Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 14 ). Jak nie chciałem zostać lekarzem i chirurgiem – część druga.

Najwyższa pora Leszku, by znalazła się tu Twoja opowieść o drodze ku medycynie.  Pierwszą część już można czytać w blogu. Teraz  drugi odcinek historii „ Jak nie chciałem zostać lekarzem i chirurgiem „

Opowiadaj i wybacz moje uśmiechnięte ” buźki ” dodane w różnych miejscach Twojego tekstu : 

W moim rodzinnym Kutnie , w  Liceum –  Dąbrowszczaku, uczyłem się do matury.

Zamiast iść  na Studniówkę studiowałem „Fizykę” Piekary….

Na 2 miesiące przed maturą we wstępnym formularzu zapisałem, że będę fizykiem jądrowym.

Żaden z kolegów nie chciał zostać  lekarzem bo na tym zawodzie ciążyło przekleństwo „komuny” jako obcego klasowo.  ( był to rok 1965  – przyp. Z. K. )

Gdy na kilka dni przed maturą trzeba było wysłać papiery, zdałem sobie sprawę, że te jądra będę mógł rozbijać tylko w radzieckiej Dubnej a do partii nie chciałem się zapisywać.

W ostatniej chwili zmieniłem na medycynę bo przynajmniej będę mógł służyć ludziom.

Miałem też na myśli prawo, bo zawsze w szkole pełniłem rolę „adwokata uciśnionych”, ale to przeznaczenie tkwiące od dawna mną pokierowało i pewno wspomnienia Ojca – lekarza i Jego praca.

Chciałem do Krakowa, ale w Poznaniu był brat Ojca i Ciocia Ziuta (prof. Milanowska).

Poza tym tam studiowali moi Rodzice.

 W albumie rodzinnym było Ich zdjęcie na drzewie nad jeziorem w Sierakowie na obozie sportowym Profesora Pułkownika Piaseckiego. ( niestety, jak powiedział Leszek, wszystkie zdjęcia rodzinne zaginęły – przyp. Z.K.)

Byłem na  6-tygodniowym kursie przygotowawczym na „Wysrolu”. ( tak nazywano skrótowo Akademię Rolniczą w Poznaniu – przyp. Z. K. )

Popołudniami zaczytywałem się w książce „wielkiego” (w/g Profesora Miętkiewskiego) Brachet’a o budowie białka, komórki, DNA, działaniu białych krwinek, o odporności.

Wówczas postanowiłem zostać naukowcem, który znajdzie lek na raka.

CZEKAŁ NA MNIE NOBEL!

Dlatego praktykę po drugim roku miałem w laboratorium na Garbarach.  Trochę daleko od badania moczu do Nobla, ale od czegoś trzeba zacząć … 🙂

    Wszyscy wokół od dawna mówili, że powinienem  zostać chirurgiem jak Ojciec.  Dlatego w wakacje przed rozpoczęciem studiów przez kilka tygodni asystowałem przy operacjach. Chyba nie powinienem o tym mówić, ale przez pierwsze kilka dni za każdym razem mdlałem. Pierwszy raz, przy cholecystektomii do której trzymałem haki.  Padłem niespodziewanie na podłogę sali operacyjnej aż głowa jak garnek zadudniła. Widać  od tego czasu jestem taki „narwany”.  🙂

Potem była oddelegowana salowa, która za mną stała i pilnowała żebym bezpiecznie upadał.

Honor nie pozwalał mi nie stawać do stołu.

Kilka razy padłem przed upływem godziny, ale potem to przeszło.

Pamiętam do dziś  pierwsze trepanacje czaszki, rozlegle oparzenia, operacje prostaty metoda Milina, pęcherzyki żółciowe, wyrostki, diagnozę ostrego brzucha i …..

…….śmierć młodej pięknej dziewczyny z martwicą jelit po niedrożności trwającej kilka dni. Młoda kobieta wytrzyma każdy ból. Dlatego nie prosiła wcześniej o pomoc. Byłem potem przy Jej sekcji bo chciałem wiedzieć dlaczego…Czy chirurdzy popełnili jakiś błąd? Oczywiście że nie, ale chciałem wiedzieć jak uniknąć błędów. A poza tym czułem się blisko z Nią związany.  NIE MOŻNA WYGRAĆ Z PANEM BOGIEM.

Na marginesie, znacznie później – najdłuższa operacja którą  sam wykonałem  w Łodzi trwała 11 godzin – resekcja nowotworowej żuchwy z językiem i rekonstrukcja płatami uszypułowanymi .  A najdłuższa – do której asystowałem –  to resekcja wątroby w Warszawie z naszym kolegą WÓJCIKIEM, którą robił przez 30 godzin profesor… z doc.   Zieleniewskim. Też motocyklowy bohater z Kutna, któremu trzeba było wycinać wątrobę po kawałku, by zostało jak najwięcej …… 

W wakacje po pierwszym roku znowu byłem na chirurgii w Kutnie tym razem z moim przyjacielem ze szkoły, Andrzejem Szewczykiem, który po pierwszym zaliczonym roku na biologii, (gdzie musiał liczyć nogi pająkom 🙂 ) zdawał na medycynę. Do niedawna był zastępcą ordynatora na laryngologii w Raszei . ( skrótowa nazwa szpitala w Poznaniu im. Raszei – przyp. Z.K. ) .  Przyjaźnił się i pracował z naszym kolega śp. Musialikiem, mężem Prof. Danusi Popek.

Trafiła nam się koleżanka z klasy z liceum, cudna  blondynka KW ze złamaną miednicą. Motocykl oczywiście. Wtedy zakładało się tzw. portki gipsowe i asystenci oddziału kazali nam je założyć. Chyba złośliwie. Jak myśmy z Andrzejem się wstydzili  !  Ale ręce się nie trzęsły . Profesjonalnie  bez komentarza, śmiertelnie poważnie zrobiliśmy naszą robotę. Niestety jeszcze bardziej chyba to przeżywała nasza koleżanka, bo już nigdy Jej nie spotkaliśmy na Zjazdach. Krysiu ! naprawdę nie masz się czego wstydzić. Dla mnie masz nadal wspaniale ciało! Teraz po latach  mogę się przyznać, że obaj to zauważyliśmy.. Pierwsze spotkanie z tak pięknym, kobiecym ciałem o blond włosach. Była jak bogini, którą  my, dzielni rycerze mieliśmy uratować z więziennej wieży. Tylko, że wsadziliśmy jej tak ciężkie portki, których dziś się już nie zakłada ! Chciałbym Ją przeprosić…..

 PRZYSIĘGAŁEM SOBIE, ŻE NIGDY NIE BĘDĘ CHIRURGIEM !

 Nie żebym mdlał wcześniej ! 

Ale przecież bywało, że nawet w czasie Wigilii Ojca nie było z nami !

JAK ZWALCZYĆ NOWOTWORY? To miało być moje naukowe wyzwanie.

Do czwartego roku się tego trzymałem dopóki z Markiem Tuszewskim nie zacząłem trochę dyżurować na Przybyszewskiego. Wtedy pogodziłem swój zapał do walki z rakiem z immunologią i  chirurgią.

Najgorsze, że poza dostatecznym z farmakologii jedną z nielicznych czwórek dostałem właśnie z chirurgii.

To było jak wyzwanie. Musiałem to naprawić i nadal naprawiam.  🙂

CO NIE POKONA TO WZMOCNI…

zdjęcie Leszka z Facebooka

a pozostałe – własne – w mojej wyobraźni  symboliczne –  pierwsze – widok na Babią Górę od strony  Kotliny Żywieckiej , drugie – drzewa wspinające się na zbocze Skalitego …..

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 13 ) . Jak nie chciałem zostać lekarzem i chirurgiem – część pierwsza.

1 listopada Leszek przysłał do mnie list mailowy ( co zdarza się ostatnio bardzo rzadko 🙂 a w nim tekst :   ( … )  Zosiu,

Przesyłam Ci kilka wspomnień  do Twojej cenzury i do wykorzystania w Twoim blogu. Zgadzam się na wszystko. ( … ) .

Dopiero wczoraj, po powrocie z Uniejowa mogłam zajrzeć do zamieszczonych w mailu   załączników. Jeden z nich ukazał się tu wczoraj ale dzisiejszy  zdumiał mnie  tak wielce, że zaniemówiłam….opowieści Leszka to istne PERŁY ….skarbnica wiedzy …otworzyły się przede mną nieznane mi dzieje Wielkopolski i bohaterów polskiego podziemia –  ale o tym będzie  później….

Teraz opowiadaj Leszku :

JAK NIE CHCIAŁEM ZOSTAĆ LEKARZEM I CHIRURGIEM

    W szkole koledzy wróżyli mi pracę adwokata, bo zawsze stawałem w obronie słabszych. Przy mnie nikt nie miał prawa nikogo poniżać. Rodzice bardzo mocno wpoili mi poczucie sprawiedliwości. Wierzyłem w niezależne sądy do czasu. kiedy sam nie trafiłem na skorumpowanych sędziów i prokuratorów, a także adwokatów w Lipnie i Włocławku.

OJCIEC

     –  despotyczny ordynator chirurgii w Kutnie od 1945 do 1980 roku chciał, bym został leśnikiem, co jemu się nie udało. Studia w Poznaniu skończył w czerwcu 1939 roku razem z Profesorami ANTONIM HORSTEM ( tak, Ojcem naszej HANKI), Wysockim (internista), Preislerem ( internista i lekarz sportowy),  Kornackim ( ginekolog ), Duxem (onkolog), Prof. Mastyńską (chirurg) .

Tata  z kilkoma kolegami z roku, głównie o niemieckich korzeniach, studiował  równolegle w słynnej Szkole Profesora Piaseckiego –  prekursora Akademii Wychowania Fizycznego po wojnie. Szkoła mieściła się na terenie parku Kasprzaka – dziś a wtedy Wilsona, przy Palmiarni

( gdzie z ZOSIĄ  uczyliśmy się anatomii). Tam poznał przy mazurze moją Mamę –  historyczkę z Uniwerku 🙂 

 Na tym studium było najwięcej kolegów o niemieckich korzeniach, bo tak nakazywały im niemieckie przedwojenne organizacje.

Jednym ze słuchaczy był ich kolega z roku –  Entress * – ten słynny morderca z Oświęcimia. Przez swoja wiarę w wielkość Hitlera i chęć  zostania prawdziwym Niemcem oraz pragnienie zrobienia kariery zawisnął na stryczku. Jak to  się stało, że kolega ze studiów, przyjaciel profesorów Horsta, Duxa – też o niemieckich nazwiskach- a zwłaszcza polskiego patrioty Profesora Horsta mógł robić doświadczenia na ludziach? Gdy spotkał w czasie wojny Ojca na ulicy w Poznaniu powiedział. „Józek, lepiej byś mnie nie znal”. Przecież on nawet nie zdążył zostać  prawdziwym lekarzem. Stał się członkiem  totalitarnej hitlerowskiej ludobójczej hitlerowskiej maszyny. Na pewno miał możliwość ukrycia się jak jego zwierzchnik, Mengele i wielu zbrodniarzy hitlerowskich. Myślę, że widział konieczność poniesienia kary za swe zbrodnie  i się nie ukrywał. Zresztą był przecież małym pionkiem. Dopiero co po studiach i od razu na lekarza obozu zagłady. Przecież nawet nie zdążył nikogo uleczyć tylko mordował. Dlaczego nie wyniósł  zasad etyki od swoich poznańskich nauczycieli?. Moim zdaniem stanowi przykład samodestrukcji, gdy jednostka poddaje się totalitaryzmowi i wierzy w jednego namaszczonego wodza. Bez komentarza do sytuacji obecnej…..

       Tuż przed wybuchem II Wojny Światowej  Ojciec zaczął pracę w Toruniu na ginekologii . Jednak wkrótce Niemcy zaatakowali Polskę i jeszcze przed wysadzeniem mostu kolejowego Tata przeszedł z kolegą, dr Nikodemem Niekielem przez Wisłę ..Uzbrojony w Parabellum które zabrał młodszemu bratu, również później chirurgowi –  mężowi Prof. Adamskiej – Milanowskiej (rehabilitant) ruszył na ratunek Warszawie.

Siódmego września 1939 roku,  wieczorem znalazł się w Kutnie. Poszli do dyrektora dr Perkowicza z prośbą o nocleg. „Zawsze w szpitalu są wolne łóżka – idźcie chłopcy się przespać „.

 8 września zaczęła się Bitwa pod Kutnem. Do szpitala zwożono rannych. Dyrektora Perkowicza pytali się co maja robić, bo oni chcą iść na pomoc Warszawie.

„- zróbcie jak uważacie, ale pamiętajcie MIEJSCE LEKARZA JEST PRZY CHORYCH I RANNYCH „.

I dlatego ja w Kutnie się urodziłem.

Ojciec urządzał Szpital Polowy w budynku mojego późniejszego Gimnazjum. Wybierał kogo operować: obwieszonego orderami zasłużonego powstańca czy młodego żołnierza. Wybór jasny. Żołnierza,  czy cywila. Wybrał żołnierza. Gdy wrócił, przy zmarłym siedziała mała dziewczynka.

