List do Henryki Mikuły – Telengi, zawsze obecnej …..


Kochana Heniu
Pomimo tego że już poznałaś ten Drugi Lepszy Świat  bez cierpień i niepokoju,  stale jesteś naszą Kochana Henią. Koleżanką ze studiów na ówczesnej Akademii Medycznej (obecnie Uniwersytet Medyczny) w Poznaniu. Spędziłyśmy tam 6 lat od 1965 do 1971 r. W czasie zajęć byłaś poważna, skupiona na pochłanianiu potężnej wiedzy, aż niektóre koleżanki postrzegały Ciebie jako osobę zamkniętą nieskorą do młodzieńczych żartów i wybryków.

Dopiero gdy wydostałyśmy się na wolność wyjeżdżając wspólnie na obozy sportowe poznaliśmy Twój piękny uśmiech, radość życia, przyjazne opiekuńcze gesty. Obdarowywałaś nas swoją Dobrocią i Pogodą ducha, obdarowywałaś nas po prostu Sobą. Niezapomniane chwile tych obozów zostały utrwalone na zdjęciach. Żyjesz w naszej pamięci i dopóki my jeszcze na tym świecie – żyjesz w nas. Potem pozostaną te wspomnienia, zdjęcia – wszystko zawieszone gdzieś daleko w tzw. Chmurze internetowej.


A te nasze rozmowy niedokończone na Zjazdach naszego roku, długo długo później. O wszystkim i o niczym. Babskie wesołe optymistyczne gadanie – bo obie tak miałyśmy. Wiele godzin przy wspólnym stole gdy inni szaleli na parkiecie lub skrycie popijali winko. My może czasem podobnie, choć Niezwykłe jest to, że zapamiętałam tylko te nasze rozmowy…. 

….. niektóre z minionych zdarzeń   wywołują bunt , żal i westchnienie  jak u córki Heni „gdybym wiedziała że to tak się skończy ” …..

Stałam z Henią w holu czekając na przyjazd Jej córki. Jeszcze ostatnie szukanie wspólnych zdjęć z naszego 50 lecia przywiezionych przez fotografa, śmiechy bo każda z nas uważała że wyszła na nich okropnie, żarty, obietnice że na pewno się spotkamy na następnym corocznym ( może już w czerwcu) spotkaniu naszego roku.

Przyjechała córka – Henia przedstawiła ” moja radość i podpora”-, jeszcze przytulenie, uśmiech, ręką „Pa, Pa” i poszły.

Teraz kłębią się myśli: gdybym wiedziała, gdybym przeczuła….

Dlaczego nie ?

Stale powtarzam sobie że życie to chwila – dlaczego  minęła ?

Mariola…. ta po lewej stronie na wspólnym naszym zdjęciu ze studenckiego obozu sportowego….

Głos Wielkopolski dnia 18.11.2021

Z głębokim smutkiem przyjęliśmy wiadomość o śmierci
Lek. med. Henryki Mikuły-Telengi
naszej Koleżanki z lat studiów i wielu wspólnych wyjazdów.
Pożegnanie i pogrzeb odbędą się 20 listopada 2021 roku o godzinie 14:00
na Cmentarzu Parafialnym przy ul. Lutyckiej w Poznaniu.
Rodzinie składamy wyrazy współczucia

Koleżanki i Koledzy
Absolwenci Wydziału Lekarskiego
i Oddziału Stomatologii Akademii Medycznej w Poznaniu
w latach 1965-1971

https://www.nekrologi.net/nekrologi/henryka-mikula-telenga/59186605

Danuta Pupek – Musialik, żywa i piękna w opowieściach kolegów z poznańskiej Akademii Medycznej ( 1965- 1971)

Profesor Danuta Pupek- Musialik , V Ogólnopolskie Dni Otyłości

07.04.2017 – 08.04.2017 ; Poznań ; zdjęcie z internetu

NEKROLOG
Ze smutkiem informujemy, że w nocy, z 15 na 16 grudnia 2019 r. zmarła Pani Profesor Danuta Pupek-Musialik, wieloletni Lekarz Kierujący Oddziałem Nadciśnienia Tętniczego i Zaburzeń Metabolicznych.

Prof. Danuta Pupek-Musialik była znakomitym lekarzem, naukowcem i dydaktykiem. Absolwentka Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu wychowała wiele pokoleń lekarzy i studentów. Była prezesem Polskiego Towarzystwa Kardiodiabetologicznego i kierownikiem Katedry i Kliniki Chorób Wewnętrznych, Zaburzeń Metabolicznych i Nadciśnienia Tętniczego Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Została odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi i medalem za Długoletnią Służbę. Jest autorką około 330 prac z zakresu medycyny oraz członkiem licznych towarzystw naukowych.
Rodzinie i bliskim przekazujemy wyrazy współczucia.
Msza święta rozpocznie się o godz. 11 w Kościele Chrystusa Dobrego Pasterza w Poznaniu, a uroczystości pogrzebowe odbędą się na Cmentarzu Jeżyckim przy ul. Nowina 1 w Poznaniu, w czwartek (19 grudnia) o godz. 11.40.

Była Damą. Już wtedy, 18 letnią- Damą,  gdy wchodziła do sali wykładowej z futrem niedbale zarzuconym na ramiona, wzrokiem błądzącym gdzieś poza nami – myszowatymi i z dumą na nieruchomym obliczu. Bywało że defilowała przed wypełnioną salą aż do pierwszego rzędu w którym siadało niewielu z nas. Tłoczyliśmy się w odległych rzędach i chichotaliśmy. Wszak niektórzy mieli zaledwie 17 lat…
Zawsze była sama, odrębna i smutna w swej dumie. Taką ją zapamiętałam z tych pierwszych lat studiów na poznańskiej AM.
Od tej pory minęło ponad pół wieku kiedy to nagle , przy smutnej okoliczności śmierci Danusi temat ożył  w naszej messengerowej  Grupie . I warto było żyć dłużej bo nastąpił nagły zwrot mojego pola widzenia. Nagle zajaśniał obraz przedstawiony poniżej przez kolegów . I jestem szczęśliwa że tak się stało. Bo jak w przypadku Krzysia Szereszewskiego który-  ponurak niezbyt urodziwy na studiach okazał się poetą, felietonistą, chłopakiem pełnym niezaspokojonej miłości do ludzi, kobiet…
A Danusia okazała się nie tylko to ważnym i bardzo poważnym lekarzem i profesorem   ale cudowną wrażliwą pełną ciepłą kobietą. I zobaczyłam jej ludzką opromienioną twarz … Mam nadzieję że przeczytają opowieści kolegów, które poniżej – inni z naszego roku i może ktoś tak jak ja pomyśli, że nigdy, jak pisze Leszek , nigdy nie należy wierzyć pozorom …..

Mariolka Nowakowska
masz rację Zosiu –  też pamiętam Ją siedzącą we futrach , samą, w pierwszym rzędzie sali wykładowej  – też odbierałam Ją wówczas jako niedostępną. Dopiero po latach, na zjazdach okazała się miłą empatyczną osobą z którą dało się porozmawiać o wszystkim. Coraz częściej słyszymy że ubyło kogoś z nas- przykre to !


