Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”( 33 )

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” (rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku) i opowiada o historii dawnego szpitala Bergshonów i Baumanów przy ul. Siennej .

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

 

Cz.33

 

<<….    Niezwykle cenna była zawsze pomoc lekarzy specjalistów- konsultantów, którzy służyli swą wiedzą i doświadczeniem w trudnych sytuacjach diagnostycznych. Przyjeżdżali na wezwania telefoniczne bardzo szybko: dr Jerzy Saper, dr Stefan Żarski- neurolodzy; dr Irena Ratajska, dr Maria Góralówna, dr Bolesław Potyrało- laryngolodzy;  dr Tadeusz Faryna, dr Teresa Majlert- chirurdzy; lek .stom. Anna Trzcińska najczęściej wykonywała ekstrakcje zębów, a laryngolodzy tracheotomię.

     W latach siedemdziesiątych w koniecznych przypadkach  wykonywane były u dzieci biopsje wątroby. Wykonywała je prof. dr med. Wanda Poradowska w Klinice Chirurgicznej Instytutu Matki i Dziecka, następnie w Szpitalu Zakaźnym nr 1 dr Tatiana Barszczowa. Dzieci zawożono karetką i po biopsji przywożono do szpitala. Z czasem jedną salkę na pierwszym piętrz przystosowano do zabiegów chirurgicznych i biopsję wykonywał już na miejscu konsultant chirurg, dr Teresa Majlertowa…..>>

 

Właśnie w czasie gdy zaczęłam pracować w tym szpitalu uruchomiono salkę operacyjną. Tam dr Majlertowa wykonywała biopsje wątroby u naszych pacjentów.  Lekarze byli dumni, że wreszcie nie trzeba przewozić dzieci do innych szpitali na to badanie. Biedne były dzieciaki, u których wirusowe zapalenie wątroby przechodziło w stan przewlekły i można było nawet podejrzewać marskość wątroby. Nie było odpowiednich leków ( zresztą i teraz jest ich niewiele) a o przeszczepach wątroby chyba jeszcze nikt w świecie nawet nie słyszał. Dzieci chore przewlekle były jakby przedwcześnie dojrzałe mentalnie, piętno szpitalne odbijało się na ich psychice, miały mądrość i wiedzę starych ludzi. Po raz pierwszy się widziałam takie dzieci, na szczęście na tle innych leczonych w tym szpitalu było ich niewiele. Z tym problemem na wielką skalę spotkałam się później, gdy pracowałam w CZD . Tam większość hospitalizowanych pacjentów stanowiły dzieci przewlekle chore na nerki. Do tego nie można było się przyzwyczaić. Zawsze miałam ściśnięte serce….

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 32 ).

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

 

Cz. 32

 

<<….  W aptece szpitalnej pracowała od początku mgr Matylda Ufnalska, następnie przez długie lata kierownikiem była mgr Helena Hoffmanowa, a po jej przejściu na emeryturę mgr Joanna Dejewska i mgr Ewa Germak. W miesiącach stanu wojennego apteka przeżyła prawdziwy zalew leków zagranicznych z darów. Aby móc je stosować, obłożono się słownikami różnych języków do tłumaczenia prospektów. Leki te miały, niestety, stosunkowo krótkie terminy ważności, ale w owym czasie były dużą pomocą w leczeniu chorych.

     Z przygotowywaniem leków przez pracowników apteki i kierowaniem dla chorych do oddziałów wiąże się sprawa leczenia krwią i środkami krwiopochodnymi. Centrum krwi w szpitalu zorganizowała dr Eugenia Stankiewicz. Zajmowała się ona zamawianiem i sprowadzaniem krwi i plazmy ze Stacji Krwiodawstwa dla szpitala. Po dokładnej próbie krzyżowej i próbie biologicznej reakcji ujemnych prawie nie było. Latami prowadziła ona centrum bardzo sprawnie , a dokumentacja tych transfuzji była pedantycznie dokładna. Po jej odejściu z pracy centrum przejęły lekarki: Czachorowska, Więckowska, Jakubowicz. Z biegiem lat zmniejszono wskazania do przetaczań krwi. W koniecznych  sytuacjach załatwia to lekarz oddziałowy lub dyżurny….>>

 

 

Kiedy przybyłam do tego szpitala, tj. w roku 1975 krew przetaczano tylko w wyjątkowych przypadkach, kiedy nie udawało się wyrównać niedokrwistości podawaniem preparatów żelaza.