 – „GDYBY PAN KAZAŁ OPEROWAĆ MOJEGO TATUSIA TO BY ŻYŁ”

Straszne wybory.  Ta mała była wyrzutem sumienia mojego Ojca do końca życia. Ale każdy wybór był zły.

       Trafił się niemiecki ranny pilot. Polacy chcieli go zlinczować. Ze swoim parabellum Ojciec  stanął w drzwiach i krzyknął :

” – pierwszy, który go dotknie dostanie ode mnie kule w łeb. Teraz jest moim pacjentem. Będziemy go sprawiedliwie sądzić po wojnie jeśli wyzdrowieje…”  No i nie osądził, ale dal mi naukę na całe życie, ŻE PACJENTA, NAWET NAJWIĘKSZEGO WROGA TRZEBA LECZYĆ JAK KAŻDEGO CHOREGO.

Ojciec nauczył mnie, że pacjent, za którego odpowiadam nie jest w moich prywatnych zainteresowaniach. O swoich wrogów, a takich też leczyłem, starałem się dbać nawet specjalnie lepiej, by potem, jak będą zdrowi móc z nimi ostro walczyć. Nie zdarzyło się żeby nie schowali głowy w piasek lub  nie przeprosili.

 Po  zakończeniu tej wielkiej heroicznej bitwy nad Bzurą , która miała zamknąć drogę do Warszawy –  wkroczyli Niemcy,  którzy Ojca, tego młodego niedoświadczonego stażystę, zrobili zastępcą niemieckiego ordynatora. Jego podwładnymi był i dyrektor i kilku starszych doświadczonych chirurgów wśród nich znany wówczas profesor Krotkiewski, i dr Piorek, były Powstaniec Śląski.

Trafił się w środku wojny ranny,  obwieszony orderami generał  organizacji Todt. Gdy dr Piorek go zobaczył powiedział Ojcu: ” Józek, już   po mnie. Ja przeciwko niemu walczyłem na Śląsku…” 

Tenże generał wezwał Ojca i rzekł,” niech pan powie dr Piorkowi, że ja go nie pamiętam.”

– Po prostu :

W KAŻDYM SYSTEMIE MOŻNA BYĆ PORZĄDNYM CZŁOWIEKIEM….

 

*https://pl.wikipedia.org/wiki/Friedrich_Entress

Pod tym adresem można poczytać o wspomnianym przez Leszka  zbrodniarzu  – bestii –  formy znęcania się nad więźniami i uśmiercania przekraczają normalne ludzkie myślenie i wyobrażenia ….

 

 

ad zamieszczone zdjęcia :  Leszka Milanowskiego z internetu,  wejścia do katakumb kościoła w Popowie Kościelnym z cieniem gospodyni bloga  oraz –  panorama zasypiającego  Kutna – własne ….

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 12 ). Siadaj , Dwója.

 

Siadaj , Dwója.

     Miałem szczęście do moich Wychowawczyń. A były tylko dwie. Obie kobiety samotne, poświęcające się swoim uczniom i obie polonistki. To One odkryły u mnie „niewątpliwy” talent literacki.

       Przez 7 klas podstawówki była nią Pani Eleonora Górka, która była właścicielką domu na Dąbrowskiego w którym mieszkaliśmy. Dom został  wybudowany dla Niej przez Księdza Wolanina w latach dwudziestych. Musieli się ogromnie kochać. Dla Niej zdjął sutannę. Był potem w latach dwudziestych nauczycielem w mojej późniejszej szkole, lecz Kościół nigdy Jej tego nie wybaczył. Za to, że „uwiodła” Księdza szybko Jej grób na cmentarzu w Kutnie został  zlikwidowany. Teraz jako Jej wychowankowie wmurowaliśmy pamiątkową tablicę na murze cmentarza.

To ona uratowała mnie przed pasaniem świń i krów na które wywiózł  mnie Ojciec, gdy nie chciałem chodzić do Szkoły Muzycznej.

A może niestety, to przez Nią nie zostałem bogatym obszarnikiem ….

… To ja niestety pierwszy stwierdziłem Jej odejście do lepszego świata po powrocie z praktyki w Szkocji..

Pani Górka często po lekcjach brała do swojego domu uczniów, którzy mieli gorsze stopnie. Dawała im bezpłatne lekcje bez żadnego dodatkowego wynagrodzenia. Po prostu kazała przyjść.

Ja miałem blisko z parteru na piętro.

Karała nas biciem linijką po rękach, aż dłonie puchły.

Ani my ani Rodzice nie mieli o to żalu, bo to było sprawiedliwe. Teraz Ziobro by Ją skazał .

  Pamiętam, jak mnie biła lub stawiała do kąta za drobniejsze przewinienia.

To Ona spowodowała, że razem – z całą klasą z podstawówki – znaleźliśmy się w liceum. Razem przez 11 lat.

To cementuje.

Te przyjaźnie muszą zostać,  bo w tym czasie dojrzewaliśmy….

 

    Drugą Wychowawczynią w Liceum była wspaniała, drobniutka, dystyngowana i surowa Pani Profesor Janina Kowalewska. Pochodziła z Warszawy. Najbliższą rodzinę chyba straciła w Powstaniu.

Mieszkała ok. 2 km od szkoły i przez całe miasto codziennie dochodziła do pracy…

Na pewno nie była zwolenniczką słusznie minionego systemu, bo pozwalała nam na dość śmiałe i ostre dyskusje między sobą  na lekcjach polskiego i godzinach wychowawczych. Sama nigdy nie zabierała głosu, co najwyżej obserwowała i moderowała nasze kłótnie. Obserwowała nas i panowała nad dyskusją.

Gdy jeden z kolegów (Kaziu Jerzak) zrobił kurs „operatora filmowego” sprowadziła debiutancki film „Dwoje ludzi z szafą” nieznanego młodego reżysera. Gorąca dyskusja po filmie znów tylko przez Nią moderowana. Tak zobaczyłem pierwszy w życiu film Romana Polańskiego. Nie wiem jak Ona przewidziała Jego przyszłą  karierę…..

Zadawała nam wypracowania do domu.

Przerabialiśmy „Placówkę” Prusa. Lekturę trzeba było przeczytać, ale jakoś nie miałem czasu.   No i tragedia: Klasówka z „Placówki”!  Opanowany z zimną krwią pisałem jak to Ślimak bronił swojej ziemi przed sprzedażą , jak tę ziemię kochał, czuł jej zapach. No i zaliczenie z powodzeniem. Do dziś nie przeczytałem, ale sobie obiecuję, że muszę ją przeczytać.

Kiedyś przerabialiśmy tryb przypuszczający. Kazała nam w tym trybie napisać  wypracowanie. Na drugi dzień wezwany do odpowiedzi mówię. „Brak wypracowania”. SIADAJ DWÓJA….. Pani Profesor, to tylko tytuł. I zacząłem jak by to było pięknie pograć w piłkę, iść do kina, gdyby nie to wypracowanie. Pełne 2 kartki. Klasa w śmiech. Zaliczyłem….

 

Każdy z nas miał swoich nauczycieli. To na pewno byli różni  ludzie. Jednych pamiętamy, o innych chcielibyśmy zapomnieć.  Po latach ja nie mam takich, których mógłbym źle wspominać. Każdy z Nich brał odpowiedzialność za nasze wychowanie, przygotowanie do dalszej nauki i do życia.

Żyliśmy w systemie totalitarnym, oby nigdy już  tego w Polsce nie było. Mimo tego nawet Ci najbardziej zaangażowani których znam, nie przekroczyli granicy, którą mógłbym nazwać ślepą indoktrynacją….

 

Na pierwszym obozie harcerskim w Zuzinowie pod Gostyninem Komendantem był wspaniały, uwielbiany przez harcerzy harcmistrz druh Witczak. Potem był pierwszym sekretarzem w Kutnie. Dla mnie Jego działalność była trochę jak gra. Nie był kimś,  kogo można uznać za zajadłego komucha. Takie były czasy. Po zmianie ustroju odwiedziłem Go z lekarską wizytą. Mieszkanie skromne, wręcz biedne, nie dorobił się niczego. Dostawał najniższą emeryturę „ na przeżycie”. Mimo systemu, wysokiej pozycji  i swej roli pozostał porządnym człowiekiem.

Patrzę teraz na te dziesiątki tysięcy złotych, które dostają szefowie spółek i beneficjenci, „swoi ludzie” jednej zwycięskiej partii walczącej o „sprawiedliwość”. Jedno jest pewne. Mimo, że były sklepy ” za żółtymi firankami”, to” nie było takich różnic płacowych jakie teraz fundują sobie funkcjonariusze „dobrej zmiany”. Znamy pensje pielęgniarek, stewardess, ratowników medycznych, los niepełnosprawnych i ich opiekunów. Solidarność jest daleką przeszłością. Uważam, że społeczeństwo obywatelskie patrzące bezpośrednio na ręce władzy jest jedyną drogą do bardziej sprawiedliwego podziału wypracowanych dóbr poza tymi, które każdy sobie sam wypracował i uzbierał.

 

Na Wszystkich Świętych staram się odwiedzić groby moich nauczycieli i kutnowskich lekarzy. Nie mogę Im inaczej podziękować jak tylko postawić świeczkę. Będą żyli tak długo, jak długo my będziemy o Nich pamiętać.

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 11 ). Kazimierz Petrykowski ( Kajtek ) stale obecny w naszej pamięci….

 

 

 

Wahałam się, czy dziś zamieścić tylko opowieść   Leszka – bo jest dość obszerna – ale zdecydowałam się na dwugłos.  Głównie  z powodu, że chciałam dać nasze wspomnienia  w jednym wpisie, gdyż prawdopodobnie wyszukiwarka internetowa poda tylko jeden adres, gdzie można znaleźć Kajtka 

Mój głos jest zwykły, sztubacki ale Leszka bardzo głęboki – nie tylko przedstawia On studenckie życie, ale też wielość zainteresowań – ciekawych pasji – a na przykładzie Kajtka i Andrzeja objaśnia mechanizmy zniewalania ludzi w czasach „ komunizmu „  …. chyba ponadczasowe….

 Więc będziemy tu razem Leszku, ok ?

Tym bardziej, że spotkaliśmy się po 50 latach z Tobą, Jurkiem i Mariolką – i okazało się, że nadal jesteśmy wielką rodziną młodych  studentów, którzy startowali w 1965 roku w trudne ale i piękne życie z Medycyną . Działo się to w naszej Alma Mater, czyli   poznańskiej Akademii Medycznej .

Dziś wiemy, że  w cudowny sposób zachowaliśmy młodość, wzajemne sympatie, porozumienie dusz  i  wiele wspólnych  wspomnień….

Gdy w 2011 roku rozpoczęłam moją blogową przygodę, zapisując różne historie rodzinne oraz wiele innych , zależnie od nastroju – w 2012 roku dotarłam do czasów poznańskich.  Wspomnienia te są zawarte w rozdziale , któremu nadałam tytuł Na medycznej ścieżce . Przypominając  kolegów ze studiów  nie mogłam pominąć Kajtka.

I teraz kopiuję tę opowieść. Podawałam ją wtedy  w krótkich odcinkach –  bo rodzinka jak to teraz  mają młodzi –   wolała takie –   a potem oddam głos Leszkowi, którego wspomnienie z  wielu podanych powodów – jest ciekawe i  ogromnie fascynujące – tak wielce, że czyta się jak kryminał i  mogłoby być scenariuszem do filmu …..

 Opublikowane w Lipiec 13, 2012 przez Zofia Konopielko

Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich- Kajtek

Kajtek. Był naszym kolegą  z roku. ( studia na poznańskiej Akademii Medycznej w latach 1965 – 1971 – moje do 1968 bo potem Warszawa ) . Spotykaliśmy na korytarzu przed zajęciami z anatomii, ale nie przypominam sobie dokładnie w jakich okolicznościach go poznałam. Teraz, po latach wiem, że przez Leszka, z którym miałam szczęście być bliżej . Właściwie obaj Chłopcy nieomal się zdawali Jednością – tak bardzo podobni – może niezupełnie fizycznie – ale ten sam temperament, wielka inteligencja, radość życia , empatia , wielość zainteresowań i potrzeba integrowania wszystkich . 

Był niewysoki, dość masywnie zbudowany, wiecznie radosny , tryskający energią i wielką zaraźliwą siłą ducha.

To on był naszym prowodyrem, ojcem duchowym szaleństw.  Tworzyliśmy wtedy paczkę kumpli.

Użyłam określenia – szaleństwa. Uśmiecham się teraz do tych wspomnień z przeszłości. Jakież one były niewinne a ile dawały niezapomnianej dziecięcej radości .

Na przykład jednego dnia Kajtek rzucał hasło- na Kiciusia !!!

Więc po zajęciach rzucaliśmy się gromadką do drzwi wyjściowych z Collegium Anatomicum. Był zwykle późny wieczór.