Hirek  – Hieronim Głowacki
W czasie studiów Danusia Pupek  była bardzo akuratna, pracowita i sumienna. Jej notatki z wykładów były pierwszorzędne. Ja miałem z nią dobre koleżeński układ. Jak coś potrzebowałem, zawsze pomogła bez sprzeciwu. W szczególności z jej notatkami. 
Pamiętam na jednym z naszych spotkaniu opowiadała o studentce, która była w ciąży. Ona przyszła do niej na egzamin. W czasie egzaminu, a może przed, studentka  dostała bóle porodowe. Ona jej ten egzamin zaliczyła. Postarała się o porodówkę i parę godzin później  dziecko  było na świecie. Ona to opowiadała z niesamowitą radością. Jej cała twarz promieniowała podziwem dla tej studentki. 
Niestety po studiach mieliśmy bardzo mało kontaktów. Tylko na spotkaniach. Dzięki Piotrowi Janaszkowi

Leszek Milanowski
Przed chwilą Jurek wysłał zawiadomienie. Przyjaźniłem się z Jej Mężem, laryngologiem w Raszei . Wydawała się wyniosła a była w rzeczywistości I w życiu prywatnym bardzo ciepłą , życzliwą kobietą. Niestety NIE będę na Jej pogrzebie…
Z powodu Jej „niedostępności”,  „wyniosłości” I futrom nawet nie chciałem się z Danusią Pupek-Musialik zaprzyjaźnić I rozmawiać. Ot, kilka przypadkowych spotkać. Chyba otrzymała czerwony dyplom z Krzysiem Urbańskim  do którego mi zabrakło trójki z farmakologii od późniejszego członka naszej rodziny, zresztą słusznie. Po latach dopiero prywatnie kontakty otworzyły mi oczy jak głęboko życzliwa, znająca swoją wartość I wcale nie wyniosłą kobietą Ona była. Nie oceniajmy nikogo po pozorach.  Żałuję, że nie kontaktowałem się z Nią częściej, również dla własnego zdrowia. Niestety nie dojadą na Jej uroczystości pogrzebowe.

I jeszcze jeden nekrolog z dnia 10.01.2013
Z głębokim żalem zawiadamiamy o śmierci naszego drogiego Kolegi i Współpracownika
ś+p
dr. n. med. Ryszarda Musialika
Zmarły był wieloletnim pracownikiem Oddziału Laryngologicznego Szpitala im. F. Raszei w Poznaniu,
doskonałym specjalistą-laryngologiem,
prawdziwym Przyjacielem chorych i wspaniałym Kolegą.
Oddział nasz poniósł niepowetowaną stratę.
Ordynator, Lekarze, Pielęgniarki Oddziału Laryngologicznego
Żonie i Córce
składamy wyrazy głębokiego współczucia.

Ryszard był  też naszym kolegą z roku i mężem Danusi . Poza kilkoma słowami na jego temat które napisał  Hirek –  Ryszard Musialik stał zawsze w 3 rzędzie, nie pchał się do przodu. Skromny, zawsze uśmiechnięty. Niestety, więcej nie pamiętam.  , może ktoś jeszcze coś opowie o tym skromnym towarzyszu życia Danusi  ? zobaczymy ….nadzieja zawsze powinna być ……

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( Mariolki ). ( 26 ). KOPERTA ŻYCIA .

Dawno nie gościłam, Ciebie , Mariolko. Ale tematy spisywane tu na gorąco, przysłoniły Twój ważny tekst, który milcząco czekał.

A temat to poważny, powinien się znaleźć na miejscu czołowym. Bo może  do tej pory  już Ktoś z naszych  Przyjaciół czy choćby przypadkowych Czytelników tego bloga –  by skorzystał   –  oczywiście jeśli jeszcze o tym nie wie.

 Na marginesie tematu, stale powtarzam, że dopóki żyjemy, zawsze czegoś nowego człek się dowie – jednym słowem warto żyć !!!

Gdy na początku 2016 roku pisaliśmy z Jurkiem artykuł, który można otworzyć linkiem :  http://www.standardy.pl/artykuly/profilaktyka/81 –  wplatałam tam swoje obserwacje  z pierwszej pracy – w przychodni rejonowej – internistycznej ( lata 1971- 1975) , a głównie geriatrycznej oraz doświadczenia w opiece nad leciwymi schorowanymi Rodzicami – nie wiedziałam nic o Kopercie Życia.  Biję się w piersi !!! Zresztą  ta idea dotarła  na Mazowsze dopiero po 2015 roku … jak zwykle Wschód daleko w tyle za Zachodnimi terenami Polski, gdzie ta idea pojawiła się wcześniej .

No tak – Poznań inny niż Warszawa ( ale o tym będzie moja późniejsza  opowieść ) …. 

Potem tematem się nie interesowałam i dopiero teraz Mariolka otworzyła mi oczy. Dzięki, Kochana…

A było tak : kiedyś dostałam od Mariolki mail następującej treści :  

Zosiu nie wiem czy pisałam o akcji „koperta życia”

Kopertę życia wymyślił i zastosował Poznań może 10 lat temu może trochę więcej

– na lodówce – magnes z  czerwonym krzyżem jako znak – że w lodówce jest koperta
w kopercie dane : imię , nazwisko, kontakty do bliskich i leki które dana osoba bierze … 
( teraz można ściągnąć z internetu gotowe wzory krótkiej historii chorób albo zamówić gotowe z kopertami i magnesami na lodówkę – przyp. Z. K. )

Gdy ja sama już o wszystkim się dowiedziałam, powieliłam przed 2 laty – sprawę „nadałam ”  w  zarządzie powiatu i zrobili też tak…. na początku tego roku był finał akcji….
….. sprawdziło się to u mamy – złamała nogę i gdy lekarz PR zadzwonił do mnie –  już wszystko wiedział dzięki Kopercie – choć w tym wypadku dobrze, bo mogłam osobiście udzielić mu wyjaśnienia . Ale gdybym nie była dostępna pod telefonem ? ….

– seniorzy – zwłaszcza ci którzy mieszkają sami – chwalą to, wiem że już korzystali z koperty !!!

– a pracownicy Pogotowia Ratunkowego   i Straży podchwycili i zaakceptowali od razu – wiem – że  gdy jadą – sami szukają koperty !

Miałam zajęcie – rozwoziłam koperty i instrukcje po całym powiecie…..

……może to robiłam dla ludzi ( w straży i pogotowiu mówili że w stresowych sytuacjach nie mogą dowiedzieć się najprostszych rzeczy ) …..

 …. nic wielkiego nie zrobiłam – spapugowałam tylko mądrych poznaniaków 🙂

Ale też ja miałam z tego dużo radości…..
odwiedziłam  kolegów ze wszystkich  ośrodków – zawsze kawa, pogaduchy, wspomnienia
🙂
……czas minął szybciej …

…teraz mam pisanie za które dziękuję
no i tak czas emerytki lepiej minie
🙂

( no tak,  Mariolka pisała ten list przed urodzeniem się  Jej Drugiego Wnuka – Błażeja – teraz już chyba długo nie będzie szukała nowego zajęcia – choć i tego nie jestem pewna , bo już trochę poznałam Jej Aktywność i Niespokojną Naturę … 🙂  )
kochana – to co piszę jest Twoje i możesz robić co tylko chcesz z tym

a jeżeli dzielisz się tym z PANEM  PROFESOREM  ( czyli naszym Kolegą Jerzym T. Marcinkowskim – przyp. Z. K. ) – to czuję się zaszczycona! 🙂

Mam nadzieję że i on mnie za surowo nie oceni 🙂

widzisz jaki ja mam respekt przed  mądrymi ludźmi?! 🙂

 Ostatni fragment listu początkowo zamierzałam wyciąć – ale doszłam do wniosku , że jest niezbędny, by pokazać Duszę Mariolki. Ona – jak zresztą  zwykle – nieco żartobliwie , z dystansem  (  podkreśliłam  uśmiechniętymi ” buźkami : ) – wyraża swoje ciepłe myśli i Pięknie Integruje Ludzi ( co też wynika z Jej opowieści  o spotkaniach z kolegami w terenie, niejako przy okazji … ) .