Opowiadano, że przyczyną  było pewne tragiczne wydarzenie z tym związane. W tamtych czasach nie było rozwiniętej serodiagnostyki, badań krwi od dawcy w kierunku obecności różnych wirusów, jak chociażby wirusa zapalenia wątroby czy innych substancji szkodliwych.

Wspominano dorodną kilkuletnią dziewczynkę, którą szczęśliwie udało się wyciągnąć z bardzo ciężkiego zapalenia opon mózgowo rdzeniowych i mózgu. I wobec głębokiej niedokrwistości, podano jej krew. Została wypisana do domu w doskonałej formie ale po pewnym czasie przywieziono ją ponownie do tego szpitala z objawami  zapalenia wątroby. Choroba miała przebieg gwałtowny i pomimo wysiłków wielu ludzi , dziecka nie udało się uratować.

Jednoznaczną  przyczyną zakażenia tym wirusem było  niewątpliwie przetoczenie zainfekowanej nim krwi….

Od tej pory w tym szpitalu  znacznie ograniczono wskazania do transfuzji…

Nawet gdy po latach o tym mi opowiadano , łza się nam wszystkim kręciła w oku. …

 

       

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”( 30 ).

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

Cz. 30

 

 <<….Laboratorium szpitala zorganizowała w r. 1953 dr Maria Macierewicz, z pomocą dr Hanny Horbowskiej i mgr Krystyny Sierpińskiej. Następnym kierownikiem laboratorium była dr Hanna Horbowska, a po jej odejściu do Stacji Sanitarno- Epidemiologicznej kolejni kierownicy zmieniali się kilkakrotnie w krótkich odstępach czasu.

 Jednak laboratorium – z bardzo dobrze wykwalifikowanymi laborantkami, pracującymi przez wiele lat- wykonywało codziennie niezwykle dokładnie, szybko i sprawnie setki badań analitycznych , bakteriologicznych, biochemicznych i serologicznych. Były to miliony badań w ciągu 44 lat.

     Oprócz wymienionych już pracowników z wyższym wykształceniem pracowały tu: Zofia Gorzelak, mgr Eugenia Burek, mgr Hanna Grzelak, mgr Halina Bujalska, mgr Żuławnik. Przez wiele lat pracowały w szpitalu już dawno zmarłe : mgr Barbara Lachowicz, mgr Janina Bilińska, mgr Jadwiga Tyrman, dr Barbara Rau i dr Krystyna Iłowiecka, które wdrożyły dużo wysiłku i serca w diagnozowaniu chorych dzieci, przy wprowadzaniu z biegiem lat coraz nowocześniejszej aparatury, wykonując badania według coraz bardziej zmodernizowanych światowych norm….>>

 

Autorka w tym miejscu nie wymienia mgr Ireny Jagielak. Często dyżurowałyśmy razem. Nieodmiennie towarzyszyła nam w pracach oddziałowych, była bardzo zainteresowana stanem naszych wspólnych pacjentów i skrupulatnie, jak i inne pracownice laboratorium , wykonywała  swoją pracę. Poza innymi badaniami, których wyniki należało mieć na cito, do najbardziej wyczerpujących należało pobieranie krwi włośniczkowej co kilka minut w ciągu całej doby u dzieci z sepsą . Nie było metod i aparatury diagnostycznej, która usprawniałaby i uwiarygodniałaby uzyskany wynik. Tak więc krew pobierano do włosowatej szklanej rureczki i łamano ją w odpowiednich odstępach czasu. Określano czas, kiedy pojawił się w rurce skrzep. Po uzyskaniu tego wyniku my  modyfikowaliśmy dawki heparyny…było to było prymitywne, ale uratowaliśmy wiele dzieci z zespołęm wykrzepiania często towarzyszącego posocznicy, tj zakażeniu całego ustroju bakteriami ( ten stan teraz częściej nazywa się sepsą)….Irenka była zawsze pogodna, wesoła, miała talent by poprawiać nam nastrój i podtrzymywać na duchu. Podobno jeszcze teraz, już będąc na emeryturze fruwa po świecie…oj niespokojny, radosny to człek…

