Modrzewiowy sen…

SAM_8891.JPG

 

 

Jest rok 1962, mam 15 lat, rodzice w sanatorium w Szczawnicy. Jak zwykle. Zmęczeni wojną, schorowani, aż dziw, że wrócili do życia i jeszcze córeczkę sobie urodzili…tzn . mnie. Brat buja gdzieś w świecie, bo starszy o 13 lat, przedwojenny. Ja powojenna, ale samodzielna , bo właśnie choroby, sanatoria rodziców, praca ich zawodowa. Tym razem pewnie są wakacje, więc wynajmują mi pokoik w Szczawnicy, w domku posadowionym na górce  przy ulicy o przedziwnej nazwie Języki. Muszę tam codziennie wbiegać , co wtedy nie stanowi problemu i równie szybko zbiegać by moczyć nogi w strumyku o równie dziwnej nazwie Bryjarka. Odwiedzam też rodziców czytam książki i wdycham żywiczne górskie powietrze. Jest pięknie. Ot, taka migawka z życia. Ale miało być o modrzewiach. Otóż tam właśnie, w Szczawnicy się dowiaduję, że powietrze nasycone  żywicą modrzewiową jest najzdrowsze, i lekarze zalecają spacery wśród  licznie rosnących tu tych drzew. Więc wdycham…i na zawsze zapadają mi w pamięć te dziwne miękkoiglaste drzewa, z małymi szyszeczkami, które ponoć na zimę zrzucają igły….to tam właśnie zwróciłam na nie uwagę.

    Potem już ogród nad Bugiem i oczywiście obowiązkowe modrzewie. Maciupkie przed 35 laty, rosły bardzo dynamicznie i teraz sięgają nieba, gałązkami kruchymi gdy wiatr sypią . Nie zapomnę, gdy w 1992 roku, odwiedziła nas córka z najstarszą wnuczką. Weronika miała wówczas  7  miesięcy, wzięłam ją na ręce i stanęłyśmy pod modrzewiowymi gałęziami. Były bujne i kołysane wiatrem wyglądały jak wielkie kosmate łapy. Dziecko  pokazywało je paluszkiem z trwogą wielką. Odeszłam z tego miejsca,  ale po chwili  wróciłam. Weronika zareagowała tak samo jak za pierwszym razem.  Wówczas to, po raz pierwszy zauważyłam, że takie małe dzieci mają wyobraźnię. Wstyd się przyznać, bo pediatrą już byłam, i swoją czwórkę odchowałam, a tu nagle wnuczka oczy mi otworzyła….

    I teraz modrzewie towarzyszą nam w Michałowicach, jeszcze niewielkie, ale już mają zadatki na wysokie drzewa. I są listopadowym złotem, chyba ostatnim na drzewach, bo brzozy, lipy, klonik i kasztanowiec już śpią snem zimowym. Patrzę więc na owe złoto, zdjęcia robię i wspominam pierwsze z nimi spotkania, młodzieńcze zauroczenie trwa. I dobrze jest. Niebawem  dobranoc im powiem, bo zima  przybędzie niechybnie i pójdą spać, by wiosną zachwycić…..

 

 

SAM_8899.JPG

 

 

SAM_8916.JPG

 

 

SAM_8892.JPG

Do zobaczenia, moja Pani Profesor….

SAM_7316.JPG

Jedyne zdjęcie Pani Profesor Teresy Wyszyńskiej jakie posiadam. Są wczesne lata 90 XX wieku, upalny wrzesień,  Kongres Nefrologów Dziecięcych w Jerozolimie…

    Nie powinnam bezpośrednio po poprzednim wpisie blogowym o małej pieskowej  domowej radości pisać o   bardzo , bardzo poważnej smucie. Ale tak już się w życiu plecie…

Przed kilkoma dniami odeszła od nas Pani Profesor Teresa Wyszyńska , szefowa zespołu, w którym pracowałam ponad 20 lat…. Moja Pani Profesor bardzo kochała psy, zawsze miała przy sobie jamnika, więc zrozumie i wybaczy tę niezręczność…i nieco chaotyczne, bo pisane sercem i na gorąco wspominki.