I wszyscy są radzi – radzi to za małe słowo – wszyscy są Szczęśliwi z Tobą, Mariolko  🙂

Usiłowałam ( bezskutecznie zresztą ), odnaleźć  informacje w necie na temat historii KOPERTY ŻYCIA . Wszyscy uznają, że nie wiadomo kto i kiedy był pomysłodawcą. Jak mniemam, samo życie ją wymyśliło – a dokładnie jakiś anonimowy pracownik Pogotowia Ratunkowego – może zdeterminowany nieskutecznym działaniem wobec niewiedzy o ratowanym człowieku. Zrozpaczony nieskuteczną reanimacją – popatrzył na lodówkę i powiedział – mam to miejsce  – ogólnie dostępne, zwykle jedyne w mieszkaniu i bezpieczne – bo wszak żarłoki się nie pożywią plastykową kopertą !!!.

Ale hamuj Klarka, na poważnie podaj jedynie znany fakt – otóż  jednoznacznie wiadomo, że w 1981 r. oddział Czerwonego Krzyża w Sacramento zaczął propagować  w Kalifornii  pomysł  KOPERTY ŻYCIA ……

Pod podanymi linkami można znaleźć  garść informacji a także wzory do skopiowania

https://kopertazycia.com.pl/wzor-koperty-zycia/

https://www.kopertazycia.pl/

wyborcza.pl/…wyborczej-kopertazycia-powie-za-ciebie-gdy-ty-nie.html

zdjęcia Mariolki – już tu zamieszczane, ale moje bardzo ulubione – pierwsze z netu – z Posiedzenia Rady Gminnej, lata 90 ubiegłego wieku i młodziutkiej – filuternej – z lat 60 XX wieku….

zdjęcia Kopert Życia z tekstów  ww linków

 

Krzysztof Linke – Profesor wielkiej aktywności, Wspaniały Kolega i Zwykły Człowiek ….

Krzysiu Linke – jak napisałam wczoraj –  był mi  zupełnie nie znany w czasie naszych wspólnych studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu i naturalnie później, więc nic osobistego o Nim nie mogę opowiedzieć . Pozostają jedynie relacje  Kolegów … .

Gdy przed niespełna dwoma laty  ( chyba w lutym 2017 r.  ) nawiązałam kontakt z Leszkiem Milanowskim na FB a za Jego sprawą z innymi Kolegami,  w naszych rozmowach nieustannie wracał temat nagle zmarłego zaledwie dwa miesiące wcześniej ( w grudniu 2016 roku) – Krzysztofa  Linke  .  Wszyscy Koledzy byli jeszcze w szoku, przeżywali potężną traumę, tym bardziej,  że jeszcze w październiku  tego znamiennego 2016 roku bardzo wesoło spędzali czas na  kolejnym zjeździe – wycieczce naszego roku – w Gnieźnie, z Krzysiem na czele który był istną  Duszą Towarzystwa… – integrował, rozbawiał, dowartościowywał nawet nieco zakompleksione koleżanki, zabierał całe towarzystwo na lody …. Chyba cała Starówka Gnieźnieńska była wtedy pełna radości i młodzieńczej energii tej grupy wcale nie nastoletnich już medyków …..  pewnie wszystkim się zdawało, że kto jak kto ale Krzyś jest nieśmiertelny , że nie złamie Go żaden problem – bo wszystkie rozwiązuje , że Zwycięża , daje radę …. I że kolejne wspólne podobne chwile będą się powtarzały ….  Jakże złudne było to myślenie, jeśli w ogóle wtedy było, choć na pewno przyszło w momencie ostatecznego ziemskiego pożegnania ….

           Po 2 miesiącach od nagłego odejścia  Krzysztofa Linke –   w numerze marcowym 2017 roku Biuletynu Wielkopolskiej Izby Lekarskiej zamieszczono krótkie, serdeczne , koleżeńskie wspomnienie – właściwie dwugłos Ireny Masłoń i Jerzego T. Marcinkowskiego.   Nie byłoby nic dziwnego, że potwierdzają Oni oficjalne dane, kim był, czym się zajmował i pasjonował zawodowo , z kim spotykał,  jakim był Kolegą, jakie miał plany  – jednak stale mam w pamięci pierwszą krótką opowieść o wydarzeniu w którym uczestniczyła m. in. pisząca wspomnienie Koleżanka .

W tej opowieści Krzysztof Linke  – Krzysiu ….. rozmyślam nieustannie – jawi się jako chyba pogubiony w tamtym czasie i w tamtej przestrzeni Profesor. Czy roztargniony , czy trochę naiwny ale na pewno dość bezradny wobec zaistniałej sytuacji.

To takie Ciepłe, Ludzkie, Zwyczajne …… Ten temat jest stale dla mnie otwarty – nie mogę przestać analizować….

Pod linkiem :  https://wil.org.pl/wp-content/uploads/03_2017.pdf  można przeczytać te właśnie  wspomnienia .

                           Jednak należy się oderwać od  rozmyślań na temat tego, co kryje się czasem za wielką aktywnością , wysoko ustawioną poprzeczką w życiu zawodowym czy pozorną żywiołowością i stałym może pozornym otwarciem  na świat i ludzi – jakie wnętrze się odkrywa gdy człek zostaje sam, jak sobie radzi z klęskami i własnymi słabościami…. A że Krzyś lękał się emerytury, która nieubłaganie nadchodziła, że nie widział swojego miejsca w opuszczanej z tego powody klinice , a może i w zwykłym życiu nie widział miejsca  –  tego oczywiście nie wiemy i nie warto analizować, bo i po co ? Można jedynie domniemywać o Jego lękach obawach czy problemach ostatnich lat  z dość zdawkowych opowieści Kolegów. No cóż Krzyś był po prostu Człowiekiem …. Może trochę innym niż my, ale tylko Człowiekiem ….

                            Już dość rozważań które prowadzą donikąd. 

 I dlatego   zapraszam do fajnej spontanicznej  jakże radosnej opowieści Mariolki  z którą trochę pogadałyśmy mailowo  o Krzysiu. Opowiadane przez nią historyjki – obrazy powodują, że Krzyś jest wśród nas – stale żywy, zarażający energią . I taki już pozostanie …..

Treści naszej rozmowy skopiowałam i dałam swój tytuł, z którym może Mariolka się nie zgodzi – więc mogę zmienić, gdyby …..

 

Krzysztof Linke. Zdjęcia otrzymałam od Jerzego T. Marcinkowskiego

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej  (  26  ) . Wspomnienia przemiłe o Krzysiu Linke .

Zosiu – Klaro pytasz o Krzysia. Jaki był ?

– Dusza człowiek np. jechaliśmy do małżeństwa kolegów z naszego roku – Drewsów ( jeden z naszych corocznych zjazdów) – zbliżamy się do granicy  polsko – niemieckiej – a tam przy drodze mnóstwo straganów z krasnalami.

 Krzysztof zatrzymuje autobus, zbliża się do krasnali – bierze kolejno, przystawia do swojej twarzy pytając czy podobny i kupuje  🙂

Potem uroczyście wręczył Marlenie i Piotrowi Drewsom prosząc by stał w ogrodzie przed domem – bo podobny do niego 🙂

Wyobrażasz sobie ile było śmiechu.

Nie zadzierał nosa profesorskiego, zawsze wesoły i skłonny do zabawy którą często inicjował

Odparłam :

Świetna historia ,

Właśnie takie soczyste najfajniejsze

Bo tytuły zaszczyty wszędzie można znaleźć

Po chwili przyfrunął kolejny mail od Mariolki :

– inny obrazek – też z wyjazdu ( nie pamiętam dokąd)

mijamy inny autokar  obok którego leży człowiek

– nasz zatrzymał  się i na drogę wysypała się cała masa medyków –  chyba ze 30 – każdy przepełniony powołaniem chciał pomagać – ale oczywiście każdy miał inną wizję jak to realizować 🙂

i wtedy Krzyś profesjonalnie, jak nas tego uczą i jak my powinniśmy to realizować – ryknął na nas :  do autokaru – zostaniesz ty i ty ! 