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”( 29 )

 

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

 

 

 

Cz.29

 

<<…. Izba przyjęć to „ wrota” szpitala, to pierwsze miejsce kontaktu chorego dziecka z pielęgniarką, niejednokrotnie dziecka ciężko chorego ( nieprzytomnego, w drgawkach) i zszokowanych rodziców. Przełożona ustawiała w izbie przyjęć zawsze najlepsze pielęgniarki w pracy trzyzmianowej. Pielęgniarki odpowiedzialne za całokształt funkcjonowania izby przyjęć były najbardziej sumienne, najlepiej przygotowane zawodowo, energiczne, taktowne kobiety. Danuta Lenart, Janina Peciakowa, Maria Kwiatkowska przez długie lata odpowiadały za całość pracy izby przyjęć.

Lekarz dyżurny badał, sam pobierał badania, w zależności od wskazań : krew, mocz, kał, wymazy z nosa, gardła. Punkcji lędźwiowych wykonywano 15-20 na dobę. Pielęgniarka musiała wszystko dokładnie oznakować i dostarczyć do laboratorium. Dawało to możliwość szybkiego diagnozowania pacjenta.

     W szpitalu całodobowo dyżurowały zawsze trzy osoby.

Lekarz dyżurny izby przyjęć badał dziecko, pobierał niezbędne badania pomocnicze i kwalifikował do danego oddziału bądź dawał odmowę do domu lub kierował do innego szpitala, np. do oddziału chirurgii dziecięcej, w zależności od konieczności i ustalonego rozpoznania .

Lekarz „ wewnętrzny” sprawował opiekę nad dziećmi w oddziałach i zmianą personelu pielęgniarskiego oraz kontrolą całości terenu.

Lekarz lub magister z laboratorium miał obowiązek wykonywania badań diagnostycznych – niezależnie od dnia i nocy i natychmiastowego dostarczania ich wyników lekarzom dyżurującym.

Współpraca na dyżurach była bardzo dobra…..>>

 

To są już czasy, kiedy pracowałam w tym szpitalu( lata 1975-1981).  O dyżurach lekarskich, Izbie Przyjęć i jej dwóch wspaniałych pielęgniarkach pisałam już w dziale Na medycznej ścieżce. To one uczyły nas, młodych lekarzy prawdziwej praktycznej medycyny, dyskretnie wspierały gdy ocenialiśmy stan dziecka, umiejętnie pomagały w czasie wykonywania badań. Wspominam to miejsce ciepło, mimo wielu traumatycznych tam przeżyć zarówno pacjentów jak i personelu medycznego….ponadto nieomal uczestniczyliśmy w życiu synów tych pań. P. Janka Peciak pokazywała nam złoty medal syna, Janusza, słynnego pięcioboisty a p. Basia odznaczenia pływackie swojego syna, wtedy mistrza młodzików w pływaniu…..

  

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz. ” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 27 )

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 Cz. 27

 

 <<…. Stopień doktora medycyny uzyskało sześciu lekarzy: dr med. Irena Pawela, dr med. Monika Czachorowska, dr med. Romualda Szlachetka- z zagadnień neuroinfekcji, a także trzech lekarzy : dr med. Halina Oziemska, dr med. Ryszard Dębski i dr med. Anna Jung- z zagadnień klinki wirusowego zapalenia wątroby. Była jedna praca habilitacyjna dr med. Danuty Łukaszewicz- Dańcowej nt. porażeń nerwu twarzowego u dzieci.

    Odbyło się ponad 100 lekarskich egzaminów na specjalizację pierwszego i drugiego stopnia z pediatrii oraz z zakresu mikrobiologii, analityki, radiologii i neurologii.

    Lekarze szpitala wraz z pracownikami laboratorium oraz innymi osobami współpracującymi ( np. konsultantami) ogłosili drukiem ponad 200  prac naukowym w piśmiennictwie lekarskim krajowym i zagranicznym.