Szliśmy ulicami Poznania, podziwiając jak pięknieje miasto w rozpalających się światłach. Trasa była dość długa, może ze 2-3 km.

Przemierzaliśmy jedną z głównych ulic zwaną wtedy Armii Czerwonej obecnie Św. Marcina i docieraliśmy do Kiciusia.

Był to niewielki bar, położony po lewej stronie ulicy, idąc w kierunku Starego Miasta.  Ulokowany  na parterze wielkiej kamienicy stanowił  w naszych latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia nowy element w krajobrazie miasta.  Miał lśniące wielkie szyby i wyraźny napis- Kiciuś. Nie było tam alkoholu a jedynie wyroby cukiernicze. Jednak największym hitem w tamtych czasach były cocktaile mleczne. Dla nas to była niezwykła nowość,  wielka pycha z pianką. Oczywiście zajmowaliśmy kilka stolików , zamawialiśmy coctaile. Czekaliśmy łykając ślinkę i gadaliśmy. W ogóle nie zapamiętałam naszych rozmów, ale nastrój był wesoły a nawet wesołkowaty. Musieliśmy odparowywać ciężkie doznania nauki anatomii, ponure sekcje i wydalić z siebie odór formaliny, którym nasiąkaliśmy w Anatomicum.

Po bardzo wielu latach odwiedziłam Poznań. Nie miałam nadziei, że Kiciuś jeszcze „żyje”. Wokół tyle się zmieniało,  przyszły nowe inne czasy.

Ale nie dowierzałam własnym oczom, gdy ujrzałam Kiciusia.  Był  i czekał jak zwykle.

To niesamowite uczucie, gdy się odnajdzie dowód , nawet maleńki , na to, że jednak nie wszystko przemija….

Opublikowane w Lipiec 15, 2012 przez Zofia Konopielko

Na medycznej ścieżce. Kajtek i filharmonia.

I jeszcze o naszych czasach z Kajtkiem. Ten chłopak nie mieścił się w żadnych ramach, jego impulsywna osobowość burzyła się jak piwo niecierpliwie nalewane do szklanki, wypływała na zewnątrz, zagarniając nas bez reszty. Proszę mi wybaczyć to porównanie, ale właśnie tak wspominam te młodzieńczo szalone lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku…

Kiedy Kajtek rzucał hasło – dzisiaj muzyka, wiedzieliśmy, że czeka nas uczta w Filharmonii. Koncerty filharmoniczne odbywały się w Auli Uniwersytetu Poznańskiego. Docieraliśmy tam jak zwykle per pedes, zatapialiśmy się w tłum bardzo eleganckich mieszkańców Poznania. Mieliśmy na sobie zwykłe łachy codzienne, nieustannie nosiłam  kraciastą albo burozieloną luźną koszulę, w której zatracałam osobowość żeńską a stawałam się zwykłym sztubakiem o charakterze uniseks. Czasy zresztą był zgrzebne co odpowiadało mojej osobowości, bo nigdy nie lubiłam się stroić.

Opublikowane w Lipiec 19, 2012 przez Zofia Konopielko

Na medycznej ścieżce. Muzyka i Kajtek.

Gdy przekraczaliśmy próg Filharmonii, zagarniał nas wielki świat. Już nie baraszkowaliśmy jak zwykle, ale poważnie zajmowaliśmy miejsca na parterze ogromnej wielkiej sali.

I była tylko muzyka. Tam słuchałam jak gra i oglądałam piękną młodą dziewczynę z długimi, kruczoczarnymi włosami, odkrycie w świecie muzycznym, która nazywała się Martha Argerich. Ileż minęło już lat, a ona stale koncertuje. I nadal jest piękna,  może tylko trochę inaczej…

Po koncertach Kajtek  zrywał się z miejsca i inicjował spontaniczne wielkie wszechogarniające brawa. Potem pędziliśmy za nim za kulisy. Tam jeszcze raz gratulował artystom i prosił o autografy. Wcześniej zaopatrywaliśmy się w programy. Ustawialiśmy się za Kajtkiem grzecznie w kolejce po upragniony podpis światowych sław.

Muszę zajrzeć do naszych programów teatralnych zbieranych przez Mirka i schowanych w tekturowej walizce z dawnych czasów. Leży ona w pawlaczu szafy w naszej nadbużańskiej posiadłości, w Gulczewie. Może znajdę tam program sprzed ponad 40 lat z podpisem  wielkiej pianistki, może nie, nie wiem…

Opublikowane w Lipiec 21, 2012 przez Zofia Konopielko

Na medycznej ścieżce. Wielka pianistka i przepiękna kobieta – Marta Argerich

Z koncertów filharmonicznych w czasach poznańskich ( 1965-1967)  najlepiej zapamiętałam niezwykłą,  dynamiczną przepiękną pianistkę – Martę Argerich.

Od czasu, gdy widziałam ją na scenie i słuchałam jak gra, minęło już tyle lat. Od tej pory sama zmieniłam się tak bardzo, że trudno było mi uwierzyć, że ta pianistka jest nadal w tak świetnej formie. A ona jest aktywna, stale występuje, niedawno koncertowała w Warszawie.

Niestety, nie byłam na jej koncercie, ale bratowa mojego męża – Grażyna zdała mi relację z tego wydarzenia. Obejrzałam też fragmenty w telewizji.  Marta Argerich zachowała młodzieńczy temperament i znakomitą technikę gry.  Zachwycała wszystkich urodą , piękną sylwetką . Była młodzieńcza , szczupła, gibka, elastyczna  jak kiedyś. Jedynie kruczoczarne włosy zamieniła na  burzę siwych . Po prostu jest zjawiskiem …

 Zachowałam ją w  pamięci jak  piękny element mojego snu. Mojego młodzieńczego, snu o pierwszych nasyconych wrażeniami, latach studenckich .

I tak wędrując teraz w wyobraźni moimi poznańskimi ścieżkami spotkałam Ją, Wielką Damę czarno białej klawiatury.( tu następuje opis jej sylwetki , którego już nie podaję )

Dziękuję Ci, Kajtku za to, że pokazałeś mi świat wielkiej  muzyki – bo grałam na pianinie, słuchałam radia, ale na koncertach zaczęłam bywać za Twoją sprawą . Na pewno mnie słyszysz , choć pewnie już nie pamiętasz – jak większość kolegów z poznańskich studiów….

Powtarzam się, ale muszę, bo to ważne – dobrze się stało, że spotkaliśmy się z Jurkiem, Leszkiem i Mariolką po 50 latach – i jesteśmy teraz tu, zjednoczeni wspomnieniami …..

Leszku, a teraz Twoja kolej, opowiadaj – jak napisałam we wstępie – to – co i jak opowiadasz jest gotowym scenariuszem do filmu – nie tylko biograficznego ale też historycznego a zarazem kryminalnego  :

Leszku !!!! dałam swoje podtytuły –  jeśli się nie zgadzasz – napisz – wprowadzimy korektę wg Twojej woli !!!!!!!!!!

 KAJTEK ( KAZIMIERZ !) PETRYKOWSKI

 Wszyscy pamiętamy naszego pierwszego i najlepszego starostę Roku wybranego już w październiku 1965 roku.( nie ujmując koledze Ratajskiemu i naszej obecnej miłościwie nam panującej starościnie Alicji Kaczmarek).

Wszyscy Go pamiętamy jako faceta żywiołowego, zawsze pogodnego, rozwiązującego łatwo wszystkie problemy. Faceta który był autentycznie dla wszystkich życzliwy i który na pewno nie miał wśród nas wrogów. Tragiczna samobójcza tajemnicza śmierć nas wszystkich zaskoczyła. Nie mówi się o sprawach tajemniczych i niewyjaśnionych. Chciałbym o Kajtku napisać trochę moich wspomnień i może rzucić światło na Jego tajemniczą tragiczną śmierć.

NASZ KOLEGA ANDRZEJ HYŻY

   Zacznę niestety od Andrzeja Hyżego – bo to z Nim wiąże się tragiczna śmierć  Kajtka. Gdy po spraniu mnie po gębie przez Olę odszedłem z grupy 15-tej, przeniosłem się do pierwszej, gdzie był Andrzej Hyży. Uzyskał On 120 punktów na egzaminie wstępnym i dla mnie był wzorem niedoścignionym. Wówczas, ale nie po śmierci Kajtka. Dlaczego był wzorem tylko wtedy, to później. Na drugim roku razem z Andrzejem zaczęliśmy równolegle studia na Uniwerku na chemii. Mi przeszło po kilku miesiącach, ale Andrzej dociągnął do końca i też przerwał.

DYSKUSJE O LEMIE

   Prawie cały czas do śmierci Kajtka chodziliśmy we trójkę  z Andrzejem między Obozową i Gospodą Targową na Grunwaldzie, gdzie obaj najpierw osobno  potem wspólnie mieszkali. Dyskutowaliśmy o Lemie i gdy ja się zatrzymałem na „pilocie Pirxie „,  Oni przedstawiali wyższość „Dzienników znalezionych w wannie”.

O ZAANGAŻOWANIU POLITYCZNYM

Przed śmiercią Kajtek mieszkał w jednym dwuosobowym pokoju z Andrzejem, co było rzadkością. Kajtek nigdy nie angażował się politycznie, a  Andrzej wciągnął  mnie do ZMS ( skrót od nazwy  Związku Młodzieży Socjalistycznej – przyp. Z. K. )i nawet organizowałem Studencki Ośrodek Dyskusyjny. Gdy nie chciałem podpisać tzw. „deklaracji potępiającej   wichrzycieli i młodzież  bananową”  przyniesionej z KW PZPR ( Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej –  która zresztą z prawdziwymi robotnikami nie miała wiele wspólnego – przyp. Z. K. ) przez szefa ZMS   tow. ?Piszczka. Nawet Andrzej nie mógł mnie obronić, bo mówił mi że „taka jest teraz potrzeba”. Niech mu tam.  Zostałem usunięty z ZMS-u.  Po wyrzuceniu nie chciano mnie puścić na praktykę do Anglii. I tak w końcu pojechałem bo Marek Lehmann zrezygnował na rzecz Szwajcarii a nikogo innego z angielskim nie mieli.

                  Dlaczego ten długi wstęp?. Andrzej był członkiem miłościwie wówczas panującej przodującej siły Narodu ( tak nazywano oficjalnie i a przez ogół ludzi – prześmiewczo –  PZPR – przyp. Z. K. ) .  Andrzej Hyży był głęboko przekonany o słuszności idei. Po Marcu 1968 roku moje kontakty z Andrzejem się rozluźniły, ale nadal w pewien sposób szanowaliśmy się.

                  Tak długi wstęp do Kajtka był potrzebny,  żeby zobaczyć Jego miejsce przed tragiczną             śmiercią.

Kajtek najbardziej przyjaźnił się z Bolkiem Stawnym. Choć uważałem Go za swojego drugiego, po Andrzeju idola.

JAK POZNAŁEM KAJTKA

Poznaliśmy się jeszcze przed Jego wyborem na Starostę Roku. Zawsze się spóźniałem. Anatomia była o 3-ciej i o tej porze na bimbach ( pieszczotliwa nazywa poznańskich tramwajów – przyp. Z. K. ) wisiały „winogrona”. ( tak mówiło się potocznie o żywej masie ludzkiej skłębionej  przy wejściu do tramwaju – bo taboru było za mało, autobusy i tramwaje jeździły wolno a drzwi nie były zamykane przez motorniczego – więc nadmiar wisiał ledwie się trzymając – albo nawet lokował na zderzakach – przyp . Z. K. – dla młodszych czytelników, którzy nie mogli tego widzieć )  Byłem wśród nich. Tuż przed przystankiem na Przybyszewskiego po prostu odpadłem. Ktoś popchnął? Straciłem równowagę, patrzyłem tylko by nie wpaść pod kola. Ledwo wstałem podbiegł do mnie chłopak z roku, pomógł się otrzepać i razem jeszcze do tej „13”-tki się wepchaliśmy. To był Kajtek na którego z przekonaniem później również głosowałem.

DYSKUSJE NAD ARTYKUŁAMI  REMA

                   Pamiętam najpierw gorące z Nim dyskusje o artykułach z Życia Literackiego: „Viola da gamba” i „Viola d’amore” pisane przez niejakiego Rema. Przemycał ciekawe spojrzenia na system choć potem okazał się być rzecznikiem rządu Jaruzelskiego – to ten, który informował że „rząd się wyżywi”. Wtedy jeszcze w latach 60-tych był ciekawą jakby opozycją.