 POKAZAŁ CO TO ZNACZY BYĆ AUTORYTETEM  

– pamiętam Go zawsze uśmiechniętego

– lubiłam słuchać Jego wykładów – czasami gdy byłam u mamy w Poznaniu (zawsze sprawdzałam co się dzieje w centrum dydaktycznym na Przybyszewskiego bo to kilka przecznic od mamy i obok mojego kościoła parafialnego – więc po drodze)

chodziłam na różne wykłady niekoniecznie z pediatrii- słuchałam też jego wykładów a były ciekawie prowadzone, z wtrętami humorystycznymi co rozluźniało atmosferę, dawało chwilę wytchnienia i pozwalało na powrót skupić się na prowadzonym temat

Krzysztof też był  bardzo towarzyskim ludzikiem – zawsze pierwszy tancerz –  to on rozkręcał nasze wieczorki – jeśli nie  w parach to wężykiem, w kółeczko a wszystko z nieustającym humorem ….

– po jego śmierci czytałam nekrologi w gazetach  poznańskich ( Głos Wielkopolski” , ” Gazeta Poznańska” ) – oprócz patetycznych były też bardzo ciepłe od pielęgniarek. Nie potrafię dokładnie przytoczyć ale chyba były o …… „tatulku” ….

 

List do Krzysia Linke .

*

Drogi Krzysztofie !

Razem raczkowaliśmy na poznańskiej Akademii Medycznej  w pamiętnym dla nas  1965 roku. Nie zdążyliśmy się poznać ale może dobrze się stało, że nie zatrzymałeś na mnie swojego zabójczego dla płci żeńskiej oka i nie złamałeś mi serca  🙂 . Chyba lubisz jak się do Ciebie uśmiecham. Smuta nie jest Twoim ulubionym stanem ducha – tak mawiają Koledzy, którzy spędzali z Tobą tak wiele chwil na wspólnych corocznych wyjazdach wycieczkowych. ….

W taki dzień jak dziś, tylko przed dwoma laty, opuściłeś ten padół łez. Pewnie  uznałeś, że ziemska wędrówka – misja  zakończona , może przyszło jakieś zniechęcenie życiem – załamanie –  tak łatwe u Ludzi wrażliwych , nieustannie  zaangażowanych, empatycznych i radosnych .

Sam nie zrezygnowałeś z pobytu na ziemi – to wiemy, więc  bardziej prawdopodobna jest inna  wersja. Z pewnością   Stwórca  zaczął odczuwać jakieś dolegliwości żołądkowe lub jelitowe  i Jego medycy byli bezradni – więc  pilnie poszukiwali najlepszego ziemskiego gastrologa . A może Niebiańscy Lekarze  pokłócili się o jakiś problem etyczny tego zawodu i uznali, że jedynie Ty rozstrzygniesz wątpliwości – wszak współtworzyłeś  Kodeks  Etyki  Lekarskiej .

A może chóry Aniołów tak fałszowały, że nauczyciel świeży i najlepszy był potrzebny i padło na Ciebie, chórzystę nad chórzystami od samego Stuligrosza.

Jednym słowem Osobą łączącą te wszystkie pożądane w Niebiesiech cechy – byłeś tylko Ty, Krzysztofie.

Zostałeś więc jednogłośnie wybrany i powołany do kolejnej, tym razem Pozaziemskiej Misji.  

Ale Ty zostałeś z nami, została ta najpiękniejsza Cząstka Ciebie którą nam ofiarowałeś. Jesteś stale wśród nas  , tylko na chwilę nieobecny . Jesteś  w naszych  rozmowach ,  wspomnieniach . Znamy Twoją drogę zawodową, zaszczyty i wielką dla ludzi czułość.

Ale jaki byłeś naprawdę , tak w środku, tego  nie wiemy. Czy miałeś jakieś lęki, a może kompleksy, które zwalczałeś swoją wielką aktywnością i żartami.

 Wierzymy, że  kiedyś nam o sobie opowiesz,  gdy przybędziemy do Twojej Krainy i pogadamy „ po duszam” jak mawiają Rosjanie .  Wszak Człowiek składa się z tego co słabe i z tego co silne. I tylko od niego zależy porządkowanie i ustawianie  w kolejności . Wiem, że mi wybaczysz to mędrkowanie, ale lubię tak. U siebie też szukam tych różnych cech, nazywanie ich i cieszenie się efektem podsumowania. Och, pogadamy sobie Krzysiu, kiedyś , na pewno – Wszyscy pogadamy  – o naszych  wspólnych –

„ zielonych „ studenckich  czasach i otworzymy swoje serca i bagaże doświadczeń….

Wtedy –  gdy już tak się stanie –  z pewnością zwyczajowo sporządzisz   dokument – prezentację multimedialną  z naszego spotkania –  jak wtedy, w tym pamiętnym 2015  roku w Baranowie k/ Poznania ….

20 grudnia 2016 roku tak pisano o Tobie we wszystkich poznańskich i krajowych mediach :

Profesor Linke to niekwestionowany autorytet moralny,  wychowawca kilku pokoleń lekarzy, znany nauczyciel akademicki, autor podręczników dla studentów i lekarzy. Pacjenci cenili go nie tylko za swoje podejście do chorego, ale także za działalność społeczną. Profesor oddany był idei integracji i rozwoju społeczności lekarskiej. Przez wiele lat kierował Katedrą i Kliniką Gastroenterologii, Żywienia Człowieka i Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Medycznego  im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu. Był także współtwórcą Kodeksu Etyki Lekarskiej.

Absolwent Akademii Medycznej w Poznaniu (1971 r. ).

W 1976 r. uzyskał stopień doktora nauk medycznych, 3 lata później – specjalizację II stopnia w dziedzinie chorób wewnętrznych, a w 1987 r. – został specjalistą  gastroenterologiem .

W 1993 r. uzyskał stopień doktora habilitowanego nauk medycznych na podstawie rozprawy pt. „Zanikowe zapalenie błony śluzowej żołądka. Możliwości i ograniczania metod rozpoznawczych z uwzględnieniem żołądkowego układu regulacji hormonalnej”.

W 2003 r. otrzymał nominację profesorską.

Był Przewodniczącym Okręgowego Sądu Lekarskiego Wielkopolskiej Izby Lekarskiej w latach 1997-2005, twórcą (2010 r.) i wieloletnim redaktorem naczelnym „Medycznej Wokandy”- pisma wydawanego przez Naczelną Izbę Lekarską i Wielkopolską Izbę Lekarską; a także Przewodniczącym Zarządu Oddziału Poznańskiego Polskiego Towarzystwa Gastroenterologii.

Krzysztof Linke był pasjonatem kreującym w środowisku wizerunek lekarza społecznika, zawsze oddanym  idei integracji i rozwoju społeczności lekarskiej.

Aktywnie wspierał w środowisku akademickim rolę i zadania wykonywane przez lekarski samorząd.

Ale przede wszystkim był prawym i oddanym chorym lekarzem .

Zmarł nagle w ubiegły piątek.

Uroczystości pogrzebowe odbędą się w piątek tj. 23 grudnia 2016 r. na cmentarzu przy ul. Nowina w Poznaniu:

– Msza Święta o godz. 11 00 w kościele parafialnym pw. Chrystusa Dobrego Pasterza przy ul. Nowina 1

– pogrzeb o godz. 11 45.

Poniżej link i kariera zawodowa

https://www.nil.org.pl/__data/assets/pdf_file/0005/112010/01-Sobczak.pdf

https://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/poznan/poznan-nie-zyje-profesor-krzysztof-linke/95kt152

https://www.mp.pl/gastrologia/wiadomosci/155565,zmarl-prof-krzysztof-linke

Ależ Cię wynudziłam Drogi Krzysztofie , cytując te wszystkie informacje  skopiowane z różnych podanych linkami  miejsc. Ale to  tylko  słowa określające, a dla nas jesteś stale żywy we wspomnieniach jakże jeszcze świeżych.

