Na emigracji wewnętrznej….

stara poczt G. koszary.jpg

Tak wyglądało moje koszarowe wzgórze w 1935 r. . Schody, staranne nasadzenia młodziutkiej kosodrzewiny. Mój dom ostatni po lewej. Po wojnie, po prawej były ruiny wypalone przez Rosjan dwa tygodnie po „wyzwoleniu” miasta. Nie wiem, czy mam prawo pokazywać tutaj tą pocztówkę, ale co tam…..dziękuję za przysłanie mi tego zdjęcia R.M. 

 

Saperzy-ul. Estkowskiego.jpg

To samo wzgórze. Zdjęcie Taty, Wacława Łukaszewicza. Lata 50 ubiegłego wieku…..

 

 

Nie znana do tej pory gwałtowna totalna zmiana władzy w Polsce, poranne wiadomości w radio,  o tym co się wydarzyło w nocy. Wymiana kadr, nowe prawo. Nowi ludzie, chociaż znani z dwuletniego okresu poprzedniej władzy i z późniejszej działalności którymi  rządzi nieufność, podejrzliwość i jakieś dziwne teorie . Słuchając tego, nie sposób nie przyznać racji komuś, kto napisał, że  zamiast ciepłej wody w kranie zapewnianej przez poprzednie władze mamy wodę wrzącą. A to dopiero początek….Ponadto nasilenie terroryzmu na świecie…..ogólnie to, strach się bać- jak mawia gonia.

I dlatego wyłażę z tej oblepiającej matni i postanawiam udać się na emigrację wewnętrzną.  Tam jest zapewniona cisza , spokój i łagodność.  Zapraszam do tej podróży. ….nie trzeba wysiłku, pełen luz. W przypadku wygasania zainteresowania można po prostu wyłączyć komputer. I wszystko znika, nie istnieje. Czyż to nie jest prawdziwa wolność?

Biorę do ręki stary album , z czułością bo już dobrze znany , dotykany przez dłonie moich Rodziców i czuję ich obecność. Otwieram go jak drzwi do mojego świata. Jego  brunatne, chropawe, pachnące kurzem strony przypominają przaśne powojenne czasy kiedy to wszystko było takie- brudnobrązowe. Tam Tata wklejał zdjęcia i opisywał je pięknym starannym technicznym pismem . Tam jest zaklęta bezpieczna kraina dzieciństwa i wczesnej młodości. Tym bardziej bezpieczna i tym bardziej piękna, bo oglądana z dalekiej perspektywy czasowej. W takiej sytuacji wszystko jest wybielone, jakieś cienie czy niepokoje młodości a także drobne problemy, bo któż ich nie miał, odchodzą w dal. I jest tylko dziecięce zielone rozmarzenie.

Pewnie każdy ma takie wspomnienia i może teraz właśnie tam przebywa – w tamtych czasach i miejscach. Swoich, tylko swoich, najcieplejszych.

Może jednak oderwie się na chwilę i wpadnie z odwiedzinami tutaj, do  mojej krainy szczęśliwości. Zapraszam…..

        Nasza ulica  wtedy Nowotki, przemianowana dużo później na Orląt Lwowskich wspinała się na wzgórze. Jedno z najwyższych  gorzowskich . Bo Gorzów jak Rzym na siedmiu wzgórzach malowniczo się rozłożył opierając się o szeroką dużo szerszą od Tybru Wartę. I z dalekiej perspektywy wyglądał jak olbrzym leżący leniwie na boku przytulony do swojej rzeki.

Na szczycie naszego wzgórza  znajdowały się koszary do których wiodły piękne fantazyjnie zaprojektowane, zbudowane z przedziwnie ułożonej, bo równiutko pionowo czerwonej cegły o lśniącej polewie . Często  oglądałyśmy te cegły  bo takich nigdzie nie było i dotykałyśmy w czasie upalnego lata by poczuć ich chłodną miłą gładź. Aż dziw, że komuś się chciało układać je tak starannie, że w ogóle komuś się chciało. Te schody jeszcze są, choć ktoś im w wielu miejscach wybił zęby jeszcze urodą mogą zachwycać.