     Szpital zakaźny spełniał przez wiele lat rolę placówki szkoleniowej dla lekarzy z innych szpitali, klinik, poradni dziecięcych. Odbywało tu staże szkoleniowe ponad 1500 lekarzy w ramach pierwszego i drugiego stopnia specjalizacji z warszawy, z innych miast i województw kraju, a także jedna lekarka Chinka i jeden lekarz z Ghany- dr Kissi, świetnie władający językiem polskim….>>

 

Nie znam dokładnych tytułów prac doktorskich napisanych przez lekarzy mojego dawnego ukochanego szpitala przy ul. Siennej, powinnam zadzwonić do tych, którzy jeszcze żyją i zapytać. Dr Baśka ( tak nazywaliśmy dr Marię Barbarę Chmielewską Jakubowicz, autorkę tego opracowania) wymienia m.in. dr Romkę Szlachetko. O Niej już wspominałam w części blogu, gdzie opisuję moją medyczną ścieżkę. W czasach, gdy pracowałam razem z Nią widziałam z jakim trudem pracuje nad doktoratem. Przy intensywnej pracy w oddziale Neuroinfekcji, licznych dyżurach Romka dziergała swój doktorat. Zaraz po wykonaniu wszystkich swoich obowiązków oddziałowych, w każdej wolnej chwili znikała w naszej ciupeńkiej  szatni z naręczem historii chorób dzieci leczonych w tym oddziale. Historie te układała na parapecie i przeglądała, wczytywała się, coś tam notowała. Podziwiałam Jej samozaparcie się i mrówczą nieomal pracowitość. Wyobrażam sobie, że pewnie nocami siedziała nad opracowywaniem tego materiału. Chyba wszyscy lekarze wymienieni przez dr Baśkę pracowali tak samo nad swoimi doktoratami. Bo byli aktywni zawodowo, mieli rodziny więc robili to kosztem własnego czasu. Ponadto wykorzystywali własne doświadczenia zawodowe, gdyż pisali o pacjentach i chorobach którymi się zajmowali. Jakże różne bywały sytuacje innych ludzi, którzy byli na stypendiach doktoranckich, kiedy to nie tylko pisali doktoraty na zamówienie, ale też dostawali za to pieniądze…Doktoraty będące jakby podsumowaniem własnej pracy, wiedzy praktycznej sprawdzonej miały dla mnie wartość niezwykłą. I nie piszę tego tego bezpodstawnie, bo sama tego doświadczyłam. I pozostaje nie duma że ma się tytuł przed nazwiskiem, ale jakby poczucie spełnionego obowiązku z pożytecznej dla innych pracy…

 

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz. ” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 26 )

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

Cz.26

 

<<…..  Przygotowywanie się do drugiego stopnia specjalizacji pediatrycznej nie było łatwe, ponieważ zgodnie z programem kierownika specjalizacji lekarz musiał być oddelegowany do kliniki, najczęściej przy ul. Litewskiej lub Działdowskiej, by odbyć 9-miesięczne szkolenie w zakresie kardiologii, nefrologii, pulmonologii dziecięcej. Należało zaliczyć trzy miesiące delegacji w klinice chirurgii dziecięcej, najczęściej w Instytucie Matki i Dziecka, a także trzy miesiące w oddziale noworodkowym w Klinice Położniczej przy ul. Karowej. Niektórzy musieli odbyć jedno- lub dwumiesięczną pracę w oddziale dermatologii dziecięcej.

Oczywiście w okresie” oddelegowania’ lekarz miał obowiązek pełnienia normalnych dyżurów w szpitalu macierzystym,  a także obowiązek zdawania co miesiąc  kolokwium u kierownika specjalizacji z poszczególnych działów pediatrii. Po zdaniu egzaminu przed komisją, składającą się z profesorów warszawskiej pediatrii, lekarz uzyskiwał specjalizację drugiego stopnia.

Część lekarzy opuszczała szpital, by poprawić swe warunki bytowe….>>

 

 

Oj wiem coś o tych trudach zdobywania specjalizacji. I nie pochłanianie ogromu wiedzy, studiowanie wielu podręczników przy normalnej pracy, dyżurach i obowiązkach domowych, nie zdawanie w końcu egzaminu ale oddelegowanie z macierzystego oddziału  na wymagane staże było wielkim problemem. Muszę się przyznać, że część tych szkoleń odbywałam wirtualnie. Otóż mój ordynator podpisywał fikcyjnie lub szczątkowo odbyte staże albo tylko dyżury ludziom z innych oddziałów a z kolei ordynator stażysty podpisywał nam. Proceder ten nie był godny pochwały. Ale takie były realia.