Pewnie jesteś ciekaw co o Tobie powiedzą nasi Koledzy.

Ale bądź cierpliwy , bo już jutro opowieść Mariolki – która zabawnie i jak zwykle krótko a treściwie zobrazuje Twoją lekkość i radość ale i stanowczość zachowań lekarskich a potem znowu będzie na poważnie – pojawi się  przejmująca szeroka  opowieść Leszka Milanowskiego o Tobie, Chórze Akademii Medycznej i straszliwych latach kiedy ludziom zawalał się świat …..

A potem, potem poczekamy na Twoją opowieść  o nas, Twoich kolegach z tych wczesnych lat młodzieńczych, kiedy to zda się medycyna stała dla nas otworem …..i byliśmy czystą białą niezapisaną jeszcze kartą …..

Do zobaczenia więc Krzysztofie …..

**

* Krzysztof Linke, zdjęcie z  wersji internetowej Gazety Wyborczej

** zdjęcie własne

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 25 ). Mariolka na „ wywczasach „ , Grębanin i Potworowski.

Specjalnie dla  Kuracjuszek  w Grębaninie z Mariolką na czele  ( bo może nie dotrwają  w czytaniu do końca tego wpisu z racji intensywnych zabiegów ) – zaczynam od obrazów Tadeusza Piotra Potworowskiego , którego śladami chodzą po pałacu a może spotykają się z jego duchem lub innymi malarzami, którzy tam miesiącami gościli …

 

Tadeusz Piotr Potworowski : Przed lustrem , 1932

Tadeusz Piotr Potworowski ; Portret żony z córką , 1938

Tadeusz Piotr Potworowski; Cyrk; 1939

Tadeusz Piotr Potworowski, Uliczka w Hiszpanii , 1945

 

Któregoś dnia , gdy rozmawialiśmy w messengerowej Grupie na temat nadchodzącej zimy i ew.  wypadu np. do Egiptu ( oczywiście w marzeniach ) i obejrzeliśmy nad – Czerwonomorskie krajobrazy  ,  Mariolka napisała :

piękne widoki – ja już spakowana na rehabilitację . Odnowią mnie tak, że mnie nie poznacie

wprawdzie już przedtem mówiła, że ma zaplanowany ten turnus i zniknie nam na 3 tygodnie – ale teraz już sytuacja nabrzmiała 🙂

jadę na 3 tygodnie – to długo – ale przypomnę sobie czasy gdy właśnie tam z obecnym szefem organizowaliśmy turnusy rehabilitacyjne dla dzieci z wadami postawy ( musieliśmy zdobyć namioty wojskowe , zakwalifikować czyli badać dzieci ze wszystkich okolicznych szkół , pilnować zabiegów itp. )

 ALE WIECZORY BYŁY WESOŁE PRZY GITARZE I ŚPIEWACH.

Na dodatek jest tam jeszcze Zosia – kucharka która świetnie gotuje a na dodatkowy dodatek  J jedziemy tam razem –  4 koleżanki i mamy 2 sale wyposażone  we wszystko co potrzeba.

Czyli będzie miło i jeszcze wrócę do zdrowia

No to Super, odparłam, myśląc jaka jest dzielna – po powrocie zza światów – o czym nam pisała – ciężkim udarze – żyje pełnią życia – niejeden by się „ zapadł w sobie „, odizolował albo wsłuchiwał w swój organizm „ czy coś nie szwankuje „. Mariolka idzie do ludzi , ze swoim uśmiechem, pogodą ducha i życzliwością !!!

 

A gdzie ta rehabilitacja, zapytałam :

Może pisałaś

Ale nie zapamiętałam – jeśli tak….

Rozglądaj się

Wszystko nam opisuj

No i ćwicz ćwicz ćwicz

Ooo piszę jak mamusia  ocknęłam się w tej nieustannej roli

Znalazłam to co napisałaś – fajne – tylko teraz nazwa miejscowości !

Mariolka od razu wrzuciła :

będę w Grębaninie  –  wsi pod Kępnem  –  jest to jeden z oddziałów szpitala w Kępnie -oddział rehabilitacyjno – leczniczy. Po udarze tam stawiali mnie na nogi a jak już pisałam wiele różnych miłych wspomnień mam z tym miejscem z lat młodości

Od rana będę Cię wypatrywała na Mapie Google:)

Mariola na to :

wypatruj – w drodze będę śledzić lasy , pola i myśleć o Was wszystkich.

Szybciutko znalazłam w necie i wrzuciłam link :

Oddział Leczniczo – Rehabilitacyjny SPZOZ
63-600 Grębanin; 97
62 782 74 30

O, jak tam pięknie, rzuciłam oglądając zdjęcia.

Pałacyk chyba

Muszę zgłębić

Mariola:

o !!!!!!! znalazłaś- jesteś niesamowita. postaram się zrobić zdjęcia wnętrz. Nad wejściem jest taras a mój pokój będzie właśnie za nim .

Był to pałacyk księstwa Potworowskich *wnętrza są też ładne – postaram się zrobić zdjęcia np. jadalni . Oczywiście wszystko obecnie wewnątrz zmodernizowane

 

A Mariolce miłego rozpakowywania się i zagnieżdżania na turnusie

W tak pięknym pałacyku to też strawa duchowa – odparłam …

 

Mariolka właśnie czyta tekst poniższy 🙂

a tak naprawdę na zebraniu Rady Gminy Kępno 1990, zdjęcie z netu

 

*Tu niewielkie uzupełnienie z netu :

Tadeusz Piotr Potworowski herbu Dębno ( 1898 – 1962 )- polski malarz, scenograf i pedagog.

Pełnię jego życia , miejsca które odwiedzał i zaangażowanie można poczytać w materiałach źródłowych w internecie .

 

-Jednak czytając –  zmieniłam zdanie – bo postać to tak interesująca , że  streszczę oraz zacytuję  to co w Wikipedii. ( może kuracjuszki w ośrodku Rehabilitacji w Grębaninie z Mariolką  na czele, zechcą tu przeczytać : ) wyodrębniam akapity , bo w Wikipedii wszystko zlane w „magmę”  ) …..

 

Ojciec – Gustaw Seweryn Potworowski herbu Dębno – był dyrektorem motorów Diesla w Warszawie , matka Jadwiga z domu Wyganowska zginęła tragicznie w Zakopanem gdy Tadeusz Piotr miał 15 lat.

Wówczas ojciec  wywiózł trzech synów do rodziny na Kresy.

Tadeusz Piotr – po ukończeniu gimnazjum wstąpił do pułku ułanów i brał udział w bitwie pod Krechowicami. Po I wojnie światowej rozpoczął studia architektury na Politechnice Warszawskiej, ale wkrótce został ponownie zmobilizowany.

W kampanii bolszewickiej, pod Zamościem  był ranny , w efekcie  zdemobilizowany co umożliwiło mu podjęcie studiów na ASP w Krakowie.

Miał zajęcia w pracowni Józefa Pankiewicza i wtedy związał się z Komitetem Paryskim.

W 1924 roku razem z kolegami Komitetu wyjechał do Paryża.

Jednak tam, jego kontakty z kapistami  uległy ochłodzeniu, wynajął osobną pracownie na Montparnasse.

Utrzymywał bliskie relacje z Tadeuszem Makowskim i Tytusem Czyżewskim.

„Na organizowany przez kapistów słynny „Super Jazz Bal du Montparnasse” przygotował dekorację odtwarzającą dno morza.”