Właśnie czytam nekrolog w prasie…stało się to, co nieodwracalne, ale nie przyjmuję tego do wiadomości. Bo Pani profesor nadal żyje wśród nas, dopóki my żyjemy, dopóki pacjenci pamiętają i słowa Jej publikacji, podręczników są czytane i żyją Jej dobre geny utrwalone w pięknej Rodzinie, którą stworzyła…

I myślę o mojej Pani profesor, zresztą często o Niej myślę, bo była wspaniałym lekarzem i jeszcze wspanialszym , niezwykłym Człowiekiem.   

    Po raz pierwszy zobaczyłam Panią Profesor na kursie specjalizacyjnym, jeszcze byłam zakochana w Siennej i nie przypuszczałam, że będę pracowała u Jej boku. Ale już wtedy przyszedł mój zachwyt i nigdy nie zapomnę Jej pięknych wykładów wygłaszanych w iście amerykańskim luzie, ilustrowanych na żywo ( na zwykłej tablicy skrzypiącą kredą) rysunkami z których wyłaniały się kształtne szczegóły budowy nerek i układu moczowego, potem stopniowo wykwitały różne patologiczne twory w obrębie kłębuszków nerkowych by zamienić się w jednoznaczne rozpoznania chorobowe . Te dynamicznie powstające rysunki  mam do dziś w oczach i więcej pokazały i nauczyły niż opisy ustne czy wyczytane w znakomitym podręczniku nefrologii dziecięcej pod Jej redakcją wkuwanym do egzaminu na dwa stopnie specjalizacji z pediatrii….

     W roku 1980 poznałam Panią Profesor osobiście i do dziś wspominam, jak mnie przekonywała do podjęcia pracy w  CZD – pani Zosiu, warto zmienić pracę , poznać nowe horyzonty i ew. zrezygnować po roku gdyby dojazdy były zbyt uciążliwe  lub praca nieciekawa. Po długich wahaniach , tak zrobiłam  i nigdy nie żałowałam, bo praca u boku Pani profesor była nie tylko zaszczytem ale też wielką przyjemnością. Otrzymałam temat, który mnie całkowicie pochłonął , miałam wolną rękę w programowaniu  badań, kochałam moich pacjentów i czułam wielką radość gdy się udawało zmniejszać cierpienia chorych dzieci. Wszystko to się działo  po czujnym opiekuńczym ale nie despotycznym okiem pani Profesor. Nie czułam się zniewolona i  ograniczana jak się zdarzało w innych klinikach, gdzie lekarz musiał wykonywać ślepo zarządzenia szefa, rozwijałam skrzydła. Trwało to ponad 20 lat, aż do emerytury. …Tak, Pani profesor miała wielkie zaufanie do ludzi…i dziękuję Jej za to….

     Mam stale w pamięci Jej dziewczęcy uśmiech, wielki błękit pięknych oczu,  własny styl ubierania się, skromny, elegancki angielskopółsportowy ale przede wszystkim  bezpośredni sposób bycia chyba typowy dla ludzi Wielkich ale pochodzących ze znamienitych rodów. Wszak Pani profesor z Bogusławskich i Suchodolskich się wywodziła. Nie miała żadnych cech  z profesorskiego , jakże często obserwowanego, nadęcia, dumy, pogardliwego traktowania  słabszych.

     Była uśmiechniętą przesympatyczną Lekarką często zaskakującą nie tylko wiedzą nefrologiczną , co było oczywiste, ale obejmującą wszystkie specjalności medyczne, często widziała i wiedziała to, czego my nie widzieliśmy. Lekarze obdarzeni tzw. szóstym zmysłem nie rodzą się często. Pani profesor miała ten szósty zmysł. To był dar , nie tylko wyuczona wiedza. Nie zapomnę  nocy spędzonej przy łóżku nastoletniego chłopca, którego stan gwałtownie się pogarszał. Z wielkim lękiem czuwałyśmy nad nim z koleżanką która dyżurowała (wtedy jeszcze były odrębne dyżury ) wymyślając co jeszcze można by zrobić, by pomóc. Gdy Pani profesor zajrzała do nas rano, rzuciła tylko okiem na chorego i oznajmiła, żebyśmy się nie martwiły, bo chłopiec przeżyje….i tak się stało….