Zbocza wzgórza porastała kosodrzewina. Ileż krzewinek musiano posadzić, by pięknie pokryły nagie wzgórze. I pomimo tego, że już dawno kosodrzewina umarła ustępując miejsca dość wysokim drzewom liściastym ,  które same sobie wyrosły bo było im tu dobrze, wtedy i tam się zatrzymał mój czas.

W  żywicznym bardzo wonnym kosodrzewinowym gąszczu  hulaliśmy z miejscowymi dzieciakami, huśtając się na płożącym elastycznych gałęziach, kryjąc w zakamarkach i odkrywając co dalej .

Granicą naszego terenu zabaw była połowa wzgórza, gdzie planiści miasta  zaprojektowali platformę wypoczynkową.  Gnając pod górę, nagle w tym miejscu  hamowaliśmy, bo przychodziło  uczucie nieokreślonego niepokoju a nawet lęku. Tu wszystko wyglądało tak, jakby ktoś przed chwilą stąd wyszedł i niebawem wróci. W niszy , pod kosodrzewinową ścianą była nieczynna wprawdzie bezwodna fontanna o niskim obrzeżu a nieopodal  romantyczne betonowe przysadziste ławki tak posadowione, że umożliwiały siedzącym widok na bawiące się dzieci i daleką rozległą dolinę Warty. Wydawało się nam więc, że ktoś stamtąd wyszedł na chwilę,  że lada moment wróci, wyjdzie zza krzaków, że spojrzy wrogo. I powie, że to nie wasze, nie wasze rewiry. My tu jesteśmy….

 Tak, to opuszczone jakby przed chwilą miejsce relaksu  wydawały się nam nieprzyjazne, obce, nosiły ślady czyjegoś życia. Tam kryła się tajemnica, której nie znaliśmy a przeczuwaliśmy tylko. W tamtych czasach nikt o tym nie mówił, panowała jakaś zmowa milczenia nad niemieckim rodowodem miasta, a faszerowano nas  informacjami o jego polskim pochodzeniu.

Ale dzieciaków nie można oszukać. Wyczują fałsz na odległość. Mają jakieś własne bardzo czujne antenki wyłapujące kłamstwo dorosłych. Już zaczynaliśmy rozumieć, że ktoś tu kiedyś mieszkał i gdzieś wybył a my zjawiliśmy się jakby przypadkowo.

Tego nie odczuwałam przedtem bawiąc się na płytach dawnego cmentarza poniemieckiego rozrzuconych w krzakach parczku dotykającego ulicy Estowskiego i Kos. Gdyńskich. Pewnie dlatego, że jednak z biegiem czasu umysł dzieciaka się zmieniał, świadomość rosła i wyobraźnia też.

Byliśmy dziećmi  rodziców okaleczonych II wojną światową. Dzieci naznaczonych ich traumą z genami do których się wbudowała. Nasi rodzice próbowali posklejać swoje życie, zapomnieć o umarłych i żyć dalej. Ale jak to było możliwe, gdy rany świeże a dookoła nasilający się terror stalinowski. Nie wiem, jak to było możliwe. Ale jakoś to przetrwali , bo życie ma swoje prawa, czas trochę łagodzi ból a my dostarczaliśmy im zajęć. Tak, powojenne pokolenie dźwigało w sobie tragedie rodziców,  nosiło w sobie ich lęki , rosło karmione opowieściami  o minionych czasach spędzonych w innych częściach kraju, w górach czy na wileńszczyźnie, czy wreszcie na rodzinnych Kujawach. Usiłowaliśmy  zrozumieć świat.

I tak gdy miałam  10 lat i zamieszkaliśmy pod koszarami,  powoli  docierały  do mnie i do moich podwórkowych kumpli  dzieje Gorzowa, poniemieckiego miasta kiedyś Landsbergiem zwanego. Nie czuliśmy się tutaj pewnie, nie tak jak czułam się w naszych Beskidach, gdzie pradziadowie się rodzili i spoczywali w swojej ziemi. Mieliśmy podcięte korzenie, i jak przesadzone rośliny wypuszczaliśmy nikłe swoje korzonki, wczepiając się w tę ziemię ale

czuliśmy jak unoszą się nad nami i nad tym miastem  duchy poprzednich mieszkańców, chropawy ich język, ich miłości takie jak nasze, cierpienia i radości.  