W 1928 roku poznał w Paryżu Magdalenę Mańkowską – studentkę antropologii, wkrótce wzięli ślub i wrócili do Polski gdzie urodził się ich syn Jan.

Zamieszkali w majątku żony w Rudkach pod Szamotułami. W pałacu  w Rudkach gościli miesiącami wielu artystów – przyjaciół – m. in Jana Cybisa.

„W 1931 odbyła się pierwsza wystawa Kapistów w Warszawie. w Klubie Artystów w hotelu Polonia, oraz wystawa pod nazwą Nowa Generacja w Instytucie Propagandy Sztuki, gdzie otrzymał nagrodę za obraz Trzy kobiety we wnętrzu.

W 1932 w Poznaniu w Salonie Makowskiego zorganizowano indywidualną wystawę artysty.

Po podziale majątku Rudki, w roku 1935 Potworowscy przenieśli się do majątku Grębanin należącego do Mańkowskich. ( pogrubiłam czcionkę , by Mariolka nie przegapiła tej informacji J )

W 1937 r. artysta otrzymał srebrny medal na Międzynarodowej Wystawie Sztuki i Techniki w Paryżu, oraz nagrodę ministra spraw zagranicznych.

Pierwszą dużą, indywidua2lną wystawę miał Potworowski w 1938 w Instytucie Propagandy Sztuki w Warszawie, a następnie we Lwowie.

Po udziale w kampanii wrześniowej 1939  ukrywał się w wiosce nad Bugiem, a następnie przez Kowno dostał się do Szwecji. Pod Sztokholmem pracował fizycznie, ale też malował i rzeźbił. Miał także liczne wystawy swoich prac.

W 1941 roku udało mu się sprowadzić żonę i dwójkę dzieci.

W 1943 cała rodzina przedostała się na Wyspy Brytyjskie. W Londynie był przez pewien czas prezesem Stowarzyszenia Polskich Artystów, publikował artykuły i od 1948 roku regularnie wystawiał swoje prace w Gimpel Fils Gallery.

W 1949 roku został profesorem Bath Academy of Art w Corsham. Był członkiem postępowej London Group i prestiżowje Royal West of England Academy.

W latach 50 ubiegłego wieku dużo podróżował   – odwiedził Hiszpanię, Włochy, Francję i ślady tych podróży można znaleźć w jego obrazach.

W 1958 roku przyjechał do Polski.

Po powrocie do kraju, miał pierwszą wystawę  w poznańskim Muzeum Narodowym .

Następne wystawy odbyły się w Krakowie, Sopocie, Warszawie, Wrocławiu i Szczecinie. Bardzo dobre przyjęcie jego twórczości przyczyniło się do podjęcia decyzji o pozostaniu w kraju.

Artysta objął pracownie malarstwa w PWSSP w Poznaniu i Gdańsku.

Na XXX Biennale Sztuki Współczesnej w Wenecji dostał nagrodę.

W styczniu 1962 odbyła się w Muzeum Narodowym w Poznaniu wystawa indywidualna prac Potworowskiego powstałych po powrocie do kraju.

W marcu 1962 r. miał wystawę w Galerie Lacloche w Paryżu.

Zmarł 24 kwietnia 1962 w Warszawie, spoczywa na Cmentarzu Powązkowskim w Alei Zasłużonych. „

 

A oto charakterystyka jego twórczości :

 

„Z wszystkich członków Komitetu Paryskiego najwcześniej porzucił postimpresjonizm dla własnych poszukiwań.

W swoich obrazach wprowadzał elementy geometrii, malarstwa materii, a nawet informelu.

Obrazy Potworowskiego, wyróżniające się kompozycją, były zawsze budowane w oparciu o harmonię barw.

Często eksperymentował, by uzyskać najsubtelniejsze rozwiązania kolorystyczne. Stosował również technikę collage i wzbogacał obrazy o elementy fakturowe.”

 

Wybrałam też bardzo ciekawe zdania, które zapisał :

 

w 1952 roku –

„Umysł ludzki rozwija się tylko w kontakcie z naturą, skoncentrowany na sobie degeneruje się”.

W 1961 roku –

„Malarstwo przychodzi w chwilach zupełnej rozpaczy, kiedy zdaję sobie sprawę, że jestem zamknięty w pokoju bez drzwi. Pułapka śmierci, jedyna droga wyjścia. Obijam się o gładkie ściany. Malarstwo to walka z nieznaną, przerażającą, nieprzeniknioną ścianą mojej świadomości” .

 

https://pl.wikipedia.org/wiki/Piotr_Potworowski

https://culture.pl/pl/tworca/tadeusz-piotr-potworowski

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 24 ). Poród w pantalonach.

 

Za oknem  wichura, deszcz zacina, leniwie jaśnieje dzień . Liście opite wodą do granic wytrzymałości spadają na głowę. To już koniec złotej jesieni 2018 roku….

I wtedy na blogową „arenę „wkracza Mariolka. Jak zwykle z opowieścią i swoim uśmiechem –  uśmiechem pomimo wszystko. Bo temat to poważny.

Dyżur w Pogotowiu Ratunkowym, chyba jeden z pierwszych, wezwanie do porodu. Pewnie pora przed świtem , bo wtedy najczęściej rodzą się dzieci.

Gdy czytam opowieść Mariolki, krótką , ale pełną treści –  wtłaczają się moje wyobrażenia, myśli – bo to też nasz czas, nasze przeżycia – pewnie w jakiś sposób podobne, choć porodu w karetce nie odbierałam, ale bywało różnie …..

I widzę tę Młodziutką Dziewczynę – tak, wszyscy tacy byliśmy w tych pierwszych latach 70 ubiegłego wieku –  gdy  wciska się do karetki, bo jest duża a jeszcze ta wielka jasna burza na głowie którą rozwiewa wiatr i zahacza włosy od kostropate drzwi karetki  – a karetka niska, mała, ciasna – może stara Warszawa, a może już Fiat – czy Nyska – wysoka ale do której trzeba się wdrapywać – nie pomnę  – ale wtedy takie były – tylko polskie samochody – bo „żelazna kurtyna” a Zachód  jak mawiały nasze władze – „zgniły” – więc be. Byliśmy cywilizacyjnie zapóźnieni o pół wieku ….  

 Dobrze pamiętamy to wewnętrzne  uczucie przejęcia i drżenie serca, ale na twarzy siła i energia –  twarz pokerowa – bo duma, że jesteśmy lekarzami  –  więc pełna mobilizacja i opanowanie – niesiemy  pomoc ludziom – to nasze hasło przewodnie . To nasza misja. O to walczyliśmy ucząc się z zapałem do egzaminów na AM i przez 6 lat studiowaliśmy „ gryząc „ wiedzę –  osiągając upragniony dyplom. Więc mamy to, czego pragnęliśmy ….

Karetka mknie, podskakuje na wyboistych ulicach – wszyscy pamiętamy takie „ jazdy”, gdy głowa uderzała o dach a trzeba było założyć „ wkłucie „ do żyły, reanimować, sprawdzać parametry życiowe – bo urządzeń stale monitorujących nie było …..i dowieźć pacjenta żywego do szpitala. Bo zgon w karetce to wielkie komplikacje – nie mówiąc o traumie załogi , z którą potem żyje młody lekarz ……jak dobrze to znamy …..

Ale ad rem . Mariolka kiedyś napisała w Grupie, krótko – ale jak wspomniałam otworzyła nam nasze wspomnienia, stale w nas żywe ….

wezwanie do porodu – jedziemy daleko, rodzącą na nosze i powrót do szpitala. Karetka pędzi, kobieta krzyczy więc stajemy na poboczu blisko szpitala.  Odebrałam poród w tej małej karetce, zaopatrzyłam pępowinę i  na oddział. Tam gromki śmiech bo ….kobieta ma na sobie wielkie pantalony a z nogawki zwisa pępowina. Takich różnych przypadków każdy z nas ma cały zbiór, prawda?

