Na medycznej ścieżce. Degeneracja pisma lekarzy.

Po pewnym czasie zaczęły mi się także tworzyć zagłębienia od długopisu w palcach prawej  ręki. Pisania bowiem było bardzo dużo, należało zapisywać wszystkie dane z wywiadu i badania przedmiotowego oraz rozpoznanie licznych zwykle chorób a także zalecone leczenie, badania dodatkowe i terminy następnej wizyty .

Oczywiście zapomniałabym o wypisywaniu zwolnień na 3 egzemplarzach sławnych druków L4. Te karteluszki były przedzielone dość zużytymi kalkami, więc nasze skrobanie musiało być dokładne i przy użyciu dużej siły. 

W efekcie mój charakter pisma całkowicie się degenerował i wkrótce przestałam się dziwić, że mam kłopoty z odczytaniem poprzednich wpisów dokonanych przez innego lekarza, który podobnie jak ja po prostu bazgrolił.  

A czytałam wszystkie te informacje sumiennie.

Wkrótce i mój charakter pisma, uprzednio starannie deformowany w czasie studiów, gdy należało w szybkim tempie zapisywać  treści rozlicznych wykładów, w czasie pracy w przychodni nabrał zadziwiającego kształtu i wkrótce  sama miałam trudności z przeczytaniem własnego pisma. Przestałam się dziwić dziwnym znaczkom w historiach chorób. W późniejszym okresie lekarze, którzy pisali starannie, równym nieomal kaligraficznym pismem budzili moją zadumę i odwieczne pytanie-  jak to jest możliwe, że w takich warunkach uratowali swoje pismo.

Muszę nadmienić, że dziennie przyjmowałam średnio 20- 25 pacjentów, a w czasie gdy szalały infekcje nawet 60 i 80.

Losy moich Rodziców. Pierwszy zachwyt.

I muzyka bucha przez uchylone okna i porywa do tańca.

Kasyno żyje młodością i bujną radosną wrzawą.

 I w ten  wieczór roztańczony gwiaździsty i mroźny spotykają się ich spojrzenia.

Pełne zaskoczenie, widzą się po raz pierwszy.

Stefa i Wacław , młodzi, śliczni, czarujący nieznajomi.

Ona o niespotykanej tutaj surowej urodzie rzeźbionej przez górskie wiatry , on delikatny kresowy chłopak.

I uśmiechy wysyłają niepewne i ich serca niespodziewanie przyspieszają bicie.

I już płyną do siebie przez salę, a może tylko on płynie do niej, siedzącej skromnie pod ścianą.

I zaproszenie do tańca.

I dotyk ramion, może przytulenie.

Może jakieś piękne słowa.

I rumieniec na smagłej góralskiej twarzy Stefki.

Piękny rumieniec  i płonące błękitem oczy i jego szarawe .

I zatopienie w sobie i zachwyt.

I potem sny a raczej noce bezsenne.

I westchnienia….

 

Na medycznej ścieżce. Moja dziupla w przychodni.

Wracam do opisu mojej pierwszej przychodni.

Zajmowała ona kilka maleńkich pomieszczeń, których okna wychodziły bezpośrednio na chodnik okalający przychodnię.

Tak więc należało zawsze mieć zasłonięte a najlepiej także zamknięte okna, by przechodnie nie słyszeli i nie widzieli tego, co się dzieje w gabinecie.

A gabinet był ciupeńki i duszny.

Siedząc przy biureczku, nie musiałam wstawać, by zbadać pacjenta.

Obok była kozetka, na której lokował się delikwent i wszystko było w zasięgu ręki.

Umiałam badać pacjenta, więc badałam, uprzednio zbierając bardzo starannie wywiady. Jednak tłum kłębiący się za drzwiami napierał i wszystko musiało się odbywać równocześnie. Pacjent musiał odpowiadać na pytania, równocześnie się rozbierać a potem szybko wkładać ciuchy, w czym nawet czasami pomagałam.

Bo przecież większość moich pacjentów to byli ludzie w podeszłym wieku, przeważnie otyli i niesprawni.

Zgłaszali dolegliwości ze strony nieomal wszystkich narządów, tak więc rozpoczynaliśmy od głowy a kończyliśmy na omawianiu haluksów albo ostrogi piętowej.

Ponadto dokonywałam pomiaru ciśnienia tętniczego używając manometru rtęciowego , który posiadał bardzo twardą gruszkę do pompowania mankietu. Zaciskając zęby, pompowałam co sił, a w drodze powrotnej do domu rozcierałam zdrętwiałe palce.

Losy moich Rodziców. „Sianie pietruszki.”

Wacław staje na  progu kasyna i  leniwie przygląda się tańczącym, lustruje pannice, które zachęcająco szczerzą zęby w uśmiechach, siejąc pietruszkę pod ścianami. Pewnie obecni młodzi w ogóle nie wiedzą, co to znaczy i w ogóle jak to bywało ongiś. Nie było przecież zwyczaju tańca samodzielnego, bez partnera, albo w kółku, albo wyrywania chłopaka za rękę na parkiet. Dziewczyny siedziały grzecznie na krzesłach lub ławkach czekając na łaskawość chłopaka, wielokrotnie bezskutecznie i wówczas nazywano to sianiem pietruszki. Jeszcze w moich latach, nawet 80 ubiegłego wieku było to popularne.