Chociaż  nie widzieliśmy tamtych czasów, to w nas było, rosło i dojrzewało…. I wreszcie się dowiedzieliśmy jak było kiedyś , mówić już było wolno ale tamto kłamliwe milczenie  zostało. Pomimo tego wrośliśmy w nasze miasto w nasz Gorzów….udało się…..

 

 Zdjęcie-0776.jpg

 My, schodki, koszary w tle. Podpis w albumie ręką Taty……

Maki, maki czerwone…

SAM_6077.JPG

 

 

SAM_6072.JPG

 

 

 

 

Maki…

To moje dzieciństwo.

    Był wtedy w Gorzowie nasz ogródek w którym Tata zasiewał grządkę maleńkimi czarnymi i krągłymi ziarenkami maku. Potem zakwitały mikrą  bladą perłą a ja czekałam kiedy pojawią się makówki. Najpierw były zielone, potem coraz większe i złotawe aż wreszcie nadchodził upragniony czas, kiedy potrząsane grzechotały delikatnie. To był znak, że można już je ostrożnie zrywać, ostrożnie, by nie wysypały się ziarenka, bo otwarte były już okienka pod twardym wielorożnym kapelusikiem makówki. Wysypywałam na dłoń czarny smakołyk….potem już nie wolno było uprawiać maku, bo narkotyk zawierał , ale nastąpiło to znacznie później…

    Kiedyś , a może miałam już wtedy 10 lat, pojawił się w naszym gorzowskim domu przy ul. Nowotki ( obecnie Orląt Lwowskich ) kuzyn Taty, Stasio Grynkiewicz.  Czekałam kiedy znowu do nas wpadnie ze swojego podłódzkiego miasta. Bo przywoził ze sobą akordeon i grał i  śpiewał „ Czerwone maki na Monte Cassino” . …był uczestnikiem tych walk. Podobnie jak córka przyjaciół Rodziców, pp. Nietubyciów, Jadzia Bora. Zataiła swój prawdziwy nieletni wiek, podała, że ma już 18 lat i w czasie walk kierowała jeepem na stokach Monte Cassino. Przeżyła a nawet męża tam spotkała przyszłego…Tak uczyłam się historii Polaków- więzionych przez sowietów zesłańców, katorżników a potem podążających do armii Andersa, Berlinga. Za zgodą Stalina przyjeżdżali na miejsca zbiórek w bydlęcych wagonach i wyniszczeni syberyjskim pobytem byli jak żywe trupy z płonącymi oczami i walczyli o wolność Polski….

      Tak więc z makami odbywało się moje dojrzewanie blade a potem krwiste czerwone płonące patriotyczne…

I łażę sobie po michałowickich ostępach tak właśnie wspominając tamte czasy, coraz rzadziej się zachwycam  chociaż nieraz mi się to jeszcze zdarza, jak teraz – gdy widzę czerwone maki….  

 

 

SAM_6091.JPG

 

 

SAM_6095.JPG

 

 

SAM_6094.JPG  

Zaproszenie na wycieczkę do mojego Gorzowa…

W 2008 roku, po 40 latach nieobecności  zajrzałam do Gorzowa,  miasta w którym przyszłam na świat  i mieszkałam do matury. Właśnie była pełnia lata i Gorzów tonął w zieleni. Były więc zdjęcia i wspomnienia dawnych słodkich czasów młodości. Pomimo upływu lat miasto nadal wydało mi się bardzo piękne i naprawdę warte obejrzenia….zapraszam Wszystkich Bliskich i Dalekich do mojego Gorzowa…a ja będę marzyła….

 

 

 

0.jpg

Trasa do Gorzowa z Warszawy wiedzie wzdłuż doliny Warty….

 

 

1.JPG

 

Tajemnicze jezioro w okolicach Gorzowa….

 

 

2.JPG

 

Widok z zachodniego wzgórza na dawne koszary saperów. Mieszkałam przy obecnej ulicy Orląt Lwowskich u podnóża dużego wzniesienia gdzie usytuowano ten obiekt…Nadal prowadzą tam piękne schody ….och ,te wspomnienia dziecięcych zabaw na zboczach wówczas porośniętych kosodrzewiną…

 

 

2,1.JPG

Wzgórzowy widok przybliżony obiektywem….Kościółek na Zawarciu, nieopodal którego moje liceum….