KONCERTY W POZNAŃSKIEJ FILHARMONII

                  Chodziliśmy na Koncerty Poznańskie z Mariolą Hołoga i Tereską Tulecką. Tam spotkaliśmy Kajtka i odtąd chodziliśmy razem. Kajtek wspaniale interpretował np. Vivaldiego „Cztery Pory Roku”, Symfonie Beethovena i Koncerty Czajkowskiego. Zarażał nas swoją wyobraźnią. Na koncerty wchodziliśmy tajemnymi wejściami bez biletów. Na konkursie Wieniawskiego chyba w 1967 roku  razem z Kajtkiem po przejściu przez Collegium Juridicum i garderobę artystów z jaskółki  ( tak nazywano najwyższe piętro w teatrze, operze czy filharmonii , często nieomal przyczepione pod sufitem – zwykle  przypominające gniazdo jaskółki – z bardzo słabą widocznością ale za to bardzo tanie  – przyp. Z. K. ) wypatrzyliśmy dwa wolne miejsca w pierwszym rzędzie obok Profesor Ireny Dubiskiej na finałowym koncercie. Usiedliśmy jak najważniejsi goście. No bo przecież na te miejsca nie trzeba było kupować biletów. Głośno i długo biliśmy brawa wspaniałemu Rosjaninowi (muszę sprawdzić nazwisko) ale Pani Dubiska patrzyła na nas zgorszona jak na komunistycznych prowokatorów.. Wtedy pierwszy raz widzieliśmy i słuchaliśmy wspaniałego Konstantego Kulkę.

POCHODZENIE KAJTKA

                 Kajtek pochodził z biednej rodziny o której niechętnie opowiadał ale to było widać. Czasem zapraszałem Go na Obozową do Cioci, ale chyba lepiej czuł się gdzie indziej. Myślę, że ten tajemniczy kolega Marioli za którego zjadłem u Jej Mamy obiad, to właśnie był Kajtek. On nigdy sam się nie narzucał, ale czasem razem chodziliśmy na tzw. „zupy” lub „resztki” do stołówki w Parku Kasprzaka. (obecnie Park Wilsona – przyp. Z. K. )

KAJTEK NAJLEPSZYM STUDENTEM NA MEDYCYNIE

BO „TA WIEDZA JEST PRAWDZIWA I POTRZEBNA „

                Kajtek miał same bardzo dobre oceny.. Był najlepszy na roku. Nauka i egzaminy przychodziły  Mu niezmiernie łatwo. Naprawdę był bardzo zdolny. Kiedyś mi powiedział, że repetował którąś  klasę w szkole średniej i miał słabe stopnie. Nie chciało mi się wierzyć. Zresztą też na studia się dostał  z nie najlepszymi ocenami. Powiedział , że szkoda było mu czasu by uczyć się nieważnych rzeczy. Teraz na medycynie to jest prawdziwa i potrzebna wiedza – to było Jego zdanie.  Chłonął Ją całym sobą. Tak samo jak kulturalne życie Poznania.

POZA MEDYCYNĄ STUDIUJEMY PSYCHOLOGIĘ

 Gdy na trzecim roku zapisał się na psychologię zapisałem się z Nim.  Chodziliśmy razem na statystykę, filozofię, matematykę  ale do dziś pamiętam wykłady i prace z osobowości. Nasza edukacja zakończyła się po roku, bo Kajtek powiedział, że „nie będzie stawiał browaru, gdy chce tylko wypić  piwo”. Ja napisałem pracę o osobowości noworodka i niemowlęcia, o czym teraz mówi w Poznaniu Profesor Monika Brzezińska z Katedry Psychologii Wieku Rozwojowego. (słuchajcie Jej wykładów na SWPS – świetne – chyba trochę ze mnie zerżnęła…)  🙂

NURKOWANIE

                    Ponieważ z Kajtkiem stwierdziliśmy, że mamy jeszcze trochę czasu chodziliśmy razem na kurs żeglarski prowadzony w Radzie Okręgowej przez Marka Orkiszewskiego (późniejszego niepokornego docenta chirurga dziecięcego) i na kurs dla płetwonurków.

 To zamiłowanie do nurkowania Kajtka pośrednio zgubiło. Po kursie uczestnicy mieli jechać na obóz do Jugosławii. Ja też miałem jechać  z Kajtkiem ale wydawało mi się za drogo.  A poza tym przede wszystkim w ostatniej chwili dostałem praktykę do Glasgow. Teraz pracowałem kilka miesięcy w tym samym szpitalu i spotkałem Mr Spencera, któremu 50 lat wcześniej asystowałem do Jego pierwszych samodzielnych operacji. Może i dzięki temu, że nie pojechałem z Kajtkiem ja żyję do dziś gdy On odszedł?

EUROPEJSKIE WOJAŻE KAJTKA I NIEROZWIĄZANA ZAGADKA

    Nie wiem skąd Kajtek miał forsę, bo na pewno Rodzice Mu nie dali. Może tu ktoś Go za coś zasponsorował? Jak wrócił i spotkaliśmy się na początku października to z entuzjazmem opowiadał, że po tym obozie się urwał i zjeździł całą Europę. Wiedeń, Niemcy, Paryż przez całe dwa miesiące. Gdy Go  spytałem za co jeździł, to mówił, że trochę pracował i że „zawsze jakieś pieniądze się znajdą”, Zazdrościłem Mu jego włóczęgowskiej duszy, ale nie zdawałem sobie sprawy jaką cenę za to musiał zapłacić. Nie chcę nic sugerować, ale pewno znów ktoś Mu musiał dać jakąś kasę. Może z drugiej strony?

ANDRZEJ, KAJTEK W PUŁAPCE  I MOJE ROZWAŻANIA

    I tu powrót do Andrzeja.  Kajtek do tego czasu mieszkał chyba z Winicjuszem Kozłowskim i jeszcze kimś. Po powrocie z Zachodu dostał dwójkę  razem z Andrzejem. Kajtek, całkowite zaprzeczenie politycznego zaangażowania z głęboko zaangażowanym członkiem partii. Obaj nie żyją, więc mogę sobie pozwolić na moją analizę tego, co się z Kajtkiem stało. Andrzej mówił mi, że Kajtek jest w depresji. Mogę podejrzewać, że albo partia chciała z Kajtka zrobić TW ale raczej to te nieznane pieniądze z Wiednia Kajtka zgubiły. Myślę, że ktoś mógł na Niego naciskać, żeby się wywiązywał ze zobowiązań na rzecz tzw. „Zachodu” a Andrzej dostał polecenie pilnowania Go. Kajtek  był  w pułapce. Zamknął się w sobie. Już nie chodziliśmy na koncerty, żadne zajęcia dodatkowe, żadne spotkania.

                   W KAJTKU WIDZIAŁEM JAKBY „ ZASZCZUTEGO PSA” . NIE ROZMAWIAŁ Z NIKIM , TYLKO Z ANDRZEJEM .

SZPITAL PSYCHIATRYCZNY

  Pamiętacie wszyscy że znalazł się w Szpitalu Psychiatrycznym na Śląsku?  Chyba był tam dwa razy. Po pierwszym krótkim pobycie szybko nadrobił zaległości, ale potem poszedł na dłużej. Gdy Go widziałem między tymi pobytami, wydawał się spokojny ale już nie tak entuzjastyczny. Jakby gryzła Go jakaś tajemnica. Zmiana była zbyt widoczna i zdecydowanie wiązałem to z Jego pobytem na obozie płetwonurków i późniejszym wyrwaniu się na Zachód. Tak. Odniosłem wrażenie, że On wcale nie jest chory psychicznie a tylko symuluje. Dla mnie to była jakby chęć schowania się przed czymś za zasłona rzekomych zaburzeń psychicznych. Widział na psychiatrii swoje bezpieczne miejsce, bo tam nikt Go nie mógł dosięgnąć mógł swoje zagubienie składać na karb rzekomej choroby. Dlaczego chcieli Go zwolnic? Dlaczego nie powiedział lekarzom o przyczynach swojego ukrywania się?  A może lekarze też dostali jakieś polecenia i też się bali o siebie? .Wiemy wszyscy ze Kajtek  powiesił się w łazience w Szpitalu z wypisem w ręku….

DLACZEGO KAJTEK ODSZEDŁ ?

Wydaje mi się, że nie widział już dla siebie wyjścia. Ktoś mógł Go szantażować, może grozić Jego Rodzinie i Kajtek już nie widział innego sposobu żeby to wszystko ratować. Która strona? Może obie? Kajtek czuł się w potrzasku bez wyjścia między siłami silniejszymi od Niego. On zawsze wygrywał. Był na studiach najlepszy a trafił na siły potężniejsze. Jestem pewien, że mam racje, bo zbyt dobrze Kajtka znałem. Widząc i pamiętając jego optymizm, żywiołowość i autentyczną fascynację medycyną, przyczyną Jego samobójczej śmierci nie mogła być choroba psychiczna.  Moim zdaniem stał się ofiarą własnego przekonania, że Jemu musi się wszystko udać. Gdy znalazł się w sytuacji bez wyjścia, skończył ze sobą.

CO POWIEDZIAŁ PO LATACH ANDRZEJ

Te moje przypuszczenia potwierdziła po kilku latach rozmowa z Andrzejem, gdy Go wprost się spytałem, czy Kajtek zginął  przez depresję. – Nie, było coś silniejszego od nas wszystkich, padła Andrzeja skąpa odpowiedź. Nie chciał powiedzieć co i tę tajemnicę zabrał już  do grobu..

POGRZEB KAJTKA

     Na pogrzeb Kajtka pojechało nas kilkanaście osób z roku. Bez Andrzeja Hyżego z którym przecież mieszkał do końca. Czy Andrzej czuł się winny? Nie wiem i nie sądzę, bo nawet gdyby chciał nie mógł  Kajtkowi w niczym pomóc.. Nasz wielki żal i smutek, gdy trumna z Kajtkiem była składana do ziemi. Łzy same ciekły całej naszej delegacji. Pamiętam, był ksiądz. A wtedy samobójców nie chowano z Księdzem. Może był to wpływ Jego rodziny, ale Ksiądz był stary i jakby dobrze znał Kajtka. Mówił o krótkim życiu które musiało się skończyć. Brzmiało to jakoś dwuznacznie.. Może Kajtek Mu się spowiadał przed śmiercią? . Żal ogromny. Siedzieliśmy z Jego Rodzin przy wspólnym stole. Opowiadaliśmy Im jaki Kajtek był wspaniały. Trudno było coś więcej mówić, bo Jego Rodzice ciągle płakali. Nie pamiętam, czy miał rodzeństwo, ale chyba tak..

NASZ POWRÓT Z POGRZEBU

    Wracaliśmy pociągiem ze Śląska do Poznania nocą. Chyba ze 16 osób w jednym przedziale, Na pewno był Bolek Stawny ze swoją przyszłą Żoną bo pamiętam, jak swoimi butami siedząc na półce, wycierał nogi o moją czuprynę, co  mi absolutnie nie przeszkadzało. Była Mariola Hołoga, nie pamiętam czy Tereska Tulecka, choć były nierozłączne. Może odezwie się ktoś jeszcze którego nie pamiętam?  Przez całe chyba  ze 6 godzin śpiewaliśmy piosenki studenckie. Było nam naprawdę ciężko i trzeba to było jakoś rozładować. To był jakby hymn dla Kajtka. Jak już Jego nie było uczciliśmy Go śpiewem. To był jakby „najweselszy powrót z pogrzebu”. Nie żałuję. Śpiewaliśmy dla Kajtka. Na pewno by sobie tego życzył…                                                    

 

Kajtek mógł być wspaniałym mądrym, współczującym, wykształconym, kompetentnym lekarzem. Chyba nawet rozmawialiśmy o chirurgii, która problemy rozwiązuje radykalnymi cięciami, jak On to opowiadał.

                      Jak  zakończyć? Cześć  Jego pamięci brzmi zbyt banalnie…

 Leszek Milanowski. Birmingham październik 2018. Pół wieku po…

 

 

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 10 ). Wspomnienie o Teresie Gawrońskiej.

Kochani !

Jeśli Ktoś z Was już tu zajrzał wczoraj, może się zdziwić, że dołączyłam do Leszka.

Wybaczcie Wszyscy.

Miałam zamiar zostawić Go samego z tą opowieścią, ale obudziłam się rano z postanowieniem, że nie mogę. To nic, że ta „ kartka „ z Leszkowego pamiętnika jest długa, ale chcę Mu towarzyszyć. To jak spotkanie i wspólny spacer pod rękę – jakże inny niż samotność – teraz to doceniam. Albo jak intymna rozmowa wieczorową porą i bliskość i opowiadanie o sobie i swoich bliskich …rozmowa ….

Dziwnym zrządzeniem Losu tu się spotkaliśmy – Mariolka, Jurek, Ty Leszku i ja. Zadziwiające jak bardzo jesteśmy do siebie podobni – mamy tę samą potrzebę rozmowy –  o sobie, swoich losach i o Kolegach , szczególnie tych, którzy przedwcześnie nas opuścili – zapamiętaliśmy tych samych ludzi  – pomimo licznego roku. I chcemy utrwalać pamięć , by Ci którzy odeszli nie rozpłynęli się w niebycie – właściwie żyjący tylko w naszej i swoich Bliskich pamięci – by istnieli dalej . I czuję radość, że wróciłam do Was i  widzę  że te nasze  trzy pierwsze lata na wspólnej uczelni ( potem wyjechałam )  – Akademii Medycznej w Poznaniu stały się tak intensywne i tak dla nas Wspólne i że mogę za pośrednictwem tego blogu te nasze wspomnienia wysyłać w wirtualną przestrzeń ocalając od zapomnienia ….