I niestety , mimo, że od czasów kiedy ja zdobywałam specjalizacje minęły dziesiątki lat , nic się nie zmieniło w tym temacie…oddelegowanie jest takim problemem, że znam ludzi, którzy przez wiele lat nie są w stanie przystąpić do egzaminu specjalizacyjnego bo stale brakuje im niezbędnych szkoleń w oddziałach poza macierzystym….

   

 

 

 

 

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz. ” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

 

 

 

 

Cz. 25

 

  <<… Codzienna praca przy chorym dziecku, a zwłaszcza całodobowa praca lekarzy, oddziałów, izby przyjęć, dyżurnych z laboratorium, jest nieoceniona. Idzie ona w parze z pracą samokształceniową i stałym podnoszeniem kwalifikacji. Kierownictwo szpitala bardzo o to dbało na co dzień. Ordynatorzy szkolili  nieustannie asystentów przy łóżku chorego; szkolili się tu także asystenci z innych szpitali, instytutów czy poradni rejonowych.

    W cotygodniowych posiedzeniach naukowych  lekarzy szpitala- a było ich 1760- lekarze przygotowywali i omawiali rzadkie przypadki kliniczne, przypadki zgonów, referaty poglądowe, sprawozdania z kursów, zjazdów czy kongresów, w których uczestniczyli. Przedstawiano także streszczenia z prasy zagranicznej , tzw. prasówki….>>

    

Jest Takie Miejsce. Cmentarz żydowski w Otwocku ( 1 )

Cmentarz żydowski w Otwocku.

Największy na Mazowszu cmentarz żydowski znajduje się w  odległości ok. 25 km od centrum Warszawy, w Otwocku a właściwie w obecnych granicach administracyjnych Karczewia. Jest położony  w lesie sosnowym przeciętym ulicami Andriolliego (m. in. projektanta miejscowych domów i twórcę stylu nazwanego przez K.I. Gałczyńskiego- świdermajer) a ul . Czerwonej Drogi ( wyłożonej gruzem ze zburzonej Warszawy ) .

Kirkut  został założony w XIX wieku. Chowano tam przede wszystkim zmarłych w miejscowych szpitalach i sanatoriach p/gruźliczych.

Chorzy przybywali tu na leczenie nawet z dalekich zakątków Polski, wierząc w cudowną moc klimatu . Gdy umierali, zgodnie z tradycją żydowską , tego samego dnia musieli być złożeni w grobie. Jeżeli mieszkali daleko, nie można było transportować ciał i grzebano je na tutaj.

II wojnę światową cmentarz przetrwał w całkiem niezłym stanie.

Jednak w latach powojennych stał opuszczony, dewastowany , zabierano stamtąd macewy , które ponoć po zlikwidowaniu żydowskich napisów przerabiano na kamienie nagrobne cmentarzy katolickich. Wiele grobów rozkopano a wydobyte kości odsprzedawano studentom medycyny .

Przez centralną część tego cmentarza poprowadzono linię wysokiego napięcia, niszcząc wiele nagrobków.

Stopniowo cały  teren zarastał krzewami i odchodził w zapomnienie.

Od 2002 roku z inicjatywy miejscowych społeczników m.in. nauczycielek z otwockiego liceum : Katarzyny Kałuszko, Marii Bołtryk; redaktora naczelnego pisma „ Więź” – Zbigniewa Nosowskiego a także obecnie bardzo znanego ze swoich odważnych wypowiedzi i szykanowanego  przez władze kościelne – ks. Wojciecha Lemańskiego, wówczas proboszcza , powołano  Komitet Pamięci Żydów Otwockich i Karczewskich. Z ich inicjatywy podjęto prace porządkowe na cmentarzu żydowskim w Otwocku i pobliskim Karczewie, gdzie zwykle chowano miejscowych. Wstępnie wykarczowano krzewy i drzewa zarastające cmentarz. Dzięki wysiłkom mieszkańców Ośrodka Readaptacyjnego  Ministerstwa Zdrowia i grupy baptystów z USA na obwodzie nekropolii ułożono głazy zaznaczając jej granice.

