Artykuł dr Moniki Czachorowskiej o epidemiach choroby Heinego Mediny…

 

 

 

rys2.jpg

Dziewczynka z porażonymi kończynami dolnymi po przebyciu poliomyelitis. Zdjęcie z internetu.

 

PRZEGLĄD EPIDEMIOLOGICZNY . 2002;56:541-46

  

                   Monika Czachorowska

 

  LECZENIE I ZWALCZANIE ZACHOROWAŃ NA POLIOMYELITIS W OKRESIE EPIDEMII W LATACH 50. I PÓŹNIEJ W XX WIEKU NA TERENIE WARSZAWY

 

( referat wygłoszony podczas konferencji naukowej w Państwowym Zakładzie Higieny w dniu 8 października 2002 r. na temat eradykacji polio w Regionie Europejskim WHO.)

 

    Oddział Neurologii i Neuroinfekcji Wojewódzkiego Szpitala im. Dzieci Warszawy

 

 

Oto ostatni odcinek tej publikacji:

 

„…. Trwała akcja szczepień i już w roku następnym pięciokrotnie obniżyła się liczba zachorowań. Od roku 1960, jak to przedstawiał w swym referacie Pan prof. W. Magdzik, rozpoczęła się prawdziwa agonia tej strasznej choroby. Od roku 1969 notowano pojedyncze przypadki zachorowań. Ostatni w Polsce pacjent od którego izolowano dzikiego wirusa polio typu I, był hospitalizowany w szpitalu na Siennej w 1984 roku. Ten 14 letni chłopiec z łagodną, oponową postacią polio, pochodził z małej wioski w województwie warszawskim.

      Od końca lat 70 we wszystkich oddziałach neuroinfekcji w kraju notowano pojedyncze przypadki porażenne towarzyszące szczepieniom polio- OPV- tzw. VAPP ( Vaccine Associated Paralytic Polio). U dzieci tych stwierdza się znaczne obniżenie poziomu immunoglobuliny Iga. Według ogólnej opinii  zachorowania wywołane przez atenuowany szczepionkowy wirus polio są łagodniejsze. Nasze obserwacje potwierdzają tę opinię- poza jednym przypadkiem w roku 1972. Było to zachorowanie 14- miesięcznej dziewczynki dotychczas nie szczepionej z powodu nawracających infekcji dróg oddechowych. Przy kolejnym zachorowaniu, ponad miesiąc była leczona w jednym ze szpitali warszawskich. Dziecko leżało na dużej ogólnej sali wśród innych niemowląt. Ustalono, że dzieci te otrzymały wcześniej szczepionkę OPV.

      W 5 tygodniu leczenia pojawiły się u dziewczynki zaburzenia oddechowe i zaszła konieczność przeniesienia do oddziału reanimacji. Tam w ciągu 4 dni ustaliły się porażenia wiotkie kończyn górnych i dolnych i z rozpoznaniem polio chora została przyjęta na Sienną. Dziecko było całkowicie zależne od oddechu kontrolowanego, stwierdzaliśmy porażenie rąk i nóg z oceną na zero, z zachowanym  niewielkim ruchem palców dłoni. W czasie 3- tygodniowego pobytu intensywnie leczono rozległe zapalenie płuc, konieczne było kilkakrotne wykonanie bronchoskopii. Stosowano również klasyczną fizykoterapię. Nie udało się uzyskać poprawy stanu somatycznego ani neurologicznego , dziecko zmarło. Badania neuropatologiczne, które przeprowadził profesor dr Jerzy Dymecki wykazały całkowite zniszczenie komórek przednich rogów rdzenia, z zachowaniem minimalnego obszaru odpowiadającego ruchom paluszków.

    W okresie tym nie było możliwości badania immunoglobulin, ale nawracające miesiącami infekcje dróg oddechowych świadczą o możliwości obniżenia u tego dziecka poziomu Iga.

     W bieżącym roku  leczono dwa przypadki VAPP. Były to kilkunastomiesięczne dzieci, u których obserwowano lekki przebieg choroby z całkowitym ustąpieniem niedowładów po kilkutygodniowej rehabilitacji. Jedno z dzieci szczepione było 2x IPV i 2x OPV i zachorowało po drugiej dawce OPV. Poziom immunoglobulin Iga w tym przypadku wyniósł 50% dolnej granicy normy. Od dziecka i od członków rodziny izolowano wirus szczepionkowy. Drugie dziecko nie było szczepione, ale kontaktowało się ze szczepionymi dziećmi z sąsiedztwa. Izolowano od niego wirus szczepionkowy.

     Można mieć nadzieję, że w następnych latach XXI wieku nie będzie tych, wprawdzie nielicznych , ale i tak niepotrzebnych VAPP. Wywołują one ogromne przeżycia tak u dziecka jak i u jego rodziców.

      Wycofanie ze szczepień przeciw polio szczepionki doustnej ( OPV) i zastąpienie jej szczepionką inaktywowaną ( IPV) , pozwoli uniknąć tych zachorowań, ponieważ od 1.0.2003 r. w pierwszych trzech szczepieniach przeciw polio u niemowląt będzie stosowana IPV.”.

 

I tak kończy się publikacja na temat epidemii choroby Heinego Medina w Polsce przed półwieczem.

Jeszcze raz powtórzę to, co napisałam na początku :

W 2001 roku WHO uznała, że  Europa jest wolna od tej choroby, ale na początku 2014 roku polio występuje  endemicznie w Nigerii, Afganistanie i Pakistanie a także obserwuje się pojedyncze  przypadki w Etiopii, Kamerunie, Kenii , Somalii i Syrii.