O Teresce – tragicznie zmarłej w młodości naszej koleżance –  rozmawialiśmy już od pewnego czasu – a właściwie od momentu  naszego powtórnego spotkania po 50 latach  –  Leszek z czułością, Jurek , z męską oceną , że piękna, silna, zdecydowana , zawsze z planem na życie a jednocześnie z głosem w którym była i stal, szkło i aksamit.  Nigdy nie byłam z Nią blisko – ale mam Ją stale w oczach – bo była  zjawiskowej urody –  krucha i właściwie przezroczysta – z bardzo jasną karnacją i półdługimi prostymi włosami w kolorze nici babiego lata – blond ale z jakimś światłem –  jawiła się jak istota nieziemska  – jak Anioł będący tu tylko na chwilę ….. i tak też było …..

Leszek już dawno napisał o Niej Wspomnienie , i tak jak ja swoje opowieści – wysłał koleżance z roku – Irenie, która przygotowuje wersję papierową naszych pamiętników . Nie wiem dlaczego przed rokiem też dostałam od Niego ten tekst. Czytałam ze wzruszeniem, bo tyle w nim było ciepła i osobistego zaangażowania. Gdy teraz, po przeszło roku od odnowienia naszej znajomości przyszła pora na zamieszczanie pamiętników w tym blogu –  okazało się, że nikt z nas, tu piszących tego tekstu nie ma. Wszystkim zaginął w starych laptopach. Prosiliśmy Irenę, by nam wysłała tę pierwotną wersję  , ale odpowiedziała, żebyśmy szukali w „ chmurze”. Więc poszukaliśmy ……

Leszek wpatrując się w chmury , odnalazł tę właściwą i w różnych pociągach angielskich – bo stale podróżuje wykonując operacje plastyczne w wielu miastach w Anglii – od czasu lata spisywał swoje wspomnienia po raz drugi . I jak każda wersja poprawiona i uzupełniona – ta jest  znakomita …..znacznie lepsza niż poprzednia, którą dobrze pamiętam. Oddaję Ci głos Leszku – opowiadaj ….   

Uwaga: jest to druga uzupełniona wersja o Teresce. Proszę Irenę, by wycofała poprzednią, choć zgadza się w zarysach.

             Egzamin wstępny zdawałem w sali Anatomii Patologicznej na Przybyszewskiego. Nie bałem się. W końcu same piątki ze wszystkiego i tylko 4 z matematyki przez potwierdzoną pomyłkę  w zadaniu, w Dąbrowszczaku w Kutnie.  Nie miałem komu dotychczas się tym pochwalić i jak widać lubię dobrze mówić o sobie, zwłaszcza, że u dzieci mam opinie repetenta, bo powtarzałem drugą klasę Szkoły Muzycznej w Kutnie. Będzie z tego historia o ksywie „Krowa”.

Zaliczyłem jeszcze kurs przygotowawczy na WySRolu. ( czyli Wyższej Szkole Rolniczej na poznańskich Winogradach – przyp. Z.K. )

Egzamin wstępny to konsekwencja poprzednich decyzji. Trzeba dać z siebie wszystko.

Biologia to niewiadoma, rosyjski lubiłem jak i niemiecki i angielski na które Mama mnie posyłała. Mówiła, że trzeba znać języki sąsiadów, wrogów i przyjaciół. Sama znała  francuski i niemiecki. Ojciec tylko niemiecki. Zgadnijcie o kim myślała po pobycie w obozach koncentracyjnych i jako nauczycielka historii zmuszona omijać milczeniem prawdę w  tamtej „świetlanej” rzeczywistości? . Zadania z fizyki i chemii trzeba rozwiązać.

             W tłumie oczekujących  znalazłem się przypadkiem obok ślicznej blondynki. Takiej typowej, o jakich dziś się mówi „mądra jak blondynka”.  Naprawdę cała trzęsła się ze strachu co się rzucało w oczy bardziej niż u innych. Złapała mnie za ramię. Teraz już się nie przyznam – czy przypadkiem nie z chęci Jej poderwania nawet w tak krytycznej chwili – ale wtedy raczej w moim naturalnym odruchu chęci pomocy potrzebującym , pokazałem swoją spolegliwą (za Kotarbińskim)  stronę.  ( Leszek już kilkakrotnie wspominał, że w tak młodym wieku przeczytał wszystkie dzieła profesora Kotarbińskiego – przyp. Z. K. )

– Niech Pani się nie boi. Przecież przygotowywała się Pani przez całą szkołę średnią, zdała Pani maturę, zrobiła Pani wszystko żeby do egzaminu przystąpić i musi Pani zdać. Chyba trochę się uspokoiła.

– Na sali nie mogłem Jej znaleźć. Mimo własnych problemów ciągle szukałem Jej wzrokiem. Mi przeszkadzał jakiś facet, który i tak się nie dostał. Widocznie był krótkowzroczny bo ciągle pokazywałem mu moje odpowiedzi.  🙂 

„Biologia a medycyna”-  zabrakło mi czasu. Genetyka, budowa komórki, nauka zachowań i odruchów ( bez Łysenki!) , doświadczenia na zwierzętach… trans pisania. Chyba  nawet zdania nie dokończyłem z braku czasu.

           Po kilku dniach rozmowa. Siedziało kilku poważnych facetów, a ten najważniejszy w środku spytał się skąd jestem.” – Z Kutna”.  „-. A, to tam stoi ten słup milowy?”

A ja bezczelnie:  „Nie, proszę Pana. Słup milowy stoi w Koninie w połowie drogi między Gnieznem a Kaliszem. Postawił go komes Dunin za czasów Władysława Hermana”.

Wtedy nie skojarzyłem, dlaczego pozostali członkowie komisji odwrócili głowy i jakoś miny im się zmieniły. Ja bylem zbyt napięty. Więcej pytań nie było. Tak to stałem się lepszy od Pana Rektora Michalkiewicza o czym dowiedziałem się później.

          Z rodzeństwem i Rodzicami pojechaliśmy pod namiot nad Bug. Do najbliższego telefonu było ponad 5 kilometrów. W dniu ogłoszenia wyników poszliśmy całą piątką do Siemiatycz by od Stryjka dowiedzieć się  o wyniki. Poczta, międzymiastowa, słabo słychać  ale radosny glos mojego Ojca Chrzestnego:

„Jesteś przyjęty”  . Moje pytanie::”- A na którym miejscu?. ” I dumna odpowiedz: „-  na 21-szym” 

We mnie jakby strzelił piorun. Co? dopiero na 21-szym? co źle napisałem? A tylko pierwsza dwudziestka ma odebrać indeksy na podium Filharmonii. I mnie tam nie będzie! Wakacje popsute do samego końca.  🙂

           Po przyjeździe do Poznania pierwsze kroki do Collegium Maius .  Tłumek przed tablica i jest moja blondynka! Znów się cala trzęsie. Ja spokojny choć przybity podchodzę i pytam: – Może ja pomogę Pani się znaleźć ? Jak Pani się nazywa?” ” – Teresa Gawrońska, a Ty?” „- Leszek”. Ja zaczynam ciągnąć palcem od góry, Ona od dołu coraz bardziej zdenerwowana i trzęsąca. Jest! spotkaliśmy się w połowie.

          Jaka odmiana! Rzuciła mi się na szyje, zaczęła całować – „to dzięki tobie, Lechu”. a ja ciągle myślałem o swojej „klęsce”. – Poczekaj na mnie chwile, muszę wejść do Sekretariatu. „Tylko Lechu się pospiesz” – odtąd już  tak zawsze mnie nazywała.  W sekretariacie pytam, czy można sprawdzić jakie wyniki mam z poszczególnych przedmiotów. Można.. wszystko pięć, tylko fizyka cztery pada odpowiedź..

– A czy ja mogę zobaczyć swoją pracę z fizyki, bo chcę wiedzieć gdzie popełniłem błąd?

– A uciekaj mi smarkaczu i ciesz się że jesteś przyjęty” rozbawiona Pani sekretarka wyrzuciła mnie z pokoju.

Jeszcze bardziej przybity i z depresją wychodzę  w czarnym nastroju, Tereska czeka a ja zamiast zaprosić Ją do kawiarni, odprowadziłem na przystanek i pojechałem smutny w drugą stronę.

          Potem znaleźliśmy się w jednej grupie. Zawsze się denerwowała – ale gdy wymienialiśmy na anatomii spojrzenia, to już ani Kiersz, ani Woźniak nie potrafili Jej zniszczyć. Dobrze się przygotowywała, choć ja już nie miałem do Niej serca za to, ze była świadkiem mojej „klęski”.

Potem szalona anatomia z Zosią w Palmiarni i Andrzejem R i o Teresce już nie myślałem. Gdzie mi tam do tak pięknej kobiety. Ma na pewno wielu lepszych ode mnie wielbicieli.

Zresztą Zosia była na pierwszym miejscu. Konkretna, logiczna, z dobrą pamięcią i wyobraźnią. Dobrze mi się z Nią uczyło i nie myśleliśmy o „głupotach” bo nie było czasu.. Nie wyobrażałem sobie możliwości nauki z Tereską. Zosia była najlepszą partnerką!

            Tereska zawsze wydawała mi się taka uduchowiona, naiwna,  egzaltowana, błądząca w obłokach blondynka na której próbował się mścić najpierw Woźniak na anatomii, a potem pewnie i inni asystenci zwracający uwagę na Jej urodę. Na pewno nie miała lekko, ale milo mi myśleć, że w pewności siebie i racjonalnego rozpoznania swoich możliwości  pomogło spotkanie ze mną. O ile wiem, nigdy nie powtarzała żadnego egzaminu, ale wyglądała na zawsze zdziwiona. Typowa „blondynka” z wyglądu  i na pierwszy rzut oka jak to się dziś mówi. Była w rzeczywistości zaprzeczeniem tego epitetu.

           Gdy przez Olę  zmieniłem grupę ( o tym nieporozumieniu , hańbiącym  a po latach śmiesznym wydarzeniu Leszek opowiedział w poprzednich wpisach – przyp. Z. K. ) , widywaliśmy się rzadziej, ale ta nić porozumienia i wsparcia została. Po dyplomie wyszła za mąż za naszego starszego o rok Kolegę, z którym zresztą jakiś czas potem pracowałem u Wojnerowicza.  Mieszkali po sąsiedzku na Obozowej w domku, w którym potem mieszkała Ela Wojnerowicz z Andrzejem Pawlakiem.

           

        W czasie ciąży uporczywe wymioty ciężarnych. Dostała Dolargan, zapaść, tragiczne odejście. Bylem świadkiem tragedii Zdzicha M. A mnie też to mocno przybiło. Jakby wtedy skończył się okres studiów, który z Nią się zaczął..

 

    Tereska była piękną kobietą, jednocześnie życzliwą, otwartą, nikomu nigdy źle nie życzyła. Nie była w stanie. To nie było w Jej charakterze. Ja będę Ją pamiętał zawsze i chciałbym, by pamięć o Niej przetrwała.  Choć to już ponad pół wieku od kiedy Ją poznałem. Nie wiem gdzie jest pochowana. Chciałbym postawić dla Niej świeczkę.

 

Dla mnie Tereska była taka „anielska”. Nie wiem, dlaczego się wokół Niej nie zakręciłem. Walka z anatomią wspólnie z Zosią w Palmiarni doprowadziła nas w wyższe sfery wzajemnej fascynacji. Nie było czasu na romanse. Niestety także z Zosią. Ale byłem głupi! Po zawale i reanimacji w Kilonii u Profesora Hammelmanna w 32 roku życia zmądrzałem. Zdecydowanie za późno…

 PS : pisane w pociągach między Londynem, Birmingham, Norwich, Chesterfield latem 2018 roku.

zdjęcia własne

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 9 ) . Przypowieść o tym jak Dobro rodzi Dobro.

Drogi Leszku !

Najpierw będzie o rozterkach ” redaktora „, – oczywiście to ostatnie określenie podaję w cudzysłowie – bo jestem tylko skromną gospodynią tego blogu 🙂

Od  dzisiejszego świtu,  a właściwie od wczorajszego dnia  przeżywałam wahania w rozmyślaniach i podjęciu decyzji bo :  po pierwsze wydało mi się, że nie powinnam pisać nic od siebie –  Twój tekst jest napełniony wszystkim co ważne – otwiera tak dużo dalszego myślenia , że każde moje słowo może być profanacją. A po drugie – rozważałam – jaki nadać tytuł tej kartce z Twojego Pamiętnika – czy Twoją jajecznicę która ratowała ? życie , czy słowa Bartoszewskiego , które cytujesz ? .  

Jednak ostatecznie ustaliwszy  sama ze sobą 🙂  , że pomimo wszystko  trochę pogadam i dam swój tytuł a cały  Twój tekst  znajdzie się  pod zdjęciem – wydaję „na światło dzienne” tę znakomitą opowieść od Dobru które rodzi Dobro …..