W 2007 roku zespół młodych ludzi związanych z warszawską Gminą Wyznaniową Żydowską wykonał  inwentaryzację  nagrobków. Dane personalne zmarłych, zdjęcia i opis lokalizacji grobów zostały umieszczone na stronie internetowej

http://cemetery.jewish.org.pl/otwock/

Do dziś w lesie sosnowym zachowało się około 1200 nagrobków. Wyraźny jest rzędowy układ grobów, a na części macew można dostrzec ślady oryginalnych polichromii.

Nagrobki  z Otwocka są świadectwem zróżnicowania majątkowego i obyczajowego  społeczności polskich Żydów z okresu pierwszych czterech dekad XX wieku. W większości nie stanowią one dzieł sztuki, chociaż zdarzają się pomniki nagrobne łudząco podobne do tych, jakie można spotkać na cmentarzach  innych wyznań. Większość z nich nosi piętno miejscowych rzemieślników, którzy mając wiele zamówień, wytwarzali je jakby seryjnie. Obok prostych macew dość często pojawia się motyw złamanego drzewa, który w żydowskiej kulturze sepulkralnej jest sposobem upamiętnienia osób zmarłych w młodym wieku. Wymienia się tutaj pomnik studentki Felgi Lichtenstein zmarłej w wieku 22 lat czy dwudziestojednoletniej Poli Buchwald.

Na nagrobkach widnieją napisy w różnych językach:  w języku hebrajskim, polskim, niemieckim i rosyjskim, co świadczy o asymilacji i przenikaniu różnych kultur w środowisku żydowskim.

Ponadto wielokrotnie odchodzono od tradycyjnej struktury żydowskiego epitafium :

„ Tu pochowany….syn/córka….zmarł/a w dniu…Niech dusza jego związana będzie w węźle życia wiecznego”. Takie napisy widnieją jedynie w języku hebrajskim.

Ale przykładowo napis na grobie Poli( widnieje na zdjęciu wykonanym przeze mnie i tutaj załączonym) jest zupełnie różny w treści .

Na macewach można znaleźć też nazwę miejscowości skąd przybył do Otwocka chory i tutaj zmarł. Stąd wiadomo, że ludzie ci pochodzili z Warszawy, Łodzi, Płocka, miast Śląska i Zagłębia a także Pińska, Kowla, Odessy, Słoniami, Horodyszcza, Wilna, Miru, Moskwy czy Nowego Jorku.

Na tym cmentarzu znajdują się też mogiły- czasem symboliczne- ofiar Holocaustu…..


Tekst opracowałam na podstawie http://www.kirkuty.xip.pl/otwock.html

zdjęcia są własne …

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 23 )

 

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

 

 

 

 

 

Cz.23

 

 

 

<<….    Z roku na rok zachorowania na polio nasilały się, zawłaszcza wśród najmłodszych dzieci do lat trzech: w szpitalu hospitalizowano wtedy po kilkuset chorych rocznie. Stan szpitala wynosił dotychczas 150- 190 łóżek. Przy największym nasileniu epidemii polio w 1958 r. wszystkie pomieszczenia szpitalne zostały zamienione na salki chorych- dzieci było 220. Praca w takim przetłoczeniu była niezmiernie trudna. Dzieci z porażeniami kończyn górnych i dolnych miały stosowane codzienne kocowanie, potem gimnastykę mięśni, a  dzieci z porażeniem mięśni oddechowych, nie mogące samodzielnie oddychać, przebywały w żelaznych płucach. W roku 1953 szpital miał jeden aparat żelaznych płuc, a w latach 1957- 1958 już trzy aparaty w oddzielnym pomieszczeniu, pod stałą opieką pielęgniarki. Kiedy aparat, w którym znajduje się dziecko, jest ustawiony właściwie, a dopływ energii elektrycznej jest stały, chory ma zapewnione oddychanie, ale gdy na skutek awarii elektrycznej praca aparatu ustaje, należy natychmiast podłączyć „ napęd ręczny” za pomocą specjalnego urządzenia, by nie dopuścić do dłuższej przerwy pracy żelaznych płuc. Tym „napędem ręcznym”( drąg wmontowany do aparatu) pchanym ręcznie do przodu i do tyłu, należy prowadzić „ wdech- wydech” do czasu ponownego włączeni elektryczności. Zdarzało się tak raz w czasie dyżuru, gdy troje dzieci było w żelaznych płucach.