Dopiero później przyszła do nas prawdziwa rewolucja obyczajowa. Pamiętam, jakie zdziwienie moje i mojej bratanicy wywoływało zachowanie nastolatek, które do nas przyjechały z USA. Te dziewczyny były wyzwolone. Aż dziw, że ta ich moda tak długo musiała sobie torować drogę w naszych zachowaniach a przede wszystkim w myśleniu.

 

Na medycznej ścieżce. Pierwsze recepty.

O godzinie 12 leciałam do swojej przychodni. Mieściła się ona wówczas przy ul. Wrzeciono , w maleńkim niskim okrąglaku, czyli budowli umieszczonej wewnątrz osiedla pod Hutą Warszawa, gdzie było także Dzielnicowe Pogotowie Ratunkowe  i Apteka.

Bliskość tej apteki była bardzo ważna, bo tam najczęściej zaopatrywali się moi pacjenci w leki. I w przypadku źle wypisanej recepty, co niestety się zdarzało , można było nanosić poprawki. Dzięki temu poznałam farmaceutkę, która tam pracowała- Marysię Zieniewicz. Była to duża i sympatycznie pulchna dziewczyna, która w tajemnicy przed swoją surową kierowniczką, wpadała do gabinetu, gdzie urzędowałam  i przynosiła nieudolnie wypisaną receptą , instruowała jak należy ją prawidłowo wypełniać i po naniesieniu poprawki wracała do pacjenta, którego uprzednio grzecznie posadziła przy aptecznym stoliku.

Bo tak naprawdę miałam niewielkie pojęcie o wszystkich zasadach  wypisywania recept,np. dozwolonej dawce leku na jednej rp, itd. Dzięki Marysi  szybko się tego nauczyłam, i uniknęłam konfliktów z pacjentami i swoją szefową.

Marysia Zieniewicz była niezwykłą osobą. Wspominam ją zawsze bardzo serdecznie, nie tylko dlatego, że chroniła moje przysłowiowe cztery litery w tamtych czasach, ale też dlatego, że swoją pogodą ducha , dobrocią i miękkim dużym ciepłem ogrzewała nie tylko mnie, ale wszystkich ludzi, z którymi się kontaktowała. 

Potem przyjaźniłyśmy się dość długo, odwiedzałyśmy się w domach, nasze dzieci bawiły się razem. Po latach straciłam z nią kontakt, bo i praca była już w innym miejscu i mieszkała dość daleko ode mnie.

Losy moich Rodziców. Jedyny taki karnawał Roku Pańskiego 1926.

Przy granicy z Rosją drzemie małe polskie miasteczko , a groźni bolszewicy czuwają za miedzą.

To Raków. Miejsce urodzenia pradziadka-Bolka Rodziewicza i Babci-Stanisławy Rodziewicz i Tomasza  Łukaszewicza i ich syna, mojego Taty- Wacława.

Ta podwileńska gałąź moja mocno się trzyma swojej ziemi. Czerpie z niej miłość do ojczyzny, nienawiść do zaborców, poetyckie wzloty i romantyczne spojrzenia.  

W tym  miasteczku wszyscy się znają i wydaje się, że są zamknięci w swoim kresowym świecie i może nawet nie czekają na jakieś nadzwyczajne wydarzenia. Chłopcy mają swoje krasne dziewczyny, miłe i znajome.

Wszystko jest ułożone , w jakiś sposób przewidywalne i oswojone.

I właśnie rozpoczyna się niezapomniany rok 1926.

Nadchodzi styczeń wlokąc za sobą syberyjskie wielkie mrozy . I przyfruwa radość z ferii szkolnych .

Nowa mieszkanka Rakowa, Stefa Jakubiec,  młodziutka nauczycielka urodzona na obcej ziemi, w dalekich górach  , która porzuciła rodzinne strony , od września 1925 roku pracuje w miejscowej szkole .  Jest tak zajęta nowym środowiskiem, swoją pracą i gromadzeniem funduszy na pomoc rodzinie, że chyba nawet nie myśli o sprawach swojego serca.

I wówczas do Rakowa wpada na ferie młodzieniec, Wacław Łukaszewicz, który jeszcze się uczy  w Szkole Technicznej w Wilnie. Właśnie się  grzeje w domowym ognisku, konsumując smakołyki, którymi raczy go Mama.  Gdzieś w Wilnie jest jego świat- kolorowy ciekawy ozdobiony pięknymi pannami, które krążą jak barwne motyle  wokół  wychowanków Szkoły Technicznej. Raków to tylko cicha, spokojna i miła rodzinna przystań.

Ale  teraz jest karnawał, czas potańcówek w miejscowym kasynie Wojsk Ochrony Pogranicza.

Zapraszane są miejscowe nauczycielki i różni miejscowi młodzi ciekawi chłopcy.