Licząc na wyrozumiałość w tych kwestiach – bo pomimo  bojowej natury jesteś Człowiekiem gołębiego serca – oddaję Ci głos :  

 

 

WARTO BYĆ ŻYCZLIWYM  (parafraza z prof. Władysława Bartoszewskiego) czyli :

JAK JAJECZNICA RATOWAŁA  ? ŻYCIE

 Nigdy nie wiemy jak nasze zachowanie może wpłynąć na nasze lub czyjeś losy. Jak nie wcześniej to może i po latach.

   Na początek listopada moja córka miała termin porodu. W połowie miesiąca pojedyncze skurcze, wydawało się, że wody odeszły, ale nie została przyjęta do porodu. Bardzo dobra I życzliwa ginekolog dr B. opiekująca się córką, dała skierowanie na stymulacje, bo było już  po terminie.  Przyjęta do Raszei (tak w skrócie nazywają poznaniacy  szpital im. Raszei – przyp. Z. K. ),  ale dyżurny ginekolog zignorował  Jej wskazania I kazał czekać. To był czwartek rano. Dzwoniłem do Niego z Londynu, przedstawiłem się, poprosiłem o opiekę, powiedziałem o skierowaniu ale zostałem zignorowany. 

Załatwiłem sobie zastępstwa I w czwartek wieczorem poleciałem z Londynu do Poznania. Na szczęście Pani dr B. zdecydowała że sama w piątek zacznie stymulację porodu.

Zatrzymałem się w “Hotelu Włoskim” I od razu wykupiłem pokoje dla Jej  Mamy, z którą byłem rozwiedziony –  by zamieszkała wspólnie z Córką z mojego  pierwszego małżeństwa oraz dla mojego Syna z Żoną. Jako samotny, odrzucony “byk” ( pozostałość po ksywie “Krowa” ze szkoły ) miałem osobny pokój.

W piątek szczęśliwy poród,  piękna Wnuczka.  Planowany wypis na poniedziałek. W sobotę hucznie obchodziliśmy razem z teściową I mężem Córki  “18”-te urodziny mojej byłej Żony a w niedzielę Jej imieniny.  Wnuczka była dla Niej najwspanialszym prezentem.

W poniedziałek rano okazało się że Wnuczka ma szmery I musi mieć  ECHO serca.  Konsultująca kardiolog dziecięcy, dr . G była poza Poznaniem na konferencji, a dopiero w czwartek przychodzi  dr M. Córka z Wnuczką muszą pozostać  w szpitalu.

Ja miałem bilet powrotny na wtorek po południu. Muszę wrócić koniecznie, ale przecież szmery u Wnuczki nie pozwolą mi wyjechać, a nie mogę być dłużej nieobecny. W Anglii pacjenci są zapisywani  z dużym wyprzedzeniem I co najmniej ponad 20-tu miałoby przełożony termin z mojej winy. Przedłużenie przyjęcia pacjenta z podejrzeniem nowotworu ponad 2 tygodnie oznacza, że szpital  nie dostanie za tego pacjenta pieniędzy. Straty tysięcy funtów dla szpitala z mojej winy. Nie ma usprawiedliwienia. Typowy “paragraph 22”.

Więc telefon do ważnego K., powiedziałem że jestem lekarzem, że Stryjek był  tam kiedyś ordynatorem chirurgii dziecięcej. Odpowiedź zaskoczyła. Nie ma ostrych wskazań, nie ma potrzeby przywiezienia niemowlęcia na badanie, ma czekać do czwartku.

To kto jest najważniejszym kardiologiem dziecięcym w Poznaniu?  Jakaś profesor Aldona Śliwińska.  Jestem za stary by znać młodych poznańskich lekarzy. Moje pokolenie prawie w całości się już wykruszyło. Telefon do sekretariatu, ale Pani profesor w poniedziałek nie ma czasu. Przyjmuje prywatnie ale zapisy są a kilkanaście dni naprzód. Podałem nazwisko I sekretarka ostatecznie umówiła mnie z Nią w Klinice w sekretariacie na popołudnie zaznaczając, że mam być punktualnie, bo Pani Profesor ma wykład.

Na trzęsących nogach wchodzę do gabinetu, bez większych nadziei  przedstawiam swoja gorącą prośbę o pilne ECHO w Klinice. Przecież Pani Profesor  najlepiej ocenia szmery u noworodka które w 90% mijają po kilku dniach (przewód Botalla ), ale nie można wykluczyć poważnej wady. Ważna jest dynamika I dlatego ECHO pozwala na rozpoznanie zagrożeń  i ew. wskazań  do interwencji.

  • Proszę usiąść.

Siadam na brzegu fotela z podkurczonymi nogami obawiając się odmowy. Musze jutro wracać, a ECHO dopiero za 3 dni. Pada pytanie:

  • Czy Pan ma coś wspólnego z doktorem Milanowskim?
  • Tak, On I mój Ojciec byli braćmi i przez całe studia mieszkałem u Stryjków na Obozowej.
  • Proszę Pana, opowiem Panu pewna historię, zaczęła Pani Profesor. Po skończeniu studiów dyżurowałam w Pogotowiu I na pierwszy dzień stażu na chirurgii dziecięcej po nocnym   dyżurze, zmęczona, śpiąca zgłosiłam się do ORDYNATORA. Ten popatrzył  na mnie, spytał  dlaczego jestem zmęczona .  – Dziecko, Ty przecież musisz odpocząć,  powiedział .  Wezwał
  • salową, poprosił o przygotowanie dla mnie JAJECZNICY I jakiegoś tapczana żebym wypoczęła.

Jak to usłyszałem – usiadłem głęboko rozparty w fotelu, założyłem nogę na nogę i powiedziałem, że teraz to już za tą jajecznicę nie może Pani Profesor odmówić mojej prośbie. Kazała zgłosić się wieczorem tego samego dnia do Jej prywatnego gabinetu.

Wypis na własne życzenie. W Jej poczekalni długa kolejka, przyjęcie poza kolejnością,  badanie kliniczne, ECHO I od razu rozpoznanie. Fizjologia.  Cała Rodzina szczęśliwa. Żadnych pieniędzy nie chciała przyjąć. Spokojnie mogłem wracać do pracy.

Poszliśmy do Cioci, Profesor Milanowskiej pochwalić się Wnuczką  i podziękować za Jej Męża, śp. Dr Zbigniewa Milanowskiego. Była już  bardzo chora. Odeszła po 3 miesiącach, ale ta wiadomość ogromnie Ją ucieszyła. Myślę, że wówczas jeszcze raz pomyślała jakiego miała wspaniałego męża.

 Zdjęcia przyrody jak i wszystkie w tym blogu – własne 

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 8 ). Wspomnienie o Wojciechu Michałku – Grodzkim, Jego Ojcu – Stanisławie – twórcy polskiej chirurgii plastycznej.

Anatomicum w Poznaniu –  myśli  Hipokratesa płynące z jego popiersia nadal obecnego we wnętrzu miały być naszą ideą przewodnią . Chyba  zdaliśmy egzamin ? – Hipokrates milczy …..jedynie czasem odpowiadają nam nasi pacjenci którzy bywa, że po wielu latach  się odzywają i mówią,  że pamiętają  – a  my  mamy w oczach tych, którym pomóc nie umieliśmy …..

… i niezapomniane schody na których przesiadywaliśmy z książkami czekając a zajęcia . Tam się  po raz pierwszy spotkaliśmy i dojrzewaliśmy do dorosłego życia z medycyną …

… zdjęcia są Jurka, które specjalnie dla nas niedawno odwiedził Anatomicum i z myślą o nas fotografował ….

….  dziękuję …

W ostatnim pamiętnikowym swoim wpisie tu zamieszczonym – Jurek wrzucił krótkie wspomnienie   o naszym zmarłym nagle w młodym wieku  tajemniczym koledze  ze studiów na AM w Poznaniu ( lata 1965 – 1971) – Wojciechu Michałku – Grodzkim.

Niespodziewanie  uruchomił dalsze  wspomnienia – moje kiedyś już tu zapisane i teraźniejsze, dzięki kontaktom na Facebooku –  Leszka Milanowskiego.   

Wszyscy pamiętaliśmy Wojtka, bo razem „ cierpieliśmy  katusze” na „ lekcjach „ anatomii ale nic z Jurkiem  o nim nie wiedzieliśmy – poza tym, że był dumny ze swojego nazwiska.

Ponieważ zmarł bezpotomnie ( chyba ) i nie mamy kontaktu z Jego Rodziną rozpoczęliśmy poszukiwania Jego śladów w necie docierając jedynie do krótkiej informacji o osobie o tym ciekawym dwuczłonowym nazwisku – Stanisławie Michałku – Grodzkim, który był „ojcem” polskiej powojennej szkoły chirurgii plastycznej . Pomyśleliśmy, że może była to osoba z Rodziny Wojtka, a być może Ojciec.   

Leszek Milanowski – zdjęcie z netu.

Wszystko się wyjaśniło, gdy odezwał się wielce zapracowany w Anglii Leszek – chirurg plastyk , który w kilku  mailach i wpisach messengerowych napisał to, co poniżej :

Kochani, sorry, but I was very busy (angielska woda sodowa uderza do głowy).

Ojciec Wojtka Dr Stanisław Michałek–Grodzki był twórcą słynnego szpitala chirurgii plastycznej w Polanicy.

Jego pierwszym uczniem był słynny prof. Krauss. Gdy odrabiałem staże w Polanicy byłem dumny, że przyjaźniłem się z Jego synem. Piszę przyjaźniłem, może zbyt wielkie słowo ale imponowała mi Wojtka skromność, wyciszenie, spokój. Nigdy nie obnosił się że jest synem twórcy chirurgii plastycznej w Polsce. W Polanicy wszyscy Go za takiego uważali. Zresztą jest w annałach polskiej chirurgii plastycznej. Zaraz po wojnie, chyba jeszcze w 1945 a na pewno w 1946 roku nawiązał bardzo ściśle kontakty z profesorem Bazinka z Pragi, gdzie jeździł wraz z Krausem. Niestety bardzo szybko zmarł nagle.

Wojtek musiał się wychowywać  bez Ojca.

Delikatność operowania, unikanie chwytania tkanek pincetami a używanie ostrych haczyków do szycia np. skóry do dziś jest nazywane „technika profesora Bazinki z Pragi”. Wtedy jeszcze nie operowało się pod mikroskopem, pod którym dopiero dziś widać, jak wielkie są zmiażdżenia tkanek pensetami, co powoduje ich brzeżną martwicę, dłuższe gojenie i większe blizny pooperacyjne.

Jeszcze raz przepraszam za milczenie, ale z niecierpliwością czekam emerytalnego nieróbstwa, gdy będzie więcej czasu na kontakty.

Jeśli się ociągam, proszę o ostry „wytyk” na mój polski nr telefonu .

Coraz bardziej lubię te dyskusje i zdjęcia i Wasze spostrzeżenia, które są takie „polskie”.

 Wydaje mi się, że Wojtek musiałby dumny ze swego Ojca, choć tego nie okazywał. Stąd poprawianie niedouczonym asystentom swego nazwiska!!! .

i kolejny list od Leszka ….

                       O pracy Wojtka  w Szpitalu w Puszczykowie słyszałem od swego kuzyna, obecnie profesora K. – ortopedy z Warszawy, który swą karierę zaczynał w Puszczykówku. Wojtka konsultacje   były profesjonalne, wnikliwe i z zaufaniem proszono zawsze Wojtka o Jego opinię.

Nigdy już nie spotkaliśmy się, ale byłem dumny, że Wojtek to mój Kolega.

Słyszałem, że był samotnikiem, może to skutek tego, że nie zdążył poznać swego Ojca.

Ten zmarł nagle tuż po wojnie.

i jeszcze jedna opowieść Leszka ….

      Kiedyś rozmawiając z Ojcem , dowiedziałem się, że na jego roku kończącym studia w 1939  roku był Kornacki (prof. Ginekologii –  bokserski kibic, o którym inna opowieść), Wysocki i Preisler (profesorowie Interny), Mastyńska (doc. Chirurgii i filozofii), Borszewski (doc. Chirurgii, twórca poznańskiej urazówki,  Antoni Horst – ojciec Hanki ( naszej koleżanki z roku )  przy której zawsze czułem się onieśmielony a czułem, że traktował mnie po  przyjacielsku i na egzamin z patofizjologii specjalnie się przygotowałem, Dux (prof. Onkolog z Warszawy) i niestety słynny Entres, hitlerowski zbrodniarz.

 Padło też nazwisko Michałka-Grodzkiego i Wojtek mi to potwierdził.

 Ja swojego Ojca miałem prawie do końca ubiegłego wieku, a Wojtek nie mógł nawet swego poznać, bo Jego zmarł nagle pół wieku wcześniej chyba jeszcze w 1946 lub 1947 roku ( wg danych z netu – zmarł w 1951 roku, kiedy Wojtek miał 4 lata – przyp. Z. K. )

 Myślę, że wychowanie bez Ojca miało ogromny wpływ na Wojtka charakter i późniejsze losy.