 

 

3.JPG

 

I widok na sąsiednie wzgórze, XIV wieczną katedrę w której otrzymałam Chrzest, Komunię I i Bierzmowanie….gdy byłam dzieckiem wydawała mi się dziwnym jednookim wojem….

 

3,1.jpg

Gdy wracałam z Bajką, przyjaciółką z młodości z naszego zawarciańskiego Liceum, odsłoniło się centrum miasta, a niebo było łaskawe, bo założyło specjalny makijaż….

 

3,2.jpg

A to widok z mostu drogowego. Ileż razy go przemierzałam idąc do LO( do 1965 roku). Pomimo tego, że był tramwaj, zawsze chodziłam pieszo, bo tak lubiłam. Warta przepastnie cudna a w tle most kolejowy, unikatowy, bo zbudowany na łuku. Pamiętam ten czas, gdy go odbudowywano. Tato był wtedy Naczelnikiem Oddziału Drogowego PKP i odpowiadał za ten  remont. Ileż tam zostało zaklętych emocji lęków i radości…

 

3,3.jpg

 

Tego nie było za moich czasów. Bulwar i pomnik ….

 

 

3,4.JPG

A nad Wartą, na bulwarze, bawili się młodzi. Nawet przybyli górale. Prawda że Warta jest cudna? a w tle stary zabytkowy spichlerz…

 

 

3,5.JPG

 

 

3,6.JPG

 

Wdrapałam się na wieżę Katedry. I te dwa okna należały kiedyś do mieszkania dzwonnika. Ależ on miał widok ….

 

 

3.7.JPG

I spojrzenie w dół z katedralnej wieży . Jaka ładna ulica, okolona falbankami kwietników…

 

3,8.jpg

 

Wzgórza, wzgórza zielone…

 

 

3,91.jpg

 

 

3,9.jpg

I zapada noc nad Gorzowem, a ja samotnie stoję w oknie Hotelu Mieszko i oddycham gorzowskim powietrzem. Niedługo wyjadę, wyprawa była tylko dwudniowa ale zabiorę sobie zdjęcia, wspomnienia zawinę w kłębek i będę marzyła w takie zimowe nieprzyjazne dni. Gorzów to mój azyl, miejsce dzieciństwa i nikt mi tego nie odbierze…..

 

 

 

 

Film ” Papusza” i moje rozczarowanie.

 

 

Nie mam prawa pisać o rozczarowaniu. Przecież niczego nie oczekiwałam, hodowałam w sobie tylko zapamiętane z dzieciństwa widoki szczęśliwych kiedyś Cyganów. …

Barwy, zapachy ognisk , muzyka, radość nad beskidzką rzeką Żylicą, potem smuta i marazm osiedlonych w gorzowskich kamienicach. I Papusza, poetka wyklęta przez swoje środowisko, jej gorzowska legenda, niewielki pomniczek przed Biblioteką, twarz stamtąd zapamiętana o ostrych surowych rysach i nieco zamglonych oczach patrzących w nieznaną nam dal….

    I jestem w Ciechocinku. Czuję bliskość tej poetki. Przecież całkiem niedaleko, w Inowrocławiu spędziła ostatnie lata życia, umarła i tu został jej grób.

    I miejscowa, ciechocińska  muszla koncertowa, gdzie festiwale muzyki cygańskiej, afisze o koncertach w miejscowym teatrze don Wasyla, który zamienił piękno muzyki swojego narodu w jakieś disco. Jakże banalna jest jego twarz, zupełnie inna, niż brata- Edwarda Dębickiego, którego widziałam w Gorzowie, gdy ten młody piękny Cygan na długich nogach stawiał długie, lekkie kroki, zda się nie dotykając ziemi, ze skrzypcami pod pachą a Mama mówiła, że uczy się w szkole muzycznej. Pomimo, że w tych latach pięćdziesiątych zmuszono Cyganów do porzucenia taborów, zamieszkania w przydzielonych mieszkaniach starych kamienic jedno było dobre. Mogli się uczyć, oczywiście nie wszyscy tego pragnęli, ale ci, którzy chcieli- mogli. Tak więc zwiewna motylopodobna  Randia, wykształcony już Dębicki i stworzony przez niego pierwszy w Polsce cygański zespół Terno otwierali zwykłym ludziskom świat cygańskiej pieśni i tańca. Niektórych zarazili miłością do swojej kultury i to im zostało do starości, tak jak np. mnie  i podwórkowej przyjaciółce Bajce. Tak więc mamy w oczach tamte czasy, tamtych Cyganów.