Stefa się ociąga, ale wreszcie namówiona przez koleżankę, jeszcze nieświadomie podąża ku przeznaczeniu.

Wacława chyba też wyciągają koledzy, mimo, że nie ma ochoty, bo zna miejscowe dziewczyny i żadna nie wydaje mu się dość ciekawa. Nie to co wileńskie panny, myśli, idąc ospale w stronę kasyna.

 

Na medycznej ścieżce. Pierwsze dni pracy.

Pierwszego dnia mojej pracy,  pojawiłam się w oddziale interny, który był połączony  z oddziałem neurologii. Mieścił się na parterze lewego skrzydła szpitala, i miałam stamtąd przepiękny widok na Lasek Bielański.  Jednak nie wyglądałam przez to okno zbyt często, bo od razu zostałam zawalona papierami. Moja praca polegała na uczestniczeniu w porannym obchodzie z jednym lekarzem, codziennym wpisywaniu obserwacji w historiach choroby każdego pacjenta oraz wklejaniu wyników badań dodatkowych.

Na analizę stanów chorobowych pozostawało mało czasu, gdyż o 12 musiałam pospiesznie opuszczać oddział i gnać do swojej przychodni.

Zaprzyjaźniłam się z przemiłą dr Puławską, która była wielką blondyną, z obfitym kokiem i macierzyńskim spojrzeniem. Była istnym wulkanem ciepła i stanowiła dla mnie wyrocznię w problemach internistycznych. Poza nią było jeszcze kilka lekarek o wyglądzie  myszowatym i nawet nie zapamiętałam ich nazwisk.

W zespole neurologicznym królowała Dr Dowgiałło. Naprawdę wyglądała jak królowa. Była wysoka, smukła i piękna. Miała ciemne oczy i koronę z grubego warkocza  misternie upiętą na głowie. Po latach poznałam jej wnuczkę, która była młodziutką lekarką na ginekologii w Klinice, w której pracuje moja synowa. Ucieszyłam się bardzo, zresztą i ona też, gdy wspomniałam jej babcię.

Opowieści mojej Mamy. Zamknięcie tego rozdziału.

I tak doszłam w opowieściach rodzinnych do momentu, który rozpoczął nowy rozdział.

Bo nadszedł rok 1926 i razem z nim czas spotkania  moich Rodziców.

I od tej pory  dzieje Stefy Jakubiec i Wacława Łukaszewiczów  stały się wspólne .

Tym było  ich zauroczenie, zakochanie  i wytrwanie razem do bardzo późnej starości, mimo wielu trudności .

Dla mnie jest to pewnego rodzaju fenomen. Było to małżeństwo z wielkiej, chyba częściowo wyidealizowanej miłości, ale potem pewnie już tylko wierność ideałom wyniesionym z domów rodzinnych .

Zastanawiam się na jakiej zasadzie trwają stare małżeństwa i nie znajduję jednej odpowiedzi. Prawdopodobnie składa się na to wiele czynników, większość z nich to tylko ich tajemnica, którą ci ludzie zabierają ze sobą do grobu.   

No cóż, nie ma co filozofować. Życie pędzi dalej, więc czas, bym spisała kolejne , trudne losy moich Rodziców.

Zapraszam więc do rozdziału pt. Losy moich Rodziców, a właściwie to sama przenoszę się w tamte czasy ….

Na medycznej ścieżce. I jest upragniona praca…

W ten to sposób otrzymałam stosowny papier na którym jak byk widniało skierowanie do pracy w tzw. wtedy Zespole Opieki Zdrowotnej na Żoliborzu. Działo się to w marcu 1972 roku , czyli 9 miesięcy po uzyskaniu dyplomu. Służba zdrowia przeżyła wówczas pierwszą istotną reformę, która polegała na wspólnym zarządzaniu szpitalami i przychodniami w każdej dzielnicy co właśnie zostało nazwane Zespołem Opieki Zdrowotnej.

Następnego dnia zgłosiłam się do dyrekcji ZOZ-u, która mieściła się w Szpitalu Bielańskim i otrzymałam przydział do Przychodni Rejonowej na Wrzecionie.

Zasada stażu podyplomowego w tych czasach polegała na 4 godzinnej porannej pracy w kolejnych podstawowych oddziałach szpitalnych a następnie odpracowanie trzech godzin w przydzielonej przychodni w charakterze internisty.

Po roku należało zdać stosowne kolokwia na internie, chirurgii, pediatrii i ginekologii.

I wówczas pozostawało się na etacie tylko przychodnianym, przymusowo odpracowując przez 3 lata ten roczny staż

Spotkanie z Bratem.

Zenon ma nieco ponad 1 rok. Jakim będzie człowiekiem?

 

 

Zenon ma 4 lata. Obok Rodzice. Kilim przyjechał ze Smorgoń do Gorzowa.

 

Zenon i jego dzieci.

 

 

 

Siostra z bratem. Starsi państwo. W Zielonej Górze, trzy lata temu. Zenon odszedł w Piękne Nieznane w sierpniu 2011 roku.