyssymuluje. Nieomal wszystkie objawy widać jak na dłoni a gdy troszkę lepiej się poczuje jest jak zwykle radosny.

Dopiero później spotkałam dzieci przewlekle chore. Ale to już inny problem…