Nasze Anatomicum teraz – jak dobrze, że jest i spełnia nadal swoją funkcję – to jakby nasza kotwica – tam wszystko się zaczęło…. nasze studia, ścieżka medyczna , znajomości, przyjaźnie z różnymi meandrami zapomnienia i odnowienia teraz 🙂  Zdjęcie od Jurka …

 

Ta pajęczyna …. myślenie o kręgu który zatoczyliśmy w życiu, by się spotkać teraz ….

Oboje z Jurkiem rozmyślamy nad naszą młodością. Jakże typowe to zjawisko, że wtedy się nie myśli o głębszych rozmowach z kolegami na tematy choćby rodzinne. Owszem była na naszym roku grupka rozbawionych od pierwszego dnia, znających się pewnie od dawna świeżo „ upieczonych „ studentów. Dawali nam do zrozumienia że są inną kastą ( a może tak to odbierałam ) – izolującą się od zahukanej reszty – każdy z rodowodem powszechnie znanym, choćby z powodu słynnych nazwisk które nosili.

Jedynie Jurek zachowywał się normalnie, był z pozoru skromnym chłopakiem – choć wszyscy wiedzieli, że Jego Ojciec już jest docentem w poznańskim Zakładzie Medycyny Sądowej. Ale jak widać, „ woda sodowa” nie uderzyła Mu do głowy – pewnie to świadczyło o wielkiej kulturze wyniesionej z domu . W naszej grupie studenckiej był też Leszek Milanowski – z Rodziny Profesorsko – Lekarskiej  – o czym w ogóle nie mówił – a dowiedziałam się dopiero teraz. Był wśród nas zwyczajnym, bardzo inteligentnym,  dowcipnym chłopakiem  !!!

No i wspominany tu Wojciech Michałek – Grodzki , który nic o sobie nam nie powiedział, był skromy i sam walczył z asystentami o godność nazwiska i zwyciężał !

Taki był mój ogląd kolegów z roku – jakby z zewnątrz – z dystansem i oceną na chłodno – choć bez kompleksów – a mogłam je mieć , bo byłam pierwszym medykiem w rodzinie, do Poznania przybyłam z niewielkiego stosunkowo Gorzowa – Matka – nauczycielka – wywodziła się w pierwszej linii z chłopów – beskidzkich górali a Tata z wileńskiej szlachty zaściankowej ….

Bo tak było i już jest na tym świecie, że ludzie z dużymi  tradycjami rodzinnymi zachowują się inaczej niż ci, którzy nagle robią karierę . Im wyżej stała rodzina – im głębiej zakorzeniona w inteligencji – tym bardziej była skłonna do bezpośrednich kontaktów z ludźmi  stojącymi jakby niżej. Najlepszym przykładem była moja Pani Profesor Teresa Wyszyńska z dwóch herbowych rodzin – Suchodolskich i Bogusławskich – nestor polskiej nefrologii dziecięcej – rozmawiała ze wszystkimi – także z salowymi jak równa z równym. Podobnie zachowywał się nasz Przyjaciel – prof. Witold Ramotowski – twórca polskich rozwiązań zespalania kości – człowiek „ orkiestra „ . Oto prawdziwa Klasa !!!

 Piszę o tym wszystkim nie tylko dlatego , by utrwalić moje myślenie ale też dla młodych, którzy czytają ten blog  . Może się zastanowią, może wyciągną wnioski – że warto się zatrzymać w pędzie przez życie – pochylić nawet nad najmniejszym – rozmawiać – opowiadać o sobie – bo pamięć ludzka jest krótka i zwiewna jak wiosenny wiatr – i pielęgnowanie wspomnień rodzinnych swoich i innych to jedno z najważniejszych w życiu zadań !!!

„ Szanujmy wspomnienia …” ktoś śpiewał – prawda to odwieczna …..

Z może spotkamy się na tej ławeczce …….

Zdjęcia przyrody  jak zwykle autorstwa gospodyni  bloga 🙂

 

 

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 7 ). Kociewskie korzenie – mocna opowieść o Dziadku.

Rodzinka Leszka Milanowskiego – zdjęcie z Facebooka . Pewnie Wszyscy zainteresowani tym co napisał Leszek nt korzeni  – a może wiedzą, bo Leszek lubi opowiadać … 

Wszystko zaczęło się od tego, że będąc w Jastarni, zwiedzałam nigdy nie wykorzystane w czasie II wojny światowej bunkry , z których jeden znajduje się dosłownie na plaży. Wówczas napisałam do Grupy na messengerze – że dowódcą polskiej Obrony Wybrzeża był Józef Unrug i to on, broniąc Helu tak długo jak tylko się dało – po upadku Warszawy – zdecydował się na kapitulację ..

Leszek natychmiast  podjął temat : A propos Unruga. W I Wojnie Światowej  był niemieckim dowódcą okrętu. Gdy powstała Polska organizował jej flotę i był dowódcą. Po II wojnie światowej, gdy dostał się do niewoli hitlerowcy chcieli by wrócił do nich. W obozie jenieckim zawsze żądał tłumacza, bo mówił że niemieckiego zapomniał. !!!

Ojciec jako Kociewiak mi o Nim opowiadał, bo w Unrugu płynęła kaszubską krew o ile mnie pamięć nie myli (  ojciec Józefa Unruga z rodziną przeniósł się z Brandenburgii do Żnina  i tam odkrył polskie korzenie– wg Wikipedii – przyp. Z. K. ). Jest wspaniały odcinek o Unrugu w „Historii bez Cenzury”.

Gdy zauważyłam Leszkowe :„ Tata był Kociewiakiem –  po od razu spragniona opowieści o Jego Rodzicach – ale też zaintrygowana tym , że Leszek napisał – Kociewiakiem , a nie Kaszubem  ( bijąc się w piersi muszę wspomnieć, że do tej pory sądziłam, iż to ten sam naród ) rzuciłam:

LESZKU wspomniałeś że Twój Tata z Kociewia – może coś opowiesz …

Leszek odpowiedział krótko ( tak bywa – odpowiada monosylabami, albo w ogóle się nie odzywa – wtedy wiemy, że jest bardzo zajęty operacjami plastycznymi piersi u kobiet po mastektomii ,  przywracając kobiecość niestety tylko Angielkom – a nie Polkom – ale to inna historia, o której wspominam niejako przy okazji – jeśli Ktoś nie czytał poprzednich kartek z Pamiętnika Leszka.) 

Dokładnie – Tata pochodził ze Starej Kiszewy. Pogranicze Kaszub i Kociewia.

Kociewiacy zaliczyli się do Kaszubów i Polaków bardziej równolegle –  gdy z Kociewiacy  używali podobnej mowy co Kaszubi lecz „bliższej” polskiego.

Czuli się Polakami bardziej niż dumni „samostojni” Kaszubi.

 A więc natychmiast studiuję to co w necie nt.   –  wrzucam tu tylko nikłe fragmenty – które dla mnie, nie historyka przecie – mają wartość bardziej emocjonalną.

Rozmyślam przy okazji  skąd się wziął  Ród Milanowskich  ? czy z ludów kultury wschodniopomorskiej – sprzed 1500 lat przed nową erą – których ślady odkryto w czasie prac archeologicznych na prastarym cmentarzu z grobami skrzynkowymi – nieopodal Zamku  Kiszewskiego  🙂 czy z rodów tak licznych tu panujących , bo chyba nie z Krzyżaków , którzy tu rezydowali w XIV wieku – boć to zakonnicy, jak pomnę . Choć w przypadku Leszka to chyba nie byłaby przeszkoda do spełniania obserwacji prof. Vetulaniego  :), a może po części Szwedem – bo też tu buszowali swojego czasu ???

*A – Kociewie –  to odrębny od Kaszub  region etnograficzno – kulturowy na Pomorzu Gdańskim, położony na lewym brzegu Wisły w dorzeczu Wdy i Wieprzycy, obejmujący wschodnią część Borów Tucholskich ….

* Wspomniana wieś –  Stara Kiszewa ( ponoć jej nazwa pochodzi od imienia męskiego Kiss  🙂 ), obecnie należy do  województwa pomorskiego ; jest  położona nad rzeką Wierzycą; po raz pierwszy wzmiankowana w dokumencie z 1281 roku, sygnowanym przez księcia pomorskiego Mściwoja II.

…. W 1296 roku Władysław Łokietek w oddał wieś we władanie Mikołajowi Jankowicowi , którego potomek w XIV wieku odstąpił ją w dożywotnią rentę Krzyżakom. Zbudowali oni w odległości 1,5 km od Starej Kiszewy, w zakolu rzeki Wierzycy, na dwóch niewysokich płaszczyznach pośród podmokłych łąk –  murowany zamek o charakterze obronnym oraz przedzamcze… Już nie będę zanudzała ciągiem dalszym historii , bo długa i ciekawa…. 

Może Leszek coś nam jeszcze opowie o wydarzeniach  które miały tam miejsce ?

Jeśli nie, to poczytamy https://pl.wikipedia.org/wiki/Stara_Kiszewa a może wybierzemy się do miejscowości, gdzie urodził się dr Milanowski Senior ? – jest tam co zwiedzać ….

Stare Kiszewo – herb, Zamek, Kościół św. Marcina z XIX wieku – zdjęcia z Wikipedii

 I tak odwijając ze spokojem te historyczne nitki docieramy wreszcie do sedna. Specjalnie „ zagaduję” to co ma być Leszkowe – mocne bardzo – by podać na końcu. Jego krótka opowieść – to dla mnie bomba  🙂

Zaraz się dowiemy , skąd w naturze Leszka taka waleczność, wielki patriotyzm ,  troska o kraj oraz krytyka stanu rzeczy i bezkompromisowość ……już płonę z niecierpliwości, byście i Wy poznali …..

 Więc wreszcie oddaję   Mu głos :

Opowiem ciekawą historię o moim pradziadku. Był wysokim potężnym mężczyzną i polskim patriotą. Pod koniec XIX wieku za HAKATY (siedziba była w Poznaniu w naszej obecnej AM) na 3 Maja chodził z biało-czerwona flaga i śpiewał ” Jeszcze Polska…” za co był sądzony i skazywany.

Na Mszy Św. niemiecki ksiądz w czasie kazania krzyczał i obrażał to. Stojąc pod ambona, ten wysoki mężczyzna wstał i zawołał do księdza „- Milcz sługo, gdy z Twym Panem rozmawiam!”.

Fajna lekcja dla nas, katolików w dzisiejszym doktrynalnym Kościele i dla Wałęsy. Szkoda, że Wałęsa tego nie powiedział, gdy w czasie mszy biskup i „prezydent” prowadzili swoją propagandę.

 

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 6 ). Meandry życia rodzinnego.

 

 Minęło trochę czasu od ostatniego wpisu z leszkowego pamiętnika .  Na razie nasz Kolega  milczy – może ma jakieś problemy a może tylko bardzo zajęty pracą czy rodzinnymi spotkaniami. Nie będziemy Go pytać, bo i tak nie pomożemy.  Ale z odległości która dzieli Polskę i Anglię i ostatnio jakby mentalnej, mówimy Tobie – trzymaj się , myślimy pozytywnie całą siłą naszego myślenia !

A teraz pora na tę „blogową kartkę” , która czeka od kilku dni , a zawarte w niej słowa Leszka tak wiele o Nim mówią i są niejako wykładem na temat ( może już dla nas nieprzydatnym – ale dla zaglądających tu Młodych – na pewno tak) – są pięknym Jego wykładem na temat jakże trudny „ jak można żyć” .

Temat znam z autopsji – trzy rodziny Brata – ile łez po drodze widziałam, ile mojej smuty – wiem jak ciężka jest to praca, by nadeszła akceptacja – BEZ CIEPŁA dawanego WSZYSTKIM KIEDYŚ bliskim – a przede wszystkim dzieciom – bez życiowej mądrości –  efekt , który uzyskałeś –  niemożliwy …

Podaję cały zaplanowany przed 10 dniami wpis pamiętnikowy , z moim listem do Leszka …

 Leszku kochany !  Pod ostatnim wpisie pamiętnikowym, gdzie był piękny i czuły list od Córki – Anuli oraz Twojego opisu , co potwierdza obecny tam  Jurek –  pogrzebu Twojej Cioci – Profesor Milanowskiej, kiedy to  szedłeś w kondukcie trzymając obie swoje byłe żony pod rękę  a potem w wielkim spokoju i komitywie wszyscy sobie rozmawialiście – Jurek będący świadkiem wydarzenia – był zadziwiony – jak tak można sobie ułożyć trudne przecież relacje rodzinne –  napisałeś długi komentarz z prośbą bym całości nie zamieszczała.  Wobec tego, komentarza  nie zaakceptowałam  ( dostaję mailem do moderacji) , ale wybrałam fragmenty i zgodnie z Twoją kiedyś wyrażoną zgodą pozwalam sobie podać  …..