 Jurek odpisał : wielka prośba do Mariolki: jakie to są te wielkie pantalony i czy nie przeszkadzały w porodzie?! Czy kobieta może urodzić nie zdejmując dużych pantalonów?

Oczywiście nikt z nas  nie udzielił odpowiedzi na to pytanie – tylko u wszystkich zadziałała wyobraźnia . Jak widać – Jurku – można, czego dowodem opowieść Mariolki 🙂 i Jej odpowiedź – wyobraź sobie że do tego porodu też bym nie uwierzyła! Nogawka w nich była tak wielka czyli szeroka że ja NIE WIEDZIAŁAM że one tam są – myślałam że są 2 spódniczki 🙂

Tak sobie gawędziliśmy w naszej messengerowej Grupie, którą przypadkowo założył Jurek . A  co się kryło za tą opowieścią i zda się banalną rozmową – napisałam we wstępie.

Miłego Dnia, mimo wszystko….

Zdjęcie Mariolki jest Jej własnością, przyrody moje…

 

 

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 23 ). Słowo nie zawsze jest święte – czyli rzecz o zaskakujących początkach życia w Kępnie.

Dla Ciebie Mariolko zdjęcie Bałtyku , bo uwielbiasz ….no i symboliczne światło …..

Któregoś dnia otrzymałam  od  Mariolki mail  z opowieścią, która zaraz tu przybędzie .

Ten tekst jest nie tylko dla mnie ważny – ale  też dla Was – którym może troski spędzają sen z powiek  , a  problemy przygniatają tak –  że zda się świat przestaje istnieć .

Tak nie jest moi Drodzy, świat  istnieje  nadal i wiruje tak jak wirował….

A my musimy się podnieść,  iść dalej, pokonywać progi, klęski przekuwać w zwycięstwo i nie zagubić zachwytów nad tym że dookoła jest pięknie i że żyjemy ….

            Droga  Mariolki nie była usłana różami, pewnie o wiele trudniejsza niż niektórych z nas –wieloletnia choroba Męża i Jego odejście , małe dzieci, intensywna praca zawodowa – potem udar – i powrót do ziemskiego życia z „ tamtej strony „  –  by stać się świadkiem i nam o tym  opowiedzieć . To droga dla Siłaczki  – jesteś taką Mariolo –  przy Tobie niektóre nasze problemy wydają się miałkie i grzechem jest narzekać.

Podziwiamy Cię , tym bardziej gdy widzimy jak potrafisz  cieszyć się życiem, łapać piękne chwile – także te  nasze wspólne – jesteś Niezwykła  Mariolko …

.     Mariolka, zasiedziała już poznanianka , otrzymała pracę  w mieście dość odległym o domu rodzinnego – w Kępnie. I tak opisuje swoje pierwsze tam dni tygodnie i miesiące …..

smutny, deszczowy dzień więc napiszę o początkach w Kępnie to trochę rozweselę Ciebie – taka mam nadzieję.  Nie robi komp ogonków więc wybacz że masz utrudnione czytanie. Faktycznie trochę mam, szczególnie że chyba nie ma programu by sam poprawiał – ale to przyjemność, bo czytam  po raz enty Twoje mądre , dające siłę –  pisanie . Dodaję swoje uśmiechy – bo kiedyś miałam podobnie sytuacyjnie, ale był to czas krótki ….

             Muszę wrócić do rodzinnego domu gdzie  słowo dane było święte – nie można było kręcić. Rodzice też dotrzymywali co wiązało się z różnymi ICH perypetiami o czym kiedyś napiszę.

W rozmowie z dyrektorem szpitala o podjęciu pracy powiedział że mieszkanie na mnie czeka.

Mimo protestów taty i jego nalegań bym sprawdziła –  byłam pewna że jeśli DYREKTOR powiedział że jest –  to jadę na gotowe

Kupiłam meble w Poznaniu, meble na wynajęte auto, ja z dzieckiem do szoferki i jazda do Kępna ( mąż już był w szpitalu od kilku miesięcy).

Przyjeżdżam pod szpital, zgłaszam się do dyrektora po klucze a on w szoku.

Mieszkanie czekać będzie ale …kiedy??

Dziś rozumiem szok jaki przeżył widząc taka naiwniaczkę.

Cóż było robić. Meble zawiozłam do teściów ( pod Kępnem)  – rozładowali pod domem. Dostałam wolne od dyrektora na czas szukania dla mnie mieszkania.

Znaleźli po zmarłej  kobiecie, w jej rodzinnym domu przejętym jak to kiedyś było przez miasto.

Mieszkanie jeszcze pełne jej rzeczy.

Szpitalni pracownicy posprzątali, wymalowali i po 2 tygodniach mogłam się wprowadzić. 

Byłam „blokową  babą” czyli kaloryfery, gaz a tu…..

Moja radość nie trwała długo bo …jak gotować na kuchence węglowej?????????

Jak się wymyć i wykąpać   gdy piec w łazience ma kocioł nad paleniskiem a ja nie mam węgla i w ogóle nie wiem jak się do tego zabrać

Czyli szkoła przetrwania.

Jak zawsze  miałam szczęście do ludzi.

Na tym samym piętrze mieszkała córka zmarłej  z całą swoją rodziną. Pewnie zrobiło się jej żal takiej ofermy jaką zobaczyła i zaopiekowała się mną. Zaoferowała że zajmie się dzieckiem gdy będę w pracy, pomagała w nagrzaniu wody.

Miała synów w moim wieku z którymi z biegiem czasu zaprzyjaźniliśmy się, pomagali rąbać drzewo, nosić węgiel

Wszystkiego uczyłam się .

Widziałam jak teściowa dokłada do pieca w kuchni co jakiś czas a że nie widziałam jak pali w piecu kaflowym to też tak dokładałam w moim piecu w pokoju przez kilka początkowych miesięcy.

Co kilka godzin wybiegałam ze szpitala ( było to ok 100 m od mojego domu) by podtrzymać ogień i dziwiłam się dlaczego tylko ja to robię. Wytłumaczyłam sobie że inni mają rodziny i oni im podtrzymują ogień 🙂

Sprawa wyjaśniła się po kilku miesiącach – przyjechał  teść i stwierdził że piec się podniósł . Doszedł przyczyny, nauczył a ja zaczęłam szukać mieszkania w bloku by uwolnić się od prac górniczych  🙂

Rąbanie drzewa też musiałam ćwiczyć – mimo różnych niecelnych trafień udało się i ręce mam !!! 🙂

Brak piecyka gazowego również  był przyczyną różnych niespodzianek

Z głową pochyloną przed paleniskiem podpatrywałam gdzie jest płomień i celowałam by garnek z mlekiem był nad nim. Wielokrotnie z mleka zrobił się ser 🙂

Wiedziałam że za pierwsza wypłatę  MUSZĘ  kupić maszynkę  gazową …

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 22 ). O „ głupotkach „ i pamięci.

Zosiu

chciałaś bym pisała coś pogodnego – no to masz – coś co mnie rozbawiło niezmiernie.

 Wczoraj dzwoni do mnie wnuczka zmarłej dawno koleżanki z pytaniem czy jestem w domu i czy może przyjść.

Oczywiście jestem i czekam z radością bo nie widziałyśmy się lata – Teresa ( koleżanka zmarła już kilka lat  temu a jej dzieci mieszkają we Wrocławiu i przyjechały na grób rodziców.)

Przyszła Ola i przyniosła………….. zaproszenie na swój ślub.

Zdumiałam się bardzo  i oczywiście zapytałam o powód. – dlaczego ja?

Ola  otwiera trzymany w ręce mały portfelik, wyciąga z  niego  karteczkę i snuje opowieść.