      Jeszcze mam w sobie jedno wspomnienie, już nie zawodowe, ale koleżeńskie. Kiedyś wyjechaliśmy wspólnie, całym naszym zespołem nefrologów  nad Bug, na majówkę. I gdy wędrowaliśmy  brzegiem rzeki, świeciło  już dość ciepłe słońce, a  Pani profesor nagle  zrzuciła wierzchnie ciuchy pozostając w kostiumie kąpielowym i wskoczyła do rzeki….jedyna z nas miała ten kostium i jedyna pływała parskając radośnie. Staliśmy i patrzyliśmy na tę radość…

     I było ostatnie spotkanie, może przed rokiem,  w Jej uroczym mieszkaniu w Brwinowie, sączyliśmy wino i zagryzaliśmy owoce z pucharków które specjalnie dla nas przygotowała…był luz i ciepło ….

    Potem tylko telefony , stałe zapraszanie i nasze obietnice, że jeszcze raz Ją odwiedzimy…nie zdążyliśmy…..jednak teraz mówię- do zobaczenia  Pani profesor…do miłego zobaczenia….jak mniemam, otrzymam od Pani poprawkę tego tekstu. Bo tak zawsze   bywało, gdy popełnialiśmy artykuł do Pediatrii Polskiej czy innego czasopisma medycznego, którego pani Profesor była redaktorem…przyrzekam, że  poprawię…

 

SAM_7326.JPG

” Tych lat nie odda nikt…”

PA100720.JPG

Ulica Południowa w Godziszce prowadząca w góry, na Siodło, Skrzyczne, Skalite….

 

 

 

Dzisiaj Irena Santor śpiewa w mojej głowie: „Tych lat nie odda nikt”….

     A ja wcale nie chcę, by ktoś oddał mi tamte lata. Lata dzieciństwa.

Bo one były, piękne, wonne, pełne utrwalonych w pamięci obrazów i smaków. Były tak piękne, że powtórka nie jest potrzebna.

Zresztą one są. Utrwalone w mojej pamięci, pisaniu, zdjęciach widzianych kiedyś oczami dziecka pejzaży. Pejzaży  stworzonych z gór, mgieł , chmur , wioseczek z maleńkimi domkami nanizanymi na grzbiety sfałdowań dna Kotliny Żywickiej, zawieszonych gdzieś na zboczach z łyskającymi nocnymi światełkami, gdzie ludzie podobnie jak przed wielu laty toczą swoją ziemską dolę.

Zdjęcia tych widoków takich samych jak kiedyś,  wykonuję teraz. Mam takie szczęście, że dożyłam czasów kiedy technika popędziła do przodu i w kieszeni czeka czujnie aparat cyfrowy z niewielkim wprawdzie zoomem  i możliwością oglądania fotografii na gorąco . Aparat fotograficzny  z mojego dzieciństwa i młodości to zawieszona na szyi mojego Taty Zorka a potem Verra . Sprzęt ten z czułością i nabożeństwem nieomal, pielęgnowany przez właściciela, z wkładanymi filmami i całą czarodziejską procedurą wywoływania którą obserwowałam w naszej zaciemnionej specjalnie gorzowskiej łazience mieszkania  przy dawnej ulicy Nowotki a teraz Orląt Lwowskich. Mój Czarodziej- tata pracował a ja z zapartym tchem obserwowałam moment kiedy na papierze zanurzonym w płynie płaskiej kuwety stopniowo pojawia się obraz. To były cudowne magiczne chwile….

 ….może kiedyś moje dzieci, wnuki czy nawet prawnuki zapamiętają to co im pokazałam, o czym opowiadałam,  poczytają to co piszę, obejrzą zdjęcia.

A jeśli to nie przetrwa, to po prostu tutaj wrócą i znajdą ślady Beskidzkich prapradziadków, Stefki Łukaszewicz z domu  Jakubiec ( tych od Kruczków, jak tutaj się mówi) urodzonej w Godziszce.

I tak jak my teraz staną na wznoszącym się tu zboczu góry  i będą patrzyli na całą  Kotlinę Żywiecką, prawie taką jak kiedyś, i góry i mgły i wioseczki na horyzoncie i światełka zapalające się na górach…i wtedy wrócimy….