 Oto one :

Zosiu, masz dar pisania, ciekawie , wartko , fajnie się czyta. ( oczywiście to tylko  kurtuazyjny zwrot  ale miły – taki „ głask „- za który dziękuję, bo  jak mawia moja córka, psycholog – człowiekowi potrzebne są „ glaski „ 🙂  )

 

Jak było pomiędzy nami ? Po pierwszym rozwodzie układaliśmy się spokojnie, na chłodno, ale z pełnym porozumieniem , myśląc od tym, co może być najlepsze w tej sytuacji dla dobra obu córek. Regularnie , co dwa tygodnie spędzałem weekendy z obiema, młodsza była ze mną przez pierwsze dwa lata, dopóki nie chciała wrócić do Mamy. Zawsze sprawdzałem im lekcje. Od początku widziały rozwój mojego drugiego związku. Wspólne wakacje ze wszystkimi dziećmi z ich młodszym nowym bratem , pod namiotem , nauka pływania od wieku 1,5 roku życia, kibicowanie zdobywania karty pływackiej w 5 – tym roku życia przez ich najmłodszego brata. Podziwiałem moją drugą żonę za pozbycie się naturalnej zazdrości i niechęci, choć Jej Mama początkowo nie była zadowolona. Jednak później stała się wspaniałą Babcią dla moich dwóch córek z pierwszego małżeństwa. Przed drugim rozwodem, zaproponowała mi mieszkanie u Niej, gdzie teraz jest mój polski adres.

Wydaje mi się , że przyczyną takich układów było pozbycie się nienawiści , choć początki bywały trudne. Tolerancja dla drugiej strony.

Umożliwienie wyrobienia sobie u każdego z członków rodziny własnego zdania wobec innych , unikanie ocen , zwłaszcza negatywnych. Pozytywne pozostawiając sobie samemu.

Najważniejsze –  to chyba nie przenoszenie własnych niechęci na dzieci, ochrona ich przed konfliktami dorosłych, podążanie za potrzebami dzieci a nie za swoimi. Dzieci zawsze kochają jednakowo oboje rodziców a jeśli znajdzie się na ich drodze tolerancyjny partner drugiej strony , to same wybierają według własnego systemu ocen. Bolesna jest rywalizacja o dzieci między rodzicami. Tylko dzieciom szkodzi. I tak kiedyś same ocenią i wybiorą lub pogodzą się z faktami.

Wielki na mnie wpływ wywarł przeczytany w liceum „ Traktat o życiu godziwym „ Tadeusza Kotarbińskiego i jego definicja „ opiekuna spolegliwego „- na którym można polegać. Polecam …

Jedyne  zdjęcie Leszka z młodości, z Córkami , które sam podał  na Facebooku . Już kiedyś tu zamieściłam …

Wszystkie zdjęcia przyrody w całym moim blogu są własne.

 

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 5 ). Mediacje i opowieści z humorem .

Kochani, do poczytania w weekend list od Leszka !!!! Dla mnie wyśmienita to lektura 🙂

 Któregoś dnia dostałam list od Leszka – niewinną próbę mediacji ” opakowaną ” w barwną, pełną humoru opowieść ze swojego życia . I oczywiście zaśmiewałam się w głos, choć może w tamtych czasach temat był poważny – ale teraz  – jak kiedyś pisałam – przefiltrowany przez Pesel i w dodatku fantastyczną narrację Leszka – ma koloryt, zapach a nawet przedni smak .

To co pisze Leszek – zwyczajowo  pogrubiam czcionką – zachowując Jego autentyczną wypowiedź , bo” smakuje” niczym ” owoc  z Jego drzewa, zerwany Jego ręką i nam podany” –  i nie mogę się powstrzymać, by nie dodać Uśmiechu tam gdzie mnie Leszku szczerze rozbawiłeś. Masz fantastyczne poczucie humoru i dystans do siebie ( tylko nie mów, że jestem nudna i że się powtarzam 🙂

Leszek Milanowski – zdjęcie z internetu – specjalnie pojawia się w blogu po raz drugi , byśmy mogli popatrzeć Mu w oczy …. tam jest Wszystko zapisane –  powaga  stale aktywnego zawodowo  chirurga plastyka onkologa – który kobietom  ( niestety angielskim ) z rakiem piersi przywraca kobiecość  – Wspaniały Ojciec i Dziadek – po prostu – nasz Leszek ….

od którego dostaję taki list , którego autentyczna treść podana jest pogrubioną czcionką ( jeszcze raz przypominam ) a także moje są  ” pochyłe” uzupełnienia ( wybacz Leszku ) , uśmiechy i tytuł rozdziału ( mogę zmienić, jeśli się  nie podoba )  :

Spieszę Was obie pogodzić. ( to ad uwagi  Ireny, która z wielką stanowczością i  dokładnością jak u najprawdziwszego historyka , przekonywała nas, że nie byliśmy z Leszkiem w grupie na anatomii, choć obydwoje tak twierdziliśmy 🙂. Zresztą czy to ważne, ja nawet nie pamiętam nr własnej grupy – dla mnie ważne są klimaty i to co razem przeżyliśmy  )

Byłem i w 15-tej i 1-szej grupie.

Wiąże się z tym historia, która dopiero 2 lata temu się wyjaśniła w Baranowie. Po prostu mam zaleganie afektu (może Jacek Wciórka by pomógł)  🙂  .  ( Jacek jest naszym kolegą ze studiów, znanym psychiatrą przyp. Z.K)

Zaczynałem w grupie 15-tej razem z Zosią i Irenką. Może pamiętacie jak się spóźniłem pierwszego dnia i Woźniak chciał mnie wyrzucić? Opowiem kiedyś….( oczywiście pamiętam jak stanąłeś w drzwiach z płonącą  buzią – może tylko zgrzany i  spocony z powodu  biegu na uczelnią ?- podczas gdy wszyscy siedzieliśmy jak trusie przy naszym stole – ale co było dalej – nie wiem– już kiedyś  pisałam, że ten właśnie Twój  obrazek mam w oczach – bo siedziałam naprzeciwko   drzwi wejściowych do naszej Sali  w Anatomicum w pamiętnym 1965 roku )

 Po 2 tygodniach przyszedł  do nas Andrzej Roszak, którego późniejszy Kierownik Katedry Anatomii, Profesor Woźniak również chciał uwalić. Zresztą udało mu się z Basią Pawelą.  Stanąłem w Jego obronie, przez 2 tygodnie zakuwaliśmy wstecz i na bieżąco i już nie mógł. Andrzej Kiersz  był naszym asystentem. Potem z Nim pracowałem na Przybyszewskiego.

( może sam napiszesz  Leszku – jak broniłeś Andrzeja – opowiadałeś mi przez telefon –  wyśmienita opowieść – proszę Cię, napisz )

Na zajęciach z histologii kiedyś pochyliłem się nad mikroskopem jednej z naszych Koleżanek ( zamilczę nazwisko), która się o coś spytała. Naprawdę. Nie miałem jeszcze wtedy (prawiczek) żadnych sprośnych myśli. Chciałem Jej pomóc i coś wyjaśnić! 

I nagle – bęc-  bez żadnego słowa i wiadomego mi powodu dostałem siarczysty policzek na odlew. Jeszcze mnie  ( i jak dotychczas) nikt w twarz nie uderzył i do tej pory  mnie to piecze.

Nie zabolała gęba  – ile całe moje jestestwo .

Zrobiłem się czerwony, zatkało mnie. Przecież nie oddam kobiecie! To ja bilem w pysk za kłamstwa, oszczerstwa, ale żeby mnie? za co? Przecież mi przez głowę nie przeszła najmniejsza niezdrowa myśl! 

Ale ukarałem Ją najsrożej jak można.  🙂

Po pierwsze primo  – zamilkłem.

Po drugie primo  – postanowiłem się do Niej już nigdy w życiu nie odezwać. Powietrze.

Po trzecie primo  – wstydziłem się wobec całej  15/16 grupy i przeniosłem się do 1/2 grupy z Andrzejem Hyżym (był pierwszy na liście przyjętych na studia ze 120 punktami! )

Po czwarte primo  – nie mogłem znieść że ktoś mnie tak znieważył a ja nie mogłem odpowiednio zareagować. Za nic! Za szczere dobre chęci! Żebym choć na milimetr w czymś uchybił!  Wtedy jeszcze nie wiedziałem co to Kobieta.! Trauma i strach przed kobietami zostały do końca życia . 🙂

                 I wyobraźcie  sobie że w tym twardym postanowieniu wytrzymałem do Baranowa. PONAD PÓŁ WIEKU!  Zobaczyłem mojego odwiecznego wroga na balu 2 lata temu. No cóż, stoję nad grobem, to czas się z „babskiem” pogodzić. Poprosiłem do tańca i nie odmówiła. Oczywiście z mety padło moje pytanie: – za coś mnie na histologii nad mikroskopem w twarz uderzyła? – Bo chciałeś mnie pocałować!  O ja głupi ! Gdybym wiedział że za to –  to bym od razu się na Nią rzucił i wymusił prawdziwy pocałunek . Żeby miała prawo mnie za to prać po gębie!. Uśmialiśmy się.

A mimo mojej rzuconej na Nią klątwy zaszła bardzo daleko zostając dyrektorem jednego ze Szpitali w Poznaniu. Jej mąż, anestezjolog pracował  z  siostrą mojej Mamy w innym Szpitalu, bardzo Go lubiłem za rajdy i Ciocia miała o Nim wysokie mniemanie. Trochę mi Go było żal że dostał taką jędzę, ale chyba do dziś się na Niej nie poznał.

                      Teraz po latach myślę, że to nie ja ale Ola miała pocałunek na myśli i tylko moje dziewictwo nie pozwoliło mi trzeźwo rozpoznać głębokiego podświadomego marzenia tej wspaniałej i kochanej dziewczyny. 

Gdyby nie ten policzek, to kto wie… może by nosiła moje nazwisko.

W sumie dobrze się stało że Jej nie skrzywdziłem swoim małżeństwem z Nią i trafił się Jej wspaniały mąż. 🙂

      Mam nadzieję , że przy okazji następnego Zjazdu poproszę Ją, jeśli się zgodzi, o braterski pocałunek.  

Olu, wybacz mi moja głupotę i przerost „ego”. Serdeczne pozdrowienia dla Męża !

    Ale skutkiem publicznego spoliczkowania były moje przenosiny do grupy Andrzeja Hyżego, bo potem razem z Nim studiowaliśmy równolegle chemię na drugim roku w Collegium Chemicum i trochę później prawie 2 lata psychologii – bo Andrzej Hyży  i Kajtek Petrykowski też tam poszli. Poszedłem za Nimi. Nie chciałem być gorszy.  🙂

    Zresztą  psychologia się przydała.  Moją pracą na zaliczenie roku była dysertacja o osobowości. Wybrałem temat „Osobowość Niemowlęcia”.  Do dziś jestem przekonany, ze niemowlę  trzeba traktować jak dorosłego z szacunkiem, rozumieć i spełniać jego potrzeby. Teraz nad tym problemem  głowi się Pani Profesor  Monika Brzezińska w Poznaniu ( posłuchajcie Jej wykładów na SWPS ! ).

Ale ja bylem prekursorem tej dyscypliny ponad pół wieku temu !  Zresztą chyba dzięki temu jedna z moich Córek poszła i skończyła psychologię. Wejdźcie na stronę „Cayman Isles Crisis Centre”. 

           Ile dobrego się zdarzyło dzięki temu praśnięciu mnie w pysk przez Olę !!  🙂

  Olu ! jesteś Wielka! Będę Ci wdzięczny do końca moich dni i uwiecznię to zdarzenie dla potomnych – jak to przypadek i nieporozumienie zmieniają świat. A jak to zrozumiałem za co – to nie omieszkam zarobić na kolejne uderzenie w twarz. Teraz będę wiedział  za co !

PS .

Moje najukochańsze Irenko i Zosiu! ( już nie wiem –  która bardziej Kochana). Napisałem by prawda historyczna Was pogodziła. Niech PRAWDA WAS WYZWOLI!. I mam nadzieję, że dojdzie do wydania książki ( chodzi o pamiętniki kolegów naszego rocznika – przyp. Z. K. ) przez Irenę co nie przeszkadza Zosi snuć wspomnień na blogu. 

 

I jak tu Leszku Ciebie nie kochać ????  🙂  Dzięki, że jesteś, że podtrzymujesz na duchu tak zręcznie, jakby mimochodem a  równocześnie  opowiadasz o sobie z werwą i przednim humorem – jesteś Cudownym Gawędziarzem …..( tylko nie mów, że jestem nudna i się powtarzam ) 🙂

PS 🙂

1. Leszek wyraził zgodę na publikację swoich listów  do mnie wysłanych  ( lub wybranych fragmentów )

2. ad zdjęcia :  są własne – „same” tu” wpadły – jakoś skojarzyłam z tekstem – symbole ? –  kot Tygrys i chmura – anioł to czy czarownica na miotle ? 🙂