Bo ciociu  – mam tu pierwszy rachunek za moją pracę i pamiętam !

Zdumiona nic nie wiem.  

 Jej babcia Teresa była moja starszą przyjaciółką, ordynatorem noworodków. Gdy Ola przyjeżdżała do babci często się widywałyśmy –  stąd zostałam jej ciocią.

Któregoś dnia miałam dyżur, Teresa jak zwykle przyszła na wizytę ( taki był u nas zwyczaj który znieśli niedawno – ordynatorzy robili wizyty również po południu oraz  w dni wolne od pracy  ).

Na noworodki dzieci nie wchodziły więc Ola została ze mną. By się nie nudziła poprosiłam ja o” pomoc”  w wypełnianiu  historii chorób – dałam czysty blankiet   i Ola dzielnie pisała.

Teresy długo nie było – coś musiało się dziać  więc czas upływał ciekawie.

Po „pracy” napisałam rachunek i zeszłam z Olą do Kasy gdzie jej wypłacili pieniądze ( podejrzewam że dałam kasjerce nieznacznie  trochę bilonu  bo oczywiście nie pamiętam tego zdarzenia)

I właśnie ten rachunek Ola trzyma w ręce bo ZAWSZE wiedziała ŻE BYŁA TO JEJ PIERWSZA WYPŁATA.

Uśmiałyśmy się serdecznie a mnie rozczuliła pamięć Oli .

Wróciły wspomnienia o Teresie, jej rodzinie, dawnych szczęśliwych czasach.

Czyli znowu człowiek nie pomyśli że głupotki coś dla innych znaczą i to na długo a nawet po latach nabierają innego wymiaru.

Zwłaszcza dzieci są wrażliwe na zachowanie dorosłych o czym my zwykle zapominamy.

Przypomniała się ta prawda.

I to wszystko dzięki Oli która zachowała te ulotna chwile !!!!!

                                       wczoraj napisałam i nie wysłałam wiec dzisiaj uzupełnię

byłam w szpitalu – dokonałam odkrycia

nadal ordynatorzy wizyty robią w wolne dni łącznie ze świętami J

był szef noworodków i mówi : leży  OBAMA ( oba jąderka ma ) reszta też w porządku

wołały mnie na kawę na  położniczo – ginekologiczny  a za chwilę przychodzi szefowa  na wizytę

zapytałam o zwyczaje i okazuje się że starzy szefowie nie zmienili zwyczajów a na innych oddziałach gdzie są młodsi  już jest inaczej – wizytę robi dyżurny

Słoneczko świeci jaśniej na duszy się robi więc życzę miłej niedzieli

 Mariolko Miła !

Słoneczna Twa opowieść…..

a teraz ja pogadam. zwyczajowo, więc wiem, że mi wybaczysz 🙂

1. Napisałaś znamienne słowa , które powtórzę, bo otworzyły moje wspomnienia, ba, nawet aktualne wydarzenia

 „ Czyli znowu człowiek nie pomyśli że głupotki coś dla innych znaczą i to na długo a nawet po latach nabierają innego wymiaru.

Zwłaszcza dzieci są wrażliwe na zachowanie dorosłych o czym my zwykle zapominamy.

Przypomniała się ta prawda.”

Cała Twoja mądrość życiowa i dla mnie przesłanie na każdy dzień…..

Jakże często „ rozmijamy „ się z ludźmi – i to wielokrotnie z wrogością w sercu – bo każdy myśli inaczej, inaczej interpretuje nawet to samo wydarzenie i słowa które padają – i inna jest jego reakcja. Bywa, że z tego powodu – z niezrozumienia tracimy przyjaciół, przegrywamy związki i ogólnie się smucimy, co nie jest pożądane w naszym wieku – a tym bardziej u młodych którzy dopiero budują swoje życie.

A dzieci, dzieci jak zauważyłaś potrafią pamiętać przez całe życie i dobre i złe sprawy – i to one kształtują ich charakter ale też budzą kompleksy z którymi muszą się mierzyć.

Och, ile myśli we mnie wywołałaś , Mariolko – oczywiście wszystkie przefiltrowane przez własne doświadczenia …..

2 …… i coś śmiesznego na koniec. Gdy napisałaś w messengerowej Grupie o swoim ledwie urodzonym wnuku – Błażejku – mój OBAMA – zupełnie nie zrozumiałam, choć dalej było wyjaśnienie . Nawet pomyślałam, że Mały dostał taką ksywkę J

A tymczasem to były słowa neonatologa – że ma oba jąderka w mosznie – czyli Oba – Ma 🙂

Dzięki Mariolko za Twoje poczucie humoru – lekkie jak piórko – i mądrości w tym co piszesz.

Dzięki, że jesteś !

Zdjęcia małej i dużej Mariolki są Jej własnością

a mój kwiatek dla Autorki tego Pamiętnika 🙂

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 21 ) . Fajna metoda :)

 

Uwielbiam te zdjęcia !!!! 🙂

Wczoraj moje urodziny, dziś śp. Krzysia Urbańskiego i refleksje smętnawe nad upływem czasu, nieuchronnym losem jakże często niesprawiedliwym….

I w takiej sytuacji przyszła mi z pomocą – kto? – oczywiście Mariolka i Jej lekkie teksty, z uśmiechem a jednocześnie z życia wzięte …..

Zapraszam do poczytania – miłego weekendu 🙂

któregoś dnia dostałam taki mailik od Mariolki :

witam w ten piękny ranek

Tadeusz jeszcze zmęczony śpi więc ja chcę być cicho by go nie budzić – nie kręcę się po mieszkaniu ( Mariolka kiedyś pisała, że Jej Połowa czyli Tadeusz bardzo intensywnie dyżuruje i chyba nadal jest ordynatorem oddziału neonatologii w mieście sąsiadującym z Kępnem – przyp. Z.K.)

co pozostaje w tej sytuacji ???? – komp

a przy kompie wpadło mi wspomnienie to opiszę – następna głupotka :

 był w szpitalu „sprytny”  pracownik od sprzątania terenu

chłop lubił odwiedzać bary i pić napoje wzmocnione w większych ilościach

mieszkał daleko , w polu

znalazł więc sposób na łatwiejsze powroty do domu

dzwonił z baru że w danym miejscu leży nieprzytomny  a potem tam się kładł i czekał

gdy przyjechała karetka kazał odwozić się do domu …. 🙂

… któregoś dnia mam dyżur, wezwanie do nieprzytomnego na drodze

zajeżdżamy na miejsce – Bernard

sanitariusz mruga do mnie, podchodzi do Bernarda, chwyta przegub i mówi : pani doktor – on nie żyje

podchwyciłam temat i mówię dajcie nosze, musimy zabrać – nie zostawimy go tutaj – Bernard nie żyje

  – dają nosze, kładą go – Bernard nie daje oznak życia

   gdzie wieziemy ?

   do kostnicy- nadal zwłoki

  podjeżdżamy do szpitala po klucze od kostnicy – nie ma zmiany – Bernard nie daje oznak życia …

   otwierają drzwi kostnicy – nadal nie ma reakcji – Bernard nie daje oznak życia …

 biorą nosze – są na schodach do wejścia  i nagle przerażony Bernard gwałtownie zeskoczył z noszy  – puścił soczystą wiązankę  i biegiem  się oddalił 🙂

nasz śmiech był nie do opanowania

ale telefony o nieprzytomnym się skończyły 🙂

                          no to pośmiej się trochę  dzisiaj bo wierzę że jak pomyślisz sobie o tej sytuacji i wyobrazisz sobie uciekającego z noszy Bernarda to uśmiech na twarzy Twojej i męża się pojawi

miłego dnia

Zdjęcia małej i dużej Mariolki są własnością Marii J. Nowakowskiej. A kotów- własne .