 

 

P5021549.JPG

 

w dali Beskid Żywiecki- Pilsko, Romanka i po lewej zarys zbocza Babiej Góry…domki Lipowej nanizane na sfałdowanie Kotliny Żywieckiej…

 

 

Babia.JPG

Babia Góra…widok ze zbocza Skalitego…

 

P5071731.JPG

Widok ze zbocza Skalitego…wioski u stóp – Godziszka, Słotwina, Lipowa…

 

P5071730.JPG

Zdjęcie jeszcze wiosenne- Widok ze zbocza Skalitego- Jezioro Żywieckie w dali, Godziszka u stóp….

 

PA040343.JPG

Zdjęcie jw. z większym zoomem…

 

 

 

SAM_7046.JPG

Kościół w Pietrzykowicach( pod Żywcem)…autostrada w budowie…znak czasów…

My, dzieci z wczasów wagonowych…

 

4.jpg

Zdjęcie ze starego albumu. Na wydmie w Łebie  z Mamą i Pawłem..rok 1957

 

 

 

Dzisiaj, przeglądając treść tego blogu, napotkałam nie zauważone wcześniej komentarze.

Zaistniały pod wpisem o wczasach wagonowych. I rozmarzyłam się.

Jak widać nie jestem osamotniona we wspomnieniach. 

Bo :

    30 marca 2014 r.  marek52 napisał:

„Witam, byłem w Jastarni na wczasach wagonowych z rodzicami. Miałem wtedy 16 lat. Poznałem na wczasach dziewczynę, która pracowała przez okres wakacji w kuchni. Cudowne lata młodości. Od kilku lat jeżdżę na wczasy do Juraty i wspominam tamte cudowne dni. Pozdrawiam.”

    Potem osoba o nicku nnn  pisze:

„Hej! Sama jeździłam na wakacje do wagonów jako dziecko – najpierw do Darłówka, potem też na Hel. Helu już nie ma, ale o dziwo – Darłówko dalej prężnie działa, nawet stronę internetową mają 😀 Może pora odświeżyć wspomnienia? Warunki lepsze niż wtedy, ale czar chyba ten sam 😉 „

    I wreszcie  Wiesław:

„ mam 64 lata mając 10 lat w1960 pierwszy raz zobaczyłem morze, byłem na wczasach wagonowych w Jastarni. Wagony w których mieszkaliśmy , jak pamiętam, były jak na tamte czasy przyzwoite. Stołówka była w dużym pawilonie do której trzeba było przejść kawałek drogi. Pamiętam byłem z ojcem i siostrą, a pogoda była jak w Chorwacji. Były to wakacje dla nas wspaniałe. Do Krakowa gdzie mieszkam do dziś przyjechałem opalony i zadowolony. Tam poznałem koleżankę z GLIWIC JADZIĘ … Jadziu życzę zdrowia .Wiesław. „

    A ja wspominam wakacje z Pawłem, który był mi jak brat. Przyjeżdżał do nas  na wczasy wagonowe z nieodłącznym plecakiem i na chudych, bocianich nogach pędził za mną nad morze, mówiąc „ idę, bo jeszcze się utopi”….odszedł przedwcześnie. Zajęci swoim dorosłym życiem nie zdążyliśmy pogadać pod duszam, powspominać….a teraz już jest za późno.

     Dobrze, że zachowały się wspólne fotografie  w naszym starym rodzinnym albumie …..oglądam i wszystko wraca. Tamta Jastarnia, Łeba, Mielno, urocze domki na szynach z tajemnicą podróży, romantyczne  i szum morza za wydmą i wielka falująca przestrzeń , przestrzeń po horyzont….Świat wtedy otwarty, zapraszający , nieznany daleki…i nasze życie jak biała , jeszcze nie zapisana i niezniszczona karta…Cudowne lata młodości- powtarzam za Markiem

    Pozdrawiam Wszystkich, którzy poznali i zapamiętali tamte smaki, mieli szczęście, by wakacje w wagonach spędzić…. ….