 

      Ordynator oddziału polio dr med. Danuta Łukaszewicz- Dańcowa wszystkie siły oddawała w tych latach porażonym dzieciom, walcząc o każdą porażoną kończynę, o każdą grupę mięśniowa, o dzieci z zaburzeniami oddechowymi. Ważyła każdą decyzję, kiedy można robić przerwy, na jak długi okres, a kiedy u kogo zastosować aparat pancerzowy, obejmujący mięśnie klatki piersiowej. W tej bohaterskiej codziennej walce nieustannie pomagały jej dr med. Anna Gecow- doświadczony klinicysta i dr med. Monika Czachorowska. Doktor med. D. Łukaszewicz została odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi. Wydała drukiem książkę „ Poliomyelitis- choroba Heinego – Medina”, z której uczyły się potem pokolenia studentów, lekarzy pediatrów , zakaźników, neurologów…>>

 

 

 

W części tego blogu w rozdziale „na medycznej ścieżce” wspominam czasy, kiedy pracowałam w tym szpitalu, obecnie nieczynnym Szpitalu im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej. Opisywałam swoje wrażenia z Oddziału Neuroinfekcji, owo żelazne płuco, które już tylko straszyło w pokoju przylegającym do dyżurki pielęgniarskiej, o przypadkach choroby Heinego- Mediny, które widziałam , kocowaniu , dr Czachorowskiej i personelu tego niezwykłego dla mnie oddziału. W czasach, kiedy pracowałam na Siennej( 1975-1981) epidemie polio już się nie zdarzały. Stało się to dzięki szczepieniom. Aż strach pomyśleć, że takie choroby mogą wrócić, bo obecnie panuje moda wśród rodziców, by w ogóle nie szczepić dzieci…

 

 

 

 

 

      

 

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 22 )

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

 

Cz. 22

 

 

<<….Profesor Bogdanowicz przeegzaminował lekarzy szpitala i nadał im specjalizacje w zakresie chorób zakaźnych. Tak więc wszyscy ordynatorzy i niektórzy asystenci mieli podwójną specjalizację. Oddziałami  w początkowym okresie kierowali: dr Halina Oziemska- oddział dyfterytyczny, 30 łóżek; oddział polio- dr med. Danuta Łukaszewicz- Dańcowa, 38 łóżek; oddział obserwacyjny- dr Michał Kokoszko, 18 łóżek; oddział biegunkowy- dr med. Zofia Truchanowicz, 32 łóżka; oddział kokluszowy- dr Betty Mosler, 32 łóżka…..>>

 

 

 

Wymienioną tutaj dr Zofię Truchanowicz opisałam w części blogu traktującej o mojej ścieżce zawodowej. To ona, w 1975 roku jako wicedyrektor szpitala zaakceptowała moją kandydaturę na asystenta szpitala. Jej pogoda ducha, szeroki uśmiech, poskręcane kudełki a co najważniejsze sympatyczny kordialny sposób bycia i  życzliwość dla ludzi oraz wyraźna mądrość życiowa spowodowała, że ten szpital jawił mi się jako nie tylko ciekawa ale także przyjazna placówka.

    Z kolei wspomniana dr Halina Oziemska , która była dyrektorem szpitala  ostatecznie zadecydowała o przyjęciu mnie do pracy. Odbyła ze mną długą rozmowę zadając wiele ważnych pytań i czekała na odpowiedź z jakimś smutkiem a nawet mrokiem w oczach.   Była kobietą wysoką, szczupłą, ciemnowłosą , zasadniczą i poważną do bólu.  Budziła  we mnie szacunek pomieszany z  lękiem…. To w późniejszych latach jej sposób reagowania spowodował, że podjęłam decyzję zmiany pracy- to też opisałam w części blogu „ na medycznej ścieżce”….