W dzisiejszych czasach, gdy istnieje łatwość podróżowania i ludzie z tego korzystają przywleczenie choroby Heinego- Medina do Polski jest zawsze możliwe.

     Decyzje nie szczepienia dzieci mogą skutkować powrotem wielu ciężkich chorób, co do których ci rodzice nie mają wyobrażenia. Nie zapomnę dzieci, które widziałam w latach 70 – 80 XX wieku w Szpitalu Dzieci Warszawy. Piękne, dorodne miały  niedowłady mięśni,  bezsilne nóżki czy nieruchome ramiona i były bez szans na wyzdrowienie….

Tak więc treść tego artykułu może być głosem ostrzegawczym…

 

Artykuł dr Moniki Czachorowskiej nt epidemii poliomyelitis w Polsce..

 

PRZEGLĄD EPIDEMIOLOGICZNY , 2002;56:541-46

                 Monika Czachorowska

 LECZENIE I ZWALCZANIE ZACHOROWAŃ NA POLIOMYELITIS W OKRESIE EPIDEMII W LATACH 50. I PÓŹNIEJ W XX WIEKU NA TERENIE WARSZAWY

 ( referat wygłoszony podczas konferencji naukowej w Państwowym Zakładzie Higieny w dniu 8 października 2002 r. na temat eradykacji polio w Regionie Europejskim WHO.)

       Oddział Neurologii i Neuroinfekcji Wojewódzkiego Szpitala im. Dzieci Warszawy

 

Oto kolejny odcinek tej publikacji:

 

     „….  W roku 1956 pojawiła się wielka nadzieja, na spełnienie której czekaliśmy od lat, szczepionka przeciw polio. Była to inaktywowana szczepionka Salka. Początkowo prowadzone na niewielką skalę szczepienia nie mogły przynieść obniżenia liczby zachorowań. Liczba przypadków nadal utrzymywała się na podobnym poziomie.

    W roku 1958 zaskoczyła wszystkich wielka epidemia polio , z najwyższą wówczas zapadalnością w Europie. Przez nasz mały szpital na Siennej przeszło ponad 600 chorych, co stanowiło 10% ogólnej liczby zachorowań w Polsce. Liczba napływających chorych w województwie warszawskim była tak wysoka, że zaszła konieczność otworzenia dodatkowych oddziałów. W Sanatorium Przeciwgruźliczym w Otwocku oddano na potrzeby polio osobny pawilon. Przyjmowano tam dzieci bez zaburzeń oddychania. Konsultowałam tych pacjentów 2 razy w tygodniu, przeprowadzałam testy i uczyłam lekarzy testowania. Kolega nasz Ryszard Dębski był oddelegowany  do szpitala w Wysokiem Mazowieckim celem zorganizowania i wstępnego prowadzenia 50- łóżkowego oddziału polio dla dzieci i chorych dorosłych.

    Od przełomu czerwca i lipca 1958 r. zgłaszało się codziennie na Sienną od 20 do 25 dzieci, z czego co najmniej do 10 do 15 było przypadkami polio. Lawinowo narastająca liczba zachorowań wzbudzała niepokój, a nawet panikę tak wśród rodziców jak i wśród lekarzy. Jako podejrzenie zachorowania na polio kierowano każde dziecko, które miało chociaż ślad zaburzeń ruchowych, bóle mięśniowe, infekcje z bólami głowy. Ministerstwo Zdrowia wprowadziło oficjalne zakazy i nakazy mające ograniczyć szerzenie się epidemii. Zamknięto baseny i kąpieliska, zawieszono festyny i publiczne zabawy. Dzieci chodzące do żłobków i przedszkoli musiały być codziennie badane przez lekarza.

     W szpitalu przy Siennej pacjenci szybko zapełnili główny oddział i pojawiła się konieczność wstrzymania przyjęć chorych do pozostałych oddziałów o innych profilach. Od parteru do 3 piętra leżały dzieci z polio. Była ustalona procedura kwalifikacyjna według ciężkości objawów chorobowych. Na parterze zainstalowano 6 aparatów żelaznych płuc. Właśnie na parterze i pierwszym piętrze leczono najciężej chore dzieci, z rozległymi porażeniami. Piętro 2 i 3 było zarezerwowane dla dzieci z mniej nasilonymi objawami porażennymi, z porażeniem nerwu twarzowego oraz z postaciami poronnymi i oponowymi.

       Wszyscy lekarze szpitala , tak ordynatorzy jak i asystenci, zajmowali się chorymi na polio. Zwiększono liczbę pracowników fizykoterapii, przeszkolono własne pielęgniarki do prowadzenia ćwiczeń ruchowych, a salowe do kocowania. Przyjęto również magistrów rehabilitantów….”

        

 

Artykuł dr Moniki Czachorowskiej nt epidemii poliomyelitis w Polsce…

Oto cd artykułu z czasopisma medycznego:

PRZEGLĄD EPIDEMIOLOGICZNY,2002;56:541-46

       Monika Czachorowska

 LECZENIE I ZWALCZANIE ZACHOROWAŃ NA POLIOMYELITIS W OKRESIE EPIDEMII W LATACH 50. I PÓŹNIEJ W XX WIEKU NA TERENIE WARSZAWY

 ( referat wygłoszony podczas konferencji naukowej w Państwowym Zakładzie Higieny w dniu 8 października 2002 r. na temat eradykacji polio w Regionie Europejskim WHO.)

      Oddział Neurologii i Neuroinfekcji Wojewódzkiego Szpitala im. Dzieci Warszawy

 

      Na podstawie własnych wspomnień przedstawiono działania profilaktyczno-lecznicze w okresie epidemii polio z lat 50.XX wieku.