 

 

1.jpg

 

 

2.jpg

 

 

3.jpg

 

 

6.jpg

 

A ” Kiedy znów zakwitną białe bzy…”

 

 

1.JPG

 

6.JPG

 

 

„Kiedy znów zakwitną białe bzy,
Z brylantowej rosy, z wonnej mgły,
W parku pod platanem
Pani siądzie z panem…”

 

Pośpiewać sobie można za Foggiem, Połomskim i innymi, którzy też polubili tę piosenkę i umieścili w swoim repertuarze , ale „tych lat nie odda nikt…”. Było, minęło.

Pozostały jednak dawne sentymenty do tamtych czasów. Młodzi byliśmy, jeszcze tacy młodzi. Ale wówczas człek sobie nie zdawał sprawy z urody tego czasu , pędził za każdą chwilą, czas przeciekał pomiędzy palcami i wszystko wtedy wydawało się normalne, zwykłe. I ta sprawność i piękne ciało i tylko uczucia latały pod niebo by czasem boleśnie spadać na ziemię…..a potem znowu te wzloty płomienne…

   Teraz jest inaczej.

Jest dużo wolnego czasu a lustro jednoznacznie mówi to co mówi.

Ale też przyszła ochota na smakowanie życia, rozkoszowanie się każdym danym jeszcze do przeżycia momentem i przyszła też pora na wspomnienia. Np.  pierwszy rok warszawskich studiów , kiedy już mężatką  byłam a Piotrek Sz. na poranne zajęcia wpadł nieco spóźniony z naręczem bzów jeszcze mokrych od rosy, pewnie pod drodze wyłamanych z jakiegoś krzewu i życzenia imieninowe składał….spotkałam go po bardzo wielu latach i zobaczyłam bardzo zmęczonego życiem człowieka. Ale w mojej pamięci pozostał tamtym szalonym czarnym chłopakiem z płonącymi oczami…

Jakie czary potrafi wyczyniać pamięć. Przechowuje to co piękne, chwile mniej ciekawe wybiela a o złych zapomina lub zamazuje ich kontury, wygładza, łagodzi. Jestem jej za to wdzięczna, że właśnie taka jest….

    Bardzo lubimy  bzy, te szalone krzewy, ich bujną wiosenną zieleń i wielkie wiechcie kwiatów. Tę istną burzę w ogrodzie rozsiewającą zapachy….

    A pomyśleć, że przywędrował do naszego kraju dopiero w XVI wieku, z Turcji przywieziony. Fajnie , że nie żyjemy w wieku  XV albo i wcześniej jeszcze,  bo jakiż uboższy byłby nasz wiosenny świat….świat bez bzu…Jego rodziną są lilakowate i pomimo, że nazywamy go bzem nie należy do rodziny piżmaczkowatych jak bez czarny czy ligustr…. Miłe nazwy tych rodzin….ktoś kiedyś wymyślił a dawno już zniknął , nawet nie znamy jego imienia. Ale pozostał w bzach, co kwitną majowo …Człowieczy los rozdaje karty w grze zwanej życiem, zapamiętaniem….ale już odkładam na bok te rozmyślania….

… bo właśnie niedawno zakwitł w naszym ogródku….bez….piękny i wilgotny…

 

 

5.JPG

 

 

3.JPG

 

 

00.JPG

 

Zaproszenie na wycieczkę do mojego Gorzowa…

W 2008 roku, po 40 latach nieobecności  zajrzałam do Gorzowa,  miasta w którym przyszłam na świat  i mieszkałam do matury. Właśnie była pełnia lata i Gorzów tonął w zieleni. Były więc zdjęcia i wspomnienia dawnych słodkich czasów młodości. Pomimo upływu lat miasto nadal wydało mi się bardzo piękne i naprawdę warte obejrzenia….zapraszam Wszystkich Bliskich i Dalekich do mojego Gorzowa…a ja będę marzyła….

 

 

 

0.jpg

Trasa do Gorzowa z Warszawy wiedzie wzdłuż doliny Warty….

 

 

1.JPG

 

Tajemnicze jezioro w okolicach Gorzowa….

 

 

2.JPG

 

Widok z zachodniego wzgórza na dawne koszary saperów. Mieszkałam przy obecnej ulicy Orląt Lwowskich u podnóża dużego wzniesienia gdzie usytuowano ten obiekt…Nadal prowadzą tam piękne schody ….och ,te wspomnienia dziecięcych zabaw na zboczach wówczas porośniętych kosodrzewiną…

 

 

2,1.JPG

Wzgórzowy widok przybliżony obiektywem….Kościółek na Zawarciu, nieopodal którego moje liceum….