   I właśnie jestem tego grudnia w Ciechocinku i jakby na zamówienie informacja, że w miejscowym kinie film” Papusza” będzie. Łopot serca, zaskoczenie tą niespodzianką i oczywiście decyzja, by tam zajrzeć i obejrzeć. Przedtem nie miałam na to ochoty, by nie psuć swoich wspomnień, wyobrażeń, ale jakaś siła wyższa zadecydowała za mnie.

Kino odnowione, szkoda, że nie takie stare z zapachami kurzu, ale trudno orzekłam, sadowiąc się w wygodnym fotelu.

   I się zaczęło. Opowieść jakby czytana z kartek starego pamiętnika, pisana czarno białą smutą, odwracanie kartek i zaburzenie chronologii cofaniem się w czasie. Tak pokrótce wygląda wizja państwa Krauze a właściwie pani Joanny . Nosiła w sobie ten film ponoć od 7 lat. Miała czas na rozmyślania, podejmowania decyzji, zmiany. W efekcie powstał piękny film, obrazy pana Staronia wysmakowane, wycyzelowane, nakładane w tempie  odmierzanym jak w dokładnym zegarze. Sceny grupowe z prawdziwymi Romami pełne dynamizmu z  wspaniałą galerią postaci autentycznych naprawdę zachwycają. W roli męża Papuszy- Dionizego Wajsa, znakomity   Zbigniew Wardyś, aktor o cygańskiej urodzie który potrafił oddać zmienność zachowań bohatera od brutalności do ciepła , postać to prawdziwie człowiecza. Młoda Papusza  jest śliczna, pełna życia, prawdy, czuje się w niej cygańską duszę. Nic dziwnego, bo odtwórcą tej roli jest Romka o cudnym imieniu Paloma. Dość przeciętny w swojej roli jest Pawlikowski, który przedstawia Ficowskiego.

No i wreszcie tytułowa Papusza. Musiała być  inna niż wszyscy, bo jej oczy zamykały rozmarzenie, tęsknotę i cierpienie więc i twarz taka. Reżyserzy wyraźnie mieli problemy z dwoistością natury Papuszy- zwykłej Cyganki i poetki łaknącej wiedzy, książek ale zarazem leśnych pejzaży. I pewnie mieli problem ze znalezieniem osoby odpowiadającej tym warunkom. Właściwie nie wiadomo, kto był ojcem Papuszy, może jakiś poeta, czy inny artysta spoza tego narodu. Więc wybranie do tej roli pani Jowity Budnik, która jak sama pisała, nie przypomina Papuszy ani zewnętrznie ani emocjonalnie,  nie dziwi. Dla tych widzów, którzy Papuszy nigdy nie widzieli, jej typ urody nie powinien  budzić wątpliwości.

Mimo, że grała wspaniale, stale mnie uwierał jej brak cygańskiej autentycznej urody i duszy.  Przyznaję, że bardzo przeszkadzało mi w odbiorze wpatrywanie się w jej twarz w poszukiwaniu tego, co było moim wyobrażeniem. Często filmowany profil raził nie przystającym do tej twarzy nochalem i stale nieruchomo  zmarszczonym czołem. Wydawało mi się, że gra w masce.  Dopiero po obejrzeniu filmu, przeczytałam jeszcze jeden wywiad z Panią Budnik. I aż się zadziwiłam, bo powiedziała tam, że stale grała z przylepionym nosem. Nawet sprowadzono w tym celu speca z Hollywood. Po co to było? Doprawdy nie wiem. Przecież każda twarz ma organicznie przypasowany nos, jeśli ten aktorki był za mały, to czemu służył ten trik? I tak nie ma ona cygańskiego, papuszowego czoła, z którego jakby pięknie wyrysowaną linią spływa jej nieco orli nos. Twarz aktorki może przypomina zdjęcie Papuszy z młodości, ale czuje się jej sztuczność przez tę maskę .

Ale już koniec moich marudzeń.

Odtwórczyni głównej roli, pani Jowita Budnik poradziła sobie z tą trudną rolą  znakomicie. A ostatnia scena, gdy samotna Papusza patrzy z okna w stronę odchodzącego Ficowskiego, który był sprawcą jej tragedii poraziła mnie zupełnie, zniewoliła i wyzwoliła jednocześnie  z myślenia krytycznego.

    I jeszcze jedno na temat samej realizacji filmu. Żal mi było, że film nie spełnił mojego wyobrażenia, jaki powinien być. Powinien być kolorami grający, pełen autentycznej muzyki, wypełniającej obrazy szczęśliwych wędrujących Cyganów a potem przechodzący w smutną szarość albo sepię czasu ich  zniewolenia . Ale może wówczas obraz byłby cukierkowy, i pewnie tego pp Krauzowie chcieli uniknąć tworząc jedynie czerń i biel. Temu celowi miała służyć  zaburzona chronologia , która ponoć w filmie stopniowała emocje. Niestety tego nie dostrzegłam.

Ale niech tam.

Film wart obejrzenia, mimo, że ja zachowuję nadal to co się w mojej dziecięcej duszy utrwaliło przed przeszło półwieczem …

 

Przedszkole muzyczne.

krysia Prońko w pr g rogu,marysia zielińska,ja,lat 6.jpg

 

Krysia Prońko ( znana piosenkarka, pedagog ) w prawym górnym rogu, ja poniżej.

 

Krótkie wspomnienie z przedszkola muzycznego.

 

Kolejne stare zdjęcie i wracają wspomnienia bardzo szczenięcych lat…

 

Były to wczesne lata 50 ubiegłego stulecia.

Przedszkole muzyczne  działające przy Szkole Muzycznej w Gorzowie przy ul Chrobrego .

Moje pierwsze tam kroki . Oczywiście z Mamą . Pamiętam , jakby to było dziś,  mroczną bramę wejściową  i   równie ponurą salę . A może to tylko mój  lękliwy nastrój ów mrok potęgował.

Bo właśnie miał się odbyć   egzamin wstępny do tego przedszkola .

Powitała nas duża  i piękna kobieta. Była sroga i  dostojna .  Jednak zachwycała   Jej  śniada uroda i   przecudne,  długaśne i szczupłe nogi . Pomimo tuszy  poruszała się z lekkością i gracją tancerki. To była Pani  Nowicka.

 Musiałyśmy odtwarzać dźwięki , które podawała na kamertonie . To był mój pierwszy i jedyny wyczyn śpiewaczy. Nie wiem na jakiej podstawie zostałam zakwalifikowana do przedszkola muzycznegoJ

…ale tam  był przede wszystkim taniec. Moja pasja. Taka do końca życia.

Na załączonym do artykułu zdjęciu  nasza trójka .Wystrojona i  przejęta . Za chwilę  parkiet będzie tylko nasz . Jesteśmy przygotowani , by wykonać śląski taniec, trojak.  Jeszcze czuję  te bardzo ciasno zaplecione warkocze. Nie mogłam zamknąć oczu ani  ust zesznurować. Ale najważniejszy był  strój. Bardzo starannie uszyty. Zupełnie nowy .Pachnący . Do gorsetu , z tyłu , nieomal pod karkiem miałyśmy przypięte kokardy z długimi końcami sięgającymi ziemi. Wstążki były malowane ręcznie. W kwiaty.  Sam urok . To był cud, że w tak mizernych , zgrzebnych czasach, ktoś wyczarował te kreacje…Jednak  w Gorzowie żyli  wtedy cudotwórcy …

 

 

przeszkole muzyczne antek paul.jpg

 

 

Od lewej Emilka Paul, Antek Paul- jej brat i ja

 

Tekst własny wrzucony kiedyś do portalu MM Gorzów pod nickiem Łuka/ Klarka

 

 

Gorzowskie, podwórkowe miniprzygody…

Tak więc te radosne wspomnienia z dzieciństwa miały takie jak opisałam powyżej ciemne strony, ale ogólnie na naszym podwórku było fajnie. Gdy padał wielki deszcz, obie z Bajką biegałyśmy na bosaka brodząc w  wielkich czarnych brudnych kałużach. Lepiłyśmy błotniste pączki i czułyśmy się jak w raju.

Kiedyś ktoś przyniósł wąską drabinę i przystawił ją do innego bardziej drzewiastego krzaku bzu, posadzonego chyba później niż ten nasz, rozłożysty nad śmietnikiem. Oczywiście poczułyśmy nieodpartą potrzebę, by się na nią wspiąć. Drabina miała metalowe poprzeczki , wystające poza obręb drewnianej konstrukcji. Bajka wykonała zadanie poprawnie, ale ja nieopatrznie postawiłam stopę i ześlizgnęłam się ze szczebelka , zahaczając podudziem o wystający pręt. W efekcie zawisłam na tym pręcie i nodze. Jakoś się udało opanować sytuację, już nie wiem w jaki sposób ale do tej pory mam niewielką bliznę na kości piszczelowej.

Magiczne miejsca z mojego dzieciństwa. Miejsce nad śmietnikiem.

Magiczne miejsca z dzieciństwa. Miejsce nad śmietnikiem.

 

Z tego okresu wspominam podwórko z cherlawym bzem nad śmietnikiem.

Śmietnik , położony prawie centralnie , był w zamierzeniu ulokowany pod ziemią i przykryty metalową płaską pokrywą z otwieranymi okienkami. I pewnie tak wyglądał w czasach kiedy miasto należało do Niemców.  Jednak w wydaniu Polski komunistycznej wypełniał się śmieciami po wręby i wyrastał wysoko ponad poziom, stanowiąc dla nas, dzieci szczególnie interesujące miejsce. Lokowałyśmy się z Bajką, przyjaciółką serdeczną, na konarach bzu i wpatrywałyśmy się w tę cuchnącą górę bawiąc się przy okazji, która z nas wypatrzy coś ciekawszego. A bywały tam przeróżne skarby. Różne kawałki chleba ciekawie pokryte  wzorami z pleśni, które próbowałyśmy rozszyfrowywać . Najczęściej owe wzory przypominały nowe lądy, co pachniało tajemnicą podróżniczą ale także nagle wyłaniał się zarys jakiegoś zwierzaka czy śmiesznego ludzika. Bywało, że zauważyłyśmy pojedynczy but na wykrzywionym obcasie. A więc od razu przypominałyśmy bajkę o Kopciuszku z zagubionym butem i Królewiczem. Czasami w papierzydłach zaszeleścił najprawdziwszy wąsaty i łysogoniasty stwór. Potem się dowiedziałyśmy, że był to szczur, stały mieszkaniec śmietnika.

Gdy już wyczerpałyśmy tematy związane ze znaleziskami na śmietniku, zajmowałyśmy się zrywaniem dorodnych liści bzu z których wyrywałyśmy różnokształtne dziurki, uzyskując wspaniałe serweteczki, nieomal takie, jakie wyszywała moja Mama.

 

Losy moich Rodziców. Czasy gorzowskie ( 1 ).

 

 

G.ŁadneWejscieKosGd.jpg

 

 

Tak wyglądało przed pięciu laty wejście do mojego pierwszego domu. Obok brama prowadząca na podwórko.  Po prawej zielony nasz dawny balkon i okna nad bramą z dużego pokoju i pokoju Zenona.

 

G.bramaKosGd.JPG

 

 

Jakże tajemnicze było owe metalowe zagłębienia, a właściwie dwa równoległe w bramie. Należało po nim przejść tak, by stopa nie trafiła na beton. Wówczas to był dobry dzień. Ot, takie dziecięce bardzo poważne zabawy :). Ta jeszcze poniemiecka instalacja zachowała się chyba przez 100 lat ( nie wiem, kiedy dom ten wybudowano),  stwierdziłam ze zdumieniem, odwiedzając Gorzów po 40 latach…

To są zdjęcia własne. Ale mam jeszcze piękniejsze, od goni, gorzowskiej bliskiej mi Osoby. Jeśli się zgodzi, to kiedyś też je tutaj zamieszczę.

 

 

Losy moich Rodziców. Czasy gorzowskie ( 1 )

 

Po kilku miesiącach Rodzice otrzymali ładniejsze mieszkanie, przy tej samej ul. Kosynierów Gdyńskich ale  pod nr 106.

Mieściło się na pierwszym piętrze jednej z okazałych kamienic, wybudowanych w jednym stylu i ułożonych w dwa szeregi.  Jeden rząd z trzema osobnymi klatkami schodowymi otwierał się na ulicę i podwórko, drugi na podwórko i cudny park.

Nasze mieszkanie mieściło się nad otwartą bramą wejściową z maleńkiej uliczki na teren podwórka, co powodowało, że było bardzo trudne do ogrzania. Panowały wówczas piece kaflowe, więc codzienne rozpalanie w paleniskach może nie było zajęciem trudnym, ale pochłaniało dużo czasu i zanim zrobiło się ciepło, dygotałam pod kołdrą.  Zdarzało się , że w kuchni zamarzała woda. Ale gdy tylko nastawała wiosna, duże okna wpuszczały mnóstwo światła i pokoje się rozjaśniały.

Było usytuowane na pierwszym piętrze, wchodziło się wygodną klatką schodową. Wejście od ulicy miało nad drzwiami ładne owalne, nieomal secesyjnie wyglądające okienko, które do tej pory można podziwiać. Wejście od podwórka było zwyczajne, ale za nim otwierał się mój dziecięcy zaczarowany podwórkowy świat, o którym już wiele opowiadałam. A w bramie zachowały się cudne metalowe płaskawe zagłębienia w betonie, które prowadziły pewnie koła jakiegoś wozu lub powozu.

Długi dość wąski mroczny korytarz łączył trzy duże pokoje wyłożone jeszcze poniemiecką tapetą , łazienkę i kuchnię.

Dobrze pamiętam to mieszkanie, mimo, że przybyłam do niego bezpośrednio ze szpitala gorzowskiego przy ul. Warszawskiej, gdzie ujrzałam światło dzienne po raz pierwszy. I mieszkaliśmy tam przez ok. 10 kolejnych lat.

 

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Wymarzona siostra i moja wolność.

Lot nad własnym ziemskim losem ( 15 )

Wymarzona siostra i moja wolność.

 

 I nastał czas, gdy zacząłem się dopominać u rodziców o braciszka lub siostrzyczkę.

 I stało się.

W 1947 roku przyszła na świat dziewczynka, której nadano imię Zosia. Z prawdziwą dumą i satysfakcją woziłem ją w wózku pod naszym domem, wieczorami czasami opowiadałem bajki.

To ona stała się oczkiem w głowie rodziców, dzięki czemu zresztą ja poczułem więcej luzu. Nie, żebym wałęsał się wieczorami po ulicach miasta. Ale miałem więcej czasu na lektury i dyskusje z kolegami. Z wolna narastały we mnie zainteresowania literackie i dziennikarskie.

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Osiadamy w Gorzowie.

   Lot nad własnym ziemskim losem ( 12 )   

Osiadamy w Gorzowie

 

     Rodzice dyskutowali, gdzie by tu osiąść, przeprowadzić się. Ojciec wcześniej odrzucił propozycję pracy w Ministerstwie Kolei, do której zachęcał go ówczesny wiceminister Balicki, poznany ongiś w obozie koncentracyjnym.

W rezultacie wybrano Gorzów  Wlkp., gdzie ojciec został pracownikiem Oddziału Drogowego  PKP, zaś matka powędrowała do szkoły. Ja również znalazłem się w gimnazjum przy ul. Estkowskiego. Mieszkaliśmy początkowo przy ul. Kosynierów Gdyńskich, później przeprowadziliśmy się do lepszego i wygodniejszego mieszkania przy tej samej ulicy, będącego jednak bliżej szkoły. Miałem duży, wygodny pokój z biurkiem, przez okno mogłem widzieć naszą szkołę. Wyznam, że nie czułem się w niej zbyt swobodnie, gdyż mieściły się tu klasy szkoły podstawowej , w których pracowała matka, jak i moje gimnazjalne klasy. Budynek więc był wspólny a matka stale miała mnie na widoku. Szybko więc zyskałem opinię chłopca nieśmiałego.

      Podziwiałem ojca, który chociaż schorowany po obozie, wiele czasu poświęcał pracy, zarazem studiując zaocznie na Politechnice Poznańskiej, w efekcie zdobywając dyplom inżyniera .