 

 

 

 

„… Po zakończeniu okresu ostrego, do dalszej rehabilitacji przesyłaliśmy naszych pacjentów do specjalistycznych sanatoriów. Początkowo, dzieci jeździły do Goczałkowic i do Buska, a później do Zagórza pod Warszawą. Lekarzem naczelnym w Zagórzu  był doktor medycyny Seyfried ( obecnie profesor), który zebrał znakomity zespół lekarzy. Do sanatorium w Zagórzu przez kilka lat jeździłam co tydzień, konsultowałam tam naszych pacjentów. Z tego okresu mam wspomnienia dobre i smutne. Dobre to te, kiedy intensywnie leczone dzieci zaczynały siadać i chodzić, smutne to rozmowy z całkowicie na zero porażonymi nastolatkami. Byli to w większości chłopcy, po długim pobycie w żelaznych płucach, z nadal słabymi mięśniami międzyżebrowymi i nie w pełni wydolnym oddechem. Ale intelekt tych chłopców był doskonały. Słowa odpowiedzi więzły mi w gardle kiedy  słyszałam: ” po co nas pani ratowała, takie życie to powolna agonia”. W jakimś stopniu mieli oni rację. Prawie każde poważniejsze zapalenie płuc, przy niewydolnych mięśniach oddechowych kończyło się zgonem. Nie było wówczas oddziałów intensywnej terapii.

     W latach 1952- 1957 leczyliśmy średnio rocznie od 150-250 przypadków polio. Od początku pracy oddziału przy ul. Siennej, od jesieni do wczesnej wiosny, kiedy obniżała się liczba zachorowań na polio, przyjmowano również dzieci z innymi schorzeniami infekcyjnymi układu nerwowego. Z biegiem czasu Oddział uzyskał nazwę Oddziału Neuroinfekcji….” cdn.

Artykuł dr Moniki Czachorowskiej nt epidemii choroby Heinego Medina w Polsce.

Iron_lung_CDC.jpg

Żelazne płuca. Zdj. z netu Art

 

 

 

A oto ciąg dalszy publikacji dr Moniki Czachorowskiej  nt historii wielkiej epidemii poliomyelitis , czyli choroby Heinego- Mediana w Polsce  sprzed półwiecza…może być to ostrzeżenie dla rodziców, którzy ulegając obecnej modzie nie szczepią swoich dzieci…

 

 

„… Dla chorych z zaburzeniami oddychania mieliśmy do dyspozycji aparaty działające na zasadzie ciśnienia ujemnego. Były to: żelazne płuca i aparat pancerzowy. Aparaty te miały szereg wad i nie każde dziecko mogło z nich korzystać. Ponadto pamiętaliśmy, że pacjenci leczenie w żelaznych płucach tworzą nierzadko grupę tzw. „ kalek płucnych”, tzn. całkowicie uzależnionych od aparatów oddechowych. Aby uniknąć uzależnienia, robiono coraz dłuższe przerwy w pracy aparatu, dążąc do całkowitego odstawienia wspomagania oddechu. Nie zawsze niestety było to możliwe. Takim smutnym przykładem był przypadek chorego czternastolatka , przywiezionego do szpitala w lipcu 1953 roku, prosto z plaży. Prawie samodzielnie wszedł do izby przyjęć, ale w oddziale musiał być szybko umieszczony w żelaznych płucach. Porażenia dotyczyły kończyn górnych i dolnych oraz mięśni międzyżebrowych. Nie było poprawy mimo intensywnego leczenia, chłopiec zmarł po 5 miesiącach.

      Inny dramatyczny przypadek to zachorowanie sześcioletniej dziewczynki przyjętej z pozornie banalnym porażeniem jednej rączki. Dzieci z porażeniami kończyn górnych od momentu przyjęcia były pod szczególnym nadzorem, ponieważ doświadczenie podpowiadało, że następnym etapem choroby bywa  porażenie mięśni oddechowych i porażenie opuszkowe. Tak też się stało i tym razem- po 12 godzinach od przyjęcia dziecko zmarło.

     Bywały okresy, że wszystkie aparaty żelaznych płuc były zajęte przez chorych i lekarz dyżurny stawał przed trudnym dylematem, kiedy zgłaszało się dziecko z zaburzeniami oddechowymi.

         Po roku 1958 żelazne płuca zastąpiono bardziej nowoczesnymi aparatami oddechowymi opartymi na zasadzie działania ciśnienia dodatniego. Oddział otrzymał kolejne nowe aparaty- poliomaty i spiromaty. Ze specyfiką działania nowej aparatury wiązała się konieczność szybkiego wykonania tracheotomii. W tym celu, nasz konsultant laryngolog pani docent Maria Góralówna, zawsze w trybie pilnym, przyjeżdżała do szpitala.

     Dla nas, lekarzy, oprócz normalnej opieki pediatrycznej, należała systematyczna ocena ustępowanie niedowładów i porażeń. W czasie sześciotygodniowego pobytu chorego co 10 dni wykonywaliśmy test mięśniowy według skali od 0 do 5…” cdn.

Czy film” Sierociniec” jest horrorem?

 

sironcinec.jpg

Zdjęcie z netu

 

Jakiś czas temu w TVP Kultura obejrzałam  „ Sierociniec”. Film został zrobiony wg scenariusza Sergio G. Sáncheza przez początkującego reżysera Juana Antonio Bayona pod egidą słynnego producenta Guillermo del Toro . Wprawdzie został zakwalifikowany do horrorów, za którymi nie przepadam, ale obejrzałam z braku alternatywy…

I nie żałuję…

Jednak zacznę od pytania : Czy Państwo wierzycie w duchy?

 Wiadomo, że dzielimy się na dwie grupy- tych, którzy  nie wierzą a nawet czasem wyśmiewają  osobników z drugiej grupy, ludzi wręcz przekonanych że istnieje drugi świat, spleciony z naszym, świat duchów. W necie jest mnóstwo różnych wypowiedzi na temat, wykazy miejsc gdzie straszy etc.

    Pomimo tego, że nigdy nie doświadczyłam obecności ducha, należę do tych osób, które nie wykluczają ich istnienia . Myślę, że ten ogrom energii która jest w nas, żyjących, bez którego ciało nic nie znaczy, czego tak wyraźnie dotknęłam towarzysząc umierającym,   nie może  po śmierci nagle rozpłynąć się w nicość. Szczególnie jeśli  jest to energia ludzi po dramatycznych przejściach , tragicznej a nawet czasem męczeńskiej  śmierci w danym miejscu a także nie pożegnanych , nie pochowanych  tam  pozostaje ich ślad.…

Jesteśmy świadkami  wielkiego  postępu techniki . My, z drugiej połowy XX wieku, pamiętamy czasy,  kiedy jeszcze nie było internetu, telefonów komórkowych ani możliwości bilokacji czy teleportacja itd. Nawet nam się o tym nie śniło.

…i tak to co wydawało się nieprawdopodobne staje się namacalnie prawdziwe. I dlatego jestem głęboko przekonana, że w końcu ktoś dotrze do tego drugiego równoległego nam świata duchów i odpowie na zadawane pytanie- czy żyją obok nas duchy….

może tego nie doczekamy, kto to zresztą wie?…

    Po tym może przydługim wstępie , wyjaśniającym dlaczego film odbierałam nie jako baśniowy horror , ale istniejącą lecz ukrytą przed nami prawdę czas wrócić do „ Sierocińca”.  

Dla jednych jest to horror z elementami baśniowymi dla drugich takich jak ja jest to smutna, przejmująca opowieść o samotności nadwrażliwego chorego dziecka- Simona ( znakomita rola małego Rogera Princep ) adoptowanego syna  Laury i Carlosa. 

   Po pierwszych scenach dokumentujących dawne czasy , klimatyczny zamek gdzie mieści się sierociniec i zabawy mieszkających  w nim dzieci , przenosimy się w czasy współczesne.      

    Do tego samego pustego już zamku przyjeżdża  dorosła teraz  dawna wychowanka   Laura . Rolę powierzono aktorce Belen Ruedzie, której gra jest pełna ekspresji  ale wyrażanej oszczędnie , tym bardziej przekonywująco . Wraca tutaj z mężem Carlosem . W tej roli  Fernando Cayo, pozostaje w cieniu wydarzeń, więc ma niewiele  możliwości by kreować postać wyrazistą    Para przybywa z siedmioletnim synem Simonem z zamiarem ponownego stworzenia tu sierocińca. Tymczasem zamieszkują w niszczejącym obiekcie równocześnie prowadząc jego remont. Jednak nie dochodzi do ostatecznej realizacji planów, wychowankowie nie przybywają, bo przychodzi kolej na wydarzenia dziwne i niepokojące. Dom odwiedza tajemnicza kobieta wręczając Laurze jakieś dokumenty. Okazuje się, że są to informacje z domu dziecka, gdzie do niedawna przebywał Simon , o tym, że jest chory na AIDS. Dobrze schowane dokumenty odnajduje mały Simon i dowiaduje się z nich, że jest dzieckiem adoptowanym ( o czym nie wiedział) i że jest nosicielem wirusa AIDS. Nikt nie wie o tym odkryciu chłopca, on zachowuje się jak poprzednio, nadal grzecznie przyjmuje leki, które ordynują mu rodzice i przebywa w swoim świecie.

Jest jedynym dzieckiem w tym wielkim mrocznym domu, źle sypia, twierdzi, że ma kolegów , których jednak nikt nie widzi. Ojciec go nie rozumie, natomiast matka ma z nim dobry kontakt i podąża za tym, co syn  usiłuje jej powiedzieć. Jednak pewnego dnia dziecko znika, a matka robi wszystko, by odnaleźć syna. Między innymi zaprasza  medium, które kapitalnie zagrała Geraldine Chaplin.
Jednak pomimo prób odnalezienia żywego syna, matka jedynie poznaje mroczną tajemnicę swojego dzieciństwa.

Akcji towarzyszą czasem przerażające sceny, w których odnajdujemy ślady ze starych horrorów jak skrzypiące drzwi, nagle uruchomiona karuzela itd… .

Dla osoby takiej jak ja , dającej wiarę w możliwość zachowania energii ludzi kiedyś żyjących i tragicznie zmarłych , nie pogrzebanych w tradycyjny sposób , czyli jak inni nazywają to lekko „ wiarą w duchy”,   ten dobrze zrobiony film jest piękną opowieścią o bardzo wrażliwym dziecku, tkliwej matce i ich dramacie.

Smutna, przejmująca jest ta opowieść….

Filmu zapomnieć nie mogę i nadal jestem  pod wrażeniem…

 

 

Artykuł dr Moniki Czachorowskiej o epidemii choroby Heinego Medina w Polsce…

 

rys3.jpg

Zdjęcie z netu

 

 

 

Jak poprzednio wspomniałam  w rozdziale” artykuł dr Moniki Czachorowskiej” za zgodą autorki,  będę zamieszczała odcinkami  tekst Jej publikacji nt historii wielkiej epidemii poliomyelitis , czyli choroby Heinego- Mediana w Polsce  sprzed półwiecza zamieszczony w Przeglądzie Epidemiologicznym w 2002 roku…może być to ostrzeżenie dla rodziców, którzy ulegając obecnej modzie nie szczepią swoich dzieci…

 

„…  Na przełomie roku 1952/53 na kilka miesięcy przenieśliśmy się z Bielan do gościnnego Szpitala Zakaźnego na Woli, a od II kwartału 1953 roku nareszcie uruchomiono szpital przy ul. Siennej. Ordynatorem Oddziału Polio była tu nadal dr Łukaszewicz- Dańcowa, jej zastępcą dr Anna Gecow, a nad pionem pielęgniarek i salowych nadal czuwała oddziałowa Kazimiera Kozłowska. Dyrektorem Szpitala Zakaźnego została dr Eugenia Pomerska, osoba o niespożytej energii i wielkich zdolnościach organizacyjnych. Ustalono, że oprócz oddziału polio w szpitalu muszą być oddziały krztuścowy, błoniczy, zakażeń jelitowych i obserwacyjny. W zależności od sytuacji epidemiologicznej zmieniano profile tak, że przez pewien okres uruchamiano oddział gruźliczy.

    Kadrę lekarską stanowili asystenci z Bielan, zespół absolwentów Oddziału pediatrycznego i młodzi pediatrzy- głównie uczniowie prof. Lejmbachówny i prof. Szenajcha, Przez pierwszy rok pracy wszyscy asystenci musieli się zapoznać z zagadnieniami leczenia polio. Mimo przeprowadzonego remontu szpitala, warunki były ciężkie zarówno dla pacjentów jak i dla personelu. Dokuczało duże zagęszczenie sal i brak wody bieżącej, ale prawie nie było zakażeń wewnątrzszpitalnych. Pomógł nam w tym bardzo surowy reżim sanitarny.

     Pacjentami oddziału polio były dzieci od niemowląt do nastolatków. Rozległość porażeń nie zależała od wieku. Porażenia czterokończynowe , tzw. quadriplegie  zdarzały się i u najmłodszych i u starszych. Dzieci te wymagały stałej obserwacji, ponieważ u nich najczęściej występowały zaburzenia oddechowe i konieczność zastosowania oddechu wspomaganego. U większości naszych pacjentów obserwowano mniej rozległe porażenia, czasami tylko niedowłady. Jednak dużą grupę stanowili chorzy z postacią oponową polio i z porażeniem nerwu twarzowego.

      Nie było leczenia przyczynowego i wiadomo było , że tylko specjalna fizykoterapia może pomóc w ustępowaniu niedowładów i porażeń. Były próby z różnymi lekami wspomagającymi, np. nivaliną, Vit B12 itd.- jednak efekty były żadne lub znikome. Specjalną fizykoterapię stanowiły : tzw. kocowanie, a następnie stymulacja i reedukacja mięsni oraz wyciąganie przykurczów. Kocowanie obejmowało cykle rozgrzewania porażonych i niedowładnych mięśni kończyn i tułowia, za pomocą rozgrzanej, wilgotnej, wełnianej dzianiny. Po każdym cyklu kocowania, kiedy mięśnie były rozgrzane, rozluźnione bez bolesności, terapeutki – czyli nasze przeszkolone pielęgniarki wykonywały stymulację, reedukację i wyciąganie przykurczy. Na porażone mięśnie międzyżebrowe stosowało się kocowanie koncentrowane. W przypadkach porażeń nerwu twarzowego, przykurczy powięzi i ścięgna Achillesa wykonywano parafinowanie….” cdn.

   

 

 

Patryk już nie jest poganinem…

SAM_6501.JPG

 

 

W niedzielę  nasz najmłodszy wnuk, Patryk wreszcie dostąpił Chrztu św.   Nasze dzieci były chrzczone w okresie niemowlęcym, ale wnuki już różnie. Półtoraroczna Julka w czasie chrztu, w kościelnej ciszy nagle wrzasnęła- głupi jesteś. To było do księdza, który polał wodą  jej głowę  . Już wtedy mówiła , więc jasno wyraziła swoją opinię. Jak się okazało, nie był to dobry wiek dziecka dla takiego obrzędu.

22 miesięczny Patryk jeszcze nie mówi ale  był przygotowany przez rodziców na takie niespodzianki. Wiedział, że ksiądz będzie mu namaszczał czoło olejami świętymi i polewał wodą. Skąd o tym wiedzieliśmy? Otóż zapytany o to  przez nas  potakiwał z powagą swoją jasną główką.  Niestety zachorował kilka dni wcześniej, w tym dniu miał gorączkę, którą opanowywano odpowiednimi lekami. Pomimo tego Chrzest się odbył na mszy o godz. 11. Tę godzinę zaplanowała jego mama, gdyż jest to pora jego snu i nawet jak nie śpi to  traci wrodzoną żywotność…Tak więc był niemrawy, blady zwisał na ramieniu rodziców,  co babcię przerażało….a w dodatku w zamieszaniu domowym wszyscy zapomnieliśmy by zabrać mu wodę do picia…

Na szczęście  wszystko się odbyło zgodnie z planem, ojciec chrzestny stanął na wysokości zadania, gdyż otrzymał polecenie odpalenia świecy od wielkiej wysoko ustawionej innej. Z trudem, ale wielkim zawodowym opanowaniem  ową świecę wreszcie zapalił  a jego matka odetchnęła z ulgą, że ręka mu nie drżała i że się ostatecznie nie zwalił z podestu.

Po powrocie do domu , napojeniu Patryka , chłopiec odzyskał werwę i urzędował wśród biesiadników….już nie poganin, jak kiedyś mówiła opiekunka naszej najstarszej córki- Justyny.

I w ten oto sposób Patryk stał się pełnoprawnym członkiem kościoła i pewnie doczeka , że instytucja ta stanie się przyjazna dla ludzi.

A gdy jego babci już nie będzie, może  poczyta to, co teraz napisała ….

Jesteśmy wychowani w tradycji katolickiej i pomimo agnostycyzmu odczuwamy ważność tych obrzędów. Teraz doświadczyliśmy  tego wyraźnie. Przyszła jakaś ulga, poczucie spełnionego obowiązku i spokój…

 

 

 

 

SAM_6522.JPG

Panowie już rozrabiają. Po lewej najstarsza wnuczka- Weronika , potem nasza druga córka- Ewa, ciocia chłopaków

 

 

 

Artykuł dr Moniki Czachorowskiej o epidemii choroby Heinego Medina w Polsce.

Jak poprzednio wspomniałam  w rozdziale” artykuł dr Moniki Czachorowskiej” za zgodą autorki,  będę zamieszczała odcinkami  tekst Jej publikacji nt historii wielkiej epidemii poliomyelitis , czyli choroby Heinego- Mediana w Polsce  sprzed półwiecza…może być to ostrzeżenie dla rodziców, którzy ulegając obecnej modzie nie szczepią swoich dzieci…

Za układ tekstów w blogu – tj. odwróconą kolejność przepraszam Autorkę i Czytelników…chociaż to nie ode mnie zależy

 

” PRZEGLĄD .EPIDEMIOLOGICZNY , 2002;56:541-46

  

                   Monika Czachorowska

 

  LECZENIE I ZWALCZANIE ZACHOROWAŃ NA POLIOMYELITIS W OKRESIE EPIDEMII W LATACH 50. I PÓŹNIEJ W XX WIEKU NA TERENIE WARSZAWY

 

( referat wygłoszony podczas konferencji naukowej w Państwowym Zakładzie Higieny w dniu 8 października 2002 r. na temat eradykacji polio w Regionie Europejskim WHO.)

 

    Oddział Neurologii i Neuroinfekcji Wojewódzkiego Szpitala im. Dzieci Warszawy

 

      Na podstawie własnych wspomnień przedstawiono działania profilaktyczno-lecznicze w okresie epidemii polio z lat 50.XX wieku.

 

      Pierwsza znacząca fala epidemii polio wystąpiła w 1951 roku. Liczba chorych wzrosła o 100% w stosunku do roku ubiegłego. Ze względów epidemiologicznych zaszła konieczność zorganizowania wydzielonego szpitala. Nieliczne uprzednio zachorowania dzieci leczono w Warszawie w Klinice Chorób Zakaźnych Wieku Dziecięcego przy ul. Działdowskiej, którą kierował  prof. Jan Bogdanowicz. Dorosłych chorych leczono w wydzielonym pawilonie szpitala przy ul. Kasprzaka 17.

     Szybko przystosowano do potrzeb leczenia pacjentów dawny Dom Dziecka na Bielanach. Szpital H14- bo taka były jego zaszyfrowana nazwa- zaczął przyjmować chorych, zarówno dzieci jak i dorosłych, już od IV kwartału 1951 roku. Dyrektorem i ordynatorem tego szpitala była dr Danuta Łukaszewicz- Dańcowa; asystentami byli lekarze: Aleksandra Kulesza, Eugenia Godzińska, a od 1.10.1952 r.- Monika Czachorowska ( autorka artykułu- przyp.red) ; przełożoną pielęgniarką była Kazimiera Krupska- Kozłowska.

      Problemy związane z diagnostyką były bardzo duże, a ogólna wiedza o chorobie, przebiegu, powikłaniach, leczeniu i, co najważniejsze, zapobieganiu- jeszcze skąpa, a doświadczenie niewielkie. Organizowano liczne kursy, szkolenia uzupełniające wiadomości teoretyczne i praktyczne. Jedną z pionierek szerzącą wiedzę o polio była dr Łukaszewicz- Dańcowa, która pisała artykuły do pism fachowych i popularnych, była autorką broszur, rozdziałów do książek, a w 1957 r. wydała monografię pt. „ Poliomyelitis”.

   Oddziały polio w Polsce ściśle ze sobą współpracowały, wymieniano się doświadczeniami, prowadzono wspólne szkolenia.

    Postaciami pomnikowymi tego okresu byli dr Eugeniusz Juzwa z Krakowa, a w Poznaniu dr Kazimiera Milanowska i prof. Wiktor Dega. Tym dwojgu zawdzięczamy bardzo wiele w dziedzinie usprawniania po przebyciu ostrego okresu choroby. Pierwszy ogólnokrajowy zjazd Towarzystwa do Walki z Polio odbył się właśnie w Poznaniu, drugi w Krakowie, a następne w Warszawie.

Wiedzieliśmy, że Ministerstwo Zdrowia planuje przeniesienie leczenia dzieci do Szpitala Zakaźnego przy ul. Siennej, a dorosłych- do Szpitala Zakaźnego  przy

ul. Wolskiej 37….” cdn.

     

 

 

Naparstnicowe wspomnienie…

SAM_6334.JPG 

 

 

 

Właśnie niedawno zauważyłam, że zakwitła naparstnica. Jej kwiatki białe i różowe w ciapki kształtu naparstka, ułożone na jednej łodyżce, grzecznie, według wzrostu, wyglądają  niewinnie i milusio. Ale to pozory. Ta roślinka potrafi leczyć ale też śmiertelnie zatruć…

 

     I zawsze gdy ją widzę, przychodzą do mnie wspomnienia. Już kiedyś o tym pisałam, ale ten temat stale  do mnie wraca i pozwalam sobie przypomnieć w tym miejscu. Myślę, że zostanie mi to wybaczone….

 

Były wczesne lata 70 XX wieku , a ja raczkowałam w zawodzie i  właśnie z wielkim przejęciem rozpoczęłam pierwszą  pracę w przychodni rejonowej na Wrzecionie.

 

To bielańskie osiedle pod Hutą Warszawa zamieszkiwały różne ciekawe osoby. Od pospolitych drobnych handlarzy na miejscowym bazarze, drobnych złodziejaszków, pijaczków do ludzi z dyplomami i ciekawym życiorysem. Poznawałam ich problemy, bo chętnie się zwierzali, lekarz rejonowy był czasem niby spowiednik. I dobrze, bo znając przynajmniej częściowo ich życie, można było zrozumieć różne dolegliwości.

 

Mieszkały też tam  stare samotne kobiety. Całkiem niedawno zostały wysiedlone  z własnych domeczków z podwarszawskiego Annopola, bo tam powstawały blokowiska. W zamian  otrzymały kawalerki i tam sobie mieszkały wśród uratowanych  ukochanych zwalistych starych mebli, polegiwały na szerokich łożach zajmujących pozostałą powierzchnię jedynego pokoju  i pewnie czekały końca. Biedne były te panie , przesadzone  z ogrodów na kamienną cuchnącą spalinami i dymami z pobliskiej huty pustynię.

 

Odwiedzałam je , bo miałam pod opieką blok, w którym mieszkały, pamiętam nazwę ulicy i numer domu, ale nie podam, bo może żyją tam jacyś ich potomkowie, chociaż  one już dawno przemierzają zielone ogrody rajskie .

 

Starałam się jak umiałam, młodziutka byłam wtedy, ledwie po studiach i stażu.

 

Biegałam na wizyty domowe te zgłoszone przez chorych i planowe  tzw. patronażowe  do ludzi niesprawnych i starych . Badałam, wypisywałam  recepty, najczęściej na takie leki,  które zalecił im jakiś specjalista. Aż któregoś dnia odkryłam, że nie wiedzą jak brać leki a w dodatku nie czytają tego, co im na karteczkach inni lekarze a potem ja wyraźnie pisałam. Naprawdę się starałam, by moje zwichrowane pismo wyrównać uporządkować.

 

Stało się to wtedy gdy jedna z pań wylądowała w szpitalu i wróciła z rozpoznaniem zatrucia naparstnicą. Tak, tą miłą roślinką, która właśnie sobie dziko zakwitła pod płotem naszej działki nad Bugiem. I wówczas doszłam do może mylnego  wniosku, że te panie chyba w ogóle nie umiały czytać. Bo pokazywałam owe karteluszki z zaleceniami lekarskimi, prosiłam o przeczytanie a one nic. A tekst z książeczki do nabożeństwa czytały. Może jednak znały go na pamięć – tak sobie dzisiaj rozmyślam. Tak więc niezależnie od tego, czy umiały czytać czy nie chciały, leki sobie dawkowały wg własnego pomysłu. Nalewkę z naparstnicy, która musiała być bardzo precyzyjnie dawkowana, w bardzo małych dawkach- max 7 kropli dziennie myliły z innymi tzw. lekami nasercowymi, które pewnie przynosiły usłużne sąsiadki. Bo na szczęście były sąsiadki, widywałam je, pomagały staruszkom i było to budujące dla mnie. Nigdy jednak nie widziałam u nich dzieci czy wnuków, może nie miały, nie pytałam przez delikatność. Otóż staruszki te chcąc się ratować, wkraplały sobie preparat z naparstnicy zamiast owych 7 kropli, solidne co najmniej 30 jak w tych innych lekach nasercowymi też popularnie zwanymi. Chyba chronił je Anioł Stróż, bo żadna nie zakończyła  życia, były sobie dalej po swojemu szczęśliwe czy nieszczęśliwe. Tylko jedna wylądowała jak napisałam w szpitalu. Muszę jeszcze raz wspomnieć, że tych kropli z naparstnicy ja nie zlecałam, bo ja byłam od jakiś prostych uznanych za mało szkodliwe leków a jedynie kontynuowałam zalecenia kardiologa .

 

    I po tym wydarzeniu, któregoś dnia  pomaszerowałam na kolejną wizytę do którejś z pań i zebrawszy się w sobie, poprosiłam o zgodę na zajrzenie do szafki nocnej, bo zapytana, odpowiedziała, tam trzyma leki. W tamtych czasach , tj ponad 40 lat temu ludzie sobie wzajemnie ufali i pacjenci lekarzom i lekarze pacjentom. Nikt nawet nie pomyślał , że istnieje ochrona danych osobowych czy jakiś innych zachowań zastrzeżonych we wzajemnych kontaktach. Świat był czystszy, prostszy, jedynym wspólnym wrogiem dla większości społeczeństwa byli komuniści ….

 

    Tak więc, bez specjalnych oporów zapytałam tę panią, czy mogę zajrzeć do jej szafki, gdzie trzyma leki. Po otwarciu drzwiczek wysypały się pudełka, pudełeczka, buteleczki oraz kartki na których inni lekarze zapisywali dawkowania leków. Rozpoczęłam mrówczą pracę, by wybrać tylko te leki, które jeszcze miały aktualną datę ważności, a następnie tylko te, które były potrzebne w tym czasie. Pozostałe zapakowałam osobno oczywiście informując panią, że może kiedyś się przydadzą, o czym ją z pewnością poinformuję. Na lekach rysowałam kolorowymi długopisami ( przypomniałam teraz sobie, że wtedy jeszcze nie było flamastrów) szerokie wyraźne paski. Leki które należało spożywać rano były zaznaczone na różowo, na czerwono południowe i czarne na noc…..i okazało się, że to zadziałało….wszyscy byli zadowoleni o czym dowiedziałam się w czasie następnej wizyty…

 

     Ależ się rozpisałam, a miało być o naparstnicy.

 

    Właśnie kwitnie sobie dziko na obrzeżach działek. Należy do rodziny babkowatych ( Plantaginaceae) i obejmuje ponad 20 gatunków. Uwielbia Afrykę Północną, ale też chętnie gości w Europie i Azji. Najbardziej popularnym gatunkiem jest Digitalis purpura czyli naparstnica purpurowa ( pomimo takiej nazwy najczęściej bywa biała lub różowa) .  Jest byliną, ale czasem żyje jedynie dwa lata. Kwitnie od czerwca do września i dlatego teraz mogłam ją sfotografować nad moim Bugiem.

 

Cała roślina jest trująca ale w małych dawkach ma  własności lecznicze . Odkrył je w  XVIII wieku szkocki lekarz Whitering. Poza saponinami i śluzami posiada ona przede wszystkim glikozydy o działaniu nasercowym z których najsilniej działa digitoksyna stosowana w leczeniu nerwic i chorób serca. Glikozydy kumulują się w mięśniu sercowym gdzie wpływają leczniczo zwalniając pracę serca i poprawiając jego wydajność ale spożyte w większych dawkach powodują zaburzenia rytmu serca a nawet zapaść i zejście śmiertelne.

 

Do niedawna w dni słoneczne zbierano liście, suszono a następnie przygotowywano nalewki.

 

Aktualnie nie jest stosowana w ziołolecznictwie, gdyż niewielkie przekroczenie dawki było bardzo toksyczne. Teraz są jeszcze wykonywane preparaty lecznicze z mniej niebezpiecznej  naparstnicy wełnistej ale najczęściej podawane są  odpowiedniki syntetyczne o kontrolowanym  składzie i działaniu …

 

Tak więc powoli opisywane przez mnie wydarzenia sprzed prawie półwiecza związane z tą miłą rośliną przechodzą do lamusa…podobnie zresztą jak osoba, która wspomina….

 

Gdy jak co roku zakwitnie naparstnica  może ktoś przypomni sobie tę młodą , pełną entuzjazmu i zaangażowania lekarkę. A może nikt nie wspomni…..….najpewniej tak będzie….

 

 

SAM_6336.JPG

 

 

SAM_6338.JPG

 

 

Digitalis_lanata_003.JPG

Naparstnica wełnista. W odróżnieniu od pozostałych, to zdjęcie jest z Wikipedii.

 

 

SAM_6335.JPG.

 

 

 

Wstęp do artykułu dr Moniki Czachorowskiej…

 

polio-egypt.jpg

Staroegipska ilustracja chorego z porażeniami kończyny. Zdjęcie z internetu.

 

 

    W tym blogu , w rozdziale pt artykuł dr Marii Chmielewskiej- Jakubowicz zamieściłam publikację  Pani Doktor nt historii Szpitala im. Dzieci Warszawy. Ponieważ artykuł jest dostępny w necie odpłatnie, chciałam przybliżyć wielkie dzieło kronikarskie dr Baśki , ale z uwagi na formułę tego blogu musiały być to krótkie odcinki i w kolejności  odwróconej ( ostatni odcinek figuruje jako pierwszy itd) .

Na zamieszczenie artykułu i jego redakcję uzyskałam pełną zgodę , chociaż tylko ustną autorki , za co Jej serdecznie dziękuję, gdyż Szpital był mi drugim domem…..

    A teraz , również za akceptacją P. dr Moniki Czachorowskiej, wieloletniej ordynator Oddziału Neuroinfekcji tego samego Szpitala zamieszczę ( również odcinkami) Jej artykuł o  wielkiej epidemii poliomyelitis ( choroby Heinego Medina) w Polsce sprzed ponad półwiecza.

    Aktualnie wielu rodziców decyduje, by nie szczepić swoich dzieci, bo boją się odległych następstw , które właściwie nigdy nie zostały potwierdzone. Jest to trend ogólnoświatowy, któremu się poddali także Polacy. Ze zgrozą obserwuję jak coraz więcej  matek odmawia wykonywania szczepień swoich dzieci.

W 2001 roku WHO uznała, że  Europa jest wolna od tej choroby, ale na początku 2014 roku polio występuje  endemicznie w Nigerii, Afganistanie i Pakistanie a także obserwuje się pojedyncze  przypadki w Etiopii, Kamerunie, Kenii , Somalii i Syrii.

W dzisiejszych czasach, gdy istnieje łatwość podróżowania i ludzie z tego korzystają przywleczenie choroby Heinego- Medina do Polski jest zawsze możliwe.

     Decyzje nie szczepienia dzieci mogą skutkować powrotem wielu ciężkich chorób, co do których ci rodzice nie mają wyobrażenia. Nie zapomnę dzieci, które widziałam w latach 70 – 80 XX wieku w Szpitalu Dzieci Warszawy. Piękne, dorodne miały  niedowłady mięśni,  bezsilne nóżki czy nieruchome ramiona i były bez szans na wyzdrowienie….

Tak więc treść tego artykułu może być głosem ostrzegawczym…cdn