 

 

3.JPG

 

I widok na sąsiednie wzgórze, XIV wieczną katedrę w której otrzymałam Chrzest, Komunię I i Bierzmowanie….gdy byłam dzieckiem wydawała mi się dziwnym jednookim wojem….

 

3,1.jpg

Gdy wracałam z Bajką, przyjaciółką z młodości z naszego zawarciańskiego Liceum, odsłoniło się centrum miasta, a niebo było łaskawe, bo założyło specjalny makijaż….

 

3,2.jpg

A to widok z mostu drogowego. Ileż razy go przemierzałam idąc do LO( do 1965 roku). Pomimo tego, że był tramwaj, zawsze chodziłam pieszo, bo tak lubiłam. Warta przepastnie cudna a w tle most kolejowy, unikatowy, bo zbudowany na łuku. Pamiętam ten czas, gdy go odbudowywano. Tato był wtedy Naczelnikiem Oddziału Drogowego PKP i odpowiadał za ten  remont. Ileż tam zostało zaklętych emocji lęków i radości…

 

3,3.jpg

 

Tego nie było za moich czasów. Bulwar i pomnik ….

 

 

3,4.JPG

A nad Wartą, na bulwarze, bawili się młodzi. Nawet przybyli górale. Prawda że Warta jest cudna? a w tle stary zabytkowy spichlerz…

 

 

3,5.JPG

 

 

3,6.JPG

 

Wdrapałam się na wieżę Katedry. I te dwa okna należały kiedyś do mieszkania dzwonnika. Ależ on miał widok ….

 

 

3.7.JPG

I spojrzenie w dół z katedralnej wieży . Jaka ładna ulica, okolona falbankami kwietników…

 

3,8.jpg

 

Wzgórza, wzgórza zielone…

 

 

3,91.jpg

 

 

3,9.jpg

I zapada noc nad Gorzowem, a ja samotnie stoję w oknie Hotelu Mieszko i oddycham gorzowskim powietrzem. Niedługo wyjadę, wyprawa była tylko dwudniowa ale zabiorę sobie zdjęcia, wspomnienia zawinę w kłębek i będę marzyła w takie zimowe nieprzyjazne dni. Gorzów to mój azyl, miejsce dzieciństwa i nikt mi tego nie odbierze…..

 

 

 

 

Teksty brata-Zenona Łukaszewicza. Na moją prośbę….

Na moją prośbę Zenon napisał krótki tekst, który jest Jego własnym wspomnieniem lat dziecięcych i wczesnomłodzieńczych.  

Miał wtedy ponad 70 lat, był schorowany i już nie zachwycał stylem, tak jak kiedyś.

Ale powstał krótki dokument dawnych czasów, trochę odbiegający od tego co zapamiętałam z opowieści naszej Mamy. Teraz to już nie ma znaczenia, pamięć ludzka przecież jest ułomna, każdy inaczej postrzega i interpretuje nawet te same wydarzenia.

Ale ogólnie jest to właściwie potwierdzenie tego, co zamieściłam w tym blogu już wcześniej.

Urodziłam się po wojnie, więc opierałam się na opowieściach moich Rodziców, ale głównie Mamy. Lubiła opowiadać. Każda historia miała zawsze początek, rozwinięcie i ciekawe zakończenie. Powtarzała te opowieści wielokrotnie, ja słuchałam, czasami tylko jednym uchem, ale jednak pozostały we mnie.

Przepisuję słowa Brata ze wzruszeniem, gdyż w 20111 roku odszedł już do innego świata , przepisuję z  żalem, że już nie możemy pogadać…..

Losy moich Rodziców. Wspomnienia Taty.

Opowieści Taty

 

Pracowałem w Wilnie a moja rodzina pozostawała w Rakowie.

Synek rósł, nie mogłem obserwować jak się rozwija i nie łapałem z nim kontaktu.

Żona poświęcała się pracy zawodowej- była nauczycielką i szkoła była jej całym światem. Ale na co dzień była smutna.

Może rozmyślała nad swoim losem.

Od wczesnego dzieciństwa była samotna, gdyż mając 10 lat, opuściła rodzinną beskidzką wieś  – Godziszkę, by w Białej kontynuować naukę. Tam mieszkała u obcych ludzi , spotykała się z rodziną jedynie w nieliczne wolne dni.

Gdy ukończyła seminarium nauczycielskie losy ją rzuciły na Wileńszczyznę, krainą odległą i geograficznie i kulturowo. Musiała się zaadaptować, zresztą tutejsi ludzie byli życzliwi i serdeczni , więc pewnie nie było to takie trudne. Jednak tak wiele ich różniło od mieszkańców gór.

Moi rodzice ją polubili, doceniali jej mądrość , wiedzę i poważny sposób traktowania obowiązków.

Była urodziwa, wśród tutejszych dziewczyn wyróżniała się innym typem urody, miała na twarzy i w oczach zapisany górski wiatr, świeże wonne powietrze. Była niezwykła.

Zakochałem się po uszy i oczarowanie trwało.

Śladami mojego Taty. Mój Tato i koleje żelazne…

 

 

 

 

Mój Tato, jeszcze we wczesnym  dzieciństwie zakochał się w pociągach, torach kolejowych i mostach. Tej miłości był wierny do końca swoich lat.  

W jego rodzinnym miasteczku nie było kolei, należało dojechać 12 km, by znaleźć się na dworcu. Ale gdy był małym chłopcem już pierwszy raz jechał pociągiem. Zapamiętał tę podróż. Często opowiadał  jakie wrażenie na nim sprawił widok wielkiego spoconego czarnego cielska parowozu . Bestia ta miała koła wyższe od małego chłopca, poruszały się przy udziale poprzecznych metalowych nibyłap. Przez okienko wyglądał bardzo usmolony pan, który od czasu do czasu otwierał drzwiczki wielkiego pieca, skąd buchał ogień piekielny i ten czarny pan wrzucał w jego paszczę całe wielkie szufle węgla. Najedzona bestia wydmuchiwała  kłęby pary z wielkiego komina a potem gwiżdżąc i sapiąc ruszała z miejsca. Miała wielką siłę bo ciągnęła tyle wagonów. A w każdym siedzieli ludzie na  milutkich gładkich i lakierowanych ławkach. Tato najpierw siedział grzecznie onieśmielony nową dla niego sytuacją, ale po chwili stanął na ławce i wyjrzał przez otwarte okno. W tym momencie wiatr porwał mu jego nowiutką a już ukochaną czapkę.

Gdy o tym myślę o bardzo wielu latach, przyszła mi myśl, że może to był symboliczny  akt jego zaślubin z zawodem. Może trochę przesadzam, ale Ojciec  kochał kolej miłością pierwszą- taką z trwającym zachwytem do ostatnich swoich dni.

Ta miłość była tak silna,  że wbudował ją sobie w genotyp, przekazując mi tę fascynację, która trwa we mnie od wczesnego dzieciństwa do dziś. A przecież lat mam niemało a i koleje wyglądają teraz już inaczej. A moja fascynacja  i zachwyt drogami żelaznymi nie umiera(*-*)

Śladami mojego Taty . Rzeźby od Józka…

Józek lubił majsterkowanie, o czym już pisałam. Ale nie pisałam o tym, że lubił rzeźbić. W ich domu było dużo różnych figurek. Nigdy się nimi nie interesowałam.

Już po śmierci Jadzi, odwiedził nas Józek z synem Marianem. I wówczas ofiarował nam trzy figurki wykonane z ciemnego drewna, a może polakierowane czarnym lakierem, ale to w sumie nie jest ważne. Najważniejsze jest to że, jak mówił,  przedstawiały one jego ukochaną żoną. Pierwsza figurka to ciężarna kobieta, druga z dzieckiem na ręku a trzecia z dwojgiem maluchów u nóg. Nazwał tę serię” Macierzyństwo”. Może nie są to dzieła sztuki , ale stoją sobie w Michałowickim domu na pięterku i gdy je oglądam, przewija mi się film o Ludziach wielkiego dobra, ciepła i miłości. O Jadzi